Gość: Tomstar IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:18 Będę tu wrzucał relacje pisane na gorąco przez kojego kumpla Włodka, który wybrał się na wyprawę do Peru i Boliwii. Jeśli będziecie mieli do niego jakieś pytania to piszczie na adres mozol@ubique.com.pl Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: Walter PERU IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:30 26-09-2002 PERU W koncu dotarlem do celu, tzn. "Pepka Swiata", a w jezyku keczua Cusco po podrozy trwajacej bez mala 2 doby, well poki zostane tu z tydzien i powoli sie zaaklimatyzuje, tak, tak Cusco polozone jest 3600 m.npm. Z deka duzo,ale zdziwony jestem bo moj Casio ProTrek pokazuje wysokosc jak trzeba, a cisnienie jest tu na poziomie 655 hpa, dla nas z nizin tzn. Szczecinian, Gdynian i Gdanszczan przyzwyczajonych do 1013 hpa, jest to szok dla organizmu, dodatkowo bo zawartosc tlenu w powietrzu jest o 40% mniejsza niz u nas, tzn. zamiast 24%, mamy 14%, dlatego nieprawda jest to co mowil Mariusz, ze jest to przejscie bezproblemowe, do chwili aklimatyzacji ktora trwa od 2 do 7 dni wystepuja zawroty glowy, u niektorych bole, brak koncentracji, zimno w koncowkach plcow, a aklimatyzacja polega na tym, ze organizm musi zaczac produkowac wiecej czerwonych krwinek by wyrownac zapotrzebowanie na tlen. U mnie wystepuje zadyszka i lekkie zawroty glowy, no ale mate de coca robi cuda, smakuje jak nasza zielona herbata, ale dzialanie ma identyczne jak Red Bull - czyli ozywia umysl (wcale nie daje zadnego kopa !!!), co np. u mnie zasadniczo lagodzi przebieg soroche. Ale, ale napisze jeszcze o moich perypetiach, po przylocie do Madrytu, Iberia na swoj koszt postawila nocleg w hotelu 4 gwiazdkowym w samym downtown, coz hotel istotnie z szyldu ····, ale ja bym mu od razu jedna z gwiazdek wyjal, po pierwsze waskie, krotkie i niewygodne lozka, halas (maja jakis problem z rurami i przez cala noc cos tam stukalo, warczalo, itp, itd), tylko polozenie, ekstra, zaraz przy samym Plaza de España i rzyt kamieniem od Plaza Mayor, czyli lepiej juz chyba nie mozna, kolejna nieprawda okazal sie mit Piotra B., ze Madryt jest nieciekawy, nic bardziej blednego, a by night tym bardziej ... Dnia nastepnego odwiezli nas na lotnisko, a Iberia jak to Iberia, po pierwsze zle odprawila mi bagarz, po drugie samolot spoznil sie na stracie o ponad 2 godziny, tragedia, dodajac do tego 12 godzin lotu, zmiane czasu (GMT-6h), po przylocie czulem sie okropnie, dobrze, ze goscie z hotelu sie pojawili i zrobili pickup, bo nie wiem co bym zrobil, zreszta, caly plecak mi przeciez wcielo, hotel drogi bo 30 US$ za noc plus 7 dolkow za pickup i 7 za odwiezienie, w sumie wyszko prawie 50 $, bardzo bylem zdziwiony ze w Limie prawie nigdzie nie chca brac wlasnej waluty tzn. Sol (Slonce), a jedynie dolki, za hotel musialem zaplacic w dolkach pomimo, ze mialam Sole, a jeszcze jedna uwaga, w Limie procz US$ nie liczy sie zadna waluta, Euro sa tak samo przydatne jak Polsie Zlote czy Rosyjskie Ruble, czyli do bani, kurna naprawde mnie to poruszylo. Hotel byl sredni, ale wart swoich 3 gwiazdek, w dzielnicy Callao, chyba niezbyt spokojnej bo przed wejsciem stal cala dobe uzbrojony gosc z ochrony. Dzis rano mialem samolot do Cusco, ale tu znow zaczely sie schody, bo w Limie wlasnie urzadzono 2 dniowa demonstracje i zablokowano wszystkie drogi od 6.00 rano, dlatego musialem wstac o 5.00 by mogli mnie odwiezc przed blokada, nie zdazylem sie wyspac. W Limie pogoda Syf, zreszta tu jest tak przez 2/3 roku, taka jakas mgla ze smogiem tworza zawiesine ktora utrzymuje sie cala dobe od konca marca do grudnia, zapomnialem ze jestem rzut kamieniem od rownika i tu nie ma wschodow ani zachodow slonca, ciemno i jasno robi sie nagle odpowiednio o 18.00 i 6.00, w nocy ta mgla i niezbyt dobrze oswietlone ulice po zmroku stwarzaja atmosfere jak z horroru, Lima jestem bardzo rozczarowany. Na lotnisku jakim cudem znalazl sie moj plecak i nawet wszystko bylo, ciekawe, ciekawe, mialem samolot o 9.00 do Cusco, ale i tu znow kojeny pech Boening zlapal gume (brzmi smiesznie, ale to fakt, kolko a niczego sobie) no i wymieniali z 2 godziny, wiec jak wiadomo spoznilem sie, lecz widok z okna samolotu na Kordyliery zrekompensowal mi wszystko. Lot tylko 1 godzine, pod koniec pilot zaczal dekompresowac kabine, aby wyrownac cisnienie wewnatrz samolotu z tym na miejscu, zaczelo strzykac w uszach i moj ProTrek zacza doslownie szalec, zatrzymujac sie na 3550. Na lotnisku mnustwo tzw. "najlepszych ofert", ale trzeba byc twardym i stanowczym gracias zbywac oferty na najlepsze hotele, toury, itp. Mieszkam w hostalu El Gral jakies 100 metrow po schodkach od Plaza de Armas czyli centrum miasta, Cusco to zupelne przeciwienstwo Limy, jest raczej bezpiecznie, slonecznie, slance tak daje, ze nie wiem czy tu krem z filtrem 40 cos by pomogl, a zdjecia na filmach ISO 200 raczej wyszlyby przeswietlone, tu tez sporo policji bo tez chyba beda jakies antyrzadowe manifestacje, ale poki co cisza. W Cuzco jest tanio, dobry obiad z 2 dan i napoju zjesz juz za 5 Sol, (3.5 Sol = 1 US$), dostep do sieci jest praktycznie wszedzie kosztuje za godzine od 1,5 do 2 Sol, a minuta rozmowy z Polskoa przez Net2Phone od 0,80 do 1,2 Sol. Za pokoj z lazienka place za dobe 30 Sol, pogoda extra, Cusco to jest to, jeszcze tylko musze przywyknac do wysokosci. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Tambomachay- Quoricanche-Saqsayhuaman IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:32 27-09-2002 Tambomachay- Quoricanche-Saqsayhuaman W dniu dzisiejszym wrazenia z wycieczki City Tour, wiec na wstepie zaznaczam, ze znow pobilem rekord wysokosci, a mianowicie odwiedzalismy Tambomachay, jest to zrodlo polozone wysoko w gorach i ujecie zbudowane jeszcze przez Inkow, wysokosc ok. 3900 mnpm, umycie twarzy w zrodle zachowuje mlodosc na 5 lat, generalnie juz nie odczuwam tego typu zmian, no moze procz tego, ze zrobilo sie tam naprawde zimno, bo o ile Cusco polozone jest w dolinie, to Tambomachay nie, przemarzly mi palce i nos, a do tego przewodnik (cwaniak mial gruba kurtke z kapturem i rekawiczki) zawiozl nas tam jako ostatnie miejsce, jak przyjechalismy temperatura byla ok 18 C, zaczelo sie sciemniac i w ciagu 1 minuty zrobilo siec ciemno i temperatura spadla do 3-4 C, wszyscy kleli (glownie hiszpanskojezyczni, zaczynam lapac ten jezyk !!!), ja w kazdym razie musze sobie cos strzelic na rozgrzewke, bo przemarzlem do kosci. Mowie przyzwyczailem sie juz nawet moge biegac (ale na krotkich dystansach). Odwiedzilem dzis rowniez Quoricanche i Saqsayhuaman, to ostatnie kto nie wie to warownia Inkaska polozona na jednym ze szczytow otaczajacych Cusco, pogoda byla wstretna, bo wlezlismy w chmure burzowa, fajne uczucie byc w chmurze burzowej (bycie w bialasach Cumulus Stratus to i w naszych gorach mozliwe), deszcz pada wewnatrz, dobrze ze mialem ze soba kurtke, ale juz po wspieciu sie na fortece pogoda sie poprawila i strzelilem kilka extra fotek z panorama Cusco. Quoricancha, kurde wcale sie nie dziwie, ze tego Fujimori tak tu nie lubia, wyobrazcie sobie, ze podczas ostatniego roku rzadow przekazal ten zabytek w rece prywatne i teraz jest prywatny, poki wlascicielowi sie nie znudzi jeszcze mozna zwiedzac za 5 Soli, a jak sie znudzi to bedzie mozna podziwiac z zewnatrz klasztor Santa Domingo, karygodne ! P.S. Kafejka jak nigdy pelna nie ma wolnego miejsca, musz konczyc bo mam tylko 1,5 Sola drobnych i 50 grubych, a doswiadczenie mnie uczy, ze nie maja tu wydac z 50-tki Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter CUSCO IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:33 28-09-2002 CUSCO Buenvenida, Znow po krotkiej przerwie relacjonuje. Dzis na Plaza de Armas spotkalem dwojke Polek, (wow!) co za zdziwienie, one sa tu grupa i sprzedzily 4 tygodnie, dzisiaj juz wracaja, milo bylo posiedziec i porozmawiac w ojczystm jezyku, nietety srednio co dziesiec sekund nalezalo wydawac z siebie nastepujacy dzwiek "no gracjas", tak bo napadaj na siedzacych na lawce namolni sprzedawcy pocztowek, kart telefonicznych, pamiatek i oczywiscie pucybuci, ci ostatni to dzieci mniej wiecej 8-10 lat, niestety jak juz pisalem nie mozna ich przekonac, ze moich butow z GoreTex sie nie pastuje, ba ale lepszy numer, jedna z Polek byla w sandalach i bialych skarpetkach, namolny pucybut koniecznie chcial czrna pasta wypastowac jej sandaly (nota bene ciekaw jestem jakby wygladaly skarpetki ..). Tak mowiac szczerze to jednak w pewnym momencie przychodzi granica i juz nie wstawia sie slowa "gracjas" tylko zwyczajne NO, ale nawet i to nie pomaga. Dzisoiaj zaszalalem, wreszcie wykupilem wycieczke do Machu Piccu, drogo bo za 115,- US$, 5 dolkow utargowalem, bo chcieli 120, powolalem sie na koniec sezony i inne tam i dostalem upust, co z tego ze symboliczny, ale mam za to dwudniowe wyzywienie. Co do wyzywienia, to jak pisalem mozna dobrze zjesc za 5 Sol czyli 1,5$, w eleganckich knajpach trzeba wydac i z 5 razy tyle, ale dzisiaj jak szedlem na dworzec kolejowy w dzielnicy powiedzmy proletariatu widialem "menu del dia" za 1,5 Sol, rzucilo mnie to na kolana i zrobilem nawet fotke taklicy, bo niewiarygodnym jest by zjesc obiad za niecale 2 zlote (!). Dlaczego szedlem na dworzec ?, kupilem juz bilet Cusco-Puno na srode zaraz po powrocie z Macchu, skroili mnie na 50 dolkow za 1 klase, ale w przewodniku radzili nie jezdzic nigdy druga klasa, bo kradna, wiec sie zastosowalem, zreszta przewodnik jest do dupy, ceny zupelnie sie nie zgadzaja, np. jadac samemu na wycieczke do Machu placimy: 35 dolkow za najtanszy bilet kolejowy (tzw. klasa backpacker), 20 dolkow za transport autobusem od stacji kolejowej w Agua Caliente (smiesne bo nazwa znaczy Ciepla Woda i tak bylo jeszcze do 1995 roku, w ktorym ktos wpadl na genialny pomysl i zasypal zrodla) do Machu i z powrotem, 20 dolkow wstep do ruin, daje to jak widac sume: 75$, tzreba do tego doliczyc tez obiad w Agua Caliente, powiedzmy ze mozemy sie zamknac w kwocie 80$ i to jest najtaniej, iluzorycznie, ja zaplacilem 115$ za 2 dniowy Inka Trail, a zawiera: anglojezyczny przewodnik, pickup z hotelu o 5:40, bilet kolejowy do 104km, wysiadka i wkraczamy na teren trekkingowy (oplata u straznika 17$, ale wliczona w cene), 6 godzinny trekking w tym przez "Przelecz Martwej Kobiety" na wysokosci 4200 mnpm, sniadanie, lunch, obiad, namiot, materac, (spiwor trzeba brac wlasny), nocleg pod namiotem w inkaskich ruinach, na nastepny dzien, wstep do Machu, zwiedzanie, transport do Agua Caliente autobusem (tylko powrot bo dochodzimy tam z kamasza) i pociag powrotny do Cusco, nie ma wyzywienia na drugi dzien, ale nic to moim zdaniem jest to niby o 40$ drozsze od najtanszego wariantu, ale jaka frajda (!), jade w poniedzialek, powrot 20.30 we wtorek, a sroda 7.30 do Puno .. Wczoraj zmuszony bylem kupic obiegowke za 10 $ upowazniajaca do wstepu do ruin, muzeow i zabytkow w promieniu 30-40 km od Cusco jaki i samym miescie. Widzialem juz Qoricanche (znaczy Dziedziniec Slonca, bylo to najbardzie swiete miejsce dla Inkow, obecnie zachowaly sie niektore budowle, a z reszty zbudowano klasztor Swietego Dominika), Katedre (w srodku olbrzymia znajduje sie tam obraz przedstawiajacy Ostatnia Wieczerze nieznanego artysty, jest to najslynniejszy obraz na obu Amerykach, najbardziej uderzajaca rzecza jest to ze Chrystus lamie sie nie chlebem, a Swinka Morska, a Judasz jako jedyny z apostolow ma ciemna karnacje), ktora stoi nota bene na dawnym palacu Inki Wiracocha, Saqsayhuamam (blednie wymawiana w Polsce jako Saskeczuan) warownia Inkaska w ksztalcie pumy, olbrzymia, ponod 20.000 ludzi budowalo ja przez 70 lat, naprawde robi niezapomniane wrazenie (!), Qengo - jest to swiatynia inkaska miejske kultu smierci po hiszpansku jet to "Casa del morte" czyli Dom Smierci, znajduje sie tam stol na ktorym przeprowadzano mumifikacje, Pukapukara - miejsce w ktorym kurierzy Tinwantinsuju (tam w j.keczua nazywa sie krolestwo Inkow, czyli Panstwo Czterech Stron Swiata, posiada flage w kolorach tenczy i jest to becnie uznawana flaga narodowa procz czerwono-bialo-czerwonej republiki Peru) zmieniali sie podczas transportu wiadomosci, Tambomachay - dawna laznia inkaska, ale z zimna woda, wysoko ok. 3900 mnpm, woda wyplywa przez infrastrukture inkaska, legenda mowi, ze wystarczy obmyc twarz w tej wodzie a nie zestarzejesz sie wcale przez najblizsze 5 lat, no wiadomo obmylem. Na dzisiaj mam pare zabytkow w samym miescie: San Blas, Museo de Santa Catalina, Museo Palaco Municipal, a jutro mam calodniowa wysieczke (za 8$) o Pisaq (najlepiej zachowane budowle inkaskie w calym panstwie Tiwantinsuju), Chinchero, Ollantaytambo i Pikillacta. Do czwartku jak bede juz w Puno tydzien mam calkowicie wypelniony od rana do switu, te Panie (jedna znam prowadzi wiadomosci w TVP1), powiedzialy ze z Puno trzeba sie szybko ewakuowac bo jest nudne i brzydkie, a wiec kierunek La Paz . Dzisaij bylem swiadkiem jak do mojego hostelu przyjechala para z Holandii, mlodzi 22-24 lata, dziewczyna ledwo zywa nie miala sily udzwignac plecaka, zielona i okropna zadyszka, well choroba wysokosciowa daje popalic niezaleznie od wieku, z tym bieganiem wczoraj to przesadzilem, nie probuje juz nawet ... