Gość: BD
IP: 195.136.36.*
29.01.03, 16:20
Witam,
Znowu mi się dostało w wątku o sztuce feministycznej, żem niedouczony, acz
zarozumiały bufon, tak więc postanowiłem się na szybiego dokształcić, jak to
jest z relacją feminizmu do ekonomii.
Okazuje się, że feministki specjalnie współczesnej ekonomii nie lubią. Na
początek mały cytacik:
"Feminist scholarschip suggests that economics has been made less useful by
implicitly reflecting a distorted ideal of masculinity in its models,
methods, topics and pedagogy" (J.A. Nelson "Feminism and Economics", J. of
Economic Perspectves 9, p. 146).
O co chodzi? Ano o to, że ekonomia jako nauka została "zmaskulinizowana".
Dowidziałem się o tym z artykułu "Economic methodology and feminist
critiques" tejże samej autorki, ale w J. of Economic Methodology 8:1, 93–97.
Nota bene: autorka pisze o metodologii ekonomii ani razu nie odwołujac się do
znanych metodologów ekonomii jak M. Blaug, ale w końcu - po co?
Maskulinizacja objawia się w nacisku na cyt. "objectivity, separation,
logical consistency, individual, accomplishment, mathematics, abstraction,
lack of emotion"...
By ekonomię z powrotem sfeminizować, należałoby by ją uczynić bardziej
subiektywną, emocjonalną, intuicyjną i naturalną. Inna sprawa - czym nauka
będzie się wtedy różniła od pogaduszek u miłej cioci na imieninach?
Szukając pod hasłem "feminist critique" można w ogóle znaleźć ciekawe rzeczy.
Mamy feministyczną krytykę rozumu "Feminist critique of reason",
feministyczną krytykę wyboru racjonalnego "A feminist critique of rational
choice theories...", feministyczną krytykę liberalizmu etc. Jak ktoś chętny
służe pełniejszą bibiografią (ale dopiero w piątek). Można też było znaleźć
takie kwiatki jak feministyczna krytyka psychoterapii czy feministyczna
krytyka biologii molekularnej (sic!).
Usiłowałem też szukać czegoś pod "masculinist critiqe", ale jedyne co
znalazłem to był artykuł... "The feminist critique of liberalism as
masculinist" ;-)
Dotykamy tu ważnego problemu. Barbinator powiedziała, że humanistyczna
wrażliwość jest również potrzebna obok ścisłej ekonomii i prakseologii.
Zgadzam się z tym.
Ale jest jedem problem - podejście ściśle ekonomiczne ma szansę działać
autonomicznie w praktyce - otrzymamy wtedy taką bezduszną technokrację.
Podejście humanistyczne samo z siebie nie ma żadnej mocy budowania systemów
ekonomicznych. Humanistyczna wrażliwość mówiąca, że każdy powinien zarabiać
po 3000 zł ma status podobny do bajki o elfach i krasnoludkach - jest
postulatem nieprzekładalnym na rzeczywistość.
Innymi słowy - niezbędna jest dobra znajomość klasycznej ekonomii - myślenie
w kategoriach alokacji ograniczonych zasobów, w kategoriach użyteczności,
efektywności i zarządzania ryzykiem, a dopiero potem wzbogacanie jej o
aspekty humanistyczne. Feministki tego jednak nie robią - stąd zupełnie
oderwane od rzeczywistości pomysły jak np. owa płaca dla gospodyń domowych.
Problem w tym, że feministyczne pomysły na ekonomię są, jak wszystkie bajki,
bardzo urocze. Przemawiają do serc prostaczków, ktorzy nie myślą w
kategoriach, że państwo aby jednym dać, musi drugim zabrać, że krwiożerczy
pracodawca ma nie tylko zyski, ale i koszty. Nawet z pozoru sensowniejsze
pomysły feministek, jak "taka sama płaca za taką samą pracę" są z punktu
widzenia ekonomii błędne, bo nie uwzględniają takich rzeczy jak zarządzanie
ryzykiem, czy subiektywną użyteczność pracownika dla pracodawcy.
Można by pisać więcej, ale liczę, że ktoś mnie uzupełni...
pozdrawiam,
BD