Witam! Wiem że to dziwne miejsce na takie problemy, ale wydaje mi się że czasem lepiej poradzić się obcych ludzi o bardziej obiektywnym spojrzeniu na sprawę... Jestem żonaty od ponad 1,5 roku, w związku z tą kobietą ponad 6 lat, mam 26 lat. Wszystko było by ładnie i pięknie gdybyśmy byli chociaż trochę szczęśliwi. Żona od 3 lat choruje na depresję... tak naprawdę to pewnie od 20 lat, ale to 3 lata temu prawie udało jej się zabić i zaczęło się moje małe piekło. Ale zacznę od początku. Poznaliśmy się po szkole średniej, przed studiami w dupnych dla mnie okolicznościach. Kilka nieudanych związków z dziewczynami, złamane serce przez jedną i usilna chęć bycia z kimś... No i tym kimś okazała się Ona. Na początku było fajniej, ale później się pozmieniało. Żeby nie przedłużać 3,5 roku słabego związku, Ona miała dużo problemów życiowych które ja rozwiązywałem, miała ciężką komunikację z ludźmi, ale mimo wszystko po roku razem zamieszkaliśmy. Spieprzyły się moje kontakty z rodziną, przyjaciółmi, nowe znajomości z uczelni też nie mogły się rozwinąć. Było cholernie toksycznie. Ona do mnie za bardzo nic nie czuła, tzn była ze mną bardziej chyba z przywiązania, obowiązku bo dużo Jej w życiu pomagałem w trudnych chwilach ale uczucie nie było tym co powinno być między kobietą i mężczyzną, zresztą kilka razy chciała ze mną zrywać, wielokrotnie mnie poniżała, rozmarzałą się nad innymi facetami. Zawdzięczam Jej większość kompleksów odnośnie własnego ciała... Po tych 3,5 roku, a tak naprawdę po 3 myślałem że to skończę. Chciałem tylko poczekać aż skończę inżyniera, pomogę jej skończyć następny rok studiów i na wakacje zacznę wszystko od nowa. Niestety w okolicach zimy zaczęło być z nią bardzo źle, poszliśmy do lekarza, później do psychiatry. Stwierdził depresję i dał leki. Jak ku*** zostawić osobę chorą pomyślałem

muszę pomóc - utkwiło mi w głowie. Po kilku tygodniach leków wzięła 2 paczki jak mnie nie było i prawie by odjechała na drugi świat, karetka jednak zdążyła. Odtrucie=>szpital psychiatryczny=>leczenie... miałem wyrzuty sumienia, po co zostawiłem leki w domu. Więc byłem z Nią dalej... później wydawało się że będzie lepiej. Do głowy wszedł Jej ślub. Nie potrafiłem odmówić bo bałem się że coś sobie zrobi. Miałem jeszcze dużo sił bo jestem(przynajmniej zawsze byłem) bardzo odporny psychicznie. Widziałem inne kobiety, bałem się tego ślubu ale jakoś w końcu do tego doszło... męczę się coraz bardziej, wiem że żona łatwo nie ma bo choruje ale ja robię wszystko żeby pomóc i to nic nie daje. Gdyby nie choroba to nawet bym już z nią nie był, nie było by ślubu ani nic. Do tego ostatnio poznałem wspaniałą kobietę, która ze mną pracuje. Nie chodzi o to że jest piękna, moja żona też brzydka nie jest. Ale ta magia. Nie potrafię tego opisać. Każda chwila spędzona razem, każdy uśmiech, spojrzenie. Przy Niej jestem taki szczęśliwy, spokojny... Myślałem na początku że to zwykłe zauroczenie, ale im lepiej Ją poznaje tym bardziej nie potrafię przestać o Niej myśleć. Szukam wad, takich które mnie zniechęcą, nie mogę znaleźć za to Jej osobowość coraz bardziej mnie zniewala. Nie pamiętam czy kiedykolwiek przy kimś się tak dobrze czułem. Niestety nie wiem czy nawet gdybym był wolny Ona by chciała ze mną być. Widzę że mnie lubi, spędzamy dużo czasu na rozmowach, kawie, razem gdzieś idąc. Kim ja jednak dla Niej mogę być? skur*** który zostawia chorą żonę (wie że żona jest chora i że wziąłem ślub z litości)? Nie kocham żony od dawna, kocham inną kobietę coraz bardziej... przez chwilę była dla mnie zimniejsza bo w końcu jestem żonaty, ostatnio jest znowu miła. Odkąd wie że moje małżeństwo to cholerna udręka

chyba widzi że powoli wymiękam. tylko przy Niej jest lepiej... co mam zrobić? czy mogę zostawić chorą żonę? co jak się zabije? czy mogę próbować ułożyć życie na nowo? i czy w ogóle ja mam do tego jakiekolwiek prawo

? jak ja bym wyglądał w oczach tej którą kocham? czuję że mógłbym być z tą Kobietą szczęśliwy, że byśmy z radością szli razem przez życie. Że wróciły by mi siły do wszystkiego. Co ja mam kur** zrobić

??