ladynemeyeth
28.07.08, 11:21
Zaobserwowałam kilka faz rozpracowywania problemu u siebie:
1) najpierw problem się pojawia. Zaczynają się wydarzać rzeczy,
które mnie irytują, sytuacje, w których się czuję zagrożona, nie
mogę sobie poradzić, wkurzam się, coś we mnie tylko krzyczy i ma
miliony pretensji, ale nie wiem, o co chodzi i czemu te bieżące
sprawy tak bardzo mnie wkurzają.
2) zaczynam się zastanawiać, skąd one się wzięły i czy już
przeżywałam kiedyś takie stany emocjonalne. Njaczęściej się okazuje,
że owszem - przeżywałam w dzieciństwie i zaczyna się jazda:
napływają wspomnienia, których nie sposób wszystkich spisać. Myśli
mnie bombardują, a w połączeniu jeszcze z bieżącymi sytuacjami to
już w ogóle jest koszmar. Nie dość, że czuję się okropnie z powodu
przeszłości, to w teraźniejszości tez dostaję po tyłku i nie mogę
się z tym pogodzić.
3) trzecia faza tez jest bolesna, ale następuje w niej takie
otrząśnięcie się. Przyzwyczajam się do bólu, który odczuwam i go w
siebie wchłaniam. Godzę się z nim. Akceptuję wszystkie uczucia,
które we mnie są, choć to bardzo bolesne, nieprzyjemne. Potem się
wszystko uspokaja. Trochę to trwa, zanim zintegruję w sobie
wszystkie te uczucia, pogodzę się z bolesną przeszłością, zacznę na
nią patrzeć bez wkurzania się i ciskania, tylko z bólem i
przykrością. Przyzwyczajam sie do tego stanu.
4) jak juz oswoję ból, jestem w stanie zacząć analizować przeszłość,
staram się rozumieć, wypełniam arkusze wybaczania, wiem co z czym
się je, bo potrafię na to patrzeć i nie panikować. To jest taka faza
rozumienia informacji, które w pierwszych trzech fazach zebrałam.
Rozumienie daje mi sporo siły i jestem z siebie zadowolona i wtedy
przechodzę do
fazy 5) - fazy ogromnych uwolnień, pełnego zrozumienia, ulgi, pełnej
akceptacji i integracji przeszłości, moich uczuć, całej mojej osoby,
faza odzyskania wolności, humoru, pełni życia, swobodnego oddechu,
zadowolenia z siebie i prawdziwej dumy.
To jest moja ulubiona faza! Uwielbiam ją przeżywać i wtedy jestem
najabrdziej zadowolona z tego, co już osiągnęłam i jak daleko
doszłam.
Ale dzisiaj ... :-) niestety znajduję się w fazie numer 2 - czyli
zbieranie informacji, poruszanie się po omacku, docierają do mnie
tylko sygnały, których nie jestem jakoś szczególnie świadoma i ich
nie rozumiem. Wkurzam się, bo nie wiem, w którą stonę pójść. Czuję
się cholernie bezradna i ślepa. Zbieram informacje o sobie, o
przeszłości, zbieram wspomnienia, uczucia, ale nie jestem w tej
chwili w tak dobrym stanie emocjonalnym, żeby je przetworzyć.
Nie znosze tego etapu. To na tym etapie najczęściej zdarza mi się
wybuchać bez powodu, denerwować się i nie panować nad tym, nie
potrafić jasno i konkretnie powiedzieć, na co się tak wkurzam i jaki
naprawdę jest problem, pyskować bez powodu, wyolbrzymiać różne
pierdołowate błahostki i się pieklić. Nie lubię siebie takiej i
wkurza mnie, że ten etap jest niestety niezbędny.
Czy ktoś z Was opracował patent na siebie i swoje zachowanie w
takich momentach, żeby być przyjaznym dla siebie i otoczenia?
Ja mam niestety tylko jeden - obserwować, pozwalać myślom płynąć
swobodnie, nie przywiązywać się do nich, podobnie z uczuciami.
Niestety to cholernie trudne, bo w pracy nie ma warunków na
medytację, w domu też nie zawsze. Potrzebowałabym wolnego na takie
wyciszenie, ale pewnie urlopu by mi nie wystarczyło :-)
Ktoś ma jakieś ciekawe spostrzeżenia?
Jak sobie z tym radzicie?