Dodaj do ulubionych

PERU - BOLIWIA

IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:18
Będę tu wrzucał relacje pisane na gorąco przez kojego kumpla Włodka, który
wybrał się na wyprawę do Peru i Boliwii.
Jeśli będziecie mieli do niego jakieś pytania to piszczie na adres
mozol@ubique.com.pl
Obserwuj wątek
    • Gość: Walter PERU IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:30
      26-09-2002
      PERU

      W koncu dotarlem do celu, tzn. "Pepka Swiata", a w jezyku keczua Cusco
      po podrozy trwajacej bez mala 2 doby, well poki zostane tu z tydzien i
      powoli sie zaaklimatyzuje, tak, tak Cusco polozone jest 3600 m.npm. Z
      deka duzo,ale zdziwony jestem bo moj Casio ProTrek pokazuje wysokosc
      jak trzeba, a cisnienie jest tu na poziomie 655 hpa, dla nas z nizin
      tzn. Szczecinian, Gdynian i Gdanszczan przyzwyczajonych do 1013 hpa,
      jest to szok dla organizmu, dodatkowo bo zawartosc tlenu w powietrzu
      jest o 40% mniejsza niz u nas, tzn. zamiast 24%, mamy 14%, dlatego
      nieprawda jest to co mowil Mariusz, ze jest to przejscie
      bezproblemowe, do chwili aklimatyzacji ktora trwa od 2 do 7 dni
      wystepuja zawroty glowy, u niektorych bole, brak koncentracji, zimno w
      koncowkach plcow, a aklimatyzacja polega na tym, ze organizm musi
      zaczac produkowac wiecej czerwonych krwinek by wyrownac
      zapotrzebowanie na tlen. U mnie wystepuje zadyszka i lekkie zawroty
      glowy, no ale mate de coca robi cuda, smakuje
      jak nasza zielona herbata, ale dzialanie ma identyczne jak Red Bull -
      czyli ozywia umysl (wcale nie daje zadnego kopa !!!), co np. u mnie
      zasadniczo lagodzi przebieg soroche. Ale, ale napisze jeszcze o moich
      perypetiach, po przylocie do Madrytu, Iberia na swoj koszt postawila
      nocleg w hotelu 4 gwiazdkowym w samym downtown, coz hotel istotnie z
      szyldu ····, ale ja bym mu od razu jedna z
      gwiazdek wyjal, po pierwsze waskie, krotkie i niewygodne lozka, halas
      (maja jakis problem z rurami i przez cala noc cos tam stukalo,
      warczalo, itp, itd), tylko polozenie, ekstra, zaraz przy samym Plaza
      de España i rzyt kamieniem od Plaza Mayor, czyli lepiej juz
      chyba nie mozna, kolejna nieprawda okazal sie mit Piotra B., ze Madryt
      jest nieciekawy, nic bardziej blednego, a by night tym bardziej ...
      Dnia nastepnego odwiezli nas na lotnisko, a Iberia jak to Iberia, po
      pierwsze zle odprawila mi bagarz, po drugie samolot spoznil sie na
      stracie o ponad 2 godziny, tragedia, dodajac do tego 12 godzin lotu,
      zmiane czasu (GMT-6h), po przylocie czulem sie okropnie, dobrze, ze
      goscie z hotelu sie pojawili i zrobili pickup, bo nie wiem co bym
      zrobil, zreszta, caly plecak mi przeciez wcielo, hotel drogi bo 30 US$
      za noc plus 7 dolkow za pickup i 7 za odwiezienie, w sumie wyszko
      prawie 50 $, bardzo bylem zdziwiony ze w Limie prawie nigdzie nie chca
      brac wlasnej waluty tzn. Sol (Slonce), a jedynie dolki, za hotel
      musialem zaplacic w dolkach pomimo, ze mialam Sole, a jeszcze jedna
      uwaga, w Limie procz US$ nie liczy sie zadna waluta, Euro sa tak samo
      przydatne jak Polsie Zlote czy Rosyjskie Ruble, czyli do bani, kurna
      naprawde mnie to poruszylo. Hotel byl sredni, ale wart swoich 3
      gwiazdek, w dzielnicy Callao, chyba niezbyt spokojnej bo przed
      wejsciem stal cala dobe uzbrojony gosc z ochrony. Dzis rano mialem
      samolot do Cusco, ale tu znow zaczely sie schody, bo w Limie wlasnie
      urzadzono 2 dniowa demonstracje i zablokowano wszystkie drogi od 6.00
      rano, dlatego musialem wstac o 5.00 by mogli mnie odwiezc przed
      blokada, nie zdazylem sie wyspac.
      W Limie pogoda Syf, zreszta tu jest tak przez 2/3 roku, taka jakas
      mgla ze smogiem tworza zawiesine ktora utrzymuje sie cala dobe od
      konca marca do grudnia, zapomnialem ze jestem rzut kamieniem od
      rownika i tu nie ma wschodow ani zachodow slonca, ciemno i jasno robi
      sie nagle odpowiednio o 18.00 i 6.00, w nocy ta mgla i niezbyt dobrze
      oswietlone ulice po zmroku stwarzaja atmosfere jak z horroru, Lima
      jestem bardzo rozczarowany. Na lotnisku jakim cudem znalazl sie moj
      plecak i nawet wszystko bylo, ciekawe, ciekawe, mialem samolot o 9.00
      do Cusco, ale i tu znow kojeny pech Boening zlapal gume (brzmi
      smiesznie, ale to fakt, kolko a niczego sobie) no i wymieniali z 2
      godziny, wiec jak wiadomo spoznilem sie, lecz widok z okna samolotu na
      Kordyliery zrekompensowal mi wszystko. Lot tylko 1 godzine, pod koniec
      pilot zaczal dekompresowac kabine, aby wyrownac cisnienie wewnatrz
      samolotu z tym na miejscu, zaczelo strzykac w uszach i moj ProTrek
      zacza doslownie szalec, zatrzymujac sie na 3550. Na lotnisku mnustwo
      tzw. "najlepszych ofert", ale trzeba byc twardym i stanowczym gracias
      zbywac oferty na najlepsze hotele, toury, itp. Mieszkam w hostalu El
      Gral jakies 100 metrow po schodkach od Plaza de Armas czyli centrum
      miasta, Cusco to zupelne przeciwienstwo Limy, jest raczej bezpiecznie,
      slonecznie, slance tak daje, ze nie wiem czy tu krem z filtrem 40 cos
      by pomogl, a zdjecia na filmach ISO 200 raczej wyszlyby przeswietlone,
      tu tez sporo policji bo tez chyba beda jakies antyrzadowe
      manifestacje, ale poki co cisza. W Cuzco jest tanio, dobry obiad z 2
      dan i napoju zjesz juz za 5 Sol, (3.5 Sol = 1 US$), dostep do sieci
      jest praktycznie wszedzie kosztuje za godzine od 1,5 do 2 Sol, a
      minuta rozmowy z Polskoa przez Net2Phone od 0,80 do 1,2 Sol. Za pokoj
      z lazienka place za dobe 30 Sol, pogoda extra, Cusco to jest to,
      jeszcze tylko musze przywyknac do wysokosci.
    • Gość: Walter Tambomachay- Quoricanche-Saqsayhuaman IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:32
      27-09-2002
      Tambomachay- Quoricanche-Saqsayhuaman

      W dniu dzisiejszym wrazenia z wycieczki City Tour, wiec na
      wstepie zaznaczam, ze znow pobilem rekord wysokosci, a mianowicie
      odwiedzalismy Tambomachay, jest to zrodlo polozone wysoko w gorach i
      ujecie zbudowane jeszcze przez Inkow, wysokosc ok. 3900 mnpm, umycie
      twarzy w zrodle zachowuje mlodosc na 5 lat, generalnie juz nie
      odczuwam tego typu zmian, no moze procz tego, ze zrobilo sie tam
      naprawde zimno, bo o ile Cusco polozone jest w dolinie, to Tambomachay
      nie, przemarzly mi palce i nos, a do tego przewodnik (cwaniak mial
      gruba kurtke z kapturem i rekawiczki) zawiozl nas tam jako ostatnie
      miejsce, jak przyjechalismy temperatura byla ok 18 C, zaczelo sie
      sciemniac i w ciagu 1 minuty zrobilo siec ciemno i temperatura spadla
      do 3-4 C, wszyscy kleli (glownie hiszpanskojezyczni, zaczynam lapac
      ten jezyk !!!), ja w kazdym razie musze sobie cos strzelic na
      rozgrzewke, bo przemarzlem do kosci. Mowie przyzwyczailem sie juz
      nawet moge biegac (ale na krotkich dystansach).
      Odwiedzilem dzis rowniez Quoricanche i Saqsayhuaman, to ostatnie kto
      nie wie to warownia Inkaska polozona na jednym ze szczytow
      otaczajacych Cusco, pogoda byla wstretna, bo wlezlismy w chmure
      burzowa, fajne uczucie byc w chmurze burzowej (bycie w bialasach
      Cumulus Stratus to i w naszych gorach mozliwe), deszcz pada wewnatrz,
      dobrze ze mialem ze soba kurtke, ale juz po wspieciu sie na fortece
      pogoda sie poprawila i strzelilem kilka extra fotek z panorama Cusco.
      Quoricancha, kurde wcale sie nie dziwie, ze tego Fujimori tak tu nie
      lubia, wyobrazcie sobie, ze podczas ostatniego roku rzadow przekazal
      ten zabytek w rece prywatne i teraz jest prywatny, poki wlascicielowi
      sie nie znudzi jeszcze mozna zwiedzac za 5 Soli, a jak sie znudzi to
      bedzie mozna podziwiac z zewnatrz klasztor Santa Domingo, karygodne !

      P.S.
      Kafejka jak nigdy pelna nie ma wolnego miejsca, musz konczyc bo mam
      tylko 1,5 Sola drobnych i 50 grubych, a doswiadczenie mnie uczy, ze
      nie maja tu wydac z 50-tki
    • Gość: Walter CUSCO IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:33
      28-09-2002
      CUSCO

      Buenvenida,
      Znow po krotkiej przerwie relacjonuje. Dzis na Plaza de Armas
      spotkalem dwojke Polek, (wow!) co za zdziwienie, one sa tu grupa i
      sprzedzily 4 tygodnie, dzisiaj juz wracaja, milo bylo posiedziec i
      porozmawiac w ojczystm jezyku, nietety srednio co dziesiec sekund
      nalezalo wydawac z siebie nastepujacy dzwiek "no gracjas", tak bo
      napadaj na siedzacych na lawce namolni sprzedawcy pocztowek, kart
      telefonicznych, pamiatek i oczywiscie pucybuci, ci ostatni to dzieci
      mniej wiecej 8-10 lat, niestety jak juz pisalem nie mozna ich
      przekonac, ze moich butow z GoreTex sie nie pastuje, ba ale lepszy
      numer, jedna z Polek byla w sandalach i bialych skarpetkach, namolny
      pucybut koniecznie chcial czrna pasta wypastowac jej sandaly (nota
      bene ciekaw jestem jakby wygladaly skarpetki ..). Tak mowiac szczerze
      to jednak w pewnym momencie przychodzi granica i juz nie wstawia sie
      slowa "gracjas" tylko zwyczajne NO, ale nawet i to nie pomaga.
      Dzisoiaj zaszalalem, wreszcie wykupilem wycieczke do Machu Piccu,
      drogo bo za 115,- US$, 5 dolkow utargowalem, bo chcieli 120, powolalem
      sie na koniec sezony i inne tam i dostalem upust, co z tego ze
      symboliczny, ale mam za to dwudniowe wyzywienie. Co do wyzywienia, to
      jak pisalem mozna dobrze zjesc za 5 Sol czyli 1,5$, w eleganckich
      knajpach trzeba wydac i z 5 razy tyle, ale dzisiaj jak szedlem na
      dworzec kolejowy w dzielnicy powiedzmy proletariatu widialem "menu del
      dia" za 1,5 Sol, rzucilo mnie to na kolana i zrobilem nawet fotke
      taklicy, bo niewiarygodnym jest by zjesc obiad za niecale 2 zlote (!).
      Dlaczego szedlem na dworzec ?, kupilem juz bilet Cusco-Puno na srode
      zaraz po powrocie z Macchu, skroili mnie na 50 dolkow za 1 klase, ale
      w przewodniku radzili nie jezdzic nigdy druga klasa, bo kradna, wiec
      sie zastosowalem, zreszta przewodnik jest do dupy, ceny zupelnie sie
      nie zgadzaja, np. jadac samemu na wycieczke do Machu placimy: 35
      dolkow za najtanszy bilet kolejowy (tzw. klasa backpacker), 20 dolkow
      za transport autobusem od stacji kolejowej w Agua Caliente (smiesne bo
      nazwa znaczy Ciepla Woda i tak bylo jeszcze do 1995 roku, w ktorym
      ktos wpadl na genialny pomysl i zasypal zrodla) do Machu i z powrotem,
      20 dolkow wstep do ruin, daje to jak widac sume: 75$, tzreba do tego
      doliczyc tez obiad w Agua Caliente, powiedzmy ze mozemy sie zamknac w
      kwocie 80$ i to jest najtaniej, iluzorycznie, ja zaplacilem 115$ za 2
      dniowy Inka Trail, a zawiera: anglojezyczny przewodnik, pickup z
      hotelu o 5:40, bilet kolejowy do 104km, wysiadka i wkraczamy na teren
      trekkingowy (oplata u straznika 17$, ale wliczona w cene), 6 godzinny
      trekking w tym przez "Przelecz Martwej Kobiety" na wysokosci 4200
      mnpm, sniadanie, lunch, obiad, namiot, materac, (spiwor trzeba brac
      wlasny), nocleg pod namiotem w inkaskich ruinach, na nastepny dzien,
      wstep do Machu, zwiedzanie, transport do Agua Caliente autobusem
      (tylko powrot bo dochodzimy tam z kamasza) i pociag powrotny do Cusco,
      nie ma wyzywienia na drugi dzien, ale nic to moim zdaniem jest to niby
      o 40$ drozsze od najtanszego wariantu, ale jaka frajda (!), jade w
      poniedzialek, powrot 20.30 we wtorek, a sroda 7.30 do Puno ..
      Wczoraj zmuszony bylem kupic obiegowke za 10 $ upowazniajaca do wstepu
      do ruin, muzeow i zabytkow w promieniu 30-40 km od Cusco jaki i samym
      miescie. Widzialem juz Qoricanche (znaczy Dziedziniec Slonca, bylo to
      najbardzie swiete miejsce dla Inkow, obecnie zachowaly sie niektore
      budowle, a z reszty zbudowano klasztor Swietego Dominika), Katedre (w
      srodku olbrzymia znajduje sie tam obraz przedstawiajacy Ostatnia
      Wieczerze nieznanego artysty, jest to najslynniejszy obraz na obu
      Amerykach, najbardziej uderzajaca rzecza jest to ze Chrystus lamie sie
      nie chlebem, a Swinka Morska, a Judasz jako jedyny z apostolow ma
      ciemna karnacje), ktora stoi nota bene na dawnym palacu Inki
      Wiracocha, Saqsayhuamam (blednie wymawiana w Polsce jako Saskeczuan)
      warownia Inkaska w ksztalcie pumy, olbrzymia, ponod 20.000 ludzi
      budowalo ja przez 70 lat, naprawde robi niezapomniane wrazenie (!),
      Qengo - jest to swiatynia inkaska miejske kultu smierci po hiszpansku
      jet to "Casa del morte" czyli Dom Smierci, znajduje sie tam stol na
      ktorym przeprowadzano mumifikacje, Pukapukara - miejsce w ktorym
      kurierzy Tinwantinsuju (tam w j.keczua nazywa sie krolestwo Inkow,
      czyli Panstwo Czterech Stron Swiata, posiada flage w kolorach tenczy i
      jest to becnie uznawana flaga narodowa procz czerwono-bialo-czerwonej
      republiki Peru) zmieniali sie podczas transportu wiadomosci,
      Tambomachay - dawna laznia inkaska, ale z zimna woda, wysoko ok. 3900
      mnpm, woda wyplywa przez infrastrukture inkaska, legenda mowi, ze
      wystarczy obmyc twarz w tej wodzie a nie zestarzejesz sie wcale przez
      najblizsze 5 lat, no wiadomo obmylem. Na dzisiaj mam pare zabytkow w
      samym miescie: San Blas, Museo de Santa Catalina, Museo Palaco
      Municipal, a jutro mam calodniowa wysieczke (za 8$) o Pisaq (najlepiej
      zachowane budowle inkaskie w calym panstwie Tiwantinsuju), Chinchero,
      Ollantaytambo i Pikillacta.
      Do czwartku jak bede juz w Puno tydzien mam calkowicie wypelniony od
      rana do switu, te Panie (jedna znam prowadzi wiadomosci w TVP1),
      powiedzialy ze z Puno trzeba sie szybko ewakuowac bo jest nudne i
      brzydkie, a wiec kierunek La Paz .
      Dzisaij bylem swiadkiem jak do mojego hostelu przyjechala para z
      Holandii, mlodzi 22-24 lata, dziewczyna ledwo zywa nie miala sily
      udzwignac plecaka, zielona i okropna zadyszka, well choroba
      wysokosciowa daje popalic niezaleznie od wieku, z tym bieganiem
      wczoraj to przesadzilem, nie probuje juz nawet ...
    • Gość: Walter Pisaq &# 8211; Ollataylambo - palac X Inki Tupaka Yupanki IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:34
      30-09-2002
      Pisaq – Ollataylambo - palac X Inki Tupaka Yupanki

