Dodaj do ulubionych

Dobra nowina

09.01.06, 18:33
Nawet nie czytając postów, nowych tematów, jak najszybciej, aby być pierwszym
na tym forum, w przekazaniu Państwu, dobrej nowiny w 2006 r.
Już ukazały się, już są, plakietki w formie jakby kart kredytowych, oraz
nalepki, ktore mają być rozprowadzane przy wizycie duszpasterskiej, zamiast
obrazkow kolędowych, a także do nabycia samodzielnego. Plakietka jest koloru
niebieskiego (kolor nieba) z tereścią:
"Jestm katolikiem" (kilka razy dziennie będzie nam to przypominać - wtrącenie
moje), pod tym napisem wizerunek (chyba anioła) i dalej - "w razie zagrożenia
mojego życia wezwij księdza" ("zagrożenia" na czerwonym tle, bardzo słusznie).
Warto byłoby zawsze mieć dołączony do plakietki czek in blanco z naszym
podpisem i uwagą -"dowolną sumę określa i realizuje ksiądz". Czy to nie
wspaniałe? Jesteśmy w pełni zabezpieczeni, pewni, że nasz majątek ziemski,
nie zostanie rozgrabiony przez spadkobierców ale będzie zużyty na właściwy cel
(np. Świątynie Opatrzności), co zapewni nam krotszą kolejkę do nieba, może
nawet jaśniejszą aureolę, czy to nie wspaniałe? Nawet jakby ksiądz, dla
siebie przejął ten majątek, na nowy samochód, to też dobrze. Jego późniejsze
modlitwy dla nas, jako jego dobrodzieja, pozwolą nam w tym niebie, cieszyć
się większym uznaniem, bo modlitwy ziemskie będą nam uprzyjemniać nasz pobyt
w niebie. Pamiętajmy więc, aby taką plakietkę jak najszybciej dostać, kupić,
i ją nosić, a nie grupę krwi czy też adresy z telefonami do rodzina, bo to
jest bezsensu, nikt, tylko ksiądz, będzie wiedział najlepiej co nam potrzeba
w takiej chwili.
Obserwuj wątek
    • wanda43 Re: Dobra nowina 09.01.06, 18:54
      Bravo,bravo,bravissimo!!!!!
      Drzyjcie ateusze, za was sie nikt nie pomodli!!!
      • kociak40 Re: Dobra nowina 09.01.06, 22:31
        Pani Wando43!

        Przyzna pani, że taki pomysł jest poza wyobrażeniem normalnego człowieka, nawet
        nie przyszłoby to do głowy. Pewne głupoty są tak ogromne, że nie można sobie
        jej wyobrazić. Chcialbym pani przedstawić taki autentyczny przykład, którego
        byłem "autorem", przed wielu wielu laty. Krótki wstęp. Byłem na wczasach z żoną
        na Mazurach (domki kempingowe). Wczasy pamiętne, bo przez całe 14 dni, ani razu
        (dosłownie), nie wyjrzało słońce spoza chmur, lipiec, a zimno, mokro, deszcz
        tylko pada. Wszycy tylko w domkach siedzieli przy włączonych piecykach.
        Wieczorem, po kolacji, sam, poszedłem się przejść, ani "zywego ducha", wiatr,
        zimno. Zszedłem nad jezioro, bardzo długi pomost drewniany wychodził w jezioro.
        Tam, na samym szczycie, jakieś trzy sylwetki majaczyły. Przy pomoście, przy
        brzegu, była łódka wiosłowa przywiązana do palika. W środkowej części było
        trochę wody i 5 dużych, dorodnych ryb. Wody było mało, ryby męczyły się bo
        górna połowa ich ciała wystawała nad wodę. Rozejrzałem się, "żywego ducha",
        pewno ktoś zapomniał i teraz będą w mękach konać te ryby. "Co za człowiek
        okrutny to zrobił" pomyślałem sobie i te 5 ryb wypuściłem (delikatnie) do
        jeziora - "niech żyją sobie". Poszedłem dalej. Za pół godziny wracam i widzę
        - "o! już wiem o co chodzi", tych trzech ludzi, co tak daleko "majaczyli" na
        widoku na tym pomoście, że całą tą bardzo ciężką łódz wyciągneli z wody na
        brzeg, odwrocili do góry dnem, podniesli do góry nad głowę i zaglądają tam i
        potrząsają nią. To widać oni złapali te ryby, tam tylko je przechowywali, już
        cieszyli się, że będzie jakieś półliterka, smażone rybki, a tu ich nie ma, a
        przecież były. Jak się zbliżyłem, tych 3 facetów bacznie zaczeli mi się
        przyglądać (tylko ja szedłem), ale ja byłem w obcisłym swetrze, nic w ręku nie
        miałem, żadnej torby, żadnego pakunku, więc byłem poza wszelkim podejrzeniem.
        Zaczeli rozglądać się do góry, potrzeć po "niebie", wkoło, znowy tą łodkę do
        góry (ciężka strasznie była). Do końca wczasów miałem ubaw, bo jak
        ludzie "spotykali" się na posiłkach, to oni wiecznie wszystkim opowiadali,
        pokazywali na ręku - "o, takie 5 ryb, takie duże!, były i znikły". Cały ośrodek
        wczasowy zachodił "w głowę" co to też mogło się stać. Różne powstawały teorie,
        a to, że może orzeł bielik? może jakaś sowa pójdzka? Same się pozjadały? Może
        to jakieś "ryby latające"? może są wydry w jeziorze? pytali się o te wydry
        kierownika, ale nie, nie ma. Zagadka nie do rozwiązania. Do końca wczasów był
        to temat - "o! takie duże! 5 takich ryb! były (przysięgali) i co się z nimi
        stało?" Pokazywali je z czasem coraz większe, wiem, bo miałem je w ręku i wiem
        jakie były (być może urosły w tym jeziorze przez ten czas i takie się zrobiły).
        Śmieszyło mnie to, że nikomu nawet przez myśl nie przyszło, że ktoś może być
        tak głupi, aby złapane piękne ryby (i to 5 sztuk) do jeziora spowrotem puścić.
        Są więc takie głupoty, że nie można ich zrozumieć.
        • wanda43 Re: Dobra nowina 10.01.06, 14:06
          Faktycznie,normalnemu czlowiekowi,ktory na wczasach poszedl sobie zakąske
          złapać, nie miesci sie w glowie,ze ktos moze ryby z niewoli uwolnic.Ostatecznie
          wiekszosc jezdzi na Mazury na grzyby i ryby.Zrobiles wiec cud.
          Rowniez pamietam na Mazurach w Marozku taki szpetny lipiec.Moj mąż zabral ze
          sobą wędki,bo wszyscy brali, z zamiarem lowienia ryb.Oczywiscie nic z tego nie
          wyszlo,bo oboje brzydzimy sie robakow.Ktoregos dnia,dzien podobno byl szpetny
          dla wedkarzy, bo nie mieli brania.Pojechalismy do Olsztynka i w Centrali rybnej
          kupilismy ryby.Mąż wedki oparł o domek i zabrał sie do oprawiania
          ryb.Wszyscy,ktorzy przechodzili bardzo sie dziwili,ze tyle nalapal,jak nie ma
          brania.Tez mowili,ze to jakis cud chyba.Efekt byl taki,ze do poznego wieczora
          panie mialy czas wolny i swiety spokoj.Panowie poplyneli na ryby.
          Z tego urlopu przywiezlismy za to chyba ze 2 kg suszonych grzybow.
          • kociak40 Re: Dobra nowina 10.01.06, 17:07
            Pani Wando43!