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Pisaq &# 8211; Ollataylambo - palac X Inki Tupaka Yupanki IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:34 30-09-2002 Pisaq – Ollataylambo - palac X Inki Tupaka Yupanki Hola, Powaznie to jestem skonany po 12 godzinach wyczieczki pod tytulem "Secret Valley", ok to zaczynam relacje. Praktycznie odwiedzilismy 3 miejsca dosc powaznie oddalone od siebie dlatego zajelo to caly dzien. Pierwszym byl rynkek w Pisaq, to miasto, a nie miejsce inkaskich ruin o ktorym apisze dalej. Miato polozone jest w dolinie rzeki Urubamba, rzeka troche przypomina nasz Poprad, wije sie, jest rownie wartka, juz na nizinach w dolnym biegu nabiera doplywow i zmienia nazwe na Ucayali. Rynek w niedziele to istny folklor, szczegolsnie spodobala mi sie sprzedaz warzyw, kolorowo ubrane indianki sprzedawaly wszystko co moze rosnac w Andach, jakies nasiona, kolorowe proszki, no istne cuda, sam sie skusilem i kupilem gotowana kukurydze za 1 Sola, inna nisz nasza ziarna sa ponad 5-cio krotnie wieksze, a w smaku bez wiekszych rewelacji. Zdziwilo mnie natomiast jedno, o ile Qosco (tak pisze sie w keczua Cusco) pogoda jest porownywalna do Polskiej w Maju, a polozone jest na wysokosci 3450 mnpm (Plaza de Armas), natomiast Pisaq na wysokosci 2800 mnpm, pogody sa diametralnie rozne, tam panuje juz klimat subtropikalny, dzisiaj byl taki upal, ze spoko przekraczal 30 kresek Celcjusza, poza tym inna roslinnosc, tu w Cusco rosna tylko mchy i porosty, no i extra trawa i kwiaty na Plaza de Armas, o tyle tam juz wystepuja np. lasy eukaliptusowe (nie zeby to byla roslina poludniowoamerykanska, bo pochodzi w Australii i sostala sprowadzona 150 lat temu, sadza te drzewa, by zapobiegac erozji gleby, nie bede ocenial, moze slusznie), agawy i cale mnustwo kaktusow (stad pochodza) i sa tez pola uprawne. Wreszcze zobaczylem biede tego kraju, nie ruszajac sie z Qosco mozna by pomyslec, ze to plotki, niestety nie, wies jest bardzo biedna, po ulicach biegaja swinie i jedza co popadnie, grzebiac m.iinymi na smietnikach, podczas przejazdu autobusem widzialem uprawe poletek rolniczych jest to wol (takie zwierze u nas coraz rzadziej spotykane) z lemieszem, o nawozeniu nie ma nawet mowy (nie maja kasy). Domy natomiast buduja z niewypalanej gliny, sami ja formuja w kostki na polach, a potem susza na sloncu (bardzo czesty widok), nastepnie kleja z tego domy, tak kleja, bo nie uzywala zadnej zaprawy, wystarczyc tylko zwilzyc stykane powierzchnie, az glina stanie sie lepka zetknac i skleic. Tak wygladaja domy na wsi, przed rozmyciem chronia je dach z cementowej dachowki, ale z tych klockow buduja wszystko, nawet ogrodzenia, ktore po kilu ulewach po prstu sie rozpuszczaja. Mysle ze slowo lepianka jest tu jak najbardziej a miejscu. OK, tyle wracajmy do zabytkow, po zwiedzeniu (niec nie kupilem) niedzielnego rynku, ruszylismy do Ruin Pisaq, polozone sa na wysokosci 3300 mnpn, przyczym autobus nie dojezdza do samych ruin i trzeba 1,5 km dogiac pod gore, wow nie powiem a tej wysokosci chodzenie po gorach to prawdziwy challange, czesc z wycieczki - glownie osoby strasze zawrocily w 1/3 drogi, ale wierzcie warto bylo, kurna dla takiego widoku warto wydac kazdy grosz, zrobilem kilkanascie fotek, nie mam pojecia czy nawet w czesci oddadza to co tam widzialem. Pozniej pojechalismy do o godzine drogi autobusem oddalonego Ollataylambo, polozony 2800 mnpm nie stnowil wyzwania i wszyscy weszli bez problemu na gore, z drugiej strony tylko 500 m, a taka roznica sprawnosci, na samej gorze znajduje sie inkaska swiatynia slonca, wykonana z trzech 40 tonowych blokow, nota bene zagadko pozostaje jak oni to wtaskali na te gore ? Do dolu prowadza trasy, a ktorych Inkowie prowadzili (w/g przewodnika) uprawy eksperymentalne, np. to oni uzdatnili do jedzenia ziemniaka przez krzyzowki, obecnie w Peru uprawia sie ponad 1000 gatunkow tego niby zwyklego kartofla, ale nie o tym, tarasy tarasami, wazniejszy jest widok na przeciwna skale, znajduje sie tam 160 metrowy posag wykuty w skale ponad 2000 lat temu przedstawiajacy "Poslanca Boga" w keczua to Viracochan (nie Viracocha, bo Viracocha byl wlasnie tym Bogiem), twarz posiada dluga brode (bez wasow, ciekawe ..), w/archeologow ma rysy rasy europejskiej. Wysoko, wysoko ponad pomnikiem Viracachan znajduje sieszcze ciekawsza rzezba (zupelnie nie wiem jak sie tam dostali, aby ja wyrzezbic moim zdaniem to niemozliwe!) przedsawiajaca Inke w kornie, jest umieszczona w takim miejscu ze przy wschodzie slonca oswietla wlasnie te twarz, mowie Wam niesamowite. Na koniec pojechalismy po ruin palacu X Inki Tupaka Yupanki, ktory z kolei byl dziadkiem Atahualpy, ruiny jak zwykle ruiy, obok stoi kosciol zbudowany mysle ze z tych kamieni. Sciemnilo sie trzeba bylo wracac, przy wjezdzie do Qosco przejezdzalismy obok kosciola ktory stoi na miejscu palacu I Inki Manco Capaq, ktory to wlasnie zalozy Qosco brzez wbicie sztaby zlota w ziemie w roku 1100 przed Chrystusem, kto nie wie to g woli informacji Manco Capaq byl pierwszym czlowiekiem - taki nasz Adam. Z ruin nie zostalo kompletnie nic wiec nawet sie nie zatrzymywalismy. I tyle wrazen, znow w Cusco, lubie to miasto i lubie tutejsze powietrze, pomimo ze rozrzedone i zanieczyszczane spalinami jest wrecz sterylnie czyste, nie ma tu komarow, much, pajakow, nie ma tez ptakow, jak w autoklawie, wole to niz nasze z muchami i komarami i innymi paskudztwami. Wyliczenia ktore zrobilem wczoraj sa niedokladne, dzis to sprawdzilem, wiec mowie o Machu, kolej najtansza kosztuje 35$ w obie strony, busiki 20$ (lub 70 Sol) tez w obie strony, ale od 1-go Lipca podrozal wstep do ruin i kosztuje 50$ (tak, kurna 50$ za najtansza wersje jednodniowa !!!), geeralnie wychodzi duzo taniej jak jedziesz z biurem i tak jednodniowa kosztuje 85 $ backpackers i 130 $ high standard (cokolwiek to znaczy), bilet na zabytki Qusco nadal tylko 10 dolkow lub 6 na jeden dzien. Musze konczyc, musze jeszcze przepakowac plecak, no i jutro wstaje przed 5.00 bo jak juz pisalem jade na 2 dniowy trekking do Machu, musze jeszcze zdjac buty, ktorych nie ruszalem teraz juz od 13 godzin i boje sie co to bedzie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Machu Piccu IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:36 01-10-2002 Machu Piccu Adiljanachi (fonetycznie w Keczua "Jak sie masz" lub "Czesc"). Kurde siedze sobie w kawiarence internetowej w moim ulubionym Qosco, Po dwudniowym traku do Machu Piccu, przezylem sam w to jeszcze nie wierze, zyje !!! Zaczynam, wczoraj wstalem 4.45, o 5.15 zapukali do hostalu a na dole czekala juz taksowka, ktora po drodze zbieralismy pozostalych uczestnikow trekku, w sumie bylo nas 7 osob, 2 Holendrow, 2 Japonczykow, Anglik i zolty Amierkanin. Po kilku minutach wysadzono nas na dworcu, gdzie z miejsca dopadla nas chmara sprzedawcow wody mineralnej, ale zrecznymi wymowkami udalo sie nam nic nie kupic. Okolo godziny 6.00 wsiedlismy do pociagu, tu chcialem zaznaczyc, ze sa trzy pociagi do Aquas Caliente, turystyczny backpackers za 35$, turystyczny luksusowy (cokolwiek to znaczy) za 65$ i do miejscowych za 10 Soles czyli 3$, ktory sie tym rozni od pozostalych, ze Gringo (czyli taki jak ja) nie kupi nan biletu. Pociag dobre 30 minut wyjezdzal z Cusco, to przodem, to tylem, to znow przodem, ale jak już wyjechal to w ciagu 3 godzin dotarl wreszcie na "104km" od którego zaczyna sie Trekk (latwo policzyc predkosc 104km/3h=...). W miedzyczasie podeszla do nas przewodniczka i zaczela opowiadac jak bedziemy szli, przy przystanku na "88km" zmienila temat mowiac ze tu zaczyna sie 4 dniowy trekk, alejest bardzo trudny, bo trzeba przejsc przelecz (czytaj pd gore) "Martwej Kobiety" na wysokowsi 4200,powiedzila ze dobrze ze zdecydowalismy sie na latwiejszy 2 dniowy, bo na tym czterodniowym juz tylko w tym roku bylo kilkanascie wypadkow smiertelnych. No to mnie zaskoczyla,zapytalem czy spadaja czy po prostu napady (bo w tym przypadku spi sie w namiotach), wiec ani jedno ani drugie, przyczyny zgodnow to zawal serca lub udar mozgu, coz nie mialem wiec juz watpliwosci o slusznosci mojego wyboru. Pociag zatrzymal sie w przed gestwina drzew, nisko 2000 metrow,wysiedlismy, przejscie przez tory i dalej w las, slychac szum rzeki, to Urubambai pierwsza niespodzianka,na rzece most wiszacy, trzeba sie dostac na druga strone tam jest punk kontrolny wejscia do buszu,deski na spodzie trosze przegnile,wchodze, jaki bajer (!), most caly sie trzesie i buja na boki, na bokach na srodku nie ma lin ochronnychwiec trzymalem sie centrum kladki, delikatnie mowiac ciekawe uczucie,dochodzimy do punktu kontrolnego, siedzi 2 facetow, sprawdza bilety wejscia na szlak, Nelly nam je rozdaje, z tylu mala niepodzianka 25$, no coz wliczone w cene, przekraczamy bramke, tu budynek z wc i mala poczekalnia, dostajemy lunch i w droge. 2000 metrow to nisko w strefie tropikow, dzungla, wchodzimy w gesty wilgotny las,nad gruntem unosi sie mgla,zwisaja ljany, upal, parno, pelno drobnych insektow, ktore sie pchaja wszedzie (dobrze ze Shon -Amerykanin uzyczyl mi spaya przeciw komarom), Nelly wyjasnia dlaczego to co to przezyjemy nazywa sie "Inka Trail", wiec bedziemy szli oryginalnym duktem inkaskim sprzed 600-700 lat do Machu Piccu,noi faktycznie pod nogami sa ociosane i ulozone kamienie,a przy wejsciach pod gore wykute w skale lub ulozone z kamieni schody. Idziemy, praktycznie caly czas pod gore, upal i duchota nie daja zyc, przystajemy co jakis czas strasznie duszno,prawda jest to co mowi sie o dzunglii "zielone pieklo",Nelly mowi aby trzymac sie tylko szlaku i pod zadnym pozorem z niego nie schodzic, bo w gaszczu sa weze i inne paskudztwa, jest to mozliwe bo kilkakrotnie spotykalismy jaszczurki (nawet spore)siedzace na kamieniach, na szczescie plochliwe, Gerd (jeden z Holendrow) znalazl tarantule, Nelly sie bardzo przestraszyla i uciekla,my natomiast przystanelismy i zaczelismy sie przygladac,byla zdechla, mrowki zjady juz prawie polowe jej odwloka, ulga, ale w busz nie bedziemy wchodzic ustalilismy wspolnie, nie jest tak zle, bo dzungla jest tez piekna, co pewien czas przy szlaku mozna spotkac roznace orchidee. Upal, trudnosci z oddychaniem spowodowal,ze po 30 minutach moj T-Shert byl tak mokry jak wyjey z pralki, do tego te obrzydliwe insekty i slisko,wilgotnosc spowodowala,ze drewniane mostki na szlaku pokryte sa grzybami i takim sluzem, ze nawet moje odporne buty nie radzily z tym sobie, na wysokosci 2300 mnp,wreszcie wyszlismy z tego piekla,szlak wiodl wzdluz gory, to znaczy z jednej strony skala, a z drugiej przepasc 400 metrow (i rosla w mare naszego sie wspinania), wow, temperatura spadla, pomimo mniejszej ilosci tlenu,wrezszcie odetchnolem z ulga, brak insektow, powietrze lzejsze nie tak wilgotne, stromo, kurde stromo, gobczaste ramiona plecakajuz przemokly od T-Sherta, sa obrzydliwie mokre, poniewaz wszyscy zaczynaja puchnac,Nelly organizuje co jakis czas przerwy,mysle to tylko 12 km do noclegu,no ale pod gore, to liczy sie potrojnie, caly plyne, na przystankach nie zdejmuje plecaka,bo wtedy wiatr oziebia T-Sherta i jest nieprzyjemny chlod jak sie ponownie zaklada plecak. Polana (tez pod gore), widac schronisko, Nelly mowi ze tam bedziemy spac, kurde jak daleko,to tylko 2 godziny stwierdza Nelly, ö.k., my z Gerdem na kincu schody,co kilkanascie stopni przystanek,serduch juz dawno wynioslo sie do du.., teraz pluca zaczynaja odmawiac posluszenstwa, takie