      Hola,
      Powaznie to jestem skonany po 12 godzinach wyczieczki pod tytulem
      "Secret Valley", ok to zaczynam relacje. Praktycznie odwiedzilismy 3
      miejsca dosc powaznie oddalone od siebie dlatego zajelo to caly dzien.
      Pierwszym byl rynkek w Pisaq, to miasto, a nie miejsce inkaskich ruin
      o ktorym apisze dalej. Miato polozone jest w dolinie rzeki Urubamba,
      rzeka troche przypomina nasz Poprad, wije sie, jest rownie wartka, juz
      na nizinach w dolnym biegu nabiera doplywow i zmienia nazwe na
      Ucayali.
      Rynek w niedziele to istny folklor, szczegolsnie spodobala mi sie
      sprzedaz warzyw, kolorowo ubrane indianki sprzedawaly wszystko co moze
      rosnac w Andach, jakies nasiona, kolorowe proszki, no istne cuda, sam
      sie skusilem i kupilem gotowana kukurydze za 1 Sola, inna nisz nasza
      ziarna sa ponad 5-cio krotnie wieksze, a w smaku bez wiekszych
      rewelacji. Zdziwilo mnie natomiast jedno, o ile Qosco (tak pisze sie w
      keczua Cusco) pogoda jest porownywalna do Polskiej w Maju, a polozone
      jest na wysokosci 3450 mnpm (Plaza de Armas), natomiast Pisaq na
      wysokosci 2800 mnpm, pogody sa diametralnie rozne, tam panuje juz
      klimat subtropikalny, dzisiaj byl taki upal, ze spoko przekraczal 30
      kresek Celcjusza, poza tym inna roslinnosc, tu w Cusco rosna tylko
      mchy i porosty, no i extra trawa i kwiaty na Plaza de Armas, o tyle
      tam juz wystepuja np. lasy eukaliptusowe (nie zeby to byla roslina
      poludniowoamerykanska, bo pochodzi w Australii i sostala sprowadzona
      150 lat temu, sadza te drzewa, by zapobiegac erozji gleby, nie bede
      ocenial, moze slusznie), agawy i cale mnustwo kaktusow (stad pochodza)
      i sa tez pola uprawne. Wreszcze zobaczylem biede tego kraju, nie
      ruszajac sie z Qosco mozna by pomyslec, ze to plotki, niestety nie,
      wies jest bardzo biedna, po ulicach biegaja swinie i jedza co
      popadnie, grzebiac m.iinymi na smietnikach, podczas przejazdu
      autobusem widzialem uprawe poletek rolniczych jest to wol (takie
      zwierze u nas coraz rzadziej spotykane) z lemieszem, o nawozeniu nie
      ma nawet mowy (nie maja kasy). Domy natomiast buduja z niewypalanej
      gliny, sami ja formuja w kostki na polach, a potem susza na sloncu
      (bardzo czesty widok), nastepnie kleja z tego domy, tak kleja, bo nie
      uzywala zadnej zaprawy, wystarczyc tylko zwilzyc stykane powierzchnie,
      az glina stanie sie lepka zetknac i skleic. Tak wygladaja domy na wsi,
      przed rozmyciem chronia je dach z cementowej dachowki, ale z tych
      klockow buduja wszystko, nawet ogrodzenia, ktore po kilu ulewach po
      prstu sie rozpuszczaja. Mysle ze slowo lepianka jest tu jak
      najbardziej a miejscu. OK, tyle wracajmy do zabytkow, po zwiedzeniu
      (niec nie kupilem) niedzielnego rynku, ruszylismy do Ruin Pisaq,
      polozone sa na wysokosci 3300 mnpn, przyczym autobus nie dojezdza do
      samych ruin i trzeba 1,5 km dogiac pod gore, wow nie powiem a tej
      wysokosci chodzenie po gorach to prawdziwy challange, czesc z
      wycieczki - glownie osoby strasze zawrocily w 1/3 drogi, ale wierzcie
      warto bylo, kurna dla takiego widoku warto wydac kazdy grosz, zrobilem
      kilkanascie fotek, nie mam pojecia czy nawet w czesci oddadza to co
      tam widzialem. Pozniej pojechalismy do o godzine drogi autobusem
      oddalonego Ollataylambo, polozony 2800 mnpm nie stnowil wyzwania i
      wszyscy weszli bez problemu na gore, z drugiej strony tylko 500 m, a
      taka roznica sprawnosci, na samej gorze znajduje sie inkaska swiatynia
      slonca, wykonana z trzech 40 tonowych blokow, nota bene zagadko
      pozostaje jak oni to wtaskali na te gore ? Do dolu prowadza trasy, a
      ktorych Inkowie prowadzili (w/g przewodnika) uprawy eksperymentalne,
      np. to oni uzdatnili do jedzenia ziemniaka przez krzyzowki, obecnie w
      Peru uprawia sie ponad 1000 gatunkow tego niby zwyklego kartofla, ale
      nie o tym, tarasy tarasami, wazniejszy jest widok na przeciwna skale,
      znajduje sie tam 160 metrowy posag wykuty w skale ponad 2000 lat temu
      przedstawiajacy "Poslanca Boga" w keczua to Viracochan (nie Viracocha,
      bo Viracocha byl wlasnie tym Bogiem), twarz posiada dluga brode (bez
      wasow, ciekawe ..), w/archeologow ma rysy rasy europejskiej. Wysoko,
      wysoko ponad pomnikiem Viracachan znajduje sieszcze ciekawsza rzezba
      (zupelnie nie wiem jak sie tam dostali, aby ja wyrzezbic moim zdaniem
      to niemozliwe!) przedsawiajaca Inke w kornie, jest umieszczona w takim
      miejscu ze przy wschodzie slonca oswietla wlasnie te twarz, mowie Wam
      niesamowite.
      Na koniec pojechalismy po ruin palacu X Inki Tupaka Yupanki, ktory z
      kolei byl dziadkiem Atahualpy, ruiny jak zwykle ruiy, obok stoi
      kosciol zbudowany mysle ze z tych kamieni. Sciemnilo sie trzeba bylo
      wracac, przy wjezdzie do Qosco przejezdzalismy obok kosciola ktory
      stoi na miejscu palacu I Inki Manco Capaq, ktory to wlasnie zalozy
      Qosco brzez wbicie sztaby zlota w ziemie w roku 1100 przed Chrystusem,
      kto nie wie to g woli informacji Manco Capaq byl pierwszym czlowiekiem
      - taki nasz Adam. Z ruin nie zostalo kompletnie nic wiec nawet sie nie
      zatrzymywalismy. I tyle wrazen, znow w Cusco, lubie to miasto i lubie
      tutejsze powietrze, pomimo ze rozrzedone i zanieczyszczane spalinami
      jest wrecz sterylnie czyste, nie ma tu komarow, much, pajakow, nie ma
      tez ptakow, jak w autoklawie, wole to niz nasze z muchami i komarami i
      innymi paskudztwami.
      Wyliczenia ktore zrobilem wczoraj sa niedokladne, dzis to sprawdzilem,
      wiec mowie o Machu, kolej najtansza kosztuje 35$ w obie strony,
      busiki 20$ (lub 70 Sol) tez w obie strony,
      ale od 1-go Lipca podrozal wstep do ruin i kosztuje 50$
      (tak, kurna 50$ za najtansza wersje jednodniowa !!!), geeralnie
      wychodzi duzo taniej jak jedziesz z biurem i tak jednodniowa kosztuje
      85 $ backpackers i 130 $ high standard (cokolwiek to znaczy), bilet na
      zabytki Qusco nadal tylko 10 dolkow lub 6 na jeden dzien.
      Musze konczyc, musze jeszcze przepakowac plecak, no i jutro wstaje
      przed 5.00 bo jak juz pisalem jade na 2 dniowy trekking do Machu,
      musze jeszcze zdjac buty, ktorych nie ruszalem teraz juz od 13 godzin
      i boje sie co to bedzie.
    • Gość: Walter Machu Piccu IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:36
      01-10-2002
      Machu Piccu

      Adiljanachi (fonetycznie w Keczua "Jak sie masz" lub "Czesc").

      Kurde siedze sobie w kawiarence internetowej w moim ulubionym Qosco,
      Po dwudniowym traku do Machu Piccu, przezylem sam w to jeszcze nie
      wierze, zyje !!!
      Zaczynam, wczoraj wstalem 4.45, o 5.15 zapukali do hostalu a na dole
      czekala juz taksowka, ktora po drodze zbieralismy pozostalych
      uczestnikow trekku, w sumie bylo nas 7 osob, 2 Holendrow, 2
      Japonczykow, Anglik i zolty Amierkanin. Po kilku minutach wysadzono
      nas na dworcu, gdzie z miejsca dopadla nas chmara sprzedawcow wody
      mineralnej, ale zrecznymi wymowkami udalo sie nam nic
      nie kupic. Okolo godziny 6.00 wsiedlismy do pociagu, tu chcialem
      zaznaczyc, ze sa trzy pociagi do Aquas Caliente, turystyczny
      backpackers za 35$, turystyczny luksusowy (cokolwiek to znaczy) za 65$
      i do miejscowych za 10 Soles czyli 3$, ktory sie tym rozni od
      pozostalych, ze Gringo (czyli taki jak ja) nie kupi nan biletu. Pociag
      dobre 30 minut wyjezdzal z Cusco, to przodem, to tylem, to znow przodem,
      ale jak już wyjechal to w ciagu 3 godzin dotarl wreszcie na "104km"
      od którego zaczyna sie Trekk (latwo policzyc predkosc 104km/3h=...).
      W miedzyczasie podeszla do nas przewodniczka i zaczela opowiadac jak
      bedziemy szli, przy przystanku na "88km" zmienila temat mowiac ze tu
      zaczyna sie 4 dniowy trekk, alejest bardzo trudny, bo trzeba przejsc
      przelecz (czytaj pd gore) "Martwej Kobiety" na wysokowsi
      4200,powiedzila ze dobrze ze zdecydowalismy sie na latwiejszy 2
      dniowy, bo na tym czterodniowym juz tylko w tym roku bylo kilkanascie
      wypadkow smiertelnych. No to mnie zaskoczyla,zapytalem czy spadaja czy
      po prostu napady (bo w tym przypadku spi sie w namiotach), wiec ani
      jedno ani drugie, przyczyny zgodnow to zawal serca lub udar mozgu, coz
      nie mialem wiec juz watpliwosci o slusznosci mojego wyboru.

      Pociag zatrzymal sie w przed gestwina drzew, nisko 2000
      metrow,wysiedlismy, przejscie przez tory i dalej w las, slychac szum
      rzeki, to Urubambai pierwsza niespodzianka,na rzece most wiszacy,
      trzeba sie dostac na druga strone tam jest punk kontrolny wejscia do
      buszu,deski na spodzie trosze przegnile,wchodze, jaki bajer (!), most
      caly sie trzesie i buja na boki, na bokach na srodku nie ma lin
      ochronnychwiec trzymalem sie centrum kladki, delikatnie mowiac ciekawe
      uczucie,dochodzimy do punktu kontrolnego, siedzi 2 facetow, sprawdza
      bilety wejscia na szlak, Nelly nam je rozdaje, z tylu mala
      niepodzianka 25$, no coz wliczone w cene, przekraczamy bramke, tu
      budynek z wc i mala poczekalnia, dostajemy lunch i w droge. 2000
      metrow to nisko w strefie tropikow, dzungla, wchodzimy w gesty
      wilgotny las,nad gruntem unosi sie mgla,zwisaja ljany, upal, parno,
      pelno drobnych insektow, ktore sie pchaja wszedzie (dobrze ze Shon
      -Amerykanin uzyczyl mi spaya przeciw komarom), Nelly wyjasnia dlaczego
      to co to przezyjemy nazywa sie "Inka Trail", wiec bedziemy szli
      oryginalnym duktem inkaskim sprzed 600-700 lat do Machu Piccu,noi
      faktycznie pod nogami sa ociosane i ulozone kamienie,a przy wejsciach
      pod gore wykute w skale lub ulozone z kamieni schody. Idziemy,
      praktycznie caly czas pod gore, upal i duchota nie daja zyc,
      przystajemy co jakis czas strasznie duszno,prawda jest to co mowi sie
      o dzunglii "zielone pieklo",Nelly mowi aby trzymac sie tylko szlaku i
      pod zadnym pozorem z niego nie schodzic, bo w gaszczu sa weze i inne
      paskudztwa, jest to mozliwe bo kilkakrotnie spotykalismy jaszczurki
      (nawet spore)siedzace na kamieniach, na szczescie plochliwe, Gerd
      (jeden z Holendrow) znalazl tarantule, Nelly sie bardzo przestraszyla
      i uciekla,my natomiast przystanelismy i zaczelismy sie przygladac,byla
      zdechla, mrowki zjady juz prawie polowe jej odwloka, ulga, ale w busz
      nie bedziemy wchodzic ustalilismy wspolnie, nie jest tak zle, bo
      dzungla jest tez piekna, co pewien czas przy szlaku mozna spotkac
      roznace orchidee. Upal, trudnosci z oddychaniem spowodowal,ze po 30
      minutach moj T-Shert byl tak mokry jak wyjey z pralki, do tego te
      obrzydliwe insekty i slisko,wilgotnosc spowodowala,ze drewniane mostki
      na szlaku pokryte sa grzybami i takim sluzem, ze nawet moje odporne
      buty nie radzily z tym sobie, na wysokosci 2300 mnp,wreszcie wyszlismy
      z tego piekla,szlak wiodl wzdluz gory, to znaczy z jednej strony
      skala, a z drugiej przepasc 400 metrow (i rosla w mare naszego sie
      wspinania), wow, temperatura spadla, pomimo mniejszej ilosci
      tlenu,wrezszcie odetchnolem z ulga, brak insektow, powietrze lzejsze
      nie tak wilgotne, stromo, kurde stromo, gobczaste ramiona plecakajuz
      przemokly od T-Sherta, sa obrzydliwie mokre, poniewaz wszyscy
      zaczynaja puchnac,Nelly organizuje co jakis czas przerwy,mysle to
      tylko 12 km do noclegu,no ale pod gore, to liczy sie potrojnie, caly
      plyne, na przystankach nie zdejmuje plecaka,bo wtedy wiatr oziebia
      T-Sherta i jest nieprzyjemny chlod jak sie ponownie zaklada plecak.
      Polana (tez pod gore), widac schronisko, Nelly mowi ze tam bedziemy
      spac, kurde jak daleko,to tylko 2 godziny stwierdza Nelly, ö.k., my z
      Gerdem na kincu schody,co kilkanascie stopni przystanek,serduch juz
      dawno wynioslo sie do du.., teraz pluca zaczynaja odmawiac
      posluszenstwa, takie male przystanki pomagaja,nawet na kilka
      sekund,zadyszka mija, wchodzimy,az przed nami wyjawia sie wow, co to
      pytam, to Wyaña Wuayna stwierdza Nelly,obietkt Inkow, mniejszy
      niz Machu Piccu,ale zachowany w lepszym stanie odkryty dopiero w 1946
      roku,zwiedzamy robimy zdjecia,no i znowu schody prawie pionowe pod
      gore (od dolu tarasow),za ktoryms tam odpoczynkiem udaje sie mi wejsc
      na gore do budynkow mieszkalnych, tu po krotkim ogladaniu,udziemy do
      schroniska, droga jest prosta, niemeczaca. W schronisku (2600 mnpn)
      dostajemy lozka,ze wzgled je sa inne wycieczki i malo miejsca pokoje
      sa kilkanascie osobowe, a lozka 3 pietrowe,mam spiwor mozna sie bedzie
      wyspac,dziwi mnie natomiast napis w toalecie po angielsku "Prosimy nie
      wrzucac papieru toaletowego do muszli", Nelly stwierdza,ze teraz
      dostaniemy (jest 17.00) herbate i przekaske (popcorn), a diner o
      19.00, herbata to oczywiscie "Mate de Coca", po wypiciu herbaty Shon
      zdecydowal sie na prysznic, bo w/g zapewnien portiera jest ciepla
      woda, no coz okazalo sie ze woda byla ciepla na sposob
      peruwianski,czyli temperatuja byla wieksza od O C, Shon skostnialy
      poszedl do przewodniczki,ktora wyjasnila, ze musi zawsze zadac jak
      rozmawia z Peruwianczykiem czy to co mowi nie jest jednostka
      peruwianska i tak np. okazuje sie ze godzina peruwianska ma wiecej niz
      60 minut, a woda ciepla jest woda cieplainaczej, no coz lepiej to
      wiedziec pozniej niz wcale. Acha zapomnialem dodac, ze na szlaku
      mijali nas kilkakrotnie tragaze, ci ludzie sa wrecz niemozliwi, sa to
      100% indianie, nie mowia nawet po hiszpansku tylko w Keczua, niewysocy
      - do 160 cm wzrostu,szczupli -do 55kg wagi, ale targaja takie ciezary,
      ze czapki z glow ! To jak szerpowie w himalajach,jeden jest w stanie
      (i to robi !) przeniesc do 35kg, a wiec prawie tyle co wazy, obsluguja
      4 dniowy trekking, niosa jedzenie,namioty,itp,normalini ludzie nie
      moga bez niczego przejsc przez przelecz "Martwej Kobiety", a oni to
      robia,nie wytrzymalem i zapytalem Nell w koncu ona tez nie jest blada
      twarza,okazuje sie ze 100% gorale-indianie maja inna budowe organizmu
      niz my Europejczycy, maja powiekszona objetosc pluci serca oraz inny
      sklad krwi, ktora zawiera duza wieksza ilosc hemoglobiny, ale i to nie
      wystarcza, bo tlenu w powietzru i tak jest za malo,co robia w takim
      razie pytam,okazuje sie ze przez caly czas zuja liscie koki,

