broceliande
30.04.10, 14:18
Facet był bardzo wierzący jako dziecko i nastolatek, następnie
dopadły go wątpliwości i w wieku trzydziestu lat przeczytał "Boga
urojonego".
I to była ta ostatnia kropla, która sprawiła, że odszedł od wiary i
Kościoła.
No i teraz ma się za prawdziwego ateistę i świeci mi tym prawdziwym
ateizmem w oczy.
Bo musiał sam sprawy przemyśleć, sam dojść do racjonalizmu po praniu
mózgu, rozwiać mgłę urojeń, zmierzyć się z rozczarowaną rodziną oraz
kościelnymi urzędnikami.
A ja nie jestem ochrzczona, nikt mi prania mózgu nie robił, idę
sobie zadowolona z siebie przez życie jako racjonalistka od
urodzenia (a Dawkinsa nie doczytałam do końca, taki oczywisty dla
mnie był), a więc nie podjęłam żadnej walki.
No to co ze mnie za ateistka?
Też myślicie, że prawdziwy ateizm musi się wywodzić z wmówionej w
dzieciństwie wiary?
Mój jedyny walczący argument to fakt, że podczas gdy innym
dzieciństwo minęło w komformistycznym katolickim kokonie, ja byłam
tą inną, kocią wiarą i jawnogrzesznicą...