najglupszy-nick
18.09.07, 07:36
Za lewica.pl
" Badania socjologów pokazują, że ocena swojego wpływu na funkcjonowanie
państwa wśród obywateli jest bardzo niska, szczególnie biorąc pod uwagę fakt
rosnącego poziomu ogólnego zadowolenia Polaków. Zachowujemy się nieufnie nie
tylko wobec instytucji publiczny, ale także wobec skuteczności demokracji w
ogóle. Wielu z nas zgodziłoby się oddać państwo w ręce władzy bez legitymacji
demokratycznej jeśli byliby pewni jej kompetencji i skuteczności. Widocznie
silniejsze piętno na polskiej kulturze politycznej wywarł marszałek Piłsudski
niż "Solidarność": przedkładamy bezpieczeństwo, stabilizacje twardą egzekucje
prawa, nad podmiotowość obywatela w swoim państwie, ochroną praw człowieka
oraz równym dostępem wszystkich grup społecznych do sfery publicznej.
Przyczyny można szukać, za Piotrem Tymochowiczem(1), w naturalnej znieczulicy
Polaków, ale głębsza analiza problemu wymaga jego odwrócenia. Nie pytajmy
dlaczego obrażamy się na władzę, ale czym nam ta władza zawiniła i jak
traktuje ludzi, którzy pisząc własne projekty ustaw, pokazali, że wierzą w jej
dobre intencje.
Istnienie demokracji bezpośredniej jest wyrazem dobrej woli ze strony państwa,
które chce, aby jego obywatele mogli stanowić o sobie nie tylko na poziomie
lokalnym. Współczesne standardy demokratyczne państwa prawnego nie nakładają
na państwo obowiązku wprowadzenia tej instytucji i nie występuje nawet w
krajach uważanych za wzorcowe, jeśli chodzi o ustrój polityczny. Pomimo
pozostawienia ustawodawcom wolnej ręki, powszechnie krytykowana konstytucja z
1997 artykułem 118 ust. 2, upoważniła grupę stu tysięcy obywateli
posiadających czynne prawo wyborcze do przedłożenia pod głosowanie własnego
projektu ustawodawczego. Ogólny zapis o wprowadzeniu takiej możliwości został
szczegółowo uregulowany ustawą z 24 czerwca 1999 o wykonywaniu inicjatywy
ustawodawczej przez obywateli (Dz.U. z 1999 r. Nr 62, poz. 688), utrudniając
drogę do parlamentu za pomocą licznych wymagań wobec inicjatywy i samego projektu.
Sama konstytucja wymienia materie, jak zmiana ustawy najwyższej i projekt
budżetu państwa(2), w sprawie, których sto tysięcy obywateli jest zmuszone
milczeć. Zrozumiałym jest pozostawienie finansów publicznych w gestii Rady
Ministrów, ale brak możliwości obywatelskiej zmiany konstytucji w świetle
kulturowego kontekstu konstytucjonalizmu i idei umowy społecznej wydaje się na
pierwszy rzut oka kuriozalne. Ustawodawca najpewniej chciał zapobiec pochopnym
zmianom, ale nic nie stoi na przeszkodzie wprowadzenia specjalnych wymagań
dotyczących ilości podpisów lub konieczności uzyskania poparcia organów
państwa (np. prezydenta). Projekt podlega przecież weryfikacji w Sejmie, co
wyklucza nieprzemyślane nowelizacje. Ustawa zasadnicza, która określa nie
tylko ustrój, ale aksjologiczną podstawę funkcjonowania państwa powinna być w
pierwszym rzędzie poddana ocenie ludzi od których parlament ma swoją legitymację.
Dzięki talentowi legislacyjnemu naszych prawodawców najprostsze sprawy
organizacyjne wymagają dużych nakładów czasu: potrzebny jest przede wszystkim
komitet zdolny do zbierania podpisów, kontakt z Marszałkiem Sejmu,
przyjmowanie datków, pilnowanie poprawnej księgowości, organizacja pracy
specjalistów zajmujących się pisaniem znowelizowanych przepisów i pozostałych
elementów wniosku ustawodawczego, a przede wszystkim do skutecznej promocji
samej inicjatywy wśród obywateli i środowisk związanych z polityką. Inicjator
musi zarazić swoim entuzjazmem dużą i oddaną grupę, by jego przedsięwzięcie
nie spaliło na panewce. Od komitetu wymaga się rejestracji po zebraniu
pierwszego tysiąca podpisów oraz wyznaczenia przedstawiciela, który będzie
reprezentować inicjatywę podczas prac nad projektem w parlamencie. Trudno
pogodzić takie zobowiązania z pracą zawodową, nie mówiąc już o osobach,
których sytuacja materialna jest zła właśnie przez fatalne prawo i opieszałość
organów państwowych.