      Tyle n/t Crrierow jak sa nazywani.Po kolacji, byla impreza z muzyka (w
      sumie bylo kila grup i ponad 100 osob w wieku 20-40 lat), piwo (acha
      cale zaopatrzenie do schroniska wnosza tragaze na wlasnych plecach i
      dlatego jest zwyczaj ze dostaja za to brawa),generalnie niezla
      imprezka,ale koniec o 22.00,bo przeciez tzreba wstac o 4.00,by ruszyc
      w droge do Machu Piccu, o 4.00 jest ciemno, w tym okresie
    • Gość: Walter Machu Piccu [2] IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:39
      ... Po kolacji, byla impreza z muzyka (w
      sumie bylo kila grup i ponad 100 osob w wieku 20-40 lat), piwo (acha
      cale zaopatrzenie do schroniska wnosza tragaze na wlasnych plecach i
      dlatego jest zwyczaj ze dostaja za to brawa),generalnie niezla
      imprezka,ale koniec o 22.00,bo przeciez tzreba wstac o 4.00,by ruszyc
      w droge do Machu Piccu, o 4.00 jest ciemno, w tym okresie nie ma tu
      ksiezyca,wiec jedyna rzecza ktora oswietka droge sa nasze latarki (kto
      nie zabral ten traba, a jak sie spieprzy z 700 metrow to niech zaluje
      !), okolo godziny 5.30 robi sie juz szaro, moj drugi T-Shert jest juz
      tak samo mokry jak tem wczorajszy,ale wczorajszy sech przez cala noc
      wiec juz jest bardziej suchy, na jednym z przystankow robie
      przebierke, uu, wilgotny i zimy, ale mniej mokry. Okolo 7.00
      dochodzimy do skaly (2800 mnpn) z ktorej bedziemy skchodzic do
      Machu,widok nie wstydze sie tego slowa zajebisty na kompleks budowli
      Machu Piccu, tylko mgla,ktora nasuwa sie nad budynki,grube geste
      chmury uniemozliwiaja fotografowanie,postanawiamy troche poczekac,az
      wyjdzie slonce i przeedzi chmury w dole, ale po 15 minutach czekania
      decydujemy ze schodzimy.Machu polozone jest nisko 2300 mnpn, obok gora
      Wayna Piccu 2700 mnpn (na ktora nota bene wlazlem majac jak zwykle
      pluca na agrafkach),zwiedzamy,Nelly objasnia,o 11.00 czas wolny, czyli
      jak kto chce moje wejsc na Wayna Piccu i zobaczyc inna panorame. Przy
      zejsciu z Wayna ok. godz 12.30 zaczal padac rzesisty deszcz (o tej
      porze roku to normalne w tropikach, bo deszcz pada codziennie od
      12.tej do 14.tej), a ja nie wiedzac o tym zostawilem plecak w
      przechowalni,zreszta jak obaj Holendrzy ktorzy byli ze mna, nie dosc
      ze w pocie to przemoklem do suchej nitki. W planie mielismy schodzic
      pieszo do Aquas Caliente (ok 1 godziny marszu),ale padal deszcz,droga
      rozmiekla,zreszta szkoda plecaka i jego zawartosci,kupilismy bilety na
      autobus (kosztuja 4,5$ w jedna strone i 9$ w obie) i pojechalismy na
      dol,tam Nelly wreczyla nam bilety powrotne na pociag, mialem ok. 1
      godziny na zwiedzenie tego miasteczka,akurat byl tam jakis festyn,
      ludzie na glownym rynku zlopaki piwo z butelek (butelki 1 litrowe) lub
      czicze, wszedzie pelno dymu,bo oczywiscie wszscy na okolo robili
      grila, no i ta orkiestra, ktora tak okropnie falszowala ze myslalem ze
      odetne sobie uszy, istny folklor,wlasnie tak wygladalo to male
      slumsowate miasteczko,
      Pociag i do domu 20.30 w Cusco, jutro 7.30 do Puno i Titicaca, nie mam
      juz sily wiecej pisac musze wziac prysznic, spakowac sie i spac ...
    • Gość: Walter Puno nad jeziorem Titicaca IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:41
      02-10-2002
      Puno nad jeziorem Titicaca

      Zaczynam relacje z dnia dzisiejszego tym razem z Puno znad jeziora
      Titicaca. Ale zanim, dokoncze jeszcze kwestje tragazy na Inka Trail, o
      ile my wykonczeni w pierwszy dzien pokonalismy droge do schroniska w 6
      godzin o tyle Wielcy Mali Ludzie obciazeni 35kg ladunkiem pokonuja ja
      w 3, az nie chce sie w to wierzyc, ale to absolutna prawda.
      To tyle, wracam do tematu ..
      Z hotelu wynioslem sie o 7.00, na stacji bylem jeszcze przed odjazdem
      t.j. 8.00, to juz nie te czasy ktore opisuje Lonely Planet, dworzec to
      miejsce bezpieczne, chronione przez policje, a bagaze deponuje sie i
      przewozone sa w wagonie bagazowym, wiec nikt nie ukradnie, zreszta
      gdyby nawet zwedzil np. bagaz podreczny to i tak wylapia go
      policjanci, ale nie o tym, po oddaniu bagazu i kontroli biletu
      (dokonuje sie jej przed wejsciem do wagonu, podobnie jak w naszych
      sypialnych), okazalo sie ze moje miejsce zajmuje grupa angoli, jakas
      wycieczka czy co, ale zajeli caly wagon, a trzeba wiedziec, ze wagony
      kasy Inka, to w Polsce jest raczej nie do pomyslenia. Wagon posiada
      wygodne miekkie fotele (na nozkach), kazdy przy stoliku, na stoliku
      swiezy bialy obrus, swieze kwiaty i sztucce, calosc w tonacji
      Wiktorianskiej (ale nie tej ze Spice Girls !), milo, ale ja nie mialem
      miejsca, ale po przetasowaniach usadzili mnie przy stoliku z 4
      emerytami z U.K., a dokladniej z Norfolk, wymeczylem sie strasznie bo
      byli nadwymiar gadatliwi i jak to zwykle wiekowi angole okropnie nudni
      i zasadniczy.
      Pociag do Puno jedzie 12 godzin, odleglosc tylko 351 km, latwo
      policzyc srednia, czy jedzie pod gore ? Nic podobnego, Altiplano jest
      palskie jak stol, szerokosci kilku kilometrow, gdzie po bokach wznosza
      sie pieciotysieczniki Andow. Problem tkwi w torach, ktore
      prawdopodobnie pamietaja jeszcze czasy Malinowskiego (no drobnymi
      modyfikacjami), ale co bylo dobre w XIX wieku z pewnoscia nie jest
      odpowiednie w XXI, z drugiej strony widoki sa tak zachwycajace ze
      prawie wcale to nie przeszkadza. Po wyjechaniu z Qosco (3500 mnpm),
      pociag powoli sie wspinal, tak aby po przejechaniu ok. 200 km osiagnac
      punkt kulminacyjny La Roya na wysokosci 4600 mnpm, coz ta wysokosc juz
      nie jest tak przyjemna, zaczyna sie problem wydajnosci organizmu, u
      mnie nie wystepowal zadne reakcje, procz opisanych nizej, angolom
      przewodniczka rozdala tabletki z amfetamina (ciekawe czy to legalne
      ?), ktora ma zniwelowac soroche. Pociag zatrzymal sie wlasnie w tym
      puncie, znajduje sie tam tablica informujaca o wysokosci, mikro
      kosciolek lub wieksza kapliczka i handlujacy sfetrami z alpaki lub
      futrami ze swinek morskich indianie. Mozna bylo naprawde tanio kupic
      sfetr z alpaki (20 Soli!), wyszedlem na zewnatrz, ale nie
      przewidzialem, ze bedzie taka roznica temperatur w porownaniu z Cusco
      i ubralem tylko T-Sherta, niestety bylo okropnie zimno, zacinal snieg
      z lodem, na ziemi byla przymarznieta woda, wokol krajobraz ksiezycowy,
      nic nie dal powrot do przedzialu, bo przedzialy sa nieogrzewane,
      musialem kupic w barze mate de coca by sie ogrzac, strasznie droga bo
      szklanka za 1$. Dodatkowo na tej wysokosci wystepuja juz problemy z
      mowa, to znaczy ze po wypowiedzeniu trzech-czterech slow trzeba
      zaczerpnac powietrza, brzmi to dziwnie, tak jak np. zapytac
      wyczynowego biegacza na 400 metrow, ktory wlasnie przekroczyl mete, co
      sadzi o swojej wygranej. Poza tym u mnie jeszcze bol w uszach, ale to
      mija po aklimatyzacji. Po kilku minutach pociag ruszyl i tym razem
      zaczal zjezdzac w dol, powoli i niemrawo zaczela pojawiac sie
      roslinnosc, pozniej zwierzeta, roslinnosc licha, bo trawy i porosty,
      ale alpakom, lamom i owcom to nie przeszkadzalo, mnostwo pastwisk z
      tymi co by nie mowic ciekawymi dla Europekjczyka zwierzetami. Do Puno
      dojechalismy kurna ze 2 minuty przed 20.00 strasznie dlugo, Puno jest
      polozone dla mnie na OKIdoki wysokosci to znaczy 3900 mnpm (wyzej od
      La Paz), a tylko 400 metrow wiecej w porownaniu z Qosco i jaka
      roznica, po zmroku w Cusco bylo chlodno, tu jest wrecz zimno, musialem
      wrszcie wydostac z plecaka polar, tu bardzo sie przydaje. Po wyjsciu z
      pociagu dorwal mnie jakis gosc i zawiazl do hotelu w samym centrum za
      20 Soli za dobe, dodatkowo sprzedal mi wycieczke na jutro calodniowa z
      przewodnikiem lodka po jeziorze Titicaca za 10$, tam chyba cos kupie,
      bo warto kupowac na plywajacych wyspach, tam ceny sa najtansze,
      indianie rzadko schodza na lad, a sami sa producentami.
      Tyle na dzisiaj, niewiele bo jazda pociagiem nie nalezy do
      najciekawszych, to byl moj chyba ostatni raz z PeruRail, duzo szybszy
      i tanszy jest autobus.
    • Gość: Walter Wyspy Uros IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:42
      03-10-2002
      Wyspy Uros