            Czy to chodzi o jezioro Maróz, miejscowość Marózek (chyba z dodakiem Mały),
            koło Olsztynka? Byłem tam dwa razy, tam był ośrodek wczasowy dla drukarzy,
            czy o to chodzi? Jeśli tak, to znam dobrze to jezioro, to były czasy jak miałem
            motor "Junaka" i jeżdziłem w wakacje po Mazurach. Z tej miejscowości mam jedno
            wspomnienie. Była tam na wczasach, samotna pani (stara panna) ~ 55-60 lat,
            wielka amatorka turystyki i samotnych wędrówek. Miała przybory do rysowani i
            malowała kredkami widoczki z natury. Chodziła w butach "pionierkach", któtkich
            szortach i z plecakiem. Właśnie ona prosiła mnie, abym rano po śniadaniu,
            przewoził ją kajakiem na drugą stronę jeziora (tam straszne odludzie, gęste
            tylko lasy) i przed kolacją, przypływał po nią. Zawsze miała dla mnie,
            uzbierane grzyby, maliny, jagody, jeżyny (taka wdzięczność za te wożenie i
            przywożenie). Dla mnie to żadna trudnosć i tak cały dzień pływałem kajakiem.
            Pewnego razu, przyjechały dwie młode dziewczyny, koleżanki, ja tak sie
            nimi "zająłem", że na śmierć zapomniałem o tej starej, którą rano wywiozłem na
            drugą stronę i miałem po nią przypłynąć przed kolacją. W nocy, zrobił się
            jakiś "szum", jakaś bieganina, jakieś głośne rozmowy, coś się stało. Okazuje
            się, że wczasowiczka nie wróciła na noc, zaginęła, ktoś zgłosił, że właśnie
            tej "turystki" brakuje. Wtedy dopiero przypomniałem sobie, o niej. Musiałem
            powiedzieć, jak i co, ratownik z motorówką, 8 mężczyzn (ja też), z latarkami,
            popłyneliśmy w nocy na drugą stronę. Po godzinnym nawoływaniu, płynąc wzdłuż
            brzegu, usłyszeliśmy ją, była ochrypnięta, i tak pogryziona przez komary, że
            trudno ją było poznać. Ona była przekonana, że ja to specjalnie zrobiłem.
            Musiałem wyjechać, bo różne głupoty zaczęła na mnie gadać. Pomyślałem sobie
            wtedy, siadjąc na "Junka", że nie ma to jak być młodym, o starym czlowieku to
            raczej nikt nie chce pamiętać, oprócz komarów.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka