12.01.04, 21:54
Hugo Wiktor Strona 48/496

Nędznicy, T.II

jak faktem jest, że w wielkich miastach pod działaniem promieni słonecznych
fasady domów rozrastają się od południa. Oznaki nowego życia stają się
widoczne. W najdzikszych zakątkach tej starej dzielnicy prowincjonalnej
ukazuje się bruk, zaczynają pełznąć i wydłużać się chodniki tam, gdzie nie ma
jeszcze przechodniów. W pewien ranek, pamiętny ranek lipcowy 1845 roku,
ujrzano tam nagle czarne, dymiące kotły ze smołą; można powiedziećże tego
dnia cywilizacja dotarła na ulicę Lourcine i Paryż wkroczył na przedmieście
Saint-Marceau.
ROZDZIAŁ II
GNIAZDO PUSZCZYKA I SIKORKI
Przed tą właśnie ruderą Gorbeau stanął Jan Valjean. Jak dzikie ptaki wybrał
sobie miejsce najbardziej odludne, by uwić w nim gniazdo.
Sięgnął do kieszeni kamizelki, wyjął z niej klucz, otworzył drzwi, wszedł,
zamknął je starannie za sobą i zaczął wstępować schodami na górę, niosąc
Kozetę na ręku.
Znalazłszy się na górze, wyjął z kieszeni inny klucz, którym otworzył inne
drzwi. Pokój, do którego wszedł zamykając szybko za sobą drzwi, był dość
obszernym, nędznym pomieszczeniem; umeblowanie jego składało się ze stołu,
kilku krzeseł i materaca leżącego na ziemi. W kącie stał piec, w którym widać
było rozżarzone węgle. Latarnia uliczna oświetlała niepewnym światłem to
ubogie wnętrze. W głębi mieściła się alkowa, a w niej łóżko polowe. Jan
Valjean zaniósł tam dziewczynkę i nie budząc ułożył ją na łóżku.
Skrzesał ognia i zapalił świecę; wszystko to było zawczasu przygotowane na
stole. I podobnie, jak poprzedniego wieczora, zaczął się wpatrywać w Kozetę
Obserwuj wątek
    • baba2 Re: dla b 12.01.04, 21:54
      Hugo Wiktor Strona 49/496

      Nędznicy, T.II

      spojrzeniem tak pełnym zachwytu, dobroci i rozczulenia, że niemal błędnym. Ze
      spokojną ufnością, właściwą istotom bardzo silnym albo bardzo słabym, mała
      usnęła, nie wiedząc, z kim jest, i spała, nie wiedząc, gdzie jest.
      Jan Valjean schylił się i pocałował rączkę dziecka.
      Dziewięć miesięcy temu całował rękę matki, która również zasnęła... To samo
      uczucie bolesne, nabożne, dojmujące przepełniało mu serce. Ukląkł przy łóżku
      Kozety.
      Rozwidniło się już na dobre, a dziecko ciągle spało. Blady promień grudniowego
      słońca wpadał przez okno izdebki, rozsnuwając na suficie długie smugi światła i
      cienia. Nagle ciężko naładowany wóz kamieniarski, przejeżdżając ulicą, jak
      uderzenie piorunu wstrząsnął domem, który zadrżał od góry do dołu.
      — Zaraz, proszę pani! Idę, idę! — zawołała Kozeta zrywając się z łóżka. — Już
      idę!
      Zeskoczyła na podłogę z ciężkimi od snu, na wpół przymkniętymi powiekami i
      wyciągnęła ręce w kąt pokoju.
      — O Boże, gdzie moja miotła? — powiedziała. Otwarła szeroko oczy i zobaczyła
      uśmiechniętą twarz
      Jana Valjean.
      — Ach tak! Prawda! — rzekła. — Dzień dobry panu! Dzieci przyjmują od razu i
      całkiem po prostu radość
      i szczęście, ponieważ same są z natury swej radością i szczęściem.
      Kozeta zobaczyła w nogach łóżka Katarzynę sięgnęła po nią, i bawiąc się
      zarzuciła Jana Valjean gradem pytań: Gdzie się teraz znajduje? Czy Paryż jest
      duży? Czy pani Thenardier jest daleko? Czy tu nie przyjdzie? itd., itd. Nagle
      zawołała:
      — Jak tu ślicznie!
      Nora była szkaradna, ale Kozeta czuła się wolna.
    • baba2 Re: dla b 12.01.04, 21:55
      Hugo Wiktor Strona 50/496

      Nędznicy, T.II

      — Czy mam pozamiatać? — zapytała w końcu.
      — Baw się — odrzekł Jan Valjean.
      Tak upłynął dzień cały. Kozeta, nie usiłując nic zrozumieć, czuła się
      niewymownie szczęśliwa między swoją lalką a tym człowiekiem.
      ROZDZIAŁ III
      DWIE NIEDOLE RAZEM TWORZĄ SZCZĘŚCIE
      Nazajutrz o świcie Jan Valjean był znów przy łóżku Kozety. Stał bez ruchu i
      patrzył, jak się budzi ze snu.
      Jakieś nieznane uczucia napełniały jego duszę.
      Jan Valjean nigdy nie kochał. Od dwudziestu pięciu lat był sam na świecie.
      Nigdy nie był ojcem, kochankiem, mężem, przyjacielem. Na galerach był zły,
      posępny, czysty, ciemny i dziki. Ten stary więzień miał dziewicze serce. Po
      siostrze i jej dzieciach pozostało mu tylko mgliste i dalekie wspomnienie,
      które w końcu rozwiało się prawie zupełnie. Dołożył wszelkich starań, by ich
      odszukać, lecz nie odnalazłszy — zapomniał o nich. Taka jest natura ludzka.
      Inne tkliwe wzruszenia młodości, jeśli ich doznał kiedykolwiek, zapadły w
      otchłań niepamięci.
      Gdy ujrzał Kozetę, gdy ją wyzwolił i zabrał ze sobą, poczuł się do głębi
      poruszony. Wszystkie gorące uczucia, cała czułość zbudziły się w nim i zwróciły
      gwałtownie ku temu dziecku. Zbliżał się do łóżka, w którym spała Kozeta, i
      drżał z radości; doznawał wzruszeń, jakich doznaje matka, i nie wiedział, co to
      jest; rzecz to bowiem tajemna i rozkoszna — potężne i dziwne poruszenie serca,
      które zaczyna kochać.
      Biedne, stare, niedoświadczone serce!
      A że miał lat pięćdziesiąt pięć, a Kozeta miała lat osiem, cała niezaznana
      miłość jego życia przetopiła się
      w jakąś niewysłowioną jasność.
    • baba2 Re: dla b 12.01.04, 21:55
      Hugo Wiktor Strona 51/496

