kornrliak08
13.10.09, 21:53
Chciałbym tu opisać moją niezbyt miłą przygodę i ostrzec wszystkich
przszyłych właścicieli psów, którzy chcieliby kupić psa z metryką. Postaram
się opisać całą sytuację jak najbardziej rzetelnie I bezstronnie, tak by
czytelnik mógł wyciągnąć własne wnioski, czy rację mam ja, hodowca, czy leży
ona gdzieś pośrodku.
Ponieważ jednak obiecałem sobie, że nie odpuszczę, chciałbym żeby potencjalni
nabywcy psów z tej hodowli byli ostrożni przy zakupie psa.
Wstęp
Wraz z Żoną posiadaliśmy już “labradora” – samicę bez metryki, ale zawsze
marzyliśmy o dwóch psach. Poszukiwaliśmy szczeniaka w różnych ogłoszeniach,
byliśmy nawet w pseudohodowli w Halinowie. Gdy zobaczyliśmy w jakich warunkach
przetrzmywane i rozmnażane są psy, pomimo chęci „uratowania” jednego ze
szczeniaczków postanowiliśmy, że nie będziemy nakręcać tego procederu naszymi
pieniędzmi, chcemy psa wychowywanego w dobrych warunkach i zdrowego. Tak
zaczęliśmy poszukiwania labradora z metryką.
W grudniu znaleźliśmy czekoladowe szczeniaki pod Toruniem w hodowli Z Herbu
Sapały. Tego samego dnia pojechaliśmy i wybraliśmy suczkę z trzech pozostałych
z miotu ur. 26.09.2008r (podobno miot liczył 12 czekoladowych szczeniaków).
Zostaliśmy zapewnieni o tym, że rodzice szczeniaka są wolni od dysplazji, na
naszą prośbę pokazania rodziców, został przyprowadzony pies-„ojciec”,
dostaliśmy metrykę, oraz kostkę mięsną do karmienia na początek.
Po pierwszej wizycie u weterynarza okazało się, że Kornelia (imię zostawiliśmy
takie jak w metryce – podobało nam się) ma matową sierść (nam się taki
czekoladowo – szarawy kolor podobał) i najprawdopodniej pasożyty skóry i
sierści, oraz brudne uszy. Mam wrażenie, że takie przypadłości nie są czymś
specjalnym i to sprawa tylko i wyłącznie „wyprowadzena” psa na prostą. Po
standardowym leczeniu wydawało nam się, że wszelkie problemy zostały rozwiązane.
Część właściwa
Przez kolejne 5 miesięcy obserwowaliśmy, że Kornelia po dłuższym spacerze
utyka i piszczy. Objawy z każdym miesiącem pogarszały się, pies polegiwał
podczas spaceru, po spacerze leżała bez ruchu piszcząc i utykała.
Nasz weterynarz poradził nam aby pojechać na prześwietlenie stawów biodrowych
na SGGW w Warszawie.
W najbliższym możliwym terminie (16.06.2009 – Kornelia miała 8 miesięcy)
zrobiliśmy prześwietlenie i jeszcze tego samego dnia otrzymaliśmy zdjęcia
podpisane wraz z opisem lekarza weterynarii : Ciężka dysplazja stawów
biodrowych – obustronna z nadwichnięciem po prawej stronie.
Tego samego dnia skonsultowaliśmy się z naszym weterynarzem, który skierował
nas do chirurga, którego daży największym zaufaniem.
Chirurg obejrzał zdjęcia, oraz sposób chodzenia Kornelii i zdecydował, że
należy przeprowadzić resekcję główki kości udowej prawej tylnej łapy, jako
najlepszą formę leczenia, podobnego zdania był również nasz weterynarz oraz
dwóch innych niezależnych zapytanych o zdanie w tej sprawie. Z lewą tylną łapą
trzeba będzie poczekać. Nie zastanawiając się wiele umówiliśmy się na zabieg w
najbliżyszm możliwym terminie.
Zarówno weterynarz jak i osoby na SGGW, a także wszyscy pracownicy w
przychodni chirurga stwierdzili, że jest to wada wrodzona. Nie tracąc czasu
skontaktowałem się z właścicielką hodowli Z Herbu Sapały, przekazalem wszelkie
informacje i zapytałem, czy uważa, że nie ma innej możliwości leczenia.
Obiecała mi, że jeżeli prześlę zdjęcia skontaktuje się ze swoim weterynarzem i
przekaże mi jego zdanie. Dodała również, że parę znajomych psów także miało
mieć operacje, że co weterynarz to zdanie, a wspomniane psy miały dysplazję,
która była leczona doraźnie albo wogóle i nic psom nie było. Oczywiście
zapewniała, że WSZYSTKIE psy z jej hodowli są wolne od dysplazji.
Zrobiłem zdjęcia aparatem cyfrowym zdjęciom rentgenowskim na szybie i
przesłałem je w ciągu godziny od rozmowy. Uczciwie dodaję, że wysyłałem
wszystko w piątek, a we wtorek miała być operacja.
Operacja 14.07.2009
Mimo ustaleń, do dnia operacji nie otrzymałem ŻADNYCH informacji od
hodowczyni. Zostawiliśmy psa w przychodni i skontaktowałem się z hodowczynią
informując, że pies właśnie ma operację. Powiedziałem również, że oczekuję od
niej decyzji, czy będzie partycypować w kosztach operacji, czy nie. Zostałem
poproszony o kontakt za parę dni jak pies się czuje. Po 3 godzinach wróciliśmy
do przychodni i kolejne 20 minut spędziliśmy w poczekalni słysząc głośne
piszczenie. Kornelia wyszła otumaniona znieczuleniem, z wielką szramą i szwami
na wygolonym udzie, wygolonym miejscem na tułowiu z plastrem ze znieczuleniem
i wygoloną łapą.
Oczywiśćie pies musi tak wyglądać po znieczuleniu, ale zrobiło to na nas
wstrząsające wrażenie.
Po powrocie do domu ułożyliśmy Kornelię na posłaniu. Pomimo silnego
znieczulenia popiskiwała. Każdy większy ruch okupiony był jeszcze głośniejszym
piskiem. Spędziłem pół dnia i pół nocy leżąc z psem na podłodze. Drugie pół
nocy z psem spędziła moja Żona w 4 miesiącu ciąży. Oprócz fatalnego stanu
zwierzęcia męczyły nas wyrzuty sumienia, że to my jesteśmy odpowiedzialni za
decyzję de facto okaleczenia psa. Oczywiście w celu poprawy stanu zdrowia, ale
nikt nie mógł przewidzieć czy było to dobre posunięcie.
Następnego dnia zaczął działać najsilniejszy lek przeciwbólowy, było lepiej.
Trzy dni KOSZMARU, podczas którego moja żona straciła dużo nerwów, a ja
nabawiłem się owrzodzenia żołądka.