scriptus
06.11.04, 07:16
Cześć,
jestem na tej samej równi pochyłej, co wielu z Was, ale na jej początku. Nie
wiem, na ile mam przechlapane, ale jeszcze na pewno sporo. Tak naprawdę, to u
mnie, jeszcze "nic nie zaszło", mam dom, żonę, dziecko, itd. Nie mam nikogo
innego, nie szukam, nawet o tym nie myślę. Żona chyba też nie ma. Mimo to
ponad pół roku żyjemy obok siebie, bez punktów stycznych i stale jest coraz
gorzej.
Ona mi powiedziała, że mnie już nie kocha, chce rozstania. Ja ją JESZCZE
kocham, ale nie wiem, na jak długo, bo takie życie, to cierpienie. Co więcej,
mamy dziecko, dla którego ta sytuacja też, eufemistycznie mówiąc , nie jest
komfortowa. Wielkim problemem dla mnie jest seks, a właściwie jego brak.
Pocieszam się, że księża żyją w celibacie i jakoś żyją, ale żadna to
pociecha. Już doszedłem do etapu, że wodzę głodnymi oczami za każdą kobietą,
która nieopatrznie przewinie się w pobliżu.
Ja sam nie potrafię uzdrowić naszego związku. Nie mogę też "wybyć" po
angielsku, bo zrobiłbym okrutną krzywdę Synowi. Syn ma 10 lat, ja
czterdzieści kilka. Zatem, rozważane wyjście, to, wytrzymać jeszcze kilka
lat, obym w tym czasie nie zwariował, i potem, ulotnić się na własne śmieci,
jeśli się nic nie zmieni.
A takie sprawy, jak rozwód, mnie nie interesują, niech się Ona w to bawi,
jeśli tego pragnie. Dla mnie rozmyślanie o nowym związku w tej chwili, to jak
dłubanie brudnym patykiem w zaropiałej ranie.
Opisałem stan mojego rozlatującego się małżeństwa i stan mojego "małżeńskiego
ducha". Przyznacie sami, że nie jest najlepiej, chociaż we mnie tkwi ciągle
jakieś ziarenko nadziei, że "jeszcze coś się uda zrobić" i do tego bezmiar
beznadziei. Jednym słowem jestem u początku równi pochyłej, po której wielu z
Was już sie zsunęło, w różne miejsca. Z przerażeniem patrzę na dół i nie
potrafię się złapać u góry, żeby sie nie zsuwać.