Według polskiego ustawodawstwa osoba decydująca się na walkę o swoją wizję
prawa powinna być bardzo zamożna. Lista kosztów koniecznych dla przygotowania
samego wniosku jest imponująca. Konsultacja prawnicza, zbędna przy pisaniu
niektórych projektów(3), jest nieodzowna dla stworzenia założeń aktów
wykonawczych. Pomocy ekonomisty wymaga napisanie prognozy skutków
ekonomicznych, społecznych i prawnych oraz wyznaczenie źródeł finansowania
akceptowalnych dla władz państwowych. Źle napisany projekt skutkuje
odrzuceniem przez Marszałka z powodu niepoprawności formalnych lub negatywnej
opinii Rady Ministrów, która praktycznie kończy życie takiej inicjatywy(4).
Co ciekawe, największe koszty generuje niezrozumiały obowiązek zebrania
podpisów w ciągu nie dłużej niż trzy miesiące. Zastanawiająca regulacja
wymusza na komitecie szeroko zakrojoną kampanię informacyjną oraz zatrudnienie
pracowników do promowania inicjatywy i zbierania głosów. Gdyby nie pośpiech,
komitet oraz osoby zaprzyjaźnione mogłyby w ciągu roku same zebrać konieczne
podpisy, martwiąc się tylko o dobre przyjęcie projektu. Zrozumiała jest chęć
ustawodawcy, aby każdy projekt obywatelski cieszył się należytym szacunkiem w
czym pomóc może tylko bardzo duże poparcie społeczne, ale zniesienie tego
przepisu prawdopodobnie nie spowodowałoby potopu legislacyjnej twórczości
obywateli, więc za sztucznym powiększaniem kosztów inicjatywy obywatelskiej
nie stoją żadne racje. Z prawnego punktu widzenia trudno uzasadnić, dlaczego
sto tysięcy podpisów pod projektem ustawy złożonych w krótszym czasie miałoby
być lepsze od takiej samej ilości podpisów uzyskanych w czasie dłuższym. Bez
tego ograniczenia inicjatywa obywatelska przestałaby funkcjonować jako
przywilej środowisk, stowarzyszeń lub grup ludzi dobrze wykształconych i
bogatych, ale stałaby się prawem zwykłych obywateli i poszczególnych osób, co
na pewno przyczyniłoby się do zwiększenia wpływu obywateli na proces legislacyjny.
Najwyższa skuteczność w eliminacji potencjalnych inicjatorów cechuje brak
pomocy prawnej ze strony Sejmu. Logicznym wydawałoby się oddelegowanie
pracownika Biura Prawnego, który określiłby, czy projekt jest wart tyle co
papier na którym jest wydrukowany, opisałby wygląd kolejnych etapów procesu
legislacyjnego, doradziłby co można zmienić w projekcie i zasugerował jakie
zastrzeżenia mogą mieć posłowie. Osobom decydującym się na zainicjowanie
procesu legislacyjnego zapewne nie brak podstawowej wiedzy prawnej, niemniej
taka konsultacja byłaby gestem dobrej woli ze strony sejmu oraz wyrazem
otwartości na inne środowiska. Wnioskując z liczby inicjatyw obywatelskich,
nie kosztowałby to dużo, zresztą demokracja nie jest polem do szukania
oszczędności.
Uchybienia w ustawie o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli
skutecznie zatrzymują rozwój demokracji bezpośredniej w Polsce. W konsekwencji
tylko osiem takich projektów (na 686)(5), które trafiło w tej kadencji do
Sejmu i żaden nie został przez Wysoką Izbę zaakceptowany. Większość z nich
pochodzi z poprzedniej kadencji, gdzie po pierwszym czytaniu nie doczekało się
zakończenia prac w komisjach. Parlamenty poprzednich kadencji mogą się
pochwalić rozpatrzeniem projektów obywatelskich, a nawet włączeniem ich do
polskiego systemu prawnego: ogółem takich ustaw jest pięć - dwie w III
kadencji i trzy w IV(6). Okazuje się, że istniejąca od dwóch lat IV RP jest
jedynie antyelitarna, a nie egalitarna – obywatelski głos w parlamencie nigdy
nie doczekał się drugiego czytania. Jeśli sejm chce się pozbyć niewygodnego
projektu to przenosi prace nad nim na koniec kadencji, kiedy w parlamencie
panuje nastrój jak na tonącym okręcie, posłowie zaś zajmują się wyłącznie
swoją przyszłością zawodową. W przypadku projektu ustawy inicjatywy
obywatelskiej taka strategia jest nieskuteczna, ponieważ sejm następnej
kadencji ma obowiązek wszcząć od nowa proces legislacyjny, co, teoretycznie,
ma zagwarantować rozp