male przystanki pomagaja,nawet na kilka sekund,zadyszka mija, wchodzimy,az przed nami wyjawia sie wow, co to pytam, to Wyaña Wuayna stwierdza Nelly,obietkt Inkow, mniejszy niz Machu Piccu,ale zachowany w lepszym stanie odkryty dopiero w 1946 roku,zwiedzamy robimy zdjecia,no i znowu schody prawie pionowe pod gore (od dolu tarasow),za ktoryms tam odpoczynkiem udaje sie mi wejsc na gore do budynkow mieszkalnych, tu po krotkim ogladaniu,udziemy do schroniska, droga jest prosta, niemeczaca. W schronisku (2600 mnpn) dostajemy lozka,ze wzgled je sa inne wycieczki i malo miejsca pokoje sa kilkanascie osobowe, a lozka 3 pietrowe,mam spiwor mozna sie bedzie wyspac,dziwi mnie natomiast napis w toalecie po angielsku "Prosimy nie wrzucac papieru toaletowego do muszli", Nelly stwierdza,ze teraz dostaniemy (jest 17.00) herbate i przekaske (popcorn), a diner o 19.00, herbata to oczywiscie "Mate de Coca", po wypiciu herbaty Shon zdecydowal sie na prysznic, bo w/g zapewnien portiera jest ciepla woda, no coz okazalo sie ze woda byla ciepla na sposob peruwianski,czyli temperatuja byla wieksza od O C, Shon skostnialy poszedl do przewodniczki,ktora wyjasnila, ze musi zawsze zadac jak rozmawia z Peruwianczykiem czy to co mowi nie jest jednostka peruwianska i tak np. okazuje sie ze godzina peruwianska ma wiecej niz 60 minut, a woda ciepla jest woda cieplainaczej, no coz lepiej to wiedziec pozniej niz wcale. Acha zapomnialem dodac, ze na szlaku mijali nas kilkakrotnie tragaze, ci ludzie sa wrecz niemozliwi, sa to 100% indianie, nie mowia nawet po hiszpansku tylko w Keczua, niewysocy - do 160 cm wzrostu,szczupli -do 55kg wagi, ale targaja takie ciezary, ze czapki z glow ! To jak szerpowie w himalajach,jeden jest w stanie (i to robi !) przeniesc do 35kg, a wiec prawie tyle co wazy, obsluguja 4 dniowy trekking, niosa jedzenie,namioty,itp,normalini ludzie nie moga bez niczego przejsc przez przelecz "Martwej Kobiety", a oni to robia,nie wytrzymalem i zapytalem Nell w koncu ona tez nie jest blada twarza,okazuje sie ze 100% gorale-indianie maja inna budowe organizmu niz my Europejczycy, maja powiekszona objetosc pluci serca oraz inny sklad krwi, ktora zawiera duza wieksza ilosc hemoglobiny, ale i to nie wystarcza, bo tlenu w powietzru i tak jest za malo,co robia w takim razie pytam,okazuje sie ze przez caly czas zuja liscie koki, Tyle n/t Crrierow jak sa nazywani.Po kolacji, byla impreza z muzyka (w sumie bylo kila grup i ponad 100 osob w wieku 20-40 lat), piwo (acha cale zaopatrzenie do schroniska wnosza tragaze na wlasnych plecach i dlatego jest zwyczaj ze dostaja za to brawa),generalnie niezla imprezka,ale koniec o 22.00,bo przeciez tzreba wstac o 4.00,by ruszyc w droge do Machu Piccu, o 4.00 jest ciemno, w tym okresie Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Machu Piccu [2] IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:39 ... Po kolacji, byla impreza z muzyka (w sumie bylo kila grup i ponad 100 osob w wieku 20-40 lat), piwo (acha cale zaopatrzenie do schroniska wnosza tragaze na wlasnych plecach i dlatego jest zwyczaj ze dostaja za to brawa),generalnie niezla imprezka,ale koniec o 22.00,bo przeciez tzreba wstac o 4.00,by ruszyc w droge do Machu Piccu, o 4.00 jest ciemno, w tym okresie nie ma tu ksiezyca,wiec jedyna rzecza ktora oswietka droge sa nasze latarki (kto nie zabral ten traba, a jak sie spieprzy z 700 metrow to niech zaluje !), okolo godziny 5.30 robi sie juz szaro, moj drugi T-Shert jest juz tak samo mokry jak tem wczorajszy,ale wczorajszy sech przez cala noc wiec juz jest bardziej suchy, na jednym z przystankow robie przebierke, uu, wilgotny i zimy, ale mniej mokry. Okolo 7.00 dochodzimy do skaly (2800 mnpn) z ktorej bedziemy skchodzic do Machu,widok nie wstydze sie tego slowa zajebisty na kompleks budowli Machu Piccu, tylko mgla,ktora nasuwa sie nad budynki,grube geste chmury uniemozliwiaja fotografowanie,postanawiamy troche poczekac,az wyjdzie slonce i przeedzi chmury w dole, ale po 15 minutach czekania decydujemy ze schodzimy.Machu polozone jest nisko 2300 mnpn, obok gora Wayna Piccu 2700 mnpn (na ktora nota bene wlazlem majac jak zwykle pluca na agrafkach),zwiedzamy,Nelly objasnia,o 11.00 czas wolny, czyli jak kto chce moje wejsc na Wayna Piccu i zobaczyc inna panorame. Przy zejsciu z Wayna ok. godz 12.30 zaczal padac rzesisty deszcz (o tej porze roku to normalne w tropikach, bo deszcz pada codziennie od 12.tej do 14.tej), a ja nie wiedzac o tym zostawilem plecak w przechowalni,zreszta jak obaj Holendrzy ktorzy byli ze mna, nie dosc ze w pocie to przemoklem do suchej nitki. W planie mielismy schodzic pieszo do Aquas Caliente (ok 1 godziny marszu),ale padal deszcz,droga rozmiekla,zreszta szkoda plecaka i jego zawartosci,kupilismy bilety na autobus (kosztuja 4,5$ w jedna strone i 9$ w obie) i pojechalismy na dol,tam Nelly wreczyla nam bilety powrotne na pociag, mialem ok. 1 godziny na zwiedzenie tego miasteczka,akurat byl tam jakis festyn, ludzie na glownym rynku zlopaki piwo z butelek (butelki 1 litrowe) lub czicze, wszedzie pelno dymu,bo oczywiscie wszscy na okolo robili grila, no i ta orkiestra, ktora tak okropnie falszowala ze myslalem ze odetne sobie uszy, istny folklor,wlasnie tak wygladalo to male slumsowate miasteczko, Pociag i do domu 20.30 w Cusco, jutro 7.30 do Puno i Titicaca, nie mam juz sily wiecej pisac musze wziac prysznic, spakowac sie i spac ... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Puno nad jeziorem Titicaca IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:41 02-10-2002 Puno nad jeziorem Titicaca Zaczynam relacje z dnia dzisiejszego tym razem z Puno znad jeziora Titicaca. Ale zanim, dokoncze jeszcze kwestje tragazy na Inka Trail, o ile my wykonczeni w pierwszy dzien pokonalismy droge do schroniska w 6 godzin o tyle Wielcy Mali Ludzie obciazeni 35kg ladunkiem pokonuja ja w 3, az nie chce sie w to wierzyc, ale to absolutna prawda. To tyle, wracam do tematu .. Z hotelu wynioslem sie o 7.00, na stacji bylem jeszcze przed odjazdem t.j. 8.00, to juz nie te czasy ktore opisuje Lonely Planet, dworzec to miejsce bezpieczne, chronione przez policje, a bagaze deponuje sie i przewozone sa w wagonie bagazowym, wiec nikt nie ukradnie, zreszta gdyby nawet zwedzil np. bagaz podreczny to i tak wylapia go policjanci, ale nie o tym, po oddaniu bagazu i kontroli biletu (dokonuje sie jej przed wejsciem do wagonu, podobnie jak w naszych sypialnych), okazalo sie ze moje miejsce zajmuje grupa angoli, jakas wycieczka czy co, ale zajeli caly wagon, a trzeba wiedziec, ze wagony kasy Inka, to w Polsce jest raczej nie do pomyslenia. Wagon posiada wygodne miekkie fotele (na nozkach), kazdy przy stoliku, na stoliku swiezy bialy obrus, swieze kwiaty i sztucce, calosc w tonacji Wiktorianskiej (ale nie tej ze Spice Girls !), milo, ale ja nie mialem miejsca, ale po przetasowaniach usadzili mnie przy stoliku z 4 emerytami z U.K., a dokladniej z Norfolk, wymeczylem sie strasznie bo byli nadwymiar gadatliwi i jak to zwykle wiekowi angole okropnie nudni i zasadniczy. Pociag do Puno jedzie 12 godzin, odleglosc tylko 351 km, latwo policzyc srednia, czy jedzie pod gore ? Nic podobnego, Altiplano jest palskie jak stol, szerokosci kilku kilometrow, gdzie po bokach wznosza sie pieciotysieczniki Andow. Problem tkwi w torach, ktore prawdopodobnie pamietaja jeszcze czasy Malinowskiego (no drobnymi modyfikacjami), ale co bylo dobre w XIX wieku z pewnoscia nie jest odpowiednie w XXI, z drugiej strony widoki sa tak zachwycajace ze prawie wcale to nie przeszkadza. Po wyjechaniu z Qosco (3500 mnpm), pociag powoli sie wspinal, tak aby po przejechaniu ok. 200 km osiagnac punkt kulminacyjny La Roya na wysokosci 4600 mnpm, coz ta wysokosc juz nie jest tak przyjemna, zaczyna sie problem wydajnosci organizmu, u mnie nie wystepowal zadne reakcje, procz opisanych nizej, angolom przewodniczka rozdala tabletki z amfetamina (ciekawe czy to legalne ?), ktora ma zniwelowac soroche. Pociag zatrzymal sie wlasnie w tym puncie, znajduje sie tam tablica informujaca o wysokosci, mikro kosciolek lub wieksza kapliczka i handlujacy sfetrami z alpaki lub futrami ze swinek morskich indianie. Mozna bylo naprawde tanio kupic sfetr z alpaki (20 Soli!), wyszedlem na zewnatrz, ale nie przewidzialem, ze bedzie taka roznica temperatur w porownaniu z Cusco i ubralem tylko T-Sherta, niestety bylo okropnie zimno, zacinal snieg z lodem, na ziemi byla przymarznieta woda, wokol krajobraz ksiezycowy, nic nie dal powrot do przedzialu, bo przedzialy sa nieogrzewane, musialem kupic w barze mate de coca by sie ogrzac, strasznie droga bo szklanka za 1$. Dodatkowo na tej wysokosci wystepuja juz problemy z mowa, to znaczy ze po wypowiedzeniu trzech-czterech slow trzeba zaczerpnac powietrza, brzmi to dziwnie, tak jak np. zapytac wyczynowego biegacza na 400 metrow, ktory wlasnie przekroczyl mete, co sadzi o swojej wygranej. Poza tym u mnie jeszcze bol w uszach, ale to mija po aklimatyzacji. Po kilku minutach pociag ruszyl i tym razem zaczal zjezdzac w dol, powoli i niemrawo zaczela pojawiac sie roslinnosc, pozniej zwierzeta, roslinnosc licha, bo trawy i porosty, ale alpakom, lamom i owcom to nie przeszkadzalo, mnostwo pastwisk z tymi co by nie mowic ciekawymi dla Europekjczyka zwierzetami. Do Puno dojechalismy kurna ze 2 minuty przed 20.00 strasznie dlugo, Puno jest polozone dla mnie na OKIdoki wysokosci to znaczy 3900 mnpm (wyzej od La Paz), a tylko 400 metrow wiecej w porownaniu z Qosco i jaka roznica, po zmroku w Cusco bylo chlodno, tu jest wrecz zimno, musialem wrszcie wydostac z plecaka polar, tu bardzo sie przydaje. Po wyjsciu z pociagu dorwal mnie jakis gosc i zawiazl do hotelu w samym centrum za 20 Soli za dobe, dodatkowo sprzedal mi wycieczke na jutro calodniowa z przewodnikiem lodka po jeziorze Titicaca za 10$, tam chyba cos kupie, bo warto kupowac na plywajacych wyspach, tam ceny sa najtansze, indianie rzadko schodza na lad, a sami sa producentami. Tyle na dzisiaj, niewiele bo jazda pociagiem nie nalezy do najciekawszych, to byl moj chyba ostatni raz z PeruRail, duzo szybszy i tanszy jest autobus. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Wyspy Uros IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:42 03-10-2002 Wyspy Uros Witam ponownie, Dzis tez ciezki dzien wrocilem dopiero co z wycieczki po jeziorze Titicaca, u mnie jest 18.30, wycieczka calodniowa za 10$, mysle ze warto. Odjazd spod hotelu o 7.30 rano, musialem sobie cos skroic na sniadanie, bo w tym hotelu niestety ich nie podaja, hostel dwu gwiazdkowy, nawet chyba lepszy niz ten w Cusco, tu przynajmniej strop ma normalna wysokosc, El Grial w Qosco jest w odrestaurowanym XVIII wiecznym budynkiem w zabytkowej dzielnicy San Blas, dlatego musi spelniac wymogi konserwatora zabytkow (i ma taka kijowa elewacje!), wiec i pokoje wewnatrz mialy po 190 cm, co sprawialo mi drobny klopot szczegolnie przy rannym wstawaniu. Ale to nie na temat, o.k., Poszedlem wiec na glowny plac, tu w Ameryce Poludniowej zawsze w centrum miasta jest glowny plac i zawsze nazywa sie tak samo Plaza de Armas, mam szczescie po hotel polozony jest zaledwie w odleglosci 100 metrow. Kupilem od indianki jakis ich specjal za 2 Sole, byla to bulaka nadziewana warzywami, glownie kukurydza, ziemniakami, fasola, na cieplo, nawewt niezle, jutro chyba tez takie sniadanie sobie strzele. Zabrali mnie spod hotelu punktualnie na przystan, oczywiscie w busiku bylo wiecej turystow: trojka backpakerow z Hiszpanii, parka z Norwegii ( dopiero po studiach nauczyciele, mysle czy kiedys bedzie w Polsce stac nauczyciela na taki wyjazd), parka z Holandii, parka z U.K., Amerykanka (narazila sie u mnie bo jest przeciwniczkja globalizacji, mieszka w Seatle i to ona miedzy innymi robila ten dym co byl na zjezdzie dwa lata temu w tym miescie, z drugiej strony mysle co mozna wiedziec o globalizacji majac 22 lata i kolczyk w dolnej wardze, dla mnie to dymiara) i ja. Wsiedlismy na maly statel, mial dwa poklady cieply i na zewnatrz, a trzeba wiedziec, ze tu na wysokosci 3900 mnpn, jest zimno, naprawde zimno, chociaz bylo juz zdrowo po 8.00 i slonce juz dawno wzeszlo (mala wstawka: teraz jak to pisze patrze przez okno, slonce juz dawno zaszlo, pada grad ze sniegiem, uff, dobrze ze hotel jest bardzo blisko) temperatura oscylowala wokol 10C, wszyscy