      Nędznicy, T.II

      Było to drugie świetlane zjawisko w jego życiu. Biskup zapalił w jego sercu
      jutrzenkę cnoty; Kozeta zapaliła w nim jutrzenkę miłości.
      W tym olśnieniu upłynęły pierwsze dni.
      Ze swojej strony Kozeta — ta biedna mała istotka — nie zdając sobie z tego
      sprawy, stawała się inna. Była tak malutka, gdy matka ją opuściła, że nie
      pamiętała jej wcale. Jak wszystkie dzieci, podobne do młodego pędu winorośli,
      który wszystkiego się czepia, próbowała kochać. Daremnie. Odtrącili ją wszyscy:
      Thenardierowie, ich dzieci, inne dzieci. Pokochała psa, pies zdechł; a potem
      nikt już nie chciał jej miłości. Ciężko to powiedzieć, ale jak już
      wspominaliśmy, ośmioletnia Kozeta miała serce wystygłe. Nie było w tym jej
      winy: nie brakło jej zdolności kochania; niestety, brakło jej możności
      kochania. Toteż od pierwszego dnia wszystko, co w niej czuło i myślało,
      zwróciło się z miłością do tego zacnego starca. Doznawała czegoś, czego nie
      przeżyła nigdy — uczucia rozkwitu.
      Opiekun nie wydawał jej się wcale ani stary, ani biedny. Uważała, że Jan
      Valjean jest piękny, podobnie jak uważała, że ich izdebka jest śliczna.
      Taka jest moc jutrzenki, dzieciństwa, młodości, radości. Nie jest w tym bez
      znaczenia nowość otaczającego świata i życia. Nie ma nic piękniejszego nad
      odblask szczęścia, który w tęczowe barwy przystraja poddasze. Każdy z nas ma w
      swej przeszłości taką lazurową izdebkę.
      Zarówno natura, jak i różnica pięćdziesięciu lat stwarzały głęboki przedział
      między Janem Valjean a Kozetą; lecz los wyrównał ten przedział. Los połączył i
      związał z mocą, przed którą ustępuje wszystko, te dwie bezdomne istoty, różne
      wiekiem, podobne swą sierocą dolą. Uzupełniały się wzajemnie. Instynkt Kozety
      szukał ojca, instynkt Jana Valjean szukał dziecka. Spotkać
    • baba2 Re: dla b 12.01.04, 21:55
      Hugo Wiktor Strona 52/496

      Nędznicy, T.II

      się — to było znaleźć się wzajemnie. W tajemnej chwili pierwszego zetknięcia
      ręce ich zrosły się ze sobą. Gdy ujrzały się ich dusze, każda rozpoznała w
      drugiej tęsknotę swojego życia i złączył je nierozerwalny uścisk. Używając tu
      słów w ich zakresie najszerszym i najogólniejszym, można by powiedzieć, że
      oddzieleni od świata ścianami grobu, Jan Valjean był Wdowcem, a Kozeta była
      Sierotą. To sprawiło, że w sposób nadprzyrodzony Jan Valjean stał się ojcem
      Kozety. Zaiste, tajemne wrażenie, jakiego doznała Kozeta, gdy dłoń Jana Valjean
      ujęła jej rękę w ciemnym lesie Chelles, nie było złudzeniem, lecz
      rzeczywistością. Wejście tego człowieka w życie tego dziecka było przybyciem
      Boga.
      Jan Valjean dobrze wybrał sobie schronienie. Zdawać by się mogło, że jest tu
      zupełnie bezpieczny.
      Okno pokoju z alkową, który zajmował wraz z Kozetą, wychodziło na bulwar. Było
      to jedyne okno w tym domu, można więc było nie lękać się spojrzeń sąsiadów ani
      z boku, ani z naprzeciwka.
      Parter domu numer 50—52 był rodzajem walącej się szopy, która służyła za skład
      handlarzom warzyw i nie miała żadnego połączenia z pierwszym piętrem. Szopę tę
      oddzielała od niego podłoga, w której nie było ani schodów, ani żadnego otworu
      i która stanowiła jakby diafragmę budynku. Na pierwszym piętrze, jak już
      wspominaliśmy, było kilka izb i kilka stryszków, tylko jeden z nich był zajęty
      przez starą kobietę, która prowadziła gospodarstwo Jana Valjean. Reszta była
      niezamieszkała.
      Ta właśnie starowina, nosząca szumny tytuł „głównej lokatorki", a w
      rzeczywistości pełniąca funkcje stróżki, wynajęła Janowi Valjean mieszkanie w
      dzień Bożego Narodzenia. Podał się za rentiera zrujnowanego na bonach
      hiszpańskich, który będzie mieszkał ze swą wnuczką. Zapłacił z góry za sześć
      miesięcy i po

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka