mii.krogulska
05.05.08, 23:41
Witam serdecznie,
mimo upływu lat i postępującej dojrzałości nadal są zjawiska, których nie
rozumiem. Jednym z nich są dyskusje na tym Forum, kiedy jedni drugich
przekonują czy wegetarianizm szkodzi, czy nie. Przecież cała ta dyskusja to
jest bzdura i nijak się do normalnego życia nie odnosi.
Kiedy ktoś mi mówi "nie jadam pietruszki" (czy kaszanki, czy cokolwiek) to ja
mu nie tłumaczę, wertując stosy pism fachowych, z poświęceniem własnego czasu
wolnego, że rzeczona pietruszka czy kaszanka jest boska (lub szkodliwa). Jak
ktoś wymiotuje na zapach kefiru, to mu nie bredzę o bakteriach. Jak komuś
blademu się przewraca na zapach wątróbki, to mu jej nie wciskam, bo ma tyle
żelaza. Jak ktoś nie słodzi, nie soli, nie czosnkuje czy papryczy, to mu tego
nie robię, jeśli dla niego gotuję. Olewam to w tym sensie, że skoro tak ma -
to tak ma. Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś w miarę wyposażony w kasę z głodu
w Polsce umarł - czy będzie żarł z grubsza same golonki, czy same warzywka. I
tyle. O gustach się nie dyskutuje. Nie rozumiem czemu to Forum, zamiast być
miejscem wymiany doświadczeń i fajnych przepisów, staje się polem walki tych
co za i tych, co przeciw. W żadnej mierze nikt nikogo nie przekona, nikt
nikogo nie zagnie... ostatnio rozmawiałam z kimś, kto cierpiał na anoreksję i
ta osoba powiedziała, że kontrola nad tym, co je i czego nie je, przekłada się
nad kontrolę nad jej życiem - bo wszyscy jej mówią, jak lepiej żyć, a sami są
ohydni. Czy aby walcząc na argumenty dotyczące tego, co kto wsadza sobie w
buzię i trzewia, nie posuwamy się za daleko? Czy te dyskusje to nie jest
ukryta forma zapanowania nad innymi?
Nie wiem, ale od czasu pobytu na koloniach nauczyłam się walczyć o swój
talerz. Niech każdy ma talerz własny i cudzym widelcom nic do tego.
Pozdrawiam, Mii