Gość: makary
IP: 193.0.117.*
10.09.02, 13:00
WRZESIEŃ 1939 - PRÓBA NOWEGO SPOJRZENIA
PAWEŁ PIOTR WIECZORKIEWICZ
W realiach roku 1939 Polska w wojnie z Niemcami nie miała żadnych szans.
Polemiki, jakie się toczą wokół kampanii już od ponad sześćdziesięciu lat,
odnoszą się zatem zarówno do głębokich geopolitycznych przesłanek klęski, jak
i
jej uwarunkowań wojskowych. Istotę sporu oddaje retoryczne pytanie kpt.
Felicjana Majorkiewicza: "czy dało się drożej sprzedać żołnierską krew?"
Niekwestionowany znawca i analityk kampanii płk Marian Porwit stwierdził,
że "została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o
trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i
rozmiar walk". Aby rzetelnie zweryfikować tę opinię, trzeba nie tylko odwołać
się do optymalnych, gabinetowych rozwiązań, ale i podjąć studia porównawcze
nad
wysiłkiem bojowym armii francuskiej w 1940 roku i radzieckiej latem 1941
roku.
Bardziej satysfakcjonujący wynik wojny zależał od przyjęcia racjonalnego i
efektywnego planu obrony oraz jego perfekcyjnej realizacji. Marszałek Edward
Rydz-Śmigły, zdaniem swego szefa sztabu gen. Wacława Stachiewicza, opierał
strategiczną kalkulację na jedynym możliwym założeniu, że "walka o czas mogła
być, w naszych warunkach tylko strategicznym opóźnianiem [...] do czasu
odciążenia naszego frontu". Rozstrzygnięcie mogło zapaść tylko na froncie
zachodnim. Wobec wymogów politycznych i gospodarczych naczelny wódz przez
kolejne ustępstwa sprzeniewierzył mu się ostatecznie. Kordonowe ugrupowanie,
w
jakim uszykowano wojska, oznaczało bowiem konieczność podjęcia walki
wszystkimi
niemal siłami od pierwszych minut wojny. Jednym z argumentów na obronę tak
zasadniczego odstępstwa od idei przewodniej był fakt, że na kresach
zachodnich
znajdowało się centrum przemysłowe kraju, jak też główne ośrodki
mobilizacyjne
polskiego rekruta. Płynie z tego wniosek, że ziem tych należało bronić
najdłużej, opuszczając je dopiero po planowej ewakuacji. Zadajmy jednak
pytanie, jakie w warunkach rozgardiaszu na szlakach komunikacyjnych były jej
realne wyniki i czy podobnych nie uzyskano by, opóźniając nawałę niemiecką za
pomocą oddziałów osłonowych, np. stosunkowo mobilnej kawalerii.
Inną próbą rozgrzeszenia naczelnego wodza jest twierdzenie, że tylko poprzez
zaangażowanie wszystkich sił Wojska Polskiego można było wymusić dotrzymanie
gwarancji przez sojuszników, zwłaszcza wobec ewentualności poszukiwania przez
Berlin modus vivendi z Zachodem po osiągnięciu planowanych zdobyczy
terytorialnych w Polsce. Wiemy jednak, że celem Hitlera było całkowite
zniszczenie Polski. "Nie chodzi o osiągnięcie określonej rubieży ani o
ustalenie nowej granicy" � mówił na odprawie generalicji w Obersalzbergu
jeszcze przed rozpoczęciem działań � "lecz o zniszczenie nieprzyjaciela, do
czego należy usilnie dążyć wszelkimi sposobami". Czy fŁhrer byłby skłonny
zrewidować ów strategiczny plan i podejmować niepewne negocjacje w warunkach
zagrożenia, jakie stanowiłby nienaruszony polski potencjał militarny?
NACZELNY WÓDZ CZY JEŹDZIEC BEZ GŁOWY
Kolejnym punktem oceny Rydza-Śmigłego � tu historycy, a nawet świadkowie są
zadziwiająco zgodni � jest karygodny wręcz sposób wdrożenia planu wojny w
życie. Ówczesny szef Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego płk Stanisław
Kopański zauważył nader ostrożnie: "Koncepcja dalszych działań wojennych,
poza
okresem wstępnym, ujętym w wytycznych dla dowódców armii, jeśli istniała w
umyśle przyszłego Wodza Naczelnego i znana była jego najbliższym
współpracownikom (szefowi Sztabu i jego zastępcy), to na pewno nie była
ujawniona Oddziałowi Operacyjnemu. Nie była więc przepracowana przez Sztab,
ani
też przygotowana w terenie". Przy defensywnych założeniach w wymiarze
strategicznym był to błąd wręcz kardynalny. O jego operacyjnych skutkach
pisał
niemal na gorąco ówczesny dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej płk
Stefan Rowecki: "Jak można było, konstruując plan wojny z Niemcami, nie wziąć
pod uwagę konieczności solidnego przygotowania podstawy do manewru i bazy
asekuracyjnej na ewentualne początkowe niepowodzenia, jaką stwarzała przyroda
w
postaci naturalnej linii oparcia na Wiśle, Sanie i Narwi".