      Witam ponownie,

      Dzis tez ciezki dzien wrocilem dopiero co z wycieczki po jeziorze
      Titicaca, u mnie jest 18.30, wycieczka calodniowa za 10$, mysle ze
      warto. Odjazd spod hotelu o 7.30 rano, musialem sobie cos skroic na
      sniadanie, bo w tym hotelu niestety ich nie podaja, hostel dwu
      gwiazdkowy, nawet chyba lepszy niz ten w Cusco, tu przynajmniej strop
      ma normalna wysokosc, El Grial w Qosco jest w odrestaurowanym XVIII
      wiecznym budynkiem w zabytkowej dzielnicy San Blas, dlatego musi
      spelniac wymogi konserwatora zabytkow (i ma taka kijowa elewacje!),
      wiec i pokoje wewnatrz mialy po 190 cm, co sprawialo mi drobny klopot
      szczegolnie przy rannym wstawaniu. Ale to nie na temat, o.k.,
      Poszedlem wiec na glowny plac, tu w Ameryce Poludniowej zawsze w
      centrum miasta jest glowny plac i zawsze nazywa sie tak samo Plaza de
      Armas, mam szczescie po hotel polozony jest zaledwie w odleglosci 100
      metrow. Kupilem od indianki jakis ich specjal za 2 Sole, byla to
      bulaka nadziewana warzywami, glownie kukurydza, ziemniakami, fasola,
      na cieplo, nawewt niezle, jutro chyba tez takie sniadanie sobie
      strzele. Zabrali mnie spod hotelu punktualnie na przystan, oczywiscie
      w busiku bylo wiecej turystow: trojka backpakerow z Hiszpanii, parka z
      Norwegii ( dopiero po studiach nauczyciele, mysle czy kiedys bedzie w
      Polsce stac nauczyciela na taki wyjazd), parka z Holandii, parka z
      U.K., Amerykanka (narazila sie u mnie bo jest przeciwniczkja
      globalizacji, mieszka w Seatle i to ona miedzy innymi robila ten dym
      co byl na zjezdzie dwa lata temu w tym miescie, z drugiej strony mysle
      co mozna wiedziec o globalizacji majac 22 lata i kolczyk w dolnej
      wardze, dla mnie to dymiara) i ja. Wsiedlismy na maly statel, mial dwa
      poklady cieply i na zewnatrz, a trzeba wiedziec, ze tu na wysokosci
      3900 mnpn, jest zimno, naprawde zimno, chociaz bylo juz zdrowo po 8.00
      i slonce juz dawno wzeszlo (mala wstawka: teraz jak to pisze patrze
      przez okno, slonce juz dawno zaszlo, pada grad ze sniegiem, uff,
      dobrze ze hotel jest bardzo blisko) temperatura oscylowala wokol 10C,
      wszyscy szczekali, ale jak lodka wyplynela na jezioro, to zrobilo sie
      jeszcze zimniej. Przewodnik lamana angielszczyzna zapowiedzial, ze za
      40 minut doplyniemy do plywajacych wysp Uros, nie mylil sie i tak
      bylo. Jezioro jest w wiekszej czesci porosniete trzcina i to wlasnie z
      tej trzciny indianie robia te wyspy. Wyspy sa spore, nawet wielkoscie
      polowy boiska pilkarskiego, stoja tam domy (no moze za duzo
      powiedziane po prostu chatki ze slomy) w ktorych mieszkaja tubylcy i
      na ziemi kobiety w strojach tradycyjnych sprzedaja jakies tam ich
      wyroby rekodzielnicze. Wyglada to ekstra, a jeszcze lepiej chodzi sie
      po tej wyspie przypomina to skakanie na trapezie, ciagle mialem
      wrazenie ze czcina nie wytrzyma i wpadne do wody, ale nic z tego,
      solidna konstrukcja ! Okazuje sie , ze mieszkancy Ursos jedza pedy
      czcin, a to co zostaje wykorzystuja na budowe wysp. Sa cale osiedla
      tych wysp, nawet plywajace szkoly (mam fotografie), sami zas pomiedzy
      wyspami poruszaja sie lodkami wioslowymi (ciekawe kto odwozi dzieci do
      szkoly), no niestety i tu dotarla tez cywilizacja, maja telewizory i
      radia, prad zas z wielkich baterii slonecznych (sa na kazdej z wysp),
      ktore laduja akumulatory, maja tez agregaty pradotworcze, ale jeszcze
      nie maja internetu. Po zwiedzeniu wyspy ruszylismy do Isla Taquile
      (nie mylic z tequila !), jest to wyspa polozona o ponad trzy godziny
      jazdy lodka motorowa od Puno, tu juz ludzie posluguja sie jezykiem
      Ajamara, po meczacej jezdzie dotarlismy do portu, no i kurna niestety
      znow zaczely sie schody Amerykanka i Holendrzy zachorowali na chorobe
      wysokosciowa, nie wiem przeciez ta wyspa polozona jest na wysokoscie
      tylko o 200 metrow wiekszej (4100 mnpn) w jej centralnym punkcie czyli
      glownym rynku, wiec Holendrzy nawet nie wyszli z lodki, a Amerykanka
      szla robiac co 10 metrow odpoczynek i strasznie marudzac (dziwi i
      pochlebia mi to ze moja sprawnosc na tej wysokosci bije 20-latkow) do
      glownego placu bylo z 1.5km pod gore, ale raczej lagodnie (nie
      musialem robicz odpoczynkow), po drodze mijalismy idnian, ta wyspa
      naprawde jest fenomenalna, poniewaz ludzie na niej zyjacy ubieraja sie
      tak samo jak przed wiekami, nie kaza placic za zrobione zdjecia,
      wszyscy zyja w komunie, co objawia sie np. tym ze ceny w raczej
      licznych barach/restauracjach na wyspie sa identyczne i nie podlegaja
      negocjacji, ze menu trzeba zaplacic 10 Soli, bez wzgledu na wnetrze
      lokalu, druga dziwna rzecz: poniewaz wymieniona przeze mnie trojka
      Hiszpanow chciala pozostac na wyspie musieli oni uzyskac aprobate
      starszenstwa, zebrala sie rada i wyznaczyla u ktorej rodziny beda
      nocowac (jest nawet taki napis po angielsku, aby nie szukac noclegu
      przed akceptacja rady, bo zostaniesz usuniety z wyspy). W koncu
      zostali, zreszta przeciez liczy sie kazdy Sol. Ja bym nie zostal, tam
      nie ma co robic, gdyz na wyspie zyje tylko 1500 mieszkancow, ktorzy
      zenia sie i tak dalej razem ze soba, ciekawa rzecz (przewodnik nam
      opowiadal), poniewaz wszyscy mezczyzni (doslownie) na wyspie nosza
      charakterystyczne dla indian Ajamara czapki z pomponem (podobne jak
      Pinokio), zupelnie inne niz ci z Keczua, tu na tej wyspie jest to
      wizytowka mezczyzny i tak jezeli nosi on czapke bialo-czerwona to
      znaczy, ze jest kawalerem, natomiast jezeli sama czerwona (oczywiscie
      czapki posiadaja bogate wzornictwo, pisze o kolorach tla) to jest
      zajety, jezeli w bialo-czerwonej czapce pompon zwisa na prawym barku,
      to znaczy ze jest do wziecia, jezeli zas pompon zwisa na plecach to ma
      juz kogos na powaznie. Moze i tak trzeba by zrobic u nas, Holender
      powiedzial, ze u nich jest taki supermarket, w ktorym jezeli wziac
      wozek z czerwona raczka, to znaczy ze chcemy kogos poznac na zakupach,
      a jezeli z szara to nie, coz w Polsce to chhyba nie zadziala ..
      O 14.30 wyplynelismy z powrotem, wrocilem ok. 18.00, bo w ster
      zaplatala sie jakas trzcina i z 15 minut to odczepiali, po odwiezieniu
      do hotelu (wstawka: juz nie pada snieg tylko deszcz, ale za to pioruny
      tak wala jak w horrorach), odebralem pranie z pralni, a co ? mam prac
      jezeli za 1kg prania brudow (tu dodam od siebie skarpetki i T-Sherty
      zamkniete szczelnie w reklamowkach ze wzgledu na zapach) placi sie 3
      Sole, pranie jest suche wyprasowane i czyste, warto bylo, wypilem mate
      de coca i pisze to teraz.
      Jutro kupilem bilet do La Paz (Boliwia), jest taka nawet piosenka o La
      Paz, ale ni w zab nie moge sobie jej przypomniec, zastanawiam sie
      (zalezy od pogody) czy zatrzymac sie (bilet jest wazny 3 dni) po
      drodze w Copacabana i odwiedzic Isla del Sol - wyspe na ktorej jak
      glosi legenda Inkow narodzilo sie Slonce i pierwszy czlowiek Manco
      Capac ?,
      mam nadzieje ze pogoda sie poprawi,
      Norwegowie zaprosili mnie na kolacje do knajpy, ale nie ide zbyt mocno
      pada, ide natomiast pod prysznic, portier powiedzial, ze jak tak
      pospuszczam sobie z 5-10 minut to bede mial ciepla wode, zobaczymy.

      P.S.
      Zaoralem sobie twarz na amen, juz poprzednio zeszla mi skora, nechybi
      tym razem tez, wysokosc, jezioro ktore dziala jak lustro i pieprzony
      krem do opalania z filtrem nr 2, przez ktory slonce przechodzi jak
      przez maslo, spowodowalo ze wyglada teraz jak prawdziwa "czerwona
      twarz", zreszta pali jak diabil, uwaga: jadac w Andy trzeba zabrac
      krem z filtrem conajmniej 12.
    • Gość: Walter BOLIWIA IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:44
      04-10-2002
      BOLIWIA

      Witam wszystkich

      Tym razem z Boliwii, musze sie streszczac bo dostep do sieci jest tu
      ponad 4 krotnie drozszy - mam na mysli miejscowosc w ktorej jestem
      czyli Copacabana (nie mylic z plaza o tej samej nazwie w Rio), pick-up
      spod hotelu w Puno i przejazd do granicy trwal okolo 2 godzin, nie
      bede juz opisywal genialnych widokow z okna autobusu (szczegolnie jak
      sie ma walkmana z muzyka Volenweidera), wszystko dobrze zorganizowane,
      dojazd do granicy, kontrola paszportowa (w Peru Polacy rzadko
      przekraczaja te granice, wiec urzedniczka byla strasznie zdziwiona ze
      mam wize, mysle, ze i na Lotnisku w Limie mozna by przejsc calkiem
      legalnie bez wizy), autobus przejezdza granice, natomiast pasazerowie
      przechodza ja na pichote. Po stronie Boliwijskiej urzednik tez sie
      zdziwil zobaczywszy moj paszport, zapytal po hiszpansku "pierwszy raz
      w Boliwji ?" odpowiedzialem Si, no wiec zyczyl mi udanego pobytu. Po 8
      kilometrach od granicy jest wlasnie Copacabana, bardzo mile malutkie
      miasto z olbrzymim kosciolem (prawie jak katedra) i z bardzo ladnym
      portem nad jeziorem Titicaca (takie malutkie Monte Carlo), hotel tym
      razem mam duzo lepszy za taki u nas w Polsce placi sie ok. 150 zl, tu
      natomiast 8$, musialem, bo jak wczoraj pisalem mialem pojsc pod
      natrysk, a portier zalecal 5-10 minut spuszczania wody, zastosowalem
      sie do wskazowek, ale juz po 3 minutach woda wogole przestala leciec,
      nie pomogly moje interwencje, teraz mam bardzo ladny pokoj i tu juz
      jest gwarancja cieplej wody, w La Paz znow pojde na tansze
      zakwaterowanie, tak trzeba aby zachowac minimum higieny. Co do
      Boliwiji to jest generalnie tansza o okolo 20% od Peru, za wyjatkiem
      spraw technicznych, dostep do sieci, elektronika sa tu nawet dwa razy
      drozsze niz w kraju Inkow i tak Boliviano to ok. 0,5 Sol, dostep do
      sieci w Peru to 4 Bolivianos (2 Sol) za godzine tu w Copacabanie,
      gdzie sa tylko dwie kafejki internetowe, dostep kosztuje 15 Bolivianos
      (7.5 Sol) za godzine, drogo, nawet drozej niz w Aquas Calientes przy
      Machu Piccu, gdzie dostep kosztowal 4 Sol. Generalnie Boliwia jest
      jakby spokojniejsza, ludzie bardziej otwarci, przyjemniejszy kraj,
      aczkolwiek jak zwykle rownie duzo turystow. Jak zwykle po przyjezdzie
      autobusu, czeka na nis sporo tubylcow z oferta "najlepszych" hoteli,
      wiec rezerwacja jest calkowicie bezcelowa, tu spokojnie mozna jechac w
      ciemno! Jutro jade na Isla del Sol i Isla de La Luna, dwie
      najwazniejsze dla Inkow wyspy, wycieczka jest calodniowa, w niedziele
      (Domingo) wyruszam o 13.00 do La Paz, nadmienic musze ze czas w
      Boliwji biegnie szybciej o godzine niz w Peru, jezeli w Peru jest
      11.00 to w Boliwji 12.00, ale nie otym autobus przyjezdza o 11.30
      (czasu Boliwijskiego), jest 2,5 godzinny postoj i rusza do La Paz,
      przez ten czs mozna sie przejsc 3 ulicami na kzyz w tym miasteczku i
      zrobic np. zakupy. niemniej trzeba miec drobne bo z regoly sprzedawcy
      nie maja wydac, akceptuja 3 waluty Bolivianos, Sol i oczywiscie
      Dollares Americanos, ktore to mozna zamienic na Bolivianos prawie na
      kazdym rogu, z tym ze tu trzeba uwazac, bo w przeciwienstwie do Peru,
      ktory ma deflacje, tu jest inflacja i to raczej nie mala, po prostu
      wymieniac malo, a tam gdzie sie dal placic w USD i zadac reszy w tej
      walucie.
      Koncze juz bo wlasnie mija pol godziny za 10 Bolivianos, odezwe sie
      dopiero z La Paz.
    • Gość: Walter Boliwia, Isla del Sol, Isla de la Luna IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:45
      05-10-2002
      Boliwia, Isla del Sol - Isla de la Luna

      Nie wyrtrzymalem tez musze napisac kolelny list z Copacabany, i tez
      mam tylko 30 minut, to jazda. Po pierwsze cofam co napisalem o walucie
      Boliwii wczoraj, sugerowalem sie przewodnikiem Pascale,w
      rzeczywistosci inflacja jest na poziomie 6%, zreszta oceniajac
      przewodnik Pascala to procz miejsc godnych zobaczenia, wszystko inne
      to stek bzdur, nic nie jest prawdzine, ani ceny ani nazwy hoteli ani
      nawet nazwy agencji turystycznych,
      Wracajac do tematu wlasnie wrocilem z calodniowej wycieczki na Isla
      del Sol y Isla de la Luna, naprawde extara, sczegolnie jestem pod
      wrazeniem Isla del Sol, mili mieszkajacy tam ludzie i przepiekne
      krajobrazy, plaze choc to ponad 4050 mnpm piaszczyste i lazurowe, woda
      ok. 18C, gory, naprawde taka "mala Grecja", szkoda ze cieplo (26-27C)
      jest tylko w godzinach 12.00 do 15.00 pozniej chlod, a w nocy wrecz
      przejmujace zimno, Tak widzialem (i dotykalem) swiety kamien Inkow na
      ktorym ponoc urodzil sie Manco Capac i Jego zona (zreszta siostra)
      Mama Ollcio, fajnie chodzi sie po tamtejszych gorach, bo inkowie
      wybrukowali szlaki, wiec drogi sa pomimo tylu lat calkiem niezle.
      Patrzac znad swietej skaly, widzimy trzy malutkie wysepki, w tym
      trojkocie na dole lezy miasto tzw. "Plackie Miasto", fajniej to brzmi
      w Ajamara, ale niestety nie mam zdolnosci do zapamietywania nazw w tym
      jezyku. Miasto to otkryl kilkanascie lat temu Jaques Custou nurkujac w
      tym rejonie, po badaniach archeolodzy doszli do wnisku, ze miasto to
      liczy ponad 5000 lat, wtedy woda w jeziorze nie byla jeszcze tak
      gleboka i tam zalorzono osade, generalnie niewiele wiadomo, sa za to
      przedmioty (zlote i gliniane) i szczatki budowli. Isla de la Luna jest
      to mala wysepka, zyje tam tylko kilka rodzin, ruiny Klasztoru Dziewic
      Slonca sa slabo zachowane, procz odrestaurowanej jednej ze scian, ale
      warto odwiedzic. Juz naplywalem sie po jeziorze, poniewaz w lodzi
      drugi silnik zepsul sie wiec zamiast planowanych 2 godzin doplyniecia
      do Isla del Sol zabralo nam to trzy, mowiac ogolnikowo, na ladzie z 10
      godzin spedzilismy tylko tzry reszta to plywanie po Titicaca. Co do
      jakosci wycieczki mozna miec pewne obiekcje, jak np. brak przewodnika
      i niezbyt rozgarniety "dowodca" lodzi, tak uzylem tego stwierdzenia bo
      jest ono jak najbardziej na miejscu, zachowywal sie jak kapitan
      fregaty i do wszystkich mowil po hiszpansku, nawet do tych co nie
      rozumieli, mialem szczescie bo podpielem sie do wycieczki emerytow
      niemieckich, Karlos (ich przewodnik) byl na tyle uprzejmy, ze pozwolil
      mi im towarzyszyc i objasnial rozkazy "dowodcy". W Copacabanie
      niestety jest strasznie zimno, oczywiscie procz godzin 12.00-15.00
      kiedy to panuje upal, dzisr w nocy byla straszna burza z oberwaniem
      chmury, a rano jak wstalem bylo wszedzie pelno sniegu (stopnial do
      9-tej). Miasteczko jest typowo kurortowe, indianki w kreolskich
      strojach i mnustwo turystow, niektorzy sa tu juz chyba dluzszy czas,
      bo sprzedaja jakies tam duperele na kocach by miec na jedzenie, w
      barze przy plazy (w bufecie) rudego Niemca, ktory tu przez przypadek
      przyjechal kila lat temu i jakos nie ma motywu, by ruszyc dalej lub
      wrocic do ojczyzny. Ludzie (backpakerzy) tu przyjezdzaja na 3-4
      miesiazne wakacje, jak im cos sie nie powiedzie to zostaja dluzej,
      mysle ze to ciekawy sposob na zycie, wprew pozorom takich osob jest
      sporo i sa to bardzo otwarci i sympatyczni ludzie.
      Jutro wyruszam do La Paz (Tihuanaco i Dolina Ksiezycowa no i
      oczywiscie "Targ Czarownic", gdzie sprzedaja rozne mistyczne rzeczy),
      zamierzam spedzic tam 3-4 dni, pozniej Arequipa i Canion Colca,
      plaskowyz Nazca, Lima i fly back. Szkoda ze nie mam wiecej czasu, bo
      wydaje sie, ze przeciez jeszcze nic nie zobaczylem ...
    • Gość: Walter Copacabana IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:46
      06-10-2002
      Copacabana

      Jestem juz w La Paz, kurna ale to wielkie miasto (nawet nie sadzilem),
      smialo mozna porownac z Warszawa, dostep do sieci tu jest bardzo tani
      place 3,5 BS za godzine, a wiec ponizej 2 zl, wiec sobie teraz
      popisze. Dzis rano ledwie sie zwloklem o 7.00 z lozka tak mnie
      wykonczylo to wczorajsze slonce na jeziorze Titicaca, skora z twarzy
      zeszla mi juz drugi raz i za kilda dni (lub wczesniej) zejdzie kolejny
      jak znam zycie. Smieja sie ze mnie, ze troche sie strzaskalem, dla
      mnie wcale to nie jest smieszne bo boli. W kazdym razie mialem czas do
      13.00, kiedy postawia autobus do La Paz, Copacabana male miasteczko,
      ale w niedziele oczywiscie jak to i w dawnej polsce bywalo odbywa sie
      targ przy kosciele i okolicznych uliczkach, kupic mozna prawie
      wszystko, wszedzie wystawione sa gigantyczne worki z popcornem (ale na
      slodko), jakies ichne dziwne napoje w szklankach i cos tam plywa na
      dnie (nie wiem co, ale wyglada jak duza skorupa slimaka) ludize
      podchodza i dygaja z tych szklanek, a kobieta w meloniku, nastepnie
      napelnia i znow stoi szereg bursztynowych napoi, przy glownym placu
      przed kosciolem serwowane byly lokalne "fast foody", kazdemy sie to
      kojazy z MacDonaldem, a tu nie, gosc pomyka na rowerze w ksztalcie
      rikszy wiozac przed soba stol, i zaplecze gastonomiczne, natepnie
      zatrzymuje riksze, dookola stolu wystawia laweczki i jazda z koksem.
      Nawet nie sadzilem, ze moze miec to takie wziecie, po prostu ciagla
      kolejka i to nie mala, gosc naklada na talerz ziemniaka normalnego,
      slodkiego, kukurydze gotowana, mala rybe marynowana w occie, kapuste
      biala i czerwona, sos salsa i calosc polewa woda z marynatu ryby (wiem
      bo sam sie na to skusilem), wszystko na talerzy i podaje lyzke, po
      zjedzeniu, resztki wyrzuca do specjalnego wiadra, nastepnie talerz z
      grubsza myje w jednym wiadrze i dokladniej w rugim, oczywiscie nie
      musze chyba pisac, ze wody sie nie wymienia, po tym starannie talerz i
      lyzke wyciera scierka i juz mozna serwowac nowemu, przyjemnosc
      kosztuje 5 Boliviano, to bedzie ze 3 zlote, na lunch wystarcza. Wcale
      tam nie jedza obdartusy, tylko elita (tak mysle), czyli ludzie ubrani
      po europejsku, chociaz widzialem tez indianki. O.K., pozniej
      obchodzilem jeszcze kilkakrotnie jarmark i nie moglem sie nadziwic
      jakie to wymyslnosci kulinarne mozna sprzedawac. Doczekalem do tej
      13.00, niemniej od 12-tej bylo ciezko, bo upal byl straszny, podziwiam
      te indianki, spodnica marszczona z tkaniny z brokatem, oczywiscie
      jakas bluzka, swetr i na calosc fartuch z grubej bawelny przykrywajacy
      z przodu swetr i spodnice, no + melonik, mnie meczylo w podkoszulce, a
      co dopiero kogos tak strasznie ocieplonego. Udalo mi sie jakos
      zaokretowac do autobusu, chociaz tlok byl straszny, przejazd to ok. 5
      godzin w tym przeprawa przez ciesnine na jeziorze, autobus wystartowal
      o 13.30, w poczatkowym etapie wzniusl sie na wysokosc ponad 4500 mnpm,
      by opasc w granicach 4000 przy ciesninie i 1,5 godziny jazdy. Przy
      ciesninie wysadzili nas z autobusu, ludzi zaladoali na motorowki, a
      autobusy na promy i przeprawa, bujalo straszliwie, juz myslalem ze
      lodka sie wywroci, na szczescie sie mylilem, duzo gorzej wygladaly
      autobusy na tych promach (teraz juz wiem dlaczego wysadzaja ludzi),
      przod (u innych tyl) praktycznie stykal sie z tafla wody, musza miec
      niezle hamulce, ze nie zanurkowaly. Pozniej znow nas zaladowali i
      ruszylismy juz bez przystankow do La Paz, obok mnie siedzila fajna
      laska z La Paz, poniewaz z nudow oboje sluchalismy walkmanow, jakos
      tak sie zgadalismy, ze wymienilismy kasety, ja w ramach promocji
      polskiej kultury oddalem "Golec uOrkestra", ona "Modern Brasilian
      Music", to ponoc sie slucha w Boliwii, coz mnie to jakos nie podchodzi
      to takie polaczenie RAP z Salsa, poniewaz mielismy bariere jezykowa ja
      nie rozmawialem po Hiszpansku, a ona ani po Angielsku ani po
      Niemiecku, ani nawet po Polsku, korzystalismy z sasiada ktory
      tlumaczyl, byl to atache ambasady Portugalii na Kubie, bardzo dobrze
      znal Polske, ja natomiast nie moglem tego powiedziec o jego kraju, bo
      ani razu nie bylem w Portugalii, tak minal nam czas do La Paz. W
      pewnuym momencie pojawily sie budynki, swiatla, skrzyzowania, ale
      wszystko to jakosc wygladalo jakos tak na niedokonczone, zaniedbanie,
      wiekszosc budynkow jest nieotynkowana, czesc wogole bez okien, na
      ulicach duzo ludzi brudnych, ProTrek wskazywal 4200 mnpn, a to juz
      wiedzialem to El Alto, upewniwszy sie u sasiadki obserwowalem z
      zapartym tchem, pozniej wjechalismy na platna autostrade i znizywszy
      toty do 3800 mnpn dojechalismy do La Paz.
      Tu na miejscu, zdecydowalem sie na stary chwyt, zatrzymalem taryfe
      (niestety znajomosc jezyka angielskiego w Boliwji jest bardzo slaba,
      praktycznie nikt im tu nie wlada, w przeciwienstwie do Peru,
      przynajmniej trzymaja fason i wszedzie sa ceny i placi sie w
      Boliviano, nie jak w Peru gdzie dolar jest bogiem a Sol namiastka
      walutu "wielkiego brata") i mowie lamanym hiszpanskim "Hostal
      Economico para Centro La Paz" wiec mnie zawiozl do Hostal
      Señorial przy pasazu C.Comercio i tylko jedno przecznice od
      Plaza San Francisco (to samo centrum, jak Palac Kultury w Warszawie),
      hostal przytulny, z mojego okna na 3 pietrze mam widok na sama
      katedre, place 40 Boliviano (ok. 22 zl) za noc. Niestety juz jest
      ciemno i niebardzo sie zorientowalem, gdzie jestem, jestem pod
      wrazeniem La Paz i dlatego zdecydowalem, ze nie bede jechal do Canionu
      Colca w Arequipie, pozostane dluzej na miejscu, jestem tu dopiero od
      1,5 godziny a juz mam pewne obserwacje, ludzie ubieraja sie tu
      zupelnie inaczej, jak w krajach Europy, mam tylko wrazenie ze jestem
      jedynym bialym w tym spoleczenstwie, dominuja tu indianie lub metysi,
      mowie jest to miasto calkowicie cywilizowane, bylem wlasnie na kolacji
      w "Pollos Copacabana", to taki ich KFC, z tym ze wszyscy (procz
      kasjerki) maja zalozone biale maski i rekawiczki, co daje poczucie
      sterylnosci przy przygotowaniu. Oszalamiajace wrazenie robi fakt, ze
      praktycznie co kilkanascie metrow jest kawiarenka internetowa, ceny od
      3 BS do 4BS i jest przyjemna ulga w porownaniu z Copacabana.
      Widzialem juz Burger Kinga i MacDonalda, sa wiezowce, ludzie w
      gjerkach od niezlych krawcow, ale i sa tez wspomniane przeze mnie
      wczesniej indianki, miasto robi wrazenie jeszcze z innego aspektu (to
      zboczenie zawodowe), a mianowicie infrastruktury telekomunikacyjnej,
      calosc biegnie na zewnatrz budynkow tworzac totalna pajeczyne, tu jak
      cos sie spieprzy to chyba musza zakladac nowy drut, bo w tym gaszczu
      nie ma szans na odnalezienie (no chyba ze sie myle).
    • Gość: Walter La Paz IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:48
      07-10-2002
      La Paz

      Tym razem juz za dnia przeszedlem sie po ulicach La Paz (dowiedzialem
      sie, ze znaczy to "pokoj" po Hiszpansku), no niezupelnie moj hotel
      jest przy Plasu San Francisko, jest to 3-4 przecznicze, ale za to przy
      placu Murilla, a wiec 100% centrum zaraz przy palacu prezydenckim i
      katedrze, pisalem juz ze moje okano wychodzi na sama katedre ? Widok
      jest piekny, ale co kazda pelna godzine rowniez w nocy bija dzwony,
      moze sie przyzwyczaje .. W La Paz bede do 10.10.02, rano wyjezdzam do
      Arequipy, mam juz bilet, strasznie dlugo sie jedzie bo prawie 20
      godzin (z przesiadkami). Dziasiaj bylem w TIWANAKU (Tihuanaco), to
      pozostalosci ruin tej cywilizacji, rozwijala sie ona ok. 3000 lat
      przed inkami do roku 1000 naszej ery i .. nagle zniknela, nikt nie wie
      dlaczego, w kazdym razie pozostawila po sobie olbrzymie budowle i
      monumentalne posagi (moim zdaniem przypominajace troche te z Wyspy
      Wielkanocnej), podobalo mi sie to o wiele bardziej niz zabytki
      inkaskie, tutaj przynajmniej sa rzezby i przedziwne postacie,
      natomiast u Inkow jedynie gole mury. Z drugiej strony to dziwne, bo
      przeciez cywilizacja Tiwanaku (to jest nazwa nadana, wlasciwa nazwa w
      jezyku Ajamara brzmiala w tlumaczeniu "To Miejsce") rozwijala sie
      duzo, duzo wczesnie niz Inkowie, niektorzy mowia (powtarzam plotki po
      przewodniku, on tez sie zaslanial plotkami), ze to moze byc Atlantyda
      opisywana przez Platona (nie wiem, jezeli juz o tym mowimy to ja mam
      wlasny typ na Altantyde - Marsahausi w Peru), w kazdym razie jedno
      jest pewne robi wrazenie, szczegolnie najwiekszy posag o wadze 17 ton
      odkryty w 1932 roku oraz Brama Slonca, do tej pory nikt nie wie do
      czego sluzyla, ani kogo przedstawia posag. Bilet w biurze podrozy
      kosztowal 50,- BS, no nie jest to drogo jak za wycieczke calodzienna,
      ukrytym kosztem jednakze byl sam wstep do ruin za 25,- BS, ale i tak
      bylo warto ! Wtracajac zatrzymalismy sie aby wykonac fotki na
      Kordyliera Real, pasmo najwyzszych zawsze bialych gor w Boliwii, nota
      bene jutro wlasnie tam jade na jednodniowa wycieczke do Chaqualtaya,
      aby popatrzyc na lodowiec, wysoko ok. 5400 mnpm (w Europie nie ma juz
      takich wysokosci) i zimno, wszyscy mowia, ktorych tu spotykam, ze
      widok jest fantastyczny, wracajac wstapimy do Valle de la Luna, czyli
      Doliny Ksiezycowej, gdzie widoki sa nieporownywalnie ekscytujace.
      Srode zostawiam sobie na zakupu w La Paz, chociaz dzisiaj juz zrobilem
      zakup - kupilem na targu rzeczy magicznych figurke Pachamamy (czyt.
      paczamama), czyli po naszemu Matka Ziemia, wyglada fantastycznie
      kosztowala 1$, dodajac figurke pumy z Sasqechuan mam juz dwie. A,
      wracajac do "targu czarownic", robi naprawde niezapomniane wrazenie,
      procz repik bostw z Tiwanaku, mnie zafascynowaly "mumie mlodych lam"
      oraz "suszone plody alpak", wyglada to strasznie, jak z grobowcow
      faraona, nawet nie pytalem ile kosztuja bo wygladaja to przeokropnie,
      w/g wierzen Ajamara odpedzaja zle duchy, ja natomiast mam spore
      watpliwosci czy jakis Europejczyk trzymalby cos takiego w domu. Mysle,
      ze po tych paru dniach w Peru i Boliwii moge juz z grubsza ocenic te
      kraje., oczywiscie wlasna miara. Mysle, ze Boliwia jest
      bezpieczniejsza, bardziej przyjazna i oczywiscie tansza, w Boliwii
      mozna sie wyzywic (bary/restauracje) za 5$ dziennie, natomiast w Peru
      bedzie to juz 7-8$, koszty zakwaterowania oceniam podobnie, tansze sa
      natomiast zakupy pamiatek i wyrobow typu poncha, swetry, szale,
      makatki indianskie, itp. Stan drog w Peru jest doskonaly, mysle ze
      Polska bedzie doganiac ten kraj conajmniej przez kilkanascie lat, co
      do Boliwii to nie jest juz to tak oczywiste, drogi sa kiepskie i co
      dziwniejsze platne, od czsu do czsu stoi zespol bramek (jak we
      Francji) i trzeba zaplacic by jechac dalej. Boliwia, pomimo, ze kraj
      statystycznie biedniejszy od Peru, jest duzo czystszy, zadbany i na
      pierwszy rzut oka sprawia wrazenie, ze zyje sie tu lepiej. Kroluja tu
      uzywane samochody japonskie, ktore sprowadza sie kontenerowcami do
      Limy z Kraju Kwitnacej Wisni, juz w porcie przerabia sie uklad
      kierowniczy na jazde prawa strona drogi; przyklad Toyota Corolla nowa
      to 12000$, sprowadzona i przerobiona to 2500-3000$, oczywiscie zalezy
      to od rocznika (uwaga: ani w Peru ani w Boliwii nie ma limitu wieku na
      sprowadzane samochody, czesto na stacjach nie ma wogole benzyny
      bezolowiowej). To takie moje spostrzezenia.
    • Gość: Walter Chacaltaya IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:49
      08-10-2002
      Chacaltaya

      Dzisjaj to przeszedlem sam siebie, ale o tym potem. Rano o 8.00 jak
      czekalem przed hotelem na zabranie mnie na Chacaltaye, spotkalem grupe
      Polakow, o jak milo okazalo sie ze mieszkali w hotelu vis a vis -
      Hostal Austria, skrzykneli sie tak w 12-15 osob, wiekowo od 20 do 60
      lat i pojechali na miesiac do Peru/Boliwia, niestety nie pogadalismy
      zbyt dlugo, bo przyjechal po mnie autobus. Na poczatku zwiedzalismy
      "Ksiezycowa Doline", fajne miejsce, wyrzezbione przez wody rzeki
      podczas pory deszczowej (zreszta rzezbione jest nadal), stalaktyty
      wysokosci 20-30 metrow, pofaldowania, coz to trzeba po prostu
      zobaczyc. Pozniej pojechalismy bezposrednio do Chacaltaya, autobus
      nieustaniie sie wspinal, skonczyla sie droga, ktora zastapil ubity
      dukt, z jednej strony skala, z drugiej przepasc z porozrzucanymi
      kamieniami roznej wilkosci, szerokosc drogi jest nawet
      niewystarczajaca dla zwyklego samochodu osobowego, nie mowiac o
      autobusie, zakrety do 270 stopni oraz opony lyse jak glowa skina,
      wszystkich wprawily w przerazenie szczegolnie podczas drogi powrotnej,
      nawet ja przeciez nie naleze do strachliwych podczas zjazdu mialem
      mokro w spodniach, tu juz komentuje droge powrotna, ale gdy wreszcie
      wyjechalismy z tych serpentyn slychac bylo w autobusie "UFF" i ustopil
      wyraz smiertelnego przerazenia u mojej sasiadki (ze Szwajcarii
      zreszta). Ale, ale po jakiejs 1,5 godziny jazdy autobus wreszcie
      dojechal do schroniska. Jest to najwyzej polozone schronisko w Boliwii
      (moze i na swiecie) na wysokosci 5050 mnpn, tam wysiedlismy i jak
      zykle trzeba bylo zaplacic za wstep (powiedzmy jest to rodzaj
      podatku), na szczescie nie duzo bo 10,- BS. Na gorze wszedzie pelno
      sniegu, zimno mysle ze ponizej zera, bo snieg nie topnial, a lapy
      grabialy. Wstep upowaznial do wspiecia sie na gore Chacaltaya, 270
      metrow wyzej do wysokosci 5320 mnpn, troche pionowo, przewodnik
      (indianin) powiedzial ze sie nie wspina, bo to zbyt meczace, no to
      start, hmm na tej wysokosci pokonanie tych 270 metrow, wcale nie jest
      latwa sprawa, mysle ze moj sposob jest dobry i powinno sie go
      stosowac. Po pierwsze poczatkowo czlowiek wcale nie jest zmeczony
      wchodzac pod gore i tak nalezy trzymac, nie wolno dopuscic do
      zmeczenia bo wtedy mozna wykorkowac (na tej wysokosci jest 60% mniej
      tlenu w powietrzu niz nad brzegiem morza). Piec, dziesiec krokow i
      odpoczynek (krotki 15-30 sekund) i tak dalej, trzeba pamietac, aby
      samemu to kontrolowac, nie pozwolic na zywiol, raz sie zapomnialem w
      polowie gory i zaczalem posowac szybciej, az do momentu, gdy organizm
      zarzadal wiecej tlenu, a tu kij nie ma, objawy sa takie, ze zaczynasz
      sie po prostu dusic, straszny bol w miesniach, serducho tak nawala, ze
      nie wiem, ale chyba tak wyglada zawal, jakos z tego wyszedlem, ale juz
      pozniej kontrolowalem, aby droga pod gore nie sprawiala zadnego
      wysilku. Po osiagnieci 5320 mnpn, w odleglosci kilkuset metrow byl
      szczyt jeszcze wyzszy, no to jazda i tak dzisiaj wdrapalem sie na 5480
      mnpn., well sam nie moge w to uwierzyc, mam zdjecie z tabliczka
      wysokosci. Schodzenie to juz pestka, niemniej nadal nalezy pamietac,
      aby nie sprawialo to najmniejszego wysilku. Sam jestem zdziwiony, ze
      wogole nie mam objawow choroby wysokosciowej, bo na tej wysokosci
      praktycznie wszyscy ja maja (moze jednak nie wszyscy). Po powrocie do
      La Paz (jejku jak tu nisko, mysle co to bedzie jak wroce do domu,
      chyba bedze oddychal raz na 5-10 minut!) podrajcowany poszedlem do
      agencji turystycznej, ktora miala za szyba kartke "Climb tomorrow to
      Huayna Potsi", trzeba Wam wiedziec, ze jest to najlatwiejszy do
      zdobycia szesciotysiecznik (6100 mnpn), nie trzeba lancuchow, lin, po
      prostu trekking, mowie do panienki, ze pisze sie na to, a ona ze dla
      mnie jednego to niemozliwe, musze miec trzech gosci, no i kupa,
      pytalem w hotelu, ale zamiast zainteresowania widzialem przerazenie na
      twarzy, coz jezeli mi sie to nie uda w tym roku, to szukam chetnych na
      przyszly rok (moze i na inne szesciotysieczniki), mowie przezycie jest
      jedyne w swym rodzaju, cool !
    • Gość: Walter Boliwia, La Paz IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:51
      09-10-2002
      Boliwia

      Dzisiaj bedzie malo ciekawy dzien, zdrobilem sobie przerwe, a prawde
      mowiac zaspalem na "City Tour", nie nie kupilem biletu, bilety kupuje
      sie w tym wypadku bezposrednio przed odjazdem, wiec nic nie stracilem.
      Dzisiaj ostatni dzien w La Paz, czeka mnie dluga podroz do Arequipy
      (startuje o 8.00 z calle Sagarnaga i jestem w Arequipe o 6.00 rano
      dnia nastepnego). Na koniec kilka dla mnie smiesznych spostrzezen z La
      Paz i wogole Boliwii. Po pierwsze w Peru bylo mnustwo pucybutow, ale
      to co sie tu dzieje to naprawde szczyt szuszajningu (tak mowia), na
      samym placu San Francisko naliczylem ich ponad 30, wow! to robi
      wrazenie, mozne ich rozroznic jeszcze po "profesjonalizmie", najtanszy
      kosztuje 0,5 BS, to jest ok. 30,- groszy, ma maly stoleczek na ktorym
      siedzi, dwie szmaty do nakladania pasty i polerowania, no i ma tylko
      jedna czarna paste ktora poleruje wszystko, bylem swiatkiem jak
      facetowi szare buty obrzucal ta pasta i pozniej strasznie sie meczyl
      by zlikwidowac czarne smugi, to sa najtansi, mam takie zdjecie, gdzie
      w szeregu siedzi ich z dziesieciu i pucuja .. Ale sa tez i "fachowcy"
      lepszej klasy, maja oni fotel dla delikwenta i gazete, uzywaja juz
      trzech rodzajow past czarnej, brazowej i bezbarwnej, coz usluga jest
      drozsza (placi sie za komfort) i kosztuje 1,- BS, musze przyznac, ze
      na brak pracy jedni ani drudzy nie narzekaja,
      Druga zaskakujaca dla nas rzecza jest usluga "mobilnej komorki". co to
      znaczy ? Po miescie posuwa bardzo duzo gosci w jasnozoltych lub
      seledynowych kamizelkach, do kamizelek na dlugim srebrnym lancuchu
      przypieta jest komorka, chodza po miescie, jezeli jakis gosc chce
      zadzwonic podchodzi do "seledynowej kamizelki", ktora to udostepnia mu
      lancuch z telefonem, w drugiej rece ma stoper, w chwili wybrania
      numeru przyciska stoper, usluga kosztuje 1,- BS za minute
      (szczegolenie zalecane gdy dzwoni sie z komorki na komorke, bo rozmowa
      lokalna to 0,50 BS), lancuch nie powinien stanowic przeszkody dla
      rozmawiajacego, bo ma z 1,5 metra dlugosci. Poza tym w samym centrum
      miasta (idac ulica Sagarnaga do konca i skrecajac w lewo) znajduje sie
      rynek warzywny, olbrzymi, zajmuje kilka przecznic, mozna tam kupic
      naprawde wszystko co zwiazane jest z warzywami, z drugiej strony jest
      bardzo tanio, przykladowe ceny: 1kg bananow (na oko bo nie ma nigdzie
      wag) to 1,- BS (ok. 60,- gr), 25 sztuk pomaranczy to 4,- BS, 20kg
      ziemniakow to 10-12,- BS, mozna by mnozyc przyklady. Najtansze
      jedzenie w La Paz to Chinszczyzna, obok mojego hotelu jest restauracja
      chinska, obiad z 2 dan (jest obszerne menu do wyboru z 40-50 pozycji)
      to 10,- BS (bez napoi), napoje w butelkach np. Coca Cola, Fanta,
      trzeba jeszcze doliczyc 3,- BS, piwo (niespecjalne) w butelce 0,62l
      dodatkowo 6,- BS. Teraz przykladowe ceny napoi PET na straganach (bo
      sklepow do jakich my jestesmy przyzwyczajeni tu nie ma), woda
      mineralna 0,5l - 2,5 BS, 1,5l - 3,5 BS, napoje slodkie jak Coca Quinka
      czy Inca Cola (ale produkcji lokalnej) 2l - 5,- BS. Hotele w La Paz
      (klasy turystycznej jedynka, w zaleznosci od polozenia oraz czystosci)
      od 30,- do 80,- BS (to ostatnie z baño privado), ja place 40,-
      BS ale lazenke mam dzielona. Uslugi finansowe, jest bardzo duzo bankow
      i bankomatow, bankomaty wyplacaja badz Boliviano lub US$, przy US$
      ponoc doliczaja prowizje, ale nie wiem nie sprawdzalem.
      I to tyle dzisiejszym komentarzem, odezwe sie dopiero z Arequipy.
    • Gość: Walter Arequipa IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:53
      10-10-2002
      Arequipa

      Tym razem juz nie z karaju "Che" tylko z Peru. Nareszcie po
      perturbacjach dotarlem do Arequipy. Jak zwykle problemy i to zarowno w
      Peru jak i Boliwii. Okazalo sie, ze sprzedali wiecej biletow niz bylo
      miejsc, no niezupelnie tak, bo mialy byc podstawione dwa autobusy, ale
      w Puno (Peru) zrobili blokade drog (jak zwykle jakas akcja
      protestacyjna) i drugi nie dojechal, strasznie dlugo sie zastanawiali,
      a wystarczylo policzyc miejsca, wszyscy usiedli, im zajelo to prawie
      godzine, nastepnie kierowca cofajac wpadl tylnimi kolami do rowu,
      wyprosil wszystkich na ulice i wyciagal autobus kolejne 1,5 godziny,
      gosc z Wloch mowi ze moglo byc jeszcze gorzej, pytam sie go co moglo
      byc gorszego, a on na to, ze przeciez mogl padac deszcz, no tak ..
      Kolejae perturbacje to przesiadka do Arequipy, ja oraz taka dziewczyna
      z Australii mielismy kupione takie same bilety (niestety obydwoje nie
      znamy Hiszpanskiego) na 19.00, ale w biurze tlumacza nam na sile ze
      mamy jechac o 16.00, my na to, ze nie bo mamy nocny przejazd do
      Arequipy, odpowiedz byla zawsze taka sama "Si, Arequipa, si, si", po
      polgodzinej walce okazalo sie, ze sprzedano nam bilet na nieistniejace
      polaczenie, no i musielismy jechac tym o 16.00, gdyz nie zostawiono
      nam wyboru. Co do drog, to jednak pozory myla, glowne drogi w Peru z
      ktorymi dotad mialem do czynienia jak. Autostrada Panamerykanska czy
      Cuzco-Puno sa doskonale, ale reszta uff, chyba jeszcze gorsze niz w
      Boliwii, dzisiaj bylem sam tego swiadkiem, autobus tak podskakiwal, ze
      co rusz bylem pod sufitem to na podlodze i gdzie tu mowa o spaniu ?
      Arequipa (2500 mnpn) to duze maisto ponad 2 mln. mieszkancow i trudno
      tu o nocleg za rozsadna cene, na te noc mam nocleg z baño
      privado przy samej Plaza de Armas, drogo bo 10$, za jedna noc naprawde
      warto. Jestem wykonczony po 14 godzinach jazdy, ale musze jeszcze
      sobie pochodzic po Plaza de Armas !
    • Gość: Walter Nazca IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:54
      11-10-2002
      Nazca

      Witam ponownie z pieknej Arequipy,
      Niestety chcialem obejrzec Canion Colca, ale sa to wycieczki 2 dniowe,
      a mnie czas goni, mam tylko 5 dni, wiec musialbym zrezygnowac z Nazca
      lub Islas Ballestas, tym razem zrezygnowalem z kanionu. Dzisiaj o
      12.00 w poludnie mam autobus do Nazca, g woli informacji autobusy
      dalekobiezne zarowno w Peru jak i Boliwii u nas bylyby uwazane za top
      class, tu tak nie jest po prostu to standard, czasem porownujac nasz i
      w/w kraje naprawde sie zastanawiam czy to nie aby Polska jest krajem
      trzeciego swiata ..
      Podroz trwa 11-12 godzin, powinienem byc w Nazca przed polnoca, musze
      tylko znalezc odpowieni hotel (czyt. do 20 Sol), tu wczoraj
      przeplacilem, byla juz 23-cia i trudno bylo szukac czegos innego.
      Dlaczego nikt nie odpowiedzial na moja propozycje na przyszly rok ?
      Ponawiam: ¡ Trzy dniowy trekking na Huayna Potosi w Boliwii
      (6100 mnpn) ! To dopiero wyzwanie!, zdrowe, nie tak jak zjazd
      autobusem droga przy Yangajo w Boliwii - jest to najniebezpieczniejsza
      droga swiata, szanse na przezycie to 7:1, po bokach drogi leza wraki
      rozbitych samochodow i atobusow, smiertelny wypadek na tej drodze to
      rzecz calkowicie normalna, ja nie chcialem w tym uczestniczyc, bo
      uwazam, ze to nie challange tylko glupota, ale wielu turystow strzela
      sobie taka dawke adrenaliny (bywa ze ostatni raz w zyciu). Czekam na
      komentarz w sprawie Huayna Potosi !
      Patrzac przez przekroj turystow, sa tu narodowosci z calego swiata,
      prym chyba wiedzie Europa, pozniej Barzylia, Argentyna, USA, Japonia,
      Kanada, Australia i Afryka Poludniowa. Miejscowi tez chetnie
      podrozuja, czesta 40% wycieczki to Peruwianczyczy czy mieszkancy
      Boliwii. Najkrocej wyjazdami ciesza sie Japonczycy (przecietny
      Japonczyk ma tylko 7 dni urlopu wliczajac w to weekend rocznie), musza
      2 lata odkladac na dwutygodniowy urlop, generalnie wszyscy inni
      przyjezdzaja tu na 3 miesiace (90%), na tyle ile wazna jest wiza lub
      pieczatka w paszporcie lub nawet dluzej, ja zrobilem blad, ze
      wykupilem przylot i wylot z tego samego miejsca, nikt tak nie robi,
      najbardziej popularne to przylot: Santiago de Chile, odlot Bogota
      Columbia, Caracas Venezuela lub Quito Equador, takim sposobem przez
      kwartal mozna zwiedzic prawie cala Ameryke Poludniowa.

