estimata
23.09.10, 13:34
Mam ogromny delemat. Po blisko 12 latach w zasadzie dojrzałam do rozwodu. W zasadzie prawie od początku mozna by nasz związek uznać za toksyczny, ocierający sie o przemoc psychiczną, sprawiający duzo bólu - choc chyba tylko mnie, bo mąż nie dostrzegał problemu, uznawał, że jeśli raz na jakiś czas przeprosił i obiecał poprawę to jest ok. Mamy za soba dość burzliwy okres, w którym zawalczyłam o swoja pozycję i postawiłam weto przeciw pomiataniu. Tym razem konsekwentnie. Było podejście do rozwodu, które zaowocowało krótką ale jednak terapią mnałżeńską a także wymogło na mężu zmianę postępowania na bardziej kulturalne. Zmuszony został także to opieki nad dziećmi przynajmniej raz w tygodniu (wczesniej nie wracał do domu przed wieczorem). Jak twierdzi, sprawia mu to przyjemność (gorzej, że dzieciom nie bardzo). W stosunku do mnie stał sie ostatnio uprzedzająco grzeczny (wręcz nienaturalnie). Gdyby jednak te zmiany nastapiły pare lat wczesniej byłabym zachwycona. Teraz wywołują we mnie raczej mieszane uczucia. Po pierwsze nie jestem pewna, czy to zachowanie jest szczere (wątpię) i trwałe (prawdopodobnie wymuszone bezpośrednim zagrożeniem rozwodem). Po drugie - ja już w sobie nie znajduję siły na poszukiwanie uczuc do tego człowieka. Tyle już razy się zawodziłam, że z moich uczuć (a były głębokie, zapewne z tego powodu wytrzymałam tyle lat) nic juz nie zostało. Ale...są dzieci. Czy wobec poprawnego zachowania tatusia mam prawo im go odbierać i narażać na piekło rozwodu? Wiem, że piekło będzie, znam go doskonale, nie będzie kulturalnego ustalania zasad. Będzie jatka. A teraz jest spokój, choć nie ma miłości, nie ma wspólnych tematów, wspólnych wartości, zainteresowań, wspólnego łóżka. Sa tylko wspólne dzieci i czasami spędzanie z nimi czasu razem (rozmawiamy wtedy z nimi a nie ze sobą) i wspólne obowiązki, choć ich podział raczej nie jest sprawiedliwy. Taka sytuacja juz trwa bardzo długo, zaczyna wpływać dość istotnie na moje samopoczucie (bóle głowy i inne dolegliwości ewidentnie związane z przewlekłym napięciem i niepewnością), zaczyna przeszkadzać mi w pracy (wciąż o tym myslę) i w życiu. Mam wrażenie, że gdybym tylko przecięła ten gordyjski węzeł, to mogłabym zacząć znowu cieszyc się życiem. Czy dla własnego spokoju mogę narazić spokój dzieci?