Przepraszam z góry że długie.
Otóż na urlopie odwiedziliśmy agro-krowę w celu podziwiania jej (moja córka ma 16 mcy i hopla na punkcie zwierzątek). My co prawda koniarze, ale krowy też fajne przecież.
Krowa w dobrym stanie, czysta, na suchym stoi, w dzien na łące. Generalnie mily obrazek. Pytamy o cielaka. Jest, odstawiony, w oborce obok. Idziemy oglądać. Gospodarz odlewa 5 l świeżego mleka, miesza pół na pół z wodą. Cielak spory, 3mce. Jak widzi wiadro z mlekiem to mało drzwi nie wyjmie. Wciągnął te 10 litrów na raz, myslę że trzy wiadra by spokojnie wypił. Ale nie, koniec mleka. Nasypali granulek i śruty i drzwi zamkli.
Pytamy z ciekawości kiedy odstawili (źrebaka np się odstawia półrocznego). Odpowiedź: ee my to jego od razu. On w ogóle od matki nie pił (!). My w szoku lekkim.
I teraz puenta: na pytanie dlaczego??? odpowiedź: A po co ma beblać (gwarowe mazurskie: mieszać), jeszcze by dobre mleko popsuł (w domyśle, że by im za dużo wypił chyba)...No i kto wie ILE ON TAM TEGO MLEKA WYPIJE (!!). A tak to dostanie wiadro rano wiadro wieczorem i dobrze jest.
Abstrahując od losu tego cielaka (oczywiście i tak nie miał źle jak na rzeźnego byczka, ale mi go było szkoda) - to czy te argumenty o niemożności określenia ilości mleka wypitego prosto z piersi - w tym przypadku z wymienia - nie są Wam skądś znajome..?