      Nazca, tak,to tu sa te slawne linie, ale bardziej slawny jest cmentarz
      Nazca, gdzie czaszki i kosci porozrzucane na pustyni, az po horyzont,
      ale o tym jutro, gdyz dopiero przybylem po 12 godzinach jazdy
      autobusem, jest 23:30, w Polce 6:30, niektorzy juz wstaja, a ja
      jeszcze nie zdazylem sie polozych. Po pierwsze dziekuje za list Alda
      (tu prosze o brawa, jako jedyny do tej pory wyrazil zainteresowanie
      Huayna Potosi, jest to Polak mieszkajacy w Boliwii, ktory nieznanym mi
      sposobem znalazl sie na liscie odbiorcow mojej amatorskich dziennikow,
      pozdrawiam Aldo).
      Wow, dzisiejszy dzien naprawde byl ciezki, do 11.00 spedzilem na Plaza
      de Armas przypatrujac sie ulicy i wstapilem na 30 minutowa sesje w
      sieci (z nudow). W kazdym razie kupilem bilet autobusowy na trasie
      Arequipa-Nazca, w biurze panienka powiedzilaa, ze jest to klasa
      ekonomiczna, mnie natomiast spodobala sie cena biletu 25 Sol, troche
      mniej ze to az 11 godzin, ale trudno, kompromis. Taksowka z centrum do
      Terraport (terminal autobusowy) kosztowala 5 Sol, uwazalem, ze to
      prawdziwa okazja. Odjazd o 12:00, coz autobus spoznil sie 15 minut juz
      na samym stracie, dopiero jak zostal podstawiony, to zrozumialem na
      czym polega ta "prawdziwa okazja", nie zeby byl uszkodzony, czy
      niekomfortowy, oczywiscie zasadniczo ustepowal liniom komfortowym
      prowadzonym przez np. Ormeño, ale mial siedzenia rozkladane,
      video (obejrzalem 2 filmy, dobrze, ze nie dubbinguja), nie mial za to
      klimy (nie byla potrzebna) ani w.c., jedyna nowoscia, bylo to, ze
      bylem jedynym "bialym" w tym autobusie. Czy zle sie czulem? Absolutnie
      nie niektorzy probowali nawiazywac ze mnia rozmowy, lecz niestety ze
      wzgledu na bariere jezykowa - nikt nie mowil po angielsku, a ja
      praktycznie nie mowie po hiszpansku, konczylo sie to na kilku
      zdaniach. Autobus okazal sie autobusem osobowym, to znaczy,
      zatrzymywal sie prawie wszedzie, gdzie tylko mozna, ludzie wpadali i
      wypadali, ale ciekawsze bylo to, ze wpadaly wtedy kobiety, ktore
      sprzedawaly rozne smaczne rzeczy (np. galaretki owocowe w kubkach,
      popcorn, ciastka, napoje, hamburgery, kanapki, itp, itd), no czlowiek
      tu z glodu nie umrze, tylko trzeba miec Sole, dla mnie natomiast
      dziwniejszym byl fakt, ze autobus ruszal, one sprzedawaly (lub
      probowaly) co mialy chodzac wzdloz rzedow siedzen, a gdy juz konczyly,
      pukaly przez szybe do kierowcy, a on je wysadzal w szczerym polu, hmm
      musialy wiec chyba czekac na okazje z przeciwka (?). O 18.00 autobus
      jechal dalej, az ludzie zaczeli nerwowo sie poruszac mowiac "Cena",
      pomyslalem, ze przeciez to nie jest autobus expresowy w ktorym podaja
      kolacje, wiec o co tu chodzi i .. wkrotce sie okazalo, autobus
      zatrzymal sie opodal budynku, ktory znajdowal sie w polowie do niczego
      (ang. middle of nothing), budynek przypominal piec-szesc rzedem
      polaczonych naszych sklepow GS, jakies 100m od brzegu ceanu. Po
      zatrzymaniu autobusu (bylo juz ciemno), nagle zaterkotal w oddali
      generator i zrobilo sie jasno, na zewnatrz swietlowki zaczely
      oswietlac dziedziniec. Wszyscy wysiedli i udali sie do oswietlonego
      juz wewnatrz obiektu o betonowej podlodze. Mnie udezyl zaraz po
      wyjsciu z autobusu ostry i silny zapach dwuamidu kwasu weglowego (dla
      nie wtajemniczonych podaje, ze to chemiczna nazwa mocznika), nawet w
      srodku zapach byl rownie intensywny. Poustawiane stoliki, menu
      napisane kreda na tablicy i mala dziewczynka przyjmujaca zamowienia
      zachecily ludzi do zakupow cieplych posilkow, poniewaz zawsze bylem
      zdania, ze nie sika sie tam gdzie je, po odwroceniu sentencji dostalem
      nie je sie tam gzie sika, wiec nie nie zamowilem, wyszedlwszy na dwor
      musialem spacerowac w doleglosci conajmniej 20 metrow, aby uniknac
      wspominanego przeze mnie zapachu dwuamidu. Po 20 minutach autobus
      ruszyl ponownie, reszte drogi przespalem i tak dotarlem do Nazca. W
      Nazca jest tanio, udalo mi sie wynajac hotel z baño privado za
      15,- Sol, akwizytorzy biur podrozy tez mnie juz dorwali i sprzedali
      poldniowa wycieczke na "cmentarz" za 7$, no ale jeszcze musze kupic
      "Nazca lines", jutro .
    • Gość: Walter Nazca Lines IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:55
      12-02-2002
      Nazca Lines

      Wlasnie wrocilem z planowanych wycieczek. Troche jestem wkurzony, bo
      gosciu imieniem Elvis nacial mnie na 10,- Soli, a bylo to tak
      przyszedl do hotelu i sprzedal mi wycieczke na Cmentarzysko Nazca,
      fabryki "antykow" z porcelany (ta sama technologia co 1000 lat temu,
      ceny europejskie) i wydobycia zlota (nota bene caly czas tu wydobywaja
      zloto na skale przemyslowa). Calosc 25,- Sol + 10,- Sol za wstep (tu
      zreszta jest taki zwyczaj, ze jak kupujesz wycieczke w miejsca gdzie
      trzeba placic za wstep, placi sie samemu), czyli 1$ za kazdy obiekt,
      o.k. wycieczka sie odbyla, ale facet nie przekazal oplaty za wstep i
      sam musialem placic jeszcze raz, po prawie 3 tygodniach nacial mnie
      gosc na 3$ (chociaz juz kilkakrotnie przeplacalem za np. nocleg czy
      transport, ale nikt mnie nigdy tu nie wyrolowal!), kurna, niby
      nieduzo, ale za te pieniadze masz tu doskonaly obiad. Gemeralnie
      przestroga, nie kupujcie od akwizytorow, ktorzy przychodza do hotelu,
      kupujcie w biurach podrozy, wystarczy przejsc sie na Plaza de Armas i
      zawsze i to zawsze sa tam biura specjalizujace sie w turystyce danego
      regionu, czasami nawet mozna kupic wycieczki do innych miast, ale nie
      polecam - przeplacicie, zawsze kupujcie regionalnie, czyli np. w Cusco
      Machu Piccu, w Arequipie Canion Colca, w Nasca Nasca Lines, itp.
      Jestem wkurzony, ale przejdzmy do tematu Cmentarzysko robi niesamowite
      wrazenie, w podziemnych grobach ulozone sa mumie w postaci
      embrionalnej zarowno osob doroslych jak i dzieci, drogi po ktorych sie
      chodzi uslane sa koscmi, resztkami wlosow i ubran, nie ze mieszkancy
      tego regionu wyrzucali na pustynie szczatki swoich zmarlych, to hieny
      cmentarne, poniewaz cmentarzysko nie jest pilnowane w nocy (moze teraz
      juz jest, ale jeszcze kilka lat temu nie bylo), wykopuja grobowce,
      odzieraja ze zlota, dobrze zachowanych ubran, a mumie rozrzucaja po
      polu, okropnosc!, najgorsze, ze nikt tego nie pozbiera tylko po tym
      sie chodzi, mumie sa naprade bardzo dobrze zachowane, przewodnik
      (mowil po hiszpansku, zaczynam lapac ten jezyk) objasnial proces
      mumifikacji, cialo delikwenta pozbawiano wnetrznosci, a skore i wlosy
      na poczatku smarowano "chili pepper" (teraz juz wiem dlaczego tak
      pali), nastepnie zas sola, no i przechowaly sie kilka tysiecy lat.
      Klimat w Nasca jest zupelnie inny niz w reszcie kraju o ktorej
      pisalem, to nisko polozone miasteczko 600 mnpn na pustyni, tu deszcz
      nie pada prawie nigdy, poniewaz jest dosc wysoko i daleko od brzegu
      oceanu, nie ma tu tego gowna - czyli tej okropnej mgly o ktorej
      pisalem w jednym z pierwszych listow, a ktora byla obecna prawie cala
      wczorajsza droge autobusem (bo jechalismy na wysokosci oceanu),
      zreszta oni to nazywaja guaro, czy jakos tak. To nie jest pustynia w
      senisie "polskiego stereotypu", to sa kamienie porozrzucane na
      rowninie, rozgrzane w sloncu, duze, male, olbrzymie, gdzie nie rosnie
      nic, nie zyje tu tez kompletnie nic, temeperatury dochodza do 50C, ale
      to nie jest takie straszne , dzisiaj bylo 35C, poniewaz wilgotnosc
      jest prawie zerowa, nie odczuwa sie tego upalu, czlowiek nawet sie nie
      poci, wysychaja mu za to wargi i to szybko, takiej pustyni nawet sobie
      nie wyobrazalem. Mysle, ze slonce tez przyczynilo sie do konserwacji
      cial (chociaz byly ukryte w grobowcach pod ziemia), z drugiej strony
      brak roslin i zwierzat nie doprowadzil do dewastacji. To samo ma
      miejsce z Nasca Lines, one tez sa przeciez wyrzezbione na tej pustyni,
      teraz jest to ogrodzone drutem kolczstym, aby nie chodzic po liniach,
      bo tylko to moze im zaszkodzic, klimat pustyni je tylko konserwuje.
      Bylem w muzeum Marii Reich, to badaczka z Drezna, ktora cale zycie
      poswiecila na rozwiazaniu tajemnicy linii Nasca, zmarla 5 lat temu (w
      wieku 93 lat), a zajelo jej to 50!, coz nie udalo sie rozwiazac
      zagadki, niemniej skatalogowala wszystkie rysunki. Z wiezy widokowej
      nie widac zbyt dobrze, widoczne sa tylko dwa drzewo i kormoran (czy
      cos takiego), najlepiej poleciec samolotem, mozna wtedy zobaczyc
      calosc, coz przyjemnosc kosztuje 40$ za polgodzinny lot Cesna. Tyle
      zobaczylem dzisiaj, jutro chyba ICA, jeszcze nie wiem, mam malo czasu,
      15-go musze byc w Limie.
      Dowiedzialem sie natomiast rzeczy o wiele ciekawszych, ze prawie caly
      polnocny-wschod od Limy do Equadoru nie zostal jeszcze zbadany, sa
      takie miejsca (i to sporo) do ktorych jeszcze nigdy nie dotarl "bialy"
      czlowiek, gdzie moga byc jeszcze bardziej ciekawe pozostalosci innych
      cywilizacji, a wszystko to juz w odleglosci 200-300 km od Limy, no coz
      moze trzebaby zostac nowym Schlimanem ...
    • Gość: Walter Peru &# 8211; Ica IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:58
      13-10-2002
      Peru – Ica

      Sa takie miasta, ktore zamiast dobrych wspomnien zostawiaja kaca, do
      nich wlasnie nalezy Ica. Miasto dosc duze, ponad 150.000 mieszkancow,
      ale brak mu calkowicie uroku. Zaczynajac od poczatu, dzisiaj wstalem
      przed 5 rano, autobus planowo odjezdzal o 6.00, jak to zwykle bywa w
      Peru spoznil sie na starcie i odjechalismy o 6.30, poniewaz to klasa
      economico, wiec stawal przy kazdej przydroznej dziurze, w Ica bylismy
      mniej wiecej 8.30. Bagaz zlozylem w przechowalni i zaczalem zwiedzac
      miasto. Juz sie przyzwyczailem, ze jestem jedynym "bialym" w takich
      miastach i nie zwracam na to uwagi. Stragany, stragany z warzywami,
      drobna elektronika i tutejszymi fastfoodami wszechobecne wzdluz
      glownej ulicy, halas, gwar, policja regulujaca ruch i chyba
      najbrzydszy Plaza de Armas jaki kiedykolwiek widzialem w Peru, wokolo
      pelno "konikow", ktorych jak do tej pory nie spotkalem w zadnym
      miescie. Zapuscilem sie jeszcze dalej - do konca miasta, gdzie zaczyna
      sie dzielnica handlarzy starzyzna, nedzy i brudu. Wyschniete koryto
      rzeki czekajace na pore deszczowa, zasypane calkowicie smieciami
      (glownie butelkami PET i innym sorki za okreslenie - gownem), dzieci
      na boso biegajace po ulicy, ktore maja tak samo czyste rece jak nogi i
      przydrozne warsztaty, swiadczace roznorakie uslugi, a samym srodkiem
      sunela ceremonia pogrzebowa z trumna niesiana przez (chyba?) krewnych,
      gdzie w srodku tlumu gosc rzewnie przygrywal na trabce. Zafascynowalo
      mnie to, ale dzielnica chyba nie byla zbyt biezpieczna, bo podszedl do
      mnie policjant i powiedzial, ze chyba sie zgubilem i zalecil powrot do
      miasta, co uczynilem. W/g przewodnika Pascala jedyna warta uwagi przy
      tym miescie jest oddalona o 5km miejscowosc Huacachina, ktora slynie z
      plaz wzdluz koryta rzeki, przepieknych wydm na ktorych zjezdza sie za
      pomoca sandbordow (to taki odpowiednik snowbordow, tylko ze na piasku)
      oraz oaz palmowych. Zatrzymalem taksowke, uzgodnilem taryfe na 3 Sol i
      jazda, na rogatkach miast zatrzymala nas policja i kazala zawrocic, bo
      .. jest kolejna blokada drog (prawdopodobnie do wieczora), no nie wiem
      tu ciagle blokuja drogi, mysle ze Leppera im trzeba, w kazdym razie
      nie dojechalem i dzisiaj prawdobodobnie nie dojade. Postanowilem w
      takim razie ewakuowac sie do Limy, miasto nie lezy mi kompletnie,
      autobus mam o 14.00,
    • Gość: Walter Lima IP: 192.11.224.* 15.10.02, 14:59
      13-10-2002
      Lima

      Yeh, jestem w Limie, podroz meczaca, szczegolenie, ze znow
      oszczedzajac wybralem tania firme "Señor de Lurant", coz za
      syf, poprzednia firma "Cruz del Sur" okazuje sie diametralnie lepsza,
      ale jakbym mial komus polecic to polecam Ormeño, droga, ale z
      klasa, bilet Nazca-Lima w klasie Royal kosztuje 20$ (w Señor de
      Lurant zaplacilem 5$), ale tam nawet podaja lunch w tej cenie, a tu
      pomimo ze autobus przystawal co kilka metrow (no przesadzam) i to ze
      jestem jedynym "bialym" (to juz pisalem - przyzwyczailem sie do tego)
      i to ze ludzie przewozili takie syfy, ze smrod w srodku byl nie do
      zniesienia i to ze moj biedny podreczny plecak ktos zalal sokiem z
      kiszonych ogorkow (strasznie smierdzial, wiec zaraz po wmeldowaniu do
      hostalu wypralem, nic nie szkodzi, ze w samej wodzie) spowodowalo, "NO
      MORE SEÑOR DE LURANT!". Marketing tanich firm przewozowych,
      ktore wymieniam w pierwszym zdaniu zasadniczo sie roznil, w Cruz del
      Sur, co pewien czas kierowca wpuszczal obnosnych sprzedawcow,
      natomiast w Señor de Laurant byla "etatowa" sprzedawczyni,
      ktora zmonopolizowala rynek, siedzila na fotelu nr 2 (zaraz za
      przeslaona kierowcy), miala dwa kosze w jednym "slodkie" napoje, w
      drugim zas jakies takie duperele w stylu obwarzanek, popcarnu, cistek,
      no i basta z konkurencja, kazda proba wtargniecia do srodka, konczyla
      sie ostra interwencja kontrolera! Lima (poprzednio nocowalem w Callao,
      to takie robotnicze przedmiescie miasta), to znaczy, ze trzeba sie
      powoli oswajac z powrotem, jestem zadowolony, ze wyjechalem z Ica, a
      jeszcze bardziej jakoscia hostalu w ktorym przyjdzie mi teraz
      mieszkac, adres mailem z przewodnika Pascala (o.k., juz nie bede
      narzekal na to wydawnictwo, ceny sie absolutnie nie zgadzaja, ale poza
      tym jest dobrym zrodlem pomyslow), taryfa z dworca PKS (tak to brzmi
      po Polsku) kosztowala 5 Sol, natomiast hostal jest przezzabawny. W
      hostalu España doba kosztuje 6$ ze wspolna lazienka, ja biedny
      zuczek nie mialem szczescia do przyziemnych spraw wiec pokoj dostalem
      na samym dachu (4 pietro, oszalamiajacy widok), aby tam dojsc trzeba
      pokonac swoisty labirynt, przez salony urzadzone w stylu
      Rembrantowskim (z obrazem Rembranta oczywiscie), ze stylizowanymi
      rzezbami, kreconymi schodami, restauracja oraz piekna oranzeria.
      Wszystko to musze przejsc, aby dostac sie na moj dach, na dachu jest
      tez lazienka z w.c., natomiast nie ma innych pokoi, to chyba jest
      takie nieoficjalne "baño privado", na parterze jest zas kafejka
      internetowa, no czegoz trzeba wiecej ?
      To tyle na dzisiaj, koniec, nie bede juz przynudzal.
    • Gość: Walter Peru, Lima IP: 192.11.224.* 15.10.02, 15:01
      14-10-2002
      Lima

      To chyba bedzie moj przedostatni list, wtorek to ostatni pelny dzien,
      jutro bede sie staral wszystko podsumowac, ale poki co dzisiaj jest
      jeszcze poniedzilek i moge wyrazic pewne opinie o Limie i dzisiejszym
      City Tour. O.K., to zaczynam, wczoraj wspomialem o hotelu, naprawde mi
      sie podoba, zreszta ma nawet strone
      www.ccom.org/extern/hotelespanaperu/ ale znow zbaczam z tematu.
      Lima miasto ponad 8 milionow mieszkancow, niska zabudowa (ze wzgledu
      na trzesienia ziemi, a zapomnialbym wczorajszej nocy bylo bardzo male,
      trwalo zaledwie kilka sekund i nie podnioslo u mnie poziomu
      adrenaliny), zalozone przez Pizzara w 1536 roku, jako jedyne z miast w
      Peru nie posiada Plaza de Armas, to znaczy posiadalo, ale kilka czy
      kilkanascie lat temu, ktos zasugerowal, ze poniewaz stolica Hiszpanii,
      nie ma Plaza de Armas, tylko Plaza Mayor, to nalezy nazwe te zmienic i
      tak uczyniono, teraz mamy wlasnie Plaza Mayor (Peruwianczycy nie gesi
      tez Mayor maja!). City Tour, droga impreza, ale poniewaz to juz moj
      ostatni tour, to zaszalalem, calosc trwa od 14.00 do 18.30 i kosztuje
      20$, zwiedza sie rozne dzielnice w tym San Isidoro oraz Miraflores,
      wow przyznam, ze roznica jest ogrmona (w porownianiu z centrum),
      pomimo, ze wlasnie w centrum znajduja sie siedziby instytucji
      rzadowych, bankow i gieldy, to jest tu najbrudniej, widuje sie gosci
      spiacych w workach z PCV na chodnikach, no i trzeba uwazac (jak w
      zadnym innym miescie w Peru) na zlodziei. Natomiast Miraflores i San
      Isidoro, te dzielnice to jakby inne miasto, praktycznie patrzac po
      witrynach sklepow, ludziach na ulicach, porzadku i bezpieczenstwie,
      niczym ale doslownie niczym nie odbiegaja od dzielnic w bogatych
      miatach Europy czy USA. Dzisiaj garua (mgla) byla jakby mniejsza, co
      prawda bylo pochmurno, ale przeciez mamy tu dopiero wiosne, lato
      zaczyna sie w grudniu i ponoc jest przejrzyscie, slonecznie (czyli nie
      ma garuy). Ceny, coz generalnie na zywnosc takie same jak w reszczie
      kraju, "menu del dia" w porze lunchu mozna wtracic od 4,- do 6,- Sol,
      tyle samo mniej wiecej kosztuja desayuno (sniadanie) - w zaleznosci
      czy kontynentalne, amerykanskie, czy tez especial. Niestey nie moge
      odzalowac, ze nie ma tu juz ulicznych straganow z inkaskimi
      pamiatkami, jest mnostwo sklepow z jeansami, adidasami (z czterema
      paskami, okazyjnie czwarty pasek gratis), itp., natomiast nie ma juz
      prawie nic z "value" pamiatek dla turystow, oczywiscie mowiac o
      kieszeni backpacera, bo firmowe sklepy np. ze swertrami z alpaki
      oczywiscie sa jak Alpaca 111 (tez maja strone
      www.alpaca111.com), ale tam ceny zaczynaja sie od 80 dolkow za
      sweter! Dzisiaj prawieze lastminute przed powrotem postanowilem
      sprobowac tutejszych owocow, przechodzac ulicami trafilem na prawdziwy
      supermarket (!), dwupietrowy, na pierwszym artykuly spozywcze i
      chemia, na drugim ubrania i inne duperele, duzy, musze pryznac, nazwa
      Metro (ciekawy jestem co na to Metro A.G.,w Polsce - Makro), w kazdym
      razie kupilem za 4 Sole ponad 1,5 kg owocow, cytuje: Pepino, Cocona,
      Tuna Roja i Carambola. Ostatni mozna tez dostac w Polsce, chociaz ja
      nigdy przedtem tego nie probowalem. Najbardziej dziwaczny owoc to
      Cocona, wygladem przypomina duza cytryne, po obranu ze skorki (zreszta
      tak grubej jak cytryna) w srodku znajduje sie kokon, po
      przedziurawieniu kokonu wysypuja sie pestki, ktore wygladem
      przypominaja pestki "granata", chociaz sa zupelnie inne w smaku.
      Wracajac do supermarketu, zauwazylem dwoistosc cen, to znaczy ceny na
      toway krajowe sa w Sol, natomiast ceny na importowanie w US$. Ciekawe
      czy w kasach przeliczaja, czy kasuja w dolkach, musze sprawdzic.. Znow
      nic wiecej nie przychodzi mi do glowy, wiec koncze i kropka.
    • Gość: Walter Małe podsumowanie IP: 192.11.224.* 16.10.02, 10:00
      15-10-2002
      Lima

      Mowilem, ze to moze moj ostatni list? Jeszcze nic pewnego, bo jutro
      bede mial sporo czasu do 20.00, a z hotelu musze sie wyniesc do 11.00,
      ilez mozna chodzic po Limie ! Tu dzisiaj istny mlyn, same marsze
      protestacyjne, naliczylem trzy. Dzis rano wychodzac z hotelu natknalem
      sie na tlum powiedzmy nienajmlodszych Peruwianczykow (w stosunku do
      Europejczykow powiedzialbym emerytow), dlaczego tam?, a tak sie sklada
      ze Hotel España znajduje sie vis a vis rzadowego budynku z
      napisem "Trybunal Konstytucyjny", doprawdy nie wiem co chcieli,
      zachowywali sie spokojnie, idac dajej ulica w kierunku hotelu Sheraton
      Lima, tak w 1/3 drogi kolejna blokada, cala ulica zawalona kartonowymi
      pudlami, wjadu pilnuje policja, ostatnia zobaczylem przy Placu
      Niepodleglosci, ciezarowki poobklejane na kolor "krow holenderek",
      krowy, owce i lamy oraz napisy "Zablokowac import zywnosci, zywnosc
      peruwianska jest lepsza" (ha, ha skad my to znamy?, przeciez mowilem
      Lepper do Peru!), mozna sie bylo napic gratis peruwianskiego mleka,
      nie probowalem, bo nie myja kubkow, a swojego akurat nie mialem. Teraz
      jestem przy Plaza Mayor (tam juz doszli), zablokowali caly plac i
      skanduja przed palacem prezydenckim, policja na koniach (w pogotowiu
      dzialka wodne i gaz) tylko sie przyglada, mysle, ze pokrzycza i pojda.
      Rolnictwo, gospodarka w tragicznym stanie, korupcja, no jest przeciw
      czemu protestowac, ale w jednym przynajmniej przoduja - zuzyciu pasty
      do butow na jednego mieszkanca, razem z Boliwia sa w swiatowej
      czolowce! Jutro ma byc wiekszy dym, przeciwko prezydenkowi Toledo, mam
      nadzieje ze jakos uda mi sie przejechac na lotnisko.
      Ale mialem, podsumowac wyjazd, coz spedzilem tu 25 dni, to prawie
      miesiac, jezeli kogos interesuja wydatki to nie mam nic do ukrycia,
      bilet Berlin-Lima-Berlin to wydatek ok. 4000,- PLN, na miejscu wydalem
      (uwzgledniajac wszystko, tzn. transport, bilety, wycieczki, hotele,
      wyzywienie, oczywiscie procz zakupow) 750$, z czego 50$ to tzw.
      "frycowe", niestety czasami przeplacalem za transport, wycieczke czy
      hotel, teraz wiem juz jak tego uniknac, wiec smialo moglbym zamknac
      sie w 700$, suma sumarum to ok. 7000,- PLN, drogo?, a to sprawdzcie w
      biurach np. www.logostour.pl/xperuboliwia.htm trzeba wydac
      conajmniej 2500$ na dwu tygodniowe zwiedzanie, zreszta ja wole tak jak
      teraz, nigdzie nie jestem uwiazany terminami (procz odlotu),
      potwierdzaja to tez informacje od osob ktore tu przebywaja, generalnie
      jak pisalem juz wczesniej 90% przyjezdza tu na conajmniej 3 miesiace,
      z tego 99% ma kupiony tylko bilet powrotny, pisze to w sensie ogolnym,
      bo np. spotkana przeze mnie wycieczka rodakow, jak i wszystkie grupy
      Polakow (nie liczac osob indywidualnych) korzystaja z biur podrozy.
      Doprady nie wiem, czy jest to strach przed przygoda, czy po prostu
      wygodnictwo, a moze i to i to, bo przeciez kasa sie nie liczy!
      Zrobilem ok. 500 zdjec (cyfrowo 2.1Mpixel), po powrocie opisze i
      wypale VideoCD (w tym formacie mozna przegladac zdjecia zarowno na
      PC-cie jak i stacjonarnym DVD i TV), postaram sie je udostepnic tak
      szybko jak to mozliwe (ale raczej nie przez WEB, bo to 128MB). Kupilem
      wlasnie "mate de coca", ale w torebkach herbaty expresowej (oczywiscie
      ze sznureczkiem!), wiec chyba mi tego nie zaboira, mala rzecz a
      cieszy, tym bardziej ze tu na nizinach Peru, nie mozna juz kupic w
      knajpach mate de coca, mysle to taka "gorska" herbatka w ujeciu
      polskim, ktorej tez procz polskich gor nie uswiadczysz. Pamiatek zbyt
      duzo nie przywioze (procz zdjec), mysle ze jeszcze tu wroce, przede
      wszystkim dla Huayna Potosi, ale tez Marsahausi, no zobaczymy, szukam
      chetnych, bo w grupie razniej.
    • Gość: Walter Lima - czas wracać IP: 192.11.224.* 17.10.02, 11:05
      16-10-2002
      Lima

      To juz jest koniec, za 3 godziny mam taryfe na lotnisko, hotel
      España ma wlasne umowy z taryfiarzami i taryfa zamiast 10$
      kosztuje 5$, dlatego jeszcze raz polecam ten hotel. Mialem juz konczyc
      ale zabijam czas pisaniem, manifestacja o ktorej wspominalem wczoraj
      (przeciwko Toledo) juz sie rozeszla, bylo malo ludzi, cos tam
      pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli, o 12.00 juz nikogo nie bylo na
      Plaza Mayor. Rano przed opuszczeniem hotelu, chcialem jeszcze raz
      zobaczyc aleje obok hotelu Sheraton Lima, jest ekstra, po prawej i
      lewej stronie po 3 pasy dla ruchu samochodowego, natomiast w srodku
      aleja spacerowa, z zielonymi trawnikami, kwiatami i fontanna vis a vis
      Palacu Sprawiedliwosci, na trawnikach stoja rzezby z brazu
      przedstawiajace zwierzeta Peru (naturalnej wielkosci), sa lamy,
      alpaki, puma, kondor, jest co podziwiac, chcialem dodatkowo zrobic
      pare fotek, az do chwili, gdy jakis kurdupel do mnie podbiegl i chcial
      wyrwac z reki zegarek. Zamiast zarobic na jego sprzedazy, zarobil ode
      mnie takiego kopa (mam buty trekkingowe), ze napewno przez kilka
      tygodni bedzie pamietal to zdarzenie. Tak, to Lima tego nie ma w
      zadnym innym miescie, zlodziejstwo, przestepczosc i inne tam jeszcze
      epitety. Nie znaczy, to ze tylko Peruwianczycy oszukuja, tez dzisiaj,
      ale okolo poludnia podszedl do mnie gosc na promenadzie handlowej
      (nota bena bardzo ladna i duzo tanich sklepow z "chinskimi" ciuchami)
      i mowi, ze jest z Tuscon Arizona i czy mowie po angielsku (chyba byl
      faktycznie), ja na to ze mowie, on zaczal narzekac, ze ukradli mu
      torbe podrozna, nie ma pieniedzy i wogole, ale potrzebuje tylko z 10$
      na karte telefoniczna i drobne wydatki, bo musi zadzwonic do rodziny,
      aby przeslali mu kase przez Western Union, coz zrobilo mi sie zal
      czlowieka, bo przeciez jezeli mowi prawawde, to ma powazny problem,
      poniewaz z zasady nieznajomym pieniedzy nie pozyczam, zaproponowalem
      mu, aby zatelefonowal do domu z mojej komorki (mam komorke tylko do
      pilnych lub bardzo pilnych spraw, a tak to jej wogole nie uzywam),
      zaczal wykrecac sie jak piskorz, ze nikogo teraz nie ma, ze on sobie
      kupi sam karte, mysle bywaj zdrow i tak kolejny raz nie dalem sie
      zrobic w konia! To tyle, chyba nie bede dzisiaj juz wychodzil z
      hotelu, bo nie mam juz kasy na opisywanie dalszych przygod.
      Generalnie podsumuje pobyt, czyli co mi sie podobalo, co nie i co bylo
      fascynujacego.
      Rzeczy, ktore sie podobaja:
      ===========================
      - Zyczliwosc ludzi, szczerosc, nie spotkalem sie z tym w krajach
      naszego regionu
      - Dobra i tania kuchnia, menu w porze lunchu za 5-6 zlotych, trudno
      bedzie sie przyzwyczaic z powrotem do krajowycch realiow
      - Doskonale zorganizowane zaplecze turystyczne, tak chyba wszystko co
      jest do zwiedzenia lub zdobycia osiagalne jest w lokalnym biurze
      podrozy i to z regoly za bardzo rozsadna cene.
      Rzeczy, ktore fascynuja:
      ========================
      - Przyroda, roznorodna od gor przez dungle, pustynie do nizin
      nadoceanicznych
      - Zamierzchle cywilizacje, praktycznie w kazdym zakatku tego regionu
      mozna natknac sie na pozostalosci jakiej cywilizacji
      - Nieodkryte przestrzenie i cywilizacje, prawie 40% kraju jest jeszcze
      niezbadane i czeka na swoich odkrywcow
      Rzecz, ktore denerwuja:
      =======================
      - Halas w miastach, o stopniu kultury kierowcow niech swiadczy fakt,
      ze nie zdejmuje sie tu reki z klaksonu
      - Nahalnosc "szuszajnow", bardzo trudno jest wytlumaczyc, ze nie chce
      sie glansowanych butow, czasami jedyna metoda obrony przed
      nablyszczaniem jest ewakuacja
      - Naciagactwo, bedac "gringo" chyba niesposob obronic sie przed ta
      plaga

      Mysle, ze to tyle, raczej nic dodac nic ujac, jezeli ktos mialby
      jakies pytania to z checia odpowiem. Nie wiem, czy opisywac powrot do
      domu, bo to nie bedzie juz tak ekscytujace (mam taka nadzieje).
      Zakoncze wiec moim ulubionym cytatem z Ferdydurke Gombrowicza:
      KONIEC I BOMBA, A KTO CZYTAL TEN TRABA!
    • Gość: Walter Polska IP: 192.11.224.* 19.10.02, 10:03
      18-10-2002
      Szczecin

      Dzisiaj rano po prawie dobie podrozy szczesliwie wrocielem do domu (uff!)
    • Gość: Damian Re: PERU - BOLIWIA IP: proxy / *.mofnet.gov.pl 28.10.02, 10:28
      godne pochwały, ale to chyba nie to forum, zapraszam na pl.rec.
      turystyka.tramping

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka