milut_ka
26.09.11, 12:59
Witam Was serdecznie
W skrócie moja historia:
Pęknięta torbiel, źle zdiagnozowana i operowana przez co zrosty. Do tego niewydolność ciałka żółtego ( za wysoka prolaktyna- hiperprolaktynemia czynnościowa,prawdopodobnie przez stres,) Mąż asthenoteratozoospermia.
Od 2006 roku starania. Najpierw rok naturalnie, potem monitoring cyklu na clo, potem 6 inseminacji... Lata płaczu, modlitw, nadziei.
Teraz stanęliśmy przed murem- zostało nam tylko In Vitro. Do adopcji przekonania nie mamy, jeżeli jest szansa na biologiczne dziecko. Mąż ma około 18mln plemników, ja mam zdrową macicę. Warunki do ciąży mamy- ale tylko przez in vitro.
Od 2006 roku broniłam się jak mogłam przed ICSI. Teraz wiem, że to jedyna szansa.
Uradziłam z lekarzem, że będę na lekkiej stymulacji, że zapłodni tylko 2 komórki i od razu ( jeżeli komórki zapłodnią się ) poda mi je, bez względu na wszystko- na drugą dobę.
Dla mnie jest to swego rodzaju kompromis, bo jestem wierząca i praktykująca. Moje podejście do procedury eliminuje problem selekcji i nadliczbowych zarodków. Oczywiście zmniejsza też szansę powodzenia- ale coś za coś.
Od 2 dni birę tabletki antykoncepcyjne bo będę miała tzw. długi protokół.
Siedząc w domu śledzę przeróżne fora z wypowiedziami katolików przeciwko in vitro i wypowiedziami księży, że pomimo braku nadliczbowych zarodków, to i tak in vitro jest niegodziwe i jest grzechem bo dziecko sprowadzane jest do towaru, który mi się należy.Że dziecko powinno powstać poprzez akt oddania męża i żony...
Czytam i płaczę i motam się zupełnie... Tak bardzo pragnę tego dziecka. Tak bardzo go pragnie mój mąż.
Czy moje pragnienie to jest ZŁO? Czy Bóg tegto nie chce? Czy Kościół i tak mnie wykluczy? Zależy mi na Kościele bo zostałam wychowana wierze katolickiej i msza święta, obyczaje, święta są dla mnie ważne.
Jestem rozdarta, bo kościół w którym miałam ukojenie zarzuca mi niegodziwość.
Czy ja chcę spełnić swoje zachcianki?
Co Wy o tym sądzicie?
Jeszcze sprawa "poczęcia jako aktu miłości" między małżonkami.
Przecież musi być między małżonkami ogromna miłość decydując się na taki czyn. Tutaj musimy na siebie spojrzeć przez pryzmat miłości, gdzie jesteśmy odarci z seksualności. Gdzie nie jest nam dane aby nasze dzieciątko było owocem spotkania w sypialni- pełnego namiętności i magii...Tutaj dopiero musi być miłość. Nie sztuka kochać piękną żonę i wspaniałego, "męskiego" męża gdzie wszystko układa się cudownie a dziecko jest owocem nocnych igraszek...sztuka jest trzymać się za ręce i utwierdzać w miłości, kiedy sytuacja i wieloletnie starania, cierpienie, oddawania nasienia, badania ginekologiczne odzierają nas z tej magii niestety.... To jest miłość.