Plan wojny, nie dość, że ogólnikowy i nierozpracowany w kolejnych stadiach,
marszałek co gorsza otoczył niezrozumiałym wręcz nimbem tajemnicy nie tylko
wobec własnego sztabu. Gen. Czesław Młot-Fijałkowski sądził (słusznie!), że
naczelny wódz odziedziczył tę metodę postępowania po marszałku Piłsudskim.
Kolejnym błędem stała się, również wyniesiona z wojny 1920 roku, skrajna
wręcz
centralizacja dowodzenia. Nawet tak lojalny obrońca zwierzchnika jak gen.
Stachiewicz zauważa, że na warunkach pracy Naczelnego Dowództwa, dowództw
armii
i grup operacyjnych ujemnie odbił się brak organizacyjnych dowództw grup
armii
(frontów) oraz zbyt mała liczba dowództw grup operacyjnych (korpusów).
Efektem,
już w trakcie kampanii, stały się ingerencje Rydza-Śmigłego w rozkazodawstwo
na
poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nieadekwatne do
sytuacji.
Stało się tak, ponieważ, jak zauważa trafnie płk Porwit, "marszałek wziął na
siebie obowiązki ponad siły, i to bez prawidłowej pomocy sztabu". Co gorsza,
czego można było i należało się spodziewać, naczelny wódz, w warunkach rwącej
się łączności pozbawiony najdalej po kilku dniach możliwości realnej
komunikacji z podwładnymi, utracił praktycznie możliwość kierowania
operacjami.
W rezultacie dowódcy armii, a nawet dywizji, toczyli własne wojny.
Potwierdziła
się zatem diagnoza francuskich sojuszników, którzy oceniali Rydza-Śmigłego
jako
pozbawionego błyskotliwości, mało inteligentnego, drobiazgowego, ale upartego
i
energicznego.
Skuteczniejszy opór wymagał od polskiej strony perfekcyjnego dowodzenia na
wszystkich szczeblach. Niemieckie panowanie w powietrzu paraliżowało
możliwość
sprawnego i skrytego przed wzrokiem przeciwnika przerzucania wojska, a użycie
transportu motorowego dawało Wehrmachtowi możność szybszego skupiania swych
sił. Wojna zamieniła się w wyścig polskiego piechura i kopyt koni z silnikami
niemieckich ciężarówek i czołgów. Dowódcy polscy nie mogli sobie w tej
sytuacji
pozwolić na błąd, gdyż nie tylko nie można było go później naprawić, ale � co
gorsza � jego skutki nawarstwiały się. Tymczasem dowodzenie operacyjne stało
na
relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem Wojska
Polskiego w 1939 roku.
BLAMAŻ LEGIONOWYCH GENERAŁÓW
Trudno mieć do naczelnego wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych
dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, bowiem pokojowe opinie nie muszą się
sprawdzać, i często nie sprawdzają się, na wojnie. Rydz musiał nadto zachować
kadrową równowagę między dwiema grupami generałów przewidywanych do wojny
przeciwko Niemcom i Związkowi Radzieckiemu. Nie usprawiedliwia to jednak
decyzji personalnych, jakie powziął już w trakcie kampanii. Niewykorzystanie
aż
do 10 września gen. Kazimierza Sosnkowskiego, mimo jego natarczywych próśb,
musi zdumiewać, oburzać zaś � powierzenie skompromitowanemu w początkowym
etapie wojny gen. Stefanowi Dębowi-Biernackiemu ("przestępcy wojennemu, który
bez bitwy pozwolił na rozbicie swojej armii i dalej przestępczo nie chciał
ująć
w karby cofających się wojsk" � jak oceniał jego zachowanie w meldunku do
Rydza
jeden z podkomendnych) kluczowego stanowiska dowódcy Frontu Północnego. Pod
Tomaszowem, gdy jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do klęski w tej
bitwie
może najważniejszej w całej kampanii bitwy, przebrawszy się w cywilne
ubranie,
ponownie zbiegł z pola walki, dając dowód nie tylko braku kompetencji, ale i
tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z gen. Kazimierzem Fabrycym, który
zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił po przełamaniu przez
Niemców linii obrony Sanu Armię "Małopolska" i odj