szczekali, ale jak lodka wyplynela na jezioro, to zrobilo sie jeszcze zimniej. Przewodnik lamana angielszczyzna zapowiedzial, ze za 40 minut doplyniemy do plywajacych wysp Uros, nie mylil sie i tak bylo. Jezioro jest w wiekszej czesci porosniete trzcina i to wlasnie z tej trzciny indianie robia te wyspy. Wyspy sa spore, nawet wielkoscie polowy boiska pilkarskiego, stoja tam domy (no moze za duzo powiedziane po prostu chatki ze slomy) w ktorych mieszkaja tubylcy i na ziemi kobiety w strojach tradycyjnych sprzedaja jakies tam ich wyroby rekodzielnicze. Wyglada to ekstra, a jeszcze lepiej chodzi sie po tej wyspie przypomina to skakanie na trapezie, ciagle mialem wrazenie ze czcina nie wytrzyma i wpadne do wody, ale nic z tego, solidna konstrukcja ! Okazuje sie , ze mieszkancy Ursos jedza pedy czcin, a to co zostaje wykorzystuja na budowe wysp. Sa cale osiedla tych wysp, nawet plywajace szkoly (mam fotografie), sami zas pomiedzy wyspami poruszaja sie lodkami wioslowymi (ciekawe kto odwozi dzieci do szkoly), no niestety i tu dotarla tez cywilizacja, maja telewizory i radia, prad zas z wielkich baterii slonecznych (sa na kazdej z wysp), ktore laduja akumulatory, maja tez agregaty pradotworcze, ale jeszcze nie maja internetu. Po zwiedzeniu wyspy ruszylismy do Isla Taquile (nie mylic z tequila !), jest to wyspa polozona o ponad trzy godziny jazdy lodka motorowa od Puno, tu juz ludzie posluguja sie jezykiem Ajamara, po meczacej jezdzie dotarlismy do portu, no i kurna niestety znow zaczely sie schody Amerykanka i Holendrzy zachorowali na chorobe wysokosciowa, nie wiem przeciez ta wyspa polozona jest na wysokoscie tylko o 200 metrow wiekszej (4100 mnpn) w jej centralnym punkcie czyli glownym rynku, wiec Holendrzy nawet nie wyszli z lodki, a Amerykanka szla robiac co 10 metrow odpoczynek i strasznie marudzac (dziwi i pochlebia mi to ze moja sprawnosc na tej wysokosci bije 20-latkow) do glownego placu bylo z 1.5km pod gore, ale raczej lagodnie (nie musialem robicz odpoczynkow), po drodze mijalismy idnian, ta wyspa naprawde jest fenomenalna, poniewaz ludzie na niej zyjacy ubieraja sie tak samo jak przed wiekami, nie kaza placic za zrobione zdjecia, wszyscy zyja w komunie, co objawia sie np. tym ze ceny w raczej licznych barach/restauracjach na wyspie sa identyczne i nie podlegaja negocjacji, ze menu trzeba zaplacic 10 Soli, bez wzgledu na wnetrze lokalu, druga dziwna rzecz: poniewaz wymieniona przeze mnie trojka Hiszpanow chciala pozostac na wyspie musieli oni uzyskac aprobate starszenstwa, zebrala sie rada i wyznaczyla u ktorej rodziny beda nocowac (jest nawet taki napis po angielsku, aby nie szukac noclegu przed akceptacja rady, bo zostaniesz usuniety z wyspy). W koncu zostali, zreszta przeciez liczy sie kazdy Sol. Ja bym nie zostal, tam nie ma co robic, gdyz na wyspie zyje tylko 1500 mieszkancow, ktorzy zenia sie i tak dalej razem ze soba, ciekawa rzecz (przewodnik nam opowiadal), poniewaz wszyscy mezczyzni (doslownie) na wyspie nosza charakterystyczne dla indian Ajamara czapki z pomponem (podobne jak Pinokio), zupelnie inne niz ci z Keczua, tu na tej wyspie jest to wizytowka mezczyzny i tak jezeli nosi on czapke bialo-czerwona to znaczy, ze jest kawalerem, natomiast jezeli sama czerwona (oczywiscie czapki posiadaja bogate wzornictwo, pisze o kolorach tla) to jest zajety, jezeli w bialo-czerwonej czapce pompon zwisa na prawym barku, to znaczy ze jest do wziecia, jezeli zas pompon zwisa na plecach to ma juz kogos na powaznie. Moze i tak trzeba by zrobic u nas, Holender powiedzial, ze u nich jest taki supermarket, w ktorym jezeli wziac wozek z czerwona raczka, to znaczy ze chcemy kogos poznac na zakupach, a jezeli z szara to nie, coz w Polsce to chhyba nie zadziala .. O 14.30 wyplynelismy z powrotem, wrocilem ok. 18.00, bo w ster zaplatala sie jakas trzcina i z 15 minut to odczepiali, po odwiezieniu do hotelu (wstawka: juz nie pada snieg tylko deszcz, ale za to pioruny tak wala jak w horrorach), odebralem pranie z pralni, a co ? mam prac jezeli za 1kg prania brudow (tu dodam od siebie skarpetki i T-Sherty zamkniete szczelnie w reklamowkach ze wzgledu na zapach) placi sie 3 Sole, pranie jest suche wyprasowane i czyste, warto bylo, wypilem mate de coca i pisze to teraz. Jutro kupilem bilet do La Paz (Boliwia), jest taka nawet piosenka o La Paz, ale ni w zab nie moge sobie jej przypomniec, zastanawiam sie (zalezy od pogody) czy zatrzymac sie (bilet jest wazny 3 dni) po drodze w Copacabana i odwiedzic Isla del Sol - wyspe na ktorej jak glosi legenda Inkow narodzilo sie Slonce i pierwszy czlowiek Manco Capac ?, mam nadzieje ze pogoda sie poprawi, Norwegowie zaprosili mnie na kolacje do knajpy, ale nie ide zbyt mocno pada, ide natomiast pod prysznic, portier powiedzial, ze jak tak pospuszczam sobie z 5-10 minut to bede mial ciepla wode, zobaczymy. P.S. Zaoralem sobie twarz na amen, juz poprzednio zeszla mi skora, nechybi tym razem tez, wysokosc, jezioro ktore dziala jak lustro i pieprzony krem do opalania z filtrem nr 2, przez ktory slonce przechodzi jak przez maslo, spowodowalo ze wyglada teraz jak prawdziwa "czerwona twarz", zreszta pali jak diabil, uwaga: jadac w Andy trzeba zabrac krem z filtrem conajmniej 12. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter BOLIWIA IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:44 04-10-2002 BOLIWIA Witam wszystkich Tym razem z Boliwii, musze sie streszczac bo dostep do sieci jest tu ponad 4 krotnie drozszy - mam na mysli miejscowosc w ktorej jestem czyli Copacabana (nie mylic z plaza o tej samej nazwie w Rio), pick-up spod hotelu w Puno i przejazd do granicy trwal okolo 2 godzin, nie bede juz opisywal genialnych widokow z okna autobusu (szczegolnie jak sie ma walkmana z muzyka Volenweidera), wszystko dobrze zorganizowane, dojazd do granicy, kontrola paszportowa (w Peru Polacy rzadko przekraczaja te granice, wiec urzedniczka byla strasznie zdziwiona ze mam wize, mysle, ze i na Lotnisku w Limie mozna by przejsc calkiem legalnie bez wizy), autobus przejezdza granice, natomiast pasazerowie przechodza ja na pichote. Po stronie Boliwijskiej urzednik tez sie zdziwil zobaczywszy moj paszport, zapytal po hiszpansku "pierwszy raz w Boliwji ?" odpowiedzialem Si, no wiec zyczyl mi udanego pobytu. Po 8 kilometrach od granicy jest wlasnie Copacabana, bardzo mile malutkie miasto z olbrzymim kosciolem (prawie jak katedra) i z bardzo ladnym portem nad jeziorem Titicaca (takie malutkie Monte Carlo), hotel tym razem mam duzo lepszy za taki u nas w Polsce placi sie ok. 150 zl, tu natomiast 8$, musialem, bo jak wczoraj pisalem mialem pojsc pod natrysk, a portier zalecal 5-10 minut spuszczania wody, zastosowalem sie do wskazowek, ale juz po 3 minutach woda wogole przestala leciec, nie pomogly moje interwencje, teraz mam bardzo ladny pokoj i tu juz jest gwarancja cieplej wody, w La Paz znow pojde na tansze zakwaterowanie, tak trzeba aby zachowac minimum higieny. Co do Boliwiji to jest generalnie tansza o okolo 20% od Peru, za wyjatkiem spraw technicznych, dostep do sieci, elektronika sa tu nawet dwa razy drozsze niz w kraju Inkow i tak Boliviano to ok. 0,5 Sol, dostep do sieci w Peru to 4 Bolivianos (2 Sol) za godzine tu w Copacabanie, gdzie sa tylko dwie kafejki internetowe, dostep kosztuje 15 Bolivianos (7.5 Sol) za godzine, drogo, nawet drozej niz w Aquas Calientes przy Machu Piccu, gdzie dostep kosztowal 4 Sol. Generalnie Boliwia jest jakby spokojniejsza, ludzie bardziej otwarci, przyjemniejszy kraj, aczkolwiek jak zwykle rownie duzo turystow. Jak zwykle po przyjezdzie autobusu, czeka na nis sporo tubylcow z oferta "najlepszych" hoteli, wiec rezerwacja jest calkowicie bezcelowa, tu spokojnie mozna jechac w ciemno! Jutro jade na Isla del Sol i Isla de La Luna, dwie najwazniejsze dla Inkow wyspy, wycieczka jest calodniowa, w niedziele (Domingo) wyruszam o 13.00 do La Paz, nadmienic musze ze czas w Boliwji biegnie szybciej o godzine niz w Peru, jezeli w Peru jest 11.00 to w Boliwji 12.00, ale nie otym autobus przyjezdza o 11.30 (czasu Boliwijskiego), jest 2,5 godzinny postoj i rusza do La Paz, przez ten czs mozna sie przejsc 3 ulicami na kzyz w tym miasteczku i zrobic np. zakupy. niemniej trzeba miec drobne bo z regoly sprzedawcy nie maja wydac, akceptuja 3 waluty Bolivianos, Sol i oczywiscie Dollares Americanos, ktore to mozna zamienic na Bolivianos prawie na kazdym rogu, z tym ze tu trzeba uwazac, bo w przeciwienstwie do Peru, ktory ma deflacje, tu jest inflacja i to raczej nie mala, po prostu wymieniac malo, a tam gdzie sie dal placic w USD i zadac reszy w tej walucie. Koncze juz bo wlasnie mija pol godziny za 10 Bolivianos, odezwe sie dopiero z La Paz. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Boliwia, Isla del Sol, Isla de la Luna IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:45 05-10-2002 Boliwia, Isla del Sol - Isla de la Luna Nie wyrtrzymalem tez musze napisac kolelny list z Copacabany, i tez mam tylko 30 minut, to jazda. Po pierwsze cofam co napisalem o walucie Boliwii wczoraj, sugerowalem sie przewodnikiem Pascale,w rzeczywistosci inflacja jest na poziomie 6%, zreszta oceniajac przewodnik Pascala to procz miejsc godnych zobaczenia, wszystko inne to stek bzdur, nic nie jest prawdzine, ani ceny ani nazwy hoteli ani nawet nazwy agencji turystycznych, Wracajac do tematu wlasnie wrocilem z calodniowej wycieczki na Isla del Sol y Isla de la Luna, naprawde extara, sczegolnie jestem pod wrazeniem Isla del Sol, mili mieszkajacy tam ludzie i przepiekne krajobrazy, plaze choc to ponad 4050 mnpm piaszczyste i lazurowe, woda ok. 18C, gory, naprawde taka "mala Grecja", szkoda ze cieplo (26-27C) jest tylko w godzinach 12.00 do 15.00 pozniej chlod, a w nocy wrecz przejmujace zimno, Tak widzialem (i dotykalem) swiety kamien Inkow na ktorym ponoc urodzil sie Manco Capac i Jego zona (zreszta siostra) Mama Ollcio, fajnie chodzi sie po tamtejszych gorach, bo inkowie wybrukowali szlaki, wiec drogi sa pomimo tylu lat calkiem niezle. Patrzac znad swietej skaly, widzimy trzy malutkie wysepki, w tym trojkocie na dole lezy miasto tzw. "Plackie Miasto", fajniej to brzmi w Ajamara, ale niestety nie mam zdolnosci do zapamietywania nazw w tym jezyku. Miasto to otkryl kilkanascie lat temu Jaques Custou nurkujac w tym rejonie, po badaniach archeolodzy doszli do wnisku, ze miasto to liczy ponad 5000 lat, wtedy woda w jeziorze nie byla jeszcze tak gleboka i tam zalorzono osade, generalnie niewiele wiadomo, sa za to przedmioty (zlote i gliniane) i szczatki budowli. Isla de la Luna jest to mala wysepka, zyje tam tylko kilka rodzin, ruiny Klasztoru Dziewic Slonca sa slabo zachowane, procz odrestaurowanej jednej ze scian, ale warto odwiedzic. Juz naplywalem sie po jeziorze, poniewaz w lodzi drugi silnik zepsul sie wiec zamiast planowanych 2 godzin doplyniecia do Isla del Sol zabralo nam to trzy, mowiac ogolnikowo, na ladzie z 10 godzin spedzilismy tylko tzry reszta to plywanie po Titicaca. Co do jakosci wycieczki mozna miec pewne obiekcje, jak np. brak przewodnika i niezbyt rozgarniety "dowodca" lodzi, tak uzylem tego stwierdzenia bo jest ono jak najbardziej na miejscu, zachowywal sie jak kapitan fregaty i do wszystkich mowil po hiszpansku, nawet do tych co nie rozumieli, mialem szczescie bo podpielem sie do wycieczki emerytow niemieckich, Karlos (ich przewodnik) byl na tyle uprzejmy, ze pozwolil mi im towarzyszyc i objasnial rozkazy "dowodcy". W Copacabanie niestety jest strasznie zimno, oczywiscie procz godzin 12.00-15.00 kiedy to panuje upal, dzisr w nocy byla straszna burza z oberwaniem chmury, a rano jak wstalem bylo wszedzie pelno sniegu (stopnial do 9-tej). Miasteczko jest typowo kurortowe, indianki w kreolskich strojach i mnustwo turystow, niektorzy sa tu juz chyba dluzszy czas, bo sprzedaja jakies tam duperele na kocach by miec na jedzenie, w barze przy plazy (w bufecie) rudego Niemca, ktory tu przez przypadek przyjechal kila lat temu i jakos nie ma motywu, by ruszyc dalej lub wrocic do ojczyzny. Ludzie (backpakerzy) tu przyjezdzaja na 3-4 miesiazne wakacje, jak im cos sie nie powiedzie to zostaja dluzej, mysle ze to ciekawy sposob na zycie, wprew pozorom takich osob jest sporo i sa to bardzo otwarci i sympatyczni ludzie. Jutro wyruszam do La Paz (Tihuanaco i Dolina Ksiezycowa no i oczywiscie "Targ Czarownic", gdzie sprzedaja rozne mistyczne rzeczy), zamierzam spedzic tam 3-4 dni, pozniej Arequipa i Canion Colca, plaskowyz Nazca, Lima i fly back. Szkoda ze nie mam wiecej czasu, bo wydaje sie, ze przeciez jeszcze nic nie zobaczylem ... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Copacabana IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:46 06-10-2002 Copacabana Jestem juz w La Paz, kurna ale to wielkie miasto (nawet nie sadzilem), smialo mozna porownac z Warszawa, dostep do sieci tu jest bardzo tani place 3,5 BS za godzine, a wiec ponizej 2 zl, wiec sobie teraz popisze. Dzis rano ledwie sie zwloklem o 7.00 z lozka tak mnie wykonczylo to wczorajsze slonce na jeziorze Titicaca, skora z twarzy zeszla mi juz drugi raz i za kilda dni (lub wczesniej) zejdzie kolejny jak znam zycie. Smieja sie ze mnie, ze troche sie strzaskalem, dla mnie wcale to nie jest smieszne bo boli. W kazdym razie mialem czas do 13.00, kiedy postawia autobus do La Paz, Copacabana male miasteczko, ale w niedziele oczywiscie jak to i w dawnej polsce bywalo odbywa sie targ przy kosciele i okolicznych uliczkach, kupic mozna prawie wszystko, wszedzie wystawione sa gigantyczne worki z popcornem (ale na slodko), jakies ichne dziwne napoje w szklankach i cos tam plywa na dnie (nie wiem co, ale wyglada jak duza skorupa slimaka) ludize podchodza i dygaja z tych szklanek, a kobieta w meloniku, nastepnie napelnia i znow stoi szereg bursztynowych napoi, przy glownym placu przed kosciolem serwowane byly lokalne "fast foody", kazdemy sie to kojazy z MacDonaldem, a tu nie, gosc pomyka na rowerze w ksztalcie rikszy wiozac przed soba stol, i zaplecze gastonomiczne, natepnie zatrzymuje riksze, dookola stolu wystawia laweczki i jazda z koksem. Nawet nie sadzilem, ze moze miec to takie wziecie, po prostu ciagla kolejka i to nie mala, gosc naklada na talerz ziemniaka normalnego, slodkiego, kukurydze gotowana, mala rybe marynowana w occie, kapuste biala i czerwona, sos salsa i calosc polewa woda z marynatu ryby (wiem bo sam sie na to skusilem), wszystko na talerzy i podaje lyzke, po zjedzeniu, resztki wyrzuca do specjalnego wiadra, nastepnie talerz z grubsza myje w jednym wiadrze i dokladniej w rugim, oczywiscie nie musze chyba pisac, ze wody sie nie wymienia, po tym starannie talerz i lyzke wyciera scierka i juz mozna serwowac nowemu, przyjemnosc kosztuje 5 Boliviano, to bedzie ze 3 zlote, na lunch wystarcza. Wcale tam nie jedza obdartusy, tylko elita (tak mysle), czyli ludzie ubrani po europejsku, chociaz widzialem tez indianki. O.K., pozniej obchodzilem jeszcze kilkakrotnie jarmark i nie moglem sie nadziwic jakie to wymyslnosci kulinarne mozna sprzedawac. Doczekalem do tej 13.00, niemniej od 12-tej bylo ciezko, bo upal byl straszny, podziwiam te indianki, spodnica marszczona z tkaniny z brokatem, oczywiscie jakas bluzka, swetr i na calosc fartuch z grubej bawelny przykrywajacy z przodu swetr i spodnice, no + melonik, mnie meczylo w podkoszulce, a co dopiero kogos tak strasznie ocieplonego. Udalo mi sie jakos zaokretowac do autobusu, chociaz tlok byl straszny, przejazd to ok. 5 godzin w tym przeprawa przez ciesnine na jeziorze, autobus wystartowal o 13.30, w poczatkowym etapie wzniusl sie na wysokosc ponad 4500 mnpm, by opasc w granicach 4000 przy ciesninie i 1,5 godziny jazdy. Przy ciesninie wysadzili nas z autobusu, ludzi zaladoali na motorowki, a autobusy na promy i przeprawa, bujalo straszliwie, juz myslalem ze lodka sie wywroci, na szczescie sie mylilem, duzo gorzej wygladaly autobusy na tych promach (teraz juz wiem dlaczego wysadzaja ludzi), przod (u innych tyl) praktycznie stykal sie z tafla wody, musza miec niezle hamulce, ze nie zanurkowaly. Pozniej znow nas zaladowali i ruszylismy juz bez przystankow do La Paz, obok mnie siedzila fajna laska z La Paz, poniewaz z nudow oboje sluchalismy walkmanow, jakos tak sie zgadalismy, ze wymienilismy kasety, ja w ramach promocji polskiej kultury oddalem "Golec uOrkestra", ona "Modern Brasilian Music", to ponoc sie slucha w Boliwii, coz mnie to jakos nie podchodzi to takie polaczenie RAP z Salsa, poniewaz mielismy bariere jezykowa ja nie rozmawialem po Hiszpansku, a ona ani po Angielsku ani po Niemiecku, ani nawet po Polsku, korzystalismy z sasiada ktory tlumaczyl, byl to atache ambasady Portugalii na Kubie, bardzo dobrze znal Polske, ja natomiast nie moglem tego powiedziec o jego kraju, bo ani razu nie bylem w Portugalii, tak minal nam czas do La Paz. W pewnuym momencie pojawily sie budynki, swiatla, skrzyzowania, ale wszystko to jakosc wygladalo jakos tak na niedokonczone, zaniedbanie, wiekszosc budynkow jest nieotynkowana, czesc wogole bez okien, na ulicach duzo ludzi brudnych, ProTrek wskazywal 4200 mnpn, a to juz wiedzialem to El Alto, upewniwszy sie u sasiadki obserwowalem z zapartym tchem, pozniej wjechalismy na platna autostrade i znizywszy toty do 3800 mnpn dojechalismy do La Paz. Tu na miejscu, zdecydowalem sie na stary chwyt, zatrzymalem taryfe (niestety znajomosc jezyka angielskiego w Boliwji jest bardzo slaba, praktycznie nikt im tu nie wlada, w przeciwienstwie do Peru, przynajmniej trzymaja fason i wszedzie sa ceny i placi sie w Boliviano, nie jak w Peru gdzie dolar jest bogiem a Sol namiastka walutu "wielkiego brata") i mowie lamanym hiszpanskim "Hostal Economico para Centro La Paz" wiec mnie zawiozl do Hostal Señorial przy pasazu C.Comercio i tylko jedno przecznice od Plaza San Francisco (to samo centrum, jak Palac Kultury w Warszawie), hostal przytulny, z mojego okna na 3 pietrze mam widok na sama katedre, place 40 Boliviano (ok. 22 zl) za noc. Niestety juz jest ciemno i niebardzo sie zorientowalem, gdzie jestem, jestem pod wrazeniem La Paz i dlatego zdecydowalem, ze nie bede jechal do Canionu Colca w Arequipie, pozostane dluzej na miejscu, jestem tu dopiero od 1,5 godziny a juz mam pewne obserwacje, ludzie ubieraja sie tu zupelnie inaczej, jak w krajach Europy, mam tylko wrazenie ze jestem jedynym bialym w tym spoleczenstwie, dominuja tu indianie lub metysi, mowie jest to miasto calkowicie cywilizowane, bylem wlasnie na kolacji w "Pollos Copacabana", to taki ich KFC, z tym ze wszyscy (procz kasjerki) maja zalozone biale maski i rekawiczki, co daje poczucie sterylnosci przy przygotowaniu. Oszalamiajace wrazenie robi fakt, ze praktycznie co kilkanascie metrow jest kawiarenka internetowa, ceny od 3 BS do 4BS i jest przyjemna ulga w porownaniu z Copacabana. Widzialem juz Burger Kinga i MacDonalda, sa wiezowce, ludzie w gjerkach od niezlych krawcow, ale i sa tez wspomniane przeze mnie wczesniej indianki, miasto robi wrazenie jeszcze z innego aspektu (to zboczenie zawodowe), a mianowicie infrastruktury telekomunikacyjnej, calosc biegnie na zewnatrz budynkow tworzac totalna pajeczyne, tu jak cos sie spieprzy to chyba musza zakladac nowy drut, bo w tym gaszczu nie ma szans na odnalezienie (no chyba ze sie myle). Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter La Paz IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:48 07-10-2002 La Paz Tym razem juz za dnia przeszedlem sie po ulicach La Paz (dowiedzialem sie, ze znaczy to "pokoj" po Hiszpansku), no niezupelnie moj hotel jest przy Plasu San Francisko, jest to 3-4 przecznicze, ale za to przy placu Murilla, a wiec 100% centrum zaraz przy palacu prezydenckim i katedrze, pisalem juz ze moje okano wychodzi na sama katedre ? Widok jest piekny, ale co kazda pelna godzine rowniez w nocy bija dzwony, moze sie przyzwyczaje .. W La Paz bede do 10.10.02, rano wyjezdzam do Arequipy, mam juz bilet, strasznie dlugo sie jedzie bo prawie 20 godzin (z przesiadkami). Dziasiaj bylem w TIWANAKU (Tihuanaco), to pozostalosci ruin tej cywilizacji, rozwijala sie ona ok. 3000 lat przed inkami do roku 1000 naszej ery i .. nagle zniknela, nikt nie wie dlaczego, w kazdym razie pozostawila po sobie olbrzymie budowle i monumentalne posagi (moim zdaniem przypominajace troche te z Wyspy Wielkanocnej), podobalo mi sie to o wiele bardziej niz zabytki inkaskie, tutaj przynajmniej sa rzezby i przedziwne postacie, natomiast u Inkow jedynie gole mury. Z drugiej strony to dziwne, bo przeciez cywilizacja Tiwanaku (to jest nazwa nadana, wlasciwa nazwa w jezyku Ajamara brzmiala w tlumaczeniu "To Miejsce") rozwijala sie duzo, duzo wczesnie niz Inkowie, niektorzy mowia (powtarzam plotki po przewodniku, on tez sie zaslanial plotkami), ze to moze byc Atlantyda opisywana przez Platona (nie wiem, jezeli juz o tym mowimy to ja mam wlasny typ na Altantyde - Marsahausi w Peru), w kazdym razie jedno jest pewne robi wrazenie, szczegolnie najwiekszy posag o wadze 17 ton odkryty w 1932 roku oraz Brama Slonca, do tej pory nikt nie wie do czego sluzyla, ani kogo przedstawia posag. Bilet w biurze podrozy kosztowal 50,- BS, no nie jest to drogo jak za wycieczke calodzienna, ukrytym kosztem jednakze byl sam wstep do ruin za 25,- BS, ale i tak bylo warto ! Wtracajac zatrzymalismy sie aby wykonac fotki na Kordyliera Real, pasmo najwyzszych zawsze bialych gor w Boliwii, nota bene jutro wlasnie tam jade na jednodniowa wycieczke do Chaqualtaya, aby popatrzyc na lodowiec, wysoko ok. 5400 mnpm (w Europie nie ma juz takich wysokosci) i zimno, wszyscy mowia, ktorych tu spotykam, ze widok jest fantastyczny, wracajac wstapimy do Valle de la Luna, czyli Doliny Ksiezycowej, gdzie widoki sa nieporownywalnie ekscytujace. Srode zostawiam sobie na zakupu w La Paz, chociaz dzisiaj juz zrobilem zakup - kupilem na targu rzeczy magicznych figurke Pachamamy (czyt. paczamama), czyli po naszemu Matka Ziemia, wyglada fantastycznie kosztowala 1$, dodajac figurke pumy z Sasqechuan mam juz dwie. A, wracajac do "targu czarownic", robi naprawde niezapomniane wrazenie, procz repik bostw z Tiwanaku, mnie zafascynowaly "mumie mlodych lam" oraz "suszone plody alpak", wyglada to strasznie, jak z grobowcow faraona, nawet nie pytalem ile kosztuja bo wygladaja to przeokropnie, w/g wierzen Ajamara odpedzaja zle duchy, ja natomiast mam spore watpliwosci czy jakis Europejczyk trzymalby cos takiego w domu. Mysle, ze po tych paru dniach w Peru i Boliwii moge juz z grubsza ocenic te kraje., oczywiscie wlasna miara. Mysle, ze Boliwia jest bezpieczniejsza, bardziej przyjazna i oczywiscie tansza, w Boliwii mozna sie wyzywic (bary/restauracje) za 5$ dziennie, natomiast w Peru bedzie to juz 7-8$, koszty zakwaterowania oceniam podobnie, tansze sa natomiast zakupy pamiatek i wyrobow typu poncha, swetry, szale, makatki indianskie, itp. Stan drog w Peru jest doskonaly, mysle ze Polska bedzie doganiac ten kraj conajmniej przez kilkanascie lat, co do Boliwii to nie jest juz to tak oczywiste, drogi sa kiepskie i co dziwniejsze platne, od czsu do czsu stoi zespol bramek (jak we Francji) i trzeba zaplacic by jechac dalej. Boliwia, pomimo, ze kraj statystycznie biedniejszy od Peru, jest duzo czystszy, zadbany i na pierwszy rzut oka sprawia wrazenie, ze zyje sie tu lepiej. Kroluja tu uzywane samochody japonskie, ktore sprowadza sie kontenerowcami do Limy z Kraju Kwitnacej Wisni, juz w porcie przerabia sie uklad kierowniczy na jazde prawa strona drogi; przyklad Toyota Corolla nowa to 12000$, sprowadzona i przerobiona to 2500-3000$, oczywiscie zalezy to od rocznika (uwaga: ani w Peru ani w Boliwii nie ma limitu wieku na sprowadzane samochody, czesto na stacjach nie ma wogole benzyny bezolowiowej). To takie moje spostrzezenia. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Chacaltaya IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:49 08-10-2002 Chacaltaya Dzisjaj to przeszedlem sam siebie, ale o tym potem. Rano o 8.00 jak czekalem przed hotelem na zabranie mnie na Chacaltaye, spotkalem grupe Polakow, o jak milo okazalo sie ze mieszkali w hotelu vis a vis - Hostal Austria, skrzykneli sie tak w 12-15 osob, wiekowo od 20 do 60 lat i pojechali na miesiac do Peru/Boliwia, niestety nie pogadalismy zbyt dlugo, bo przyjechal po mnie autobus. Na poczatku zwiedzalismy "Ksiezycowa Doline", fajne miejsce, wyrzezbione przez wody rzeki podczas pory deszczowej (zreszta rzezbione jest nadal), stalaktyty wysokosci 20-30 metrow, pofaldowania, coz to trzeba po prostu zobaczyc. Pozniej pojechalismy bezposrednio do Chacaltaya, autobus nieustaniie sie wspinal, skonczyla sie droga, ktora zastapil ubity dukt, z jednej strony skala, z drugiej przepasc z porozrzucanymi kamieniami roznej wilkosci, szerokosc drogi jest nawet niewystarczajaca dla zwyklego samochodu osobowego, nie mowiac o autobusie, zakrety do 270 stopni oraz opony lyse jak glowa skina, wszystkich wprawily w przerazenie szczegolnie podczas drogi powrotnej, nawet ja przeciez nie naleze do strachliwych podczas zjazdu mialem mokro w spodniach, tu juz komentuje droge powrotna, ale gdy wreszcie wyjechalismy z tych serpentyn slychac bylo w autobusie "UFF" i ustopil wyraz smiertelnego przerazenia u mojej sasiadki (ze Szwajcarii zreszta). Ale, ale po jakiejs 1,5 godziny jazdy autobus wreszcie dojechal do schroniska. Jest to najwyzej polozone schronisko w Boliwii (moze i na swiecie) na wysokosci 5050 mnpn, tam wysiedlismy i jak zykle trzeba bylo zaplacic za wstep (powiedzmy jest to rodzaj podatku), na szczescie nie duzo bo 10,- BS. Na gorze wszedzie pelno sniegu, zimno mysle ze ponizej zera, bo snieg nie topnial, a lapy grabialy. Wstep upowaznial do wspiecia sie na gore Chacaltaya, 270 metrow wyzej do wysokosci 5320 mnpn, troche pionowo, przewodnik (indianin) powiedzial ze sie nie wspina, bo to zbyt meczace, no to start, hmm na tej wysokosci pokonanie tych 270 metrow, wcale nie jest latwa sprawa, mysle ze moj sposob jest dobry i powinno sie go stosowac. Po pierwsze poczatkowo czlowiek wcale nie jest zmeczony wchodzac pod gore i tak nalezy trzymac, nie wolno dopuscic do zmeczenia bo wtedy mozna wykorkowac (na tej wysokosci jest 60% mniej tlenu w powietrzu niz nad brzegiem morza). Piec, dziesiec krokow i odpoczynek (krotki 15-30 sekund) i tak dalej, trzeba pamietac, aby samemu to kontrolowac, nie pozwolic na zywiol, raz sie zapomnialem w polowie gory i zaczalem posowac szybciej, az do momentu, gdy organizm zarzadal wiecej tlenu, a tu kij nie ma, objawy sa takie, ze zaczynasz sie po prostu dusic, straszny bol w miesniach, serducho tak nawala, ze nie wiem, ale chyba tak wyglada zawal, jakos z tego wyszedlem, ale juz pozniej kontrolowalem, aby droga pod gore nie sprawiala zadnego wysilku. Po osiagnieci 5320 mnpn, w odleglosci kilkuset metrow byl szczyt jeszcze wyzszy, no to jazda i tak dzisiaj wdrapalem sie na 5480 mnpn., well sam nie moge w to uwierzyc, mam zdjecie z tabliczka wysokosci. Schodzenie to juz pestka, niemniej nadal nalezy pamietac, aby nie sprawialo to najmniejszego wysilku. Sam jestem zdziwiony, ze wogole nie mam objawow choroby wysokosciowej, bo na tej wysokosci praktycznie wszyscy ja maja (moze jednak nie wszyscy). Po powrocie do La Paz (jejku jak tu nisko, mysle co to bedzie jak wroce do domu, chyba bedze oddychal raz na 5-10 minut!) podrajcowany poszedlem do agencji turystycznej, ktora miala za szyba kartke "Climb tomorrow to Huayna Potsi", trzeba Wam wiedziec, ze jest to najlatwiejszy do zdobycia szesciotysiecznik (6100 mnpn), nie trzeba lancuchow, lin, po prostu trekking, mowie do panienki, ze pisze sie na to, a ona ze dla mnie jednego to niemozliwe, musze miec trzech gosci, no i kupa, pytalem w hotelu, ale zamiast zainteresowania widzialem przerazenie na twarzy, coz jezeli mi sie to nie uda w tym roku, to szukam chetnych na przyszly rok (moze i na inne szesciotysieczniki), mowie przezycie jest jedyne w swym rodzaju, cool ! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Boliwia, La Paz IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:51 09-10-2002 Boliwia Dzisiaj bedzie malo ciekawy dzien, zdrobilem sobie przerwe, a prawde mowiac zaspalem na "City Tour", nie nie kupilem biletu, bilety kupuje sie w tym wypadku bezposrednio przed odjazdem, wiec nic nie stracilem. Dzisiaj ostatni dzien w La Paz, czeka mnie dluga podroz do Arequipy (startuje o 8.00 z calle Sagarnaga i jestem w Arequipe o 6.00 rano dnia nastepnego). Na koniec kilka dla mnie smiesznych spostrzezen z La Paz i wogole Boliwii. Po pierwsze w Peru bylo mnustwo pucybutow, ale to co sie tu dzieje to naprawde szczyt szuszajningu (tak mowia), na samym placu San Francisko naliczylem ich ponad 30, wow! to robi wrazenie, mozne ich rozroznic jeszcze po "profesjonalizmie", najtanszy kosztuje 0,5 BS, to jest ok. 30,- groszy, ma maly stoleczek na ktorym siedzi, dwie szmaty do nakladania pasty i polerowania, no i ma tylko jedna czarna paste ktora poleruje wszystko, bylem swiatkiem jak facetowi szare buty obrzucal ta pasta i pozniej strasznie sie meczyl by zlikwidowac czarne smugi, to sa najtansi, mam takie zdjecie, gdzie w szeregu siedzi ich z dziesieciu i pucuja .. Ale sa tez i "fachowcy" lepszej klasy, maja oni fotel dla delikwenta i gazete, uzywaja juz trzech rodzajow past czarnej, brazowej i bezbarwnej, coz usluga jest drozsza (placi sie za komfort) i kosztuje 1,- BS, musze przyznac, ze na brak pracy jedni ani drudzy nie narzekaja, Druga zaskakujaca dla nas rzecza jest usluga "mobilnej komorki". co to znaczy ? Po miescie posuwa bardzo duzo gosci w jasnozoltych lub seledynowych kamizelkach, do kamizelek na dlugim srebrnym lancuchu przypieta jest komorka, chodza po miescie, jezeli jakis gosc chce zadzwonic podchodzi do "seledynowej kamizelki", ktora to udostepnia mu lancuch z telefonem, w drugiej rece ma stoper, w chwili wybrania numeru przyciska stoper, usluga kosztuje 1,- BS za minute (szczegolenie zalecane gdy dzwoni sie z komorki na komorke, bo rozmowa lokalna to 0,50 BS), lancuch nie powinien stanowic przeszkody dla rozmawiajacego, bo ma z 1,5 metra dlugosci. Poza tym w samym centrum miasta (idac ulica Sagarnaga do konca i skrecajac w lewo) znajduje sie rynek warzywny, olbrzymi, zajmuje kilka przecznic, mozna tam kupic naprawde wszystko co zwiazane jest z warzywami, z drugiej strony jest bardzo tanio, przykladowe ceny: 1kg bananow (na oko bo nie ma nigdzie wag) to 1,- BS (ok. 60,- gr), 25 sztuk pomaranczy to 4,- BS, 20kg ziemniakow to 10-12,- BS, mozna by mnozyc przyklady. Najtansze jedzenie w La Paz to Chinszczyzna, obok mojego hotelu jest restauracja chinska, obiad z 2 dan (jest obszerne menu do wyboru z 40-50 pozycji) to 10,- BS (bez napoi), napoje w butelkach np. Coca Cola, Fanta, trzeba jeszcze doliczyc 3,- BS, piwo (niespecjalne) w butelce 0,62l dodatkowo 6,- BS. Teraz przykladowe ceny napoi PET na straganach (bo sklepow do jakich my jestesmy przyzwyczajeni tu nie ma), woda mineralna 0,5l - 2,5 BS, 1,5l - 3,5 BS, napoje slodkie jak Coca Quinka czy Inca Cola (ale produkcji lokalnej) 2l - 5,- BS. Hotele w La Paz (klasy turystycznej jedynka, w zaleznosci od polozenia oraz czystosci) od 30,- do 80,- BS (to ostatnie z baño privado), ja place 40,- BS ale lazenke mam dzielona. Uslugi finansowe, jest bardzo duzo bankow i bankomatow, bankomaty wyplacaja badz Boliviano lub US$, przy US$ ponoc doliczaja prowizje, ale nie wiem nie sprawdzalem. I to tyle dzisiejszym komentarzem, odezwe sie dopiero z Arequipy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Arequipa IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:53 10-10-2002 Arequipa Tym razem juz nie z karaju "Che" tylko z Peru. Nareszcie po perturbacjach dotarlem do Arequipy. Jak zwykle problemy i to zarowno w Peru jak i Boliwii. Okazalo sie, ze sprzedali wiecej biletow niz bylo miejsc, no niezupelnie tak, bo mialy byc podstawione dwa autobusy, ale w Puno (Peru) zrobili blokade drog (jak zwykle jakas akcja protestacyjna) i drugi nie dojechal, strasznie dlugo sie zastanawiali, a wystarczylo policzyc miejsca, wszyscy usiedli, im zajelo to prawie godzine, nastepnie kierowca cofajac wpadl tylnimi kolami do rowu, wyprosil wszystkich na ulice i wyciagal autobus kolejne 1,5 godziny, gosc z Wloch mowi ze moglo byc jeszcze gorzej, pytam sie go co moglo byc gorszego, a on na to, ze przeciez mogl padac deszcz, no tak .. Kolejae perturbacje to przesiadka do Arequipy, ja oraz taka dziewczyna z Australii mielismy kupione takie same bilety (niestety obydwoje nie znamy Hiszpanskiego) na 19.00, ale w biurze tlumacza nam na sile ze mamy jechac o 16.00, my na to, ze nie bo mamy nocny przejazd do Arequipy, odpowiedz byla zawsze taka sama "Si, Arequipa, si, si", po polgodzinej walce okazalo sie, ze sprzedano nam bilet na nieistniejace polaczenie, no i musielismy jechac tym o 16.00, gdyz nie zostawiono nam wyboru. Co do drog, to jednak pozory myla, glowne drogi w Peru z ktorymi dotad mialem do czynienia jak. Autostrada Panamerykanska czy Cuzco-Puno sa doskonale, ale reszta uff, chyba jeszcze gorsze niz w Boliwii, dzisiaj bylem sam tego swiadkiem, autobus tak podskakiwal, ze co rusz bylem pod sufitem to na podlodze i gdzie tu mowa o spaniu ? Arequipa (2500 mnpn) to duze maisto ponad 2 mln. mieszkancow i trudno tu o nocleg za rozsadna cene, na te noc mam nocleg z baño privado przy samej Plaza de Armas, drogo bo 10$, za jedna noc naprawde warto. Jestem wykonczony po 14 godzinach jazdy, ale musze jeszcze sobie pochodzic po Plaza de Armas ! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Nazca IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:54 11-10-2002 Nazca Witam ponownie z pieknej Arequipy, Niestety chcialem obejrzec Canion Colca, ale sa to wycieczki 2 dniowe, a mnie czas goni, mam tylko 5 dni, wiec musialbym zrezygnowac z Nazca lub Islas Ballestas, tym razem zrezygnowalem z kanionu. Dzisiaj o 12.00 w poludnie mam autobus do Nazca, g woli informacji autobusy dalekobiezne zarowno w Peru jak i Boliwii u nas bylyby uwazane za top class, tu tak nie jest po prostu to standard, czasem porownujac nasz i w/w kraje naprawde sie zastanawiam czy to nie aby Polska jest krajem trzeciego swiata .. Podroz trwa 11-12 godzin, powinienem byc w Nazca przed polnoca, musze tylko znalezc odpowieni hotel (czyt. do 20 Sol), tu wczoraj przeplacilem, byla juz 23-cia i trudno bylo szukac czegos innego. Dlaczego nikt nie odpowiedzial na moja propozycje na przyszly rok ? Ponawiam: ¡ Trzy dniowy trekking na Huayna Potosi w Boliwii (6100 mnpn) ! To dopiero wyzwanie!, zdrowe, nie tak jak zjazd autobusem droga przy Yangajo w Boliwii - jest to najniebezpieczniejsza droga swiata, szanse na przezycie to 7:1, po bokach drogi leza wraki rozbitych samochodow i atobusow, smiertelny wypadek na tej drodze to rzecz calkowicie normalna, ja nie chcialem w tym uczestniczyc, bo uwazam, ze to nie challange tylko glupota, ale wielu turystow strzela sobie taka dawke adrenaliny (bywa ze ostatni raz w zyciu). Czekam na komentarz w sprawie Huayna Potosi ! Patrzac przez przekroj turystow, sa tu narodowosci z calego swiata, prym chyba wiedzie Europa, pozniej Barzylia, Argentyna, USA, Japonia, Kanada, Australia i Afryka Poludniowa. Miejscowi tez chetnie podrozuja, czesta 40% wycieczki to Peruwianczyczy czy mieszkancy Boliwii. Najkrocej wyjazdami ciesza sie Japonczycy (przecietny Japonczyk ma tylko 7 dni urlopu wliczajac w to weekend rocznie), musza 2 lata odkladac na dwutygodniowy urlop, generalnie wszyscy inni przyjezdzaja tu na 3 miesiace (90%), na tyle ile wazna jest wiza lub pieczatka w paszporcie lub nawet dluzej, ja zrobilem blad, ze wykupilem przylot i wylot z tego samego miejsca, nikt tak nie robi, najbardziej popularne to przylot: Santiago de Chile, odlot Bogota Columbia, Caracas Venezuela lub Quito Equador, takim sposobem przez kwartal mozna zwiedzic prawie cala Ameryke Poludniowa. Nazca, tak,to tu sa te slawne linie, ale bardziej slawny jest cmentarz Nazca, gdzie czaszki i kosci porozrzucane na pustyni, az po horyzont, ale o tym jutro, gdyz dopiero przybylem po 12 godzinach jazdy autobusem, jest 23:30, w Polce 6:30, niektorzy juz wstaja, a ja jeszcze nie zdazylem sie polozych. Po pierwsze dziekuje za list Alda (tu prosze o brawa, jako jedyny do tej pory wyrazil zainteresowanie Huayna Potosi, jest to Polak mieszkajacy w Boliwii, ktory nieznanym mi sposobem znalazl sie na liscie odbiorcow mojej amatorskich dziennikow, pozdrawiam Aldo). Wow, dzisiejszy dzien naprawde byl ciezki, do 11.00 spedzilem na Plaza de Armas przypatrujac sie ulicy i wstapilem na 30 minutowa sesje w sieci (z nudow). W kazdym razie kupilem bilet autobusowy na trasie Arequipa-Nazca, w biurze panienka powiedzilaa, ze jest to klasa ekonomiczna, mnie natomiast spodobala sie cena biletu 25 Sol, troche mniej ze to az 11 godzin, ale trudno, kompromis. Taksowka z centrum do Terraport (terminal autobusowy) kosztowala 5 Sol, uwazalem, ze to prawdziwa okazja. Odjazd o 12:00, coz autobus spoznil sie 15 minut juz na samym stracie, dopiero jak zostal podstawiony, to zrozumialem na czym polega ta "prawdziwa okazja", nie zeby byl uszkodzony, czy niekomfortowy, oczywiscie zasadniczo ustepowal liniom komfortowym prowadzonym przez np. Ormeño, ale mial siedzenia rozkladane, video (obejrzalem 2 filmy, dobrze, ze nie dubbinguja), nie mial za to klimy (nie byla potrzebna) ani w.c., jedyna nowoscia, bylo to, ze bylem jedynym "bialym" w tym autobusie. Czy zle sie czulem? Absolutnie nie niektorzy probowali nawiazywac ze mnia rozmowy, lecz niestety ze wzgledu na bariere jezykowa - nikt nie mowil po angielsku, a ja praktycznie nie mowie po hiszpansku, konczylo sie to na kilku zdaniach. Autobus okazal sie autobusem osobowym, to znaczy, zatrzymywal sie prawie wszedzie, gdzie tylko mozna, ludzie wpadali i wypadali, ale ciekawsze bylo to, ze wpadaly wtedy kobiety, ktore sprzedawaly rozne smaczne rzeczy (np. galaretki owocowe w kubkach, popcorn, ciastka, napoje, hamburgery, kanapki, itp, itd), no czlowiek tu z glodu nie umrze, tylko trzeba miec Sole, dla mnie natomiast dziwniejszym byl fakt, ze autobus ruszal, one sprzedawaly (lub probowaly) co mialy chodzac wzdloz rzedow siedzen, a gdy juz konczyly, pukaly przez szybe do kierowcy, a on je wysadzal w szczerym polu, hmm musialy wiec chyba czekac na okazje z przeciwka (?). O 18.00 autobus jechal dalej, az ludzie zaczeli nerwowo sie poruszac mowiac "Cena", pomyslalem, ze przeciez to nie jest autobus expresowy w ktorym podaja kolacje, wiec o co tu chodzi i .. wkrotce sie okazalo, autobus zatrzymal sie opodal budynku, ktory znajdowal sie w polowie do niczego (ang. middle of nothing), budynek przypominal piec-szesc rzedem polaczonych naszych sklepow GS, jakies 100m od brzegu ceanu. Po zatrzymaniu autobusu (bylo juz ciemno), nagle zaterkotal w oddali generator i zrobilo sie jasno, na zewnatrz swietlowki zaczely oswietlac dziedziniec. Wszyscy wysiedli i udali sie do oswietlonego juz wewnatrz obiektu o betonowej podlodze. Mnie udezyl zaraz po wyjsciu z autobusu ostry i silny zapach dwuamidu kwasu weglowego (dla nie wtajemniczonych podaje, ze to chemiczna nazwa mocznika), nawet w srodku zapach byl rownie intensywny. Poustawiane stoliki, menu napisane kreda na tablicy i mala dziewczynka przyjmujaca zamowienia zachecily ludzi do zakupow cieplych posilkow, poniewaz zawsze bylem zdania, ze nie sika sie tam gdzie je, po odwroceniu sentencji dostalem nie je sie tam gzie sika, wiec nie nie zamowilem, wyszedlwszy na dwor musialem spacerowac w doleglosci conajmniej 20 metrow, aby uniknac wspominanego przeze mnie zapachu dwuamidu. Po 20 minutach autobus ruszyl ponownie, reszte drogi przespalem i tak dotarlem do Nazca. W Nazca jest tanio, udalo mi sie wynajac hotel z baño privado za 15,- Sol, akwizytorzy biur podrozy tez mnie juz dorwali i sprzedali poldniowa wycieczke na "cmentarz" za 7$, no ale jeszcze musze kupic "Nazca lines", jutro . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Nazca Lines IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:55 12-02-2002 Nazca Lines Wlasnie wrocilem z planowanych wycieczek. Troche jestem wkurzony, bo gosciu imieniem Elvis nacial mnie na 10,- Soli, a bylo to tak przyszedl do hotelu i sprzedal mi wycieczke na Cmentarzysko Nazca, fabryki "antykow" z porcelany (ta sama technologia co 1000 lat temu, ceny europejskie) i wydobycia zlota (nota bene caly czas tu wydobywaja zloto na skale przemyslowa). Calosc 25,- Sol + 10,- Sol za wstep (tu zreszta jest taki zwyczaj, ze jak kupujesz wycieczke w miejsca gdzie trzeba placic za wstep, placi sie samemu), czyli 1$ za kazdy obiekt, o.k. wycieczka sie odbyla, ale facet nie przekazal oplaty za wstep i sam musialem placic jeszcze raz, po prawie 3 tygodniach nacial mnie gosc na 3$ (chociaz juz kilkakrotnie przeplacalem za np. nocleg czy transport, ale nikt mnie nigdy tu nie wyrolowal!), kurna, niby nieduzo, ale za te pieniadze masz tu doskonaly obiad. Gemeralnie przestroga, nie kupujcie od akwizytorow, ktorzy przychodza do hotelu, kupujcie w biurach podrozy, wystarczy przejsc sie na Plaza de Armas i zawsze i to zawsze sa tam biura specjalizujace sie w turystyce danego regionu, czasami nawet mozna kupic wycieczki do innych miast, ale nie polecam - przeplacicie, zawsze kupujcie regionalnie, czyli np. w Cusco Machu Piccu, w Arequipie Canion Colca, w Nasca Nasca Lines, itp. Jestem wkurzony, ale przejdzmy do tematu Cmentarzysko robi niesamowite wrazenie, w podziemnych grobach ulozone sa mumie w postaci embrionalnej zarowno osob doroslych jak i dzieci, drogi po ktorych sie chodzi uslane sa koscmi, resztkami wlosow i ubran, nie ze mieszkancy tego regionu wyrzucali na pustynie szczatki swoich zmarlych, to hieny cmentarne, poniewaz cmentarzysko nie jest pilnowane w nocy (moze teraz juz jest, ale jeszcze kilka lat temu nie bylo), wykopuja grobowce, odzieraja ze zlota, dobrze zachowanych ubran, a mumie rozrzucaja po polu, okropnosc!, najgorsze, ze nikt tego nie pozbiera tylko po tym sie chodzi, mumie sa naprade bardzo dobrze zachowane, przewodnik (mowil po hiszpansku, zaczynam lapac ten jezyk) objasnial proces mumifikacji, cialo delikwenta pozbawiano wnetrznosci, a skore i wlosy na poczatku smarowano "chili pepper" (teraz juz wiem dlaczego tak pali), nastepnie zas sola, no i przechowaly sie kilka tysiecy lat. Klimat w Nasca jest zupelnie inny niz w reszcie kraju o ktorej pisalem, to nisko polozone miasteczko 600 mnpn na pustyni, tu deszcz nie pada prawie nigdy, poniewaz jest dosc wysoko i daleko od brzegu oceanu, nie ma tu tego gowna - czyli tej okropnej mgly o ktorej pisalem w jednym z pierwszych listow, a ktora byla obecna prawie cala wczorajsza droge autobusem (bo jechalismy na wysokosci oceanu), zreszta oni to nazywaja guaro, czy jakos tak. To nie jest pustynia w senisie "polskiego stereotypu", to sa kamienie porozrzucane na rowninie, rozgrzane w sloncu, duze, male, olbrzymie, gdzie nie rosnie nic, nie zyje tu tez kompletnie nic, temeperatury dochodza do 50C, ale to nie jest takie straszne , dzisiaj bylo 35C, poniewaz wilgotnosc jest prawie zerowa, nie odczuwa sie tego upalu, czlowiek nawet sie nie poci, wysychaja mu za to wargi i to szybko, takiej pustyni nawet sobie nie wyobrazalem. Mysle, ze slonce tez przyczynilo sie do konserwacji cial (chociaz byly ukryte w grobowcach pod ziemia), z drugiej strony brak roslin i zwierzat nie doprowadzil do dewastacji. To samo ma miejsce z Nasca Lines, one tez sa przeciez wyrzezbione na tej pustyni, teraz jest to ogrodzone drutem kolczstym, aby nie chodzic po liniach, bo tylko to moze im zaszkodzic, klimat pustyni je tylko konserwuje. Bylem w muzeum Marii Reich, to badaczka z Drezna, ktora cale zycie poswiecila na rozwiazaniu tajemnicy linii Nasca, zmarla 5 lat temu (w wieku 93 lat), a zajelo jej to 50!, coz nie udalo sie rozwiazac zagadki, niemniej skatalogowala wszystkie rysunki. Z wiezy widokowej nie widac zbyt dobrze, widoczne sa tylko dwa drzewo i kormoran (czy cos takiego), najlepiej poleciec samolotem, mozna wtedy zobaczyc calosc, coz przyjemnosc kosztuje 40$ za polgodzinny lot Cesna. Tyle zobaczylem dzisiaj, jutro chyba ICA, jeszcze nie wiem, mam malo czasu, 15-go musze byc w Limie. Dowiedzialem sie natomiast rzeczy o wiele ciekawszych, ze prawie caly polnocny-wschod od Limy do Equadoru nie zostal jeszcze zbadany, sa takie miejsca (i to sporo) do ktorych jeszcze nigdy nie dotarl "bialy" czlowiek, gdzie moga byc jeszcze bardziej ciekawe pozostalosci innych cywilizacji, a wszystko to juz w odleglosci 200-300 km od Limy, no coz moze trzebaby zostac nowym Schlimanem ... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Peru &# 8211; Ica IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:58 13-10-2002 Peru – Ica Sa takie miasta, ktore zamiast dobrych wspomnien zostawiaja kaca, do nich wlasnie nalezy Ica. Miasto dosc duze, ponad 150.000 mieszkancow, ale brak mu calkowicie uroku. Zaczynajac od poczatu, dzisiaj wstalem przed 5 rano, autobus planowo odjezdzal o 6.00, jak to zwykle bywa w Peru spoznil sie na starcie i odjechalismy o 6.30, poniewaz to klasa economico, wiec stawal przy kazdej przydroznej dziurze, w Ica bylismy mniej wiecej 8.30. Bagaz zlozylem w przechowalni i zaczalem zwiedzac miasto. Juz sie przyzwyczailem, ze jestem jedynym "bialym" w takich miastach i nie zwracam na to uwagi. Stragany, stragany z warzywami, drobna elektronika i tutejszymi fastfoodami wszechobecne wzdluz glownej ulicy, halas, gwar, policja regulujaca ruch i chyba najbrzydszy Plaza de Armas jaki kiedykolwiek widzialem w Peru, wokolo pelno "konikow", ktorych jak do tej pory nie spotkalem w zadnym miescie. Zapuscilem sie jeszcze dalej - do konca miasta, gdzie zaczyna sie dzielnica handlarzy starzyzna, nedzy i brudu. Wyschniete koryto rzeki czekajace na pore deszczowa, zasypane calkowicie smieciami (glownie butelkami PET i innym sorki za okreslenie - gownem), dzieci na boso biegajace po ulicy, ktore maja tak samo czyste rece jak nogi i przydrozne warsztaty, swiadczace roznorakie uslugi, a samym srodkiem sunela ceremonia pogrzebowa z trumna niesiana przez (chyba?) krewnych, gdzie w srodku tlumu gosc rzewnie przygrywal na trabce. Zafascynowalo mnie to, ale dzielnica chyba nie byla zbyt biezpieczna, bo podszedl do mnie policjant i powiedzial, ze chyba sie zgubilem i zalecil powrot do miasta, co uczynilem. W/g przewodnika Pascala jedyna warta uwagi przy tym miescie jest oddalona o 5km miejscowosc Huacachina, ktora slynie z plaz wzdluz koryta rzeki, przepieknych wydm na ktorych zjezdza sie za pomoca sandbordow (to taki odpowiednik snowbordow, tylko ze na piasku) oraz oaz palmowych. Zatrzymalem taksowke, uzgodnilem taryfe na 3 Sol i jazda, na rogatkach miast zatrzymala nas policja i kazala zawrocic, bo .. jest kolejna blokada drog (prawdopodobnie do wieczora), no nie wiem tu ciagle blokuja drogi, mysle ze Leppera im trzeba, w kazdym razie nie dojechalem i dzisiaj prawdobodobnie nie dojade. Postanowilem w takim razie ewakuowac sie do Limy, miasto nie lezy mi kompletnie, autobus mam o 14.00, Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Lima IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:59 13-10-2002 Lima Yeh, jestem w Limie, podroz meczaca, szczegolenie, ze znow oszczedzajac wybralem tania firme "Señor de Lurant", coz za syf, poprzednia firma "Cruz del Sur" okazuje sie diametralnie lepsza, ale jakbym mial komus polecic to polecam Ormeño, droga, ale z klasa, bilet Nazca-Lima w klasie Royal kosztuje 20$ (w Señor de Lurant zaplacilem 5$), ale tam nawet podaja lunch w tej cenie, a tu pomimo ze autobus przystawal co kilka metrow (no przesadzam) i to ze jestem jedynym "bialym" (to juz pisalem - przyzwyczailem sie do tego) i to ze ludzie przewozili takie syfy, ze smrod w srodku byl nie do zniesienia i to ze moj biedny podreczny plecak ktos zalal sokiem z kiszonych ogorkow (strasznie smierdzial, wiec zaraz po wmeldowaniu do hostalu wypralem, nic nie szkodzi, ze w samej wodzie) spowodowalo, "NO MORE SEÑOR DE LURANT!". Marketing tanich firm przewozowych, ktore wymieniam w pierwszym zdaniu zasadniczo sie roznil, w Cruz del Sur, co pewien czas kierowca wpuszczal obnosnych sprzedawcow, natomiast w Señor de Laurant byla "etatowa" sprzedawczyni, ktora zmonopolizowala rynek, siedzila na fotelu nr 2 (zaraz za przeslaona kierowcy), miala dwa kosze w jednym "slodkie" napoje, w drugim zas jakies takie duperele w stylu obwarzanek, popcarnu, cistek, no i basta z konkurencja, kazda proba wtargniecia do srodka, konczyla sie ostra interwencja kontrolera! Lima (poprzednio nocowalem w Callao, to takie robotnicze przedmiescie miasta), to znaczy, ze trzeba sie powoli oswajac z powrotem, jestem zadowolony, ze wyjechalem z Ica, a jeszcze bardziej jakoscia hostalu w ktorym przyjdzie mi teraz mieszkac, adres mailem z przewodnika Pascala (o.k., juz nie bede narzekal na to wydawnictwo, ceny sie absolutnie nie zgadzaja, ale poza tym jest dobrym zrodlem pomyslow), taryfa z dworca PKS (tak to brzmi po Polsku) kosztowala 5 Sol, natomiast hostal jest przezzabawny. W hostalu España doba kosztuje 6$ ze wspolna lazienka, ja biedny zuczek nie mialem szczescia do przyziemnych spraw wiec pokoj dostalem na samym dachu (4 pietro, oszalamiajacy widok), aby tam dojsc trzeba pokonac swoisty labirynt, przez salony urzadzone w stylu Rembrantowskim (z obrazem Rembranta oczywiscie), ze stylizowanymi rzezbami, kreconymi schodami, restauracja oraz piekna oranzeria. Wszystko to musze przejsc, aby dostac sie na moj dach, na dachu jest tez lazienka z w.c., natomiast nie ma innych pokoi, to chyba jest takie nieoficjalne "baño privado", na parterze jest zas kafejka internetowa, no czegoz trzeba wiecej ? To tyle na dzisiaj, koniec, nie bede juz przynudzal. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Peru, Lima IP: 192.11.224.* 15.10.02, 15:01 14-10-2002 Lima To chyba bedzie moj przedostatni list, wtorek to ostatni pelny dzien, jutro bede sie staral wszystko podsumowac, ale poki co dzisiaj jest jeszcze poniedzilek i moge wyrazic pewne opinie o Limie i dzisiejszym City Tour. O.K., to zaczynam, wczoraj wspomialem o hotelu, naprawde mi sie podoba, zreszta ma nawet strone www.ccom.org/extern/hotelespanaperu/ ale znow zbaczam z tematu. Lima miasto ponad 8 milionow mieszkancow, niska zabudowa (ze wzgledu na trzesienia ziemi, a zapomnialbym wczorajszej nocy bylo bardzo male, trwalo zaledwie kilka sekund i nie podnioslo u mnie poziomu adrenaliny), zalozone przez Pizzara w 1536 roku, jako jedyne z miast w Peru nie posiada Plaza de Armas, to znaczy posiadalo, ale kilka czy kilkanascie lat temu, ktos zasugerowal, ze poniewaz stolica Hiszpanii, nie ma Plaza de Armas, tylko Plaza Mayor, to nalezy nazwe te zmienic i tak uczyniono, teraz mamy wlasnie Plaza Mayor (Peruwianczycy nie gesi tez Mayor maja!). City Tour, droga impreza, ale poniewaz to juz moj ostatni tour, to zaszalalem, calosc trwa od 14.00 do 18.30 i kosztuje 20$, zwiedza sie rozne dzielnice w tym San Isidoro oraz Miraflores, wow przyznam, ze roznica jest ogrmona (w porownianiu z centrum), pomimo, ze wlasnie w centrum znajduja sie siedziby instytucji rzadowych, bankow i gieldy, to jest tu najbrudniej, widuje sie gosci spiacych w workach z PCV na chodnikach, no i trzeba uwazac (jak w zadnym innym miescie w Peru) na zlodziei. Natomiast Miraflores i San Isidoro, te dzielnice to jakby inne miasto, praktycznie patrzac po witrynach sklepow, ludziach na ulicach, porzadku i bezpieczenstwie, niczym ale doslownie niczym nie odbiegaja od dzielnic w bogatych miatach Europy czy USA. Dzisiaj garua (mgla) byla jakby mniejsza, co prawda bylo pochmurno, ale przeciez mamy tu dopiero wiosne, lato zaczyna sie w grudniu i ponoc jest przejrzyscie, slonecznie (czyli nie ma garuy). Ceny, coz generalnie na zywnosc takie same jak w reszczie kraju, "menu del dia" w porze lunchu mozna wtracic od 4,- do 6,- Sol, tyle samo mniej wiecej kosztuja desayuno (sniadanie) - w zaleznosci czy kontynentalne, amerykanskie, czy tez especial. Niestey nie moge odzalowac, ze nie ma tu juz ulicznych straganow z inkaskimi pamiatkami, jest mnostwo sklepow z jeansami, adidasami (z czterema paskami, okazyjnie czwarty pasek gratis), itp., natomiast nie ma juz prawie nic z "value" pamiatek dla turystow, oczywiscie mowiac o kieszeni backpacera, bo firmowe sklepy np. ze swertrami z alpaki oczywiscie sa jak Alpaca 111 (tez maja strone www.alpaca111.com), ale tam ceny zaczynaja sie od 80 dolkow za sweter! Dzisiaj prawieze lastminute przed powrotem postanowilem sprobowac tutejszych owocow, przechodzac ulicami trafilem na prawdziwy supermarket (!), dwupietrowy, na pierwszym artykuly spozywcze i chemia, na drugim ubrania i inne duperele, duzy, musze pryznac, nazwa Metro (ciekawy jestem co na to Metro A.G.,w Polsce - Makro), w kazdym razie kupilem za 4 Sole ponad 1,5 kg owocow, cytuje: Pepino, Cocona, Tuna Roja i Carambola. Ostatni mozna tez dostac w Polsce, chociaz ja nigdy przedtem tego nie probowalem. Najbardziej dziwaczny owoc to Cocona, wygladem przypomina duza cytryne, po obranu ze skorki (zreszta tak grubej jak cytryna) w srodku znajduje sie kokon, po przedziurawieniu kokonu wysypuja sie pestki, ktore wygladem przypominaja pestki "granata", chociaz sa zupelnie inne w smaku. Wracajac do supermarketu, zauwazylem dwoistosc cen, to znaczy ceny na toway krajowe sa w Sol, natomiast ceny na importowanie w US$. Ciekawe czy w kasach przeliczaja, czy kasuja w dolkach, musze sprawdzic.. Znow nic wiecej nie przychodzi mi do glowy, wiec koncze i kropka. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Małe podsumowanie IP: 192.11.224.* 16.10.02, 10:00 15-10-2002 Lima Mowilem, ze to moze moj ostatni list? Jeszcze nic pewnego, bo jutro bede mial sporo czasu do 20.00, a z hotelu musze sie wyniesc do 11.00, ilez mozna chodzic po Limie ! Tu dzisiaj istny mlyn, same marsze protestacyjne, naliczylem trzy. Dzis rano wychodzac z hotelu natknalem sie na tlum powiedzmy nienajmlodszych Peruwianczykow (w stosunku do Europejczykow powiedzialbym emerytow), dlaczego tam?, a tak sie sklada ze Hotel España znajduje sie vis a vis rzadowego budynku z napisem "Trybunal Konstytucyjny", doprawdy nie wiem co chcieli, zachowywali sie spokojnie, idac dajej ulica w kierunku hotelu Sheraton Lima, tak w 1/3 drogi kolejna blokada, cala ulica zawalona kartonowymi pudlami, wjadu pilnuje policja, ostatnia zobaczylem przy Placu Niepodleglosci, ciezarowki poobklejane na kolor "krow holenderek", krowy, owce i lamy oraz napisy "Zablokowac import zywnosci, zywnosc peruwianska jest lepsza" (ha, ha skad my to znamy?, przeciez mowilem Lepper do Peru!), mozna sie bylo napic gratis peruwianskiego mleka, nie probowalem, bo nie myja kubkow, a swojego akurat nie mialem. Teraz jestem przy Plaza Mayor (tam juz doszli), zablokowali caly plac i skanduja przed palacem prezydenckim, policja na koniach (w pogotowiu dzialka wodne i gaz) tylko sie przyglada, mysle, ze pokrzycza i pojda. Rolnictwo, gospodarka w tragicznym stanie, korupcja, no jest przeciw czemu protestowac, ale w jednym przynajmniej przoduja - zuzyciu pasty do butow na jednego mieszkanca, razem z Boliwia sa w swiatowej czolowce! Jutro ma byc wiekszy dym, przeciwko prezydenkowi Toledo, mam nadzieje ze jakos uda mi sie przejechac na lotnisko. Ale mialem, podsumowac wyjazd, coz spedzilem tu 25 dni, to prawie miesiac, jezeli kogos interesuja wydatki to nie mam nic do ukrycia, bilet Berlin-Lima-Berlin to wydatek ok. 4000,- PLN, na miejscu wydalem (uwzgledniajac wszystko, tzn. transport, bilety, wycieczki, hotele, wyzywienie, oczywiscie procz zakupow) 750$, z czego 50$ to tzw. "frycowe", niestety czasami przeplacalem za transport, wycieczke czy hotel, teraz wiem juz jak tego uniknac, wiec smialo moglbym zamknac sie w 700$, suma sumarum to ok. 7000,- PLN, drogo?, a to sprawdzcie w biurach np. www.logostour.pl/xperuboliwia.htm trzeba wydac conajmniej 2500$ na dwu tygodniowe zwiedzanie, zreszta ja wole tak jak teraz, nigdzie nie jestem uwiazany terminami (procz odlotu), potwierdzaja to tez informacje od osob ktore tu przebywaja, generalnie jak pisalem juz wczesniej 90% przyjezdza tu na conajmniej 3 miesiace, z tego 99% ma kupiony tylko bilet powrotny, pisze to w sensie ogolnym, bo np. spotkana przeze mnie wycieczka rodakow, jak i wszystkie grupy Polakow (nie liczac osob indywidualnych) korzystaja z biur podrozy. Doprady nie wiem, czy jest to strach przed przygoda, czy po prostu wygodnictwo, a moze i to i to, bo przeciez kasa sie nie liczy! Zrobilem ok. 500 zdjec (cyfrowo 2.1Mpixel), po powrocie opisze i wypale VideoCD (w tym formacie mozna przegladac zdjecia zarowno na PC-cie jak i stacjonarnym DVD i TV), postaram sie je udostepnic tak szybko jak to mozliwe (ale raczej nie przez WEB, bo to 128MB). Kupilem wlasnie "mate de coca", ale w torebkach herbaty expresowej (oczywiscie ze sznureczkiem!), wiec chyba mi tego nie zaboira, mala rzecz a cieszy, tym bardziej ze tu na nizinach Peru, nie mozna juz kupic w knajpach mate de coca, mysle to taka "gorska" herbatka w ujeciu polskim, ktorej tez procz polskich gor nie uswiadczysz. Pamiatek zbyt duzo nie przywioze (procz zdjec), mysle ze jeszcze tu wroce, przede wszystkim dla Huayna Potosi, ale tez Marsahausi, no zobaczymy, szukam chetnych, bo w grupie razniej. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Lima - czas wracać IP: 192.11.224.* 17.10.02, 11:05 16-10-2002 Lima To juz jest koniec, za 3 godziny mam taryfe na lotnisko, hotel España ma wlasne umowy z taryfiarzami i taryfa zamiast 10$ kosztuje 5$, dlatego jeszcze raz polecam ten hotel. Mialem juz konczyc ale zabijam czas pisaniem, manifestacja o ktorej wspominalem wczoraj (przeciwko Toledo) juz sie rozeszla, bylo malo ludzi, cos tam pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli, o 12.00 juz nikogo nie bylo na Plaza Mayor. Rano przed opuszczeniem hotelu, chcialem jeszcze raz zobaczyc aleje obok hotelu Sheraton Lima, jest ekstra, po prawej i lewej stronie po 3 pasy dla ruchu samochodowego, natomiast w srodku aleja spacerowa, z zielonymi trawnikami, kwiatami i fontanna vis a vis Palacu Sprawiedliwosci, na trawnikach stoja rzezby z brazu przedstawiajace zwierzeta Peru (naturalnej wielkosci), sa lamy, alpaki, puma, kondor, jest co podziwiac, chcialem dodatkowo zrobic pare fotek, az do chwili, gdy jakis kurdupel do mnie podbiegl i chcial wyrwac z reki zegarek. Zamiast zarobic na jego sprzedazy, zarobil ode mnie takiego kopa (mam buty trekkingowe), ze napewno przez kilka tygodni bedzie pamietal to zdarzenie. Tak, to Lima tego nie ma w zadnym innym miescie, zlodziejstwo, przestepczosc i inne tam jeszcze epitety. Nie znaczy, to ze tylko Peruwianczycy oszukuja, tez dzisiaj, ale okolo poludnia podszedl do mnie gosc na promenadzie handlowej (nota bena bardzo ladna i duzo tanich sklepow z "chinskimi" ciuchami) i mowi, ze jest z Tuscon Arizona i czy mowie po angielsku (chyba byl faktycznie), ja na to ze mowie, on zaczal narzekac, ze ukradli mu torbe podrozna, nie ma pieniedzy i wogole, ale potrzebuje tylko z 10$ na karte telefoniczna i drobne wydatki, bo musi zadzwonic do rodziny, aby przeslali mu kase przez Western Union, coz zrobilo mi sie zal czlowieka, bo przeciez jezeli mowi prawawde, to ma powazny problem, poniewaz z zasady nieznajomym pieniedzy nie pozyczam, zaproponowalem mu, aby zatelefonowal do domu z mojej komorki (mam komorke tylko do pilnych lub bardzo pilnych spraw, a tak to jej wogole nie uzywam), zaczal wykrecac sie jak piskorz, ze nikogo teraz nie ma, ze on sobie kupi sam karte, mysle bywaj zdrow i tak kolejny raz nie dalem sie zrobic w konia! To tyle, chyba nie bede dzisiaj juz wychodzil z hotelu, bo nie mam juz kasy na opisywanie dalszych przygod. Generalnie podsumuje pobyt, czyli co mi sie podobalo, co nie i co bylo fascynujacego. Rzeczy, ktore sie podobaja: =========================== - Zyczliwosc ludzi, szczerosc, nie spotkalem sie z tym w krajach naszego regionu - Dobra i tania kuchnia, menu w porze lunchu za 5-6 zlotych, trudno bedzie sie przyzwyczaic z powrotem do krajowycch realiow - Doskonale zorganizowane zaplecze turystyczne, tak chyba wszystko co jest do zwiedzenia lub zdobycia osiagalne jest w lokalnym biurze podrozy i to z regoly za bardzo rozsadna cene. Rzeczy, ktore fascynuja: ======================== - Przyroda, roznorodna od gor przez dungle, pustynie do nizin nadoceanicznych - Zamierzchle cywilizacje, praktycznie w kazdym zakatku tego regionu mozna natknac sie na pozostalosci jakiej cywilizacji - Nieodkryte przestrzenie i cywilizacje, prawie 40% kraju jest jeszcze niezbadane i czeka na swoich odkrywcow Rzecz, ktore denerwuja: ======================= - Halas w miastach, o stopniu kultury kierowcow niech swiadczy fakt, ze nie zdejmuje sie tu reki z klaksonu - Nahalnosc "szuszajnow", bardzo trudno jest wytlumaczyc, ze nie chce sie glansowanych butow, czasami jedyna metoda obrony przed nablyszczaniem jest ewakuacja - Naciagactwo, bedac "gringo" chyba niesposob obronic sie przed ta plaga Mysle, ze to tyle, raczej nic dodac nic ujac, jezeli ktos mialby jakies pytania to z checia odpowiem. Nie wiem, czy opisywac powrot do domu, bo to nie bedzie juz tak ekscytujace (mam taka nadzieje). Zakoncze wiec moim ulubionym cytatem z Ferdydurke Gombrowicza: KONIEC I BOMBA, A KTO CZYTAL TEN TRABA! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Walter Polska IP: 192.11.224.* 19.10.02, 10:03 18-10-2002 Szczecin Dzisiaj rano po prawie dobie podrozy szczesliwie wrocielem do domu (uff!) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Damian Re: PERU - BOLIWIA IP: proxy / *.mofnet.gov.pl 28.10.02, 10:28 godne pochwały, ale to chyba nie to forum, zapraszam na pl.rec. turystyka.tramping Odpowiedz Link Zgłoś