22.01.10, 20:21
Ile czas zajelo Wam zaakceptowanie faktu,ze cierpicie na borderline.
Czy to jest normalne,ze niektorzy tego nie akceptuja,zmieniaja psychologa
,szukaja kogos innego, kto im powie,ze to nie to.
Mam w otoczeniu taki przypadek i nie wiem jak to potraktowac.
Wiem,ze i psycholog moze sie mylic,ale ta osoba ,ktora znam wine za swoje
zachowanie obarcza caly swiat.W swoim zachowaniu nie widzi nic zlego bo niby
zawsze ktos ja prowokuje do takiego a nie innego zachowania.
Nie jest to dla mnie zrozumiale bo nie widzi i nie slyszy ludzi,ktorzy widza
,ze cos z nia jest nie tak.
Po co ta walka?
Obserwuj wątek
    • jsleczek Re: Ile czasu 22.01.10, 20:48
      Ja nadal się zastanawiam, czy aby na pewno mam berderline...choć fakty mówią
      same za siebie- nawet krzyczą same za siebie, "mówią" to zbyt delikatne
      określenie...
      Od około dwóch lat chodzę na terapię i wiem, że to nie wina otoczenia, że moje
      życie było (i poniekąd jest- skutki przeszłości na zawsze będą mi towarzyszyły)
      takie koszmarne (uzależnienie, kilkakrotnie przerywane studia, próby samobójcza,
      i norma, czyli ataki agresji wobec siebie i innych), ale tego, że jestem
      borderline...
      A jestem borderline bo moi rodzice nie potrafili mnie kochać...za to chętnie
      się nade mną znęcali.
      Teraz walczę, żeby moje dzieciaki miały w miarę normalne dzieciństwo..dlatego
      chodzę na terapię.
    • dolna1 Re: Ile czasu 23.01.10, 05:30
      Po co szukac kolejnych diagnoz, wsłuchiwac sie w noych psychologów, czy aby na
      pewno i oni potwierdzą diagnoze.
      Czy to nie strata czasu i oszukiwanie sie?
      Ja z diagnoza pogodziłam sie chyba od razu.
      Borderline to tylko nazwa zaburzenia, a składa sie na niego wiele: z reguły
      traumatyczne dziecinstwo, relacje z ludzmi, poruszanie sie miedzy skrajnosciami,
      życie na krawedzi, niekontrolowane wybuchy gniewu, agresji, względnem innych i
      siebie, niespojne relacje z ludzmi, strach przed odrzuceniem.
      Diagnozy borderline sie nie leczy.
      Lezy sie to wszystko co sie na nią składa.
      Czy to ważne jak to sie nazywa?
      Kiedy człowiek dostrzega to całe ZŁO w sobie, to juz niejako pogodzenie sie z
      choroba.
      Oczywiscie mozna zwalac wine na innych, cały swiat, tyle, że do niczego to nie
      prowadzi.

      Ta walka o ktorej piszez to walka o złudzenia.
      • fendu Re: Ile czasu 24.01.10, 01:44

        "Ta walka o ktorej piszez to walka o złudzenia. "

        Dokladnie tak.
    • cyntia33 Re: Ile czasu 23.01.10, 13:38
      Diagnoza (jakakolwiek) przynosi ulgę, więc ja tak mam, że każdą
      akceptowałam od razu (czy to angina u laryngologa, czy do
      borderline u psychiatry ;). Gorzej z terapeutą - miałam kilku,
      jak dobrze policzę... hmm... chyba 5. U szóstego zostałam trochę
      dłużej. Ale znalazłam już siódmego i niewykluczone, że do niego
      ucieknę. A nie, był jeszcze jeden po drodze. Więc ten byłby ósmy.
      Trudno zaufać. Ale nie chodzi o to, że nie wierzę w diagnozę (mam
      w nosie co "to" jest i jak się nazywa, byle się dało wyleczyć),
      tylko chcę "czuć chemię" z terapeutą, mieć zaufanie co do terapii
      i jak najszybciej widzieć postępy.
    • annarchia Re: Ile czasu 24.01.10, 14:49
      Diagnoza BPD była dla mnie w pewnym sensie... wybawieniem, dodała mi dużo
      nadziei. Dlaczego?

      Przez kilka lat przed jej postawieniem, miałam gorszą diagnozę - psychozy
      maniakalno-depresyjnej. Lekarze wmawiali mi, że tylko branie leków może mi coś
      pomóc, wmawiali mi, że to geny, zaburzenia neuroprzekaźników, że ja na to nie
      mam wpływu. Mówili, że praca nad sobą i psychoterapia to kompletnie nie dla mnie
      i odwodzili mnie od tych pomysłów (wynikających z desperacji, że biorę leki, a
      nadal czuję się w piekle). Przerobiłam w ch** leków, także ELW, i kompletnie się
      załamałam: nic nie pomagało na moją "biologię" i "wytrącenia w mózgu", a ja nie
      mogę na to zaradzić... Miałam umrzeć.

      Na skraju rozpaczy i piekła trafiłam w tedy do innego szpitala, gdzie lekarze
      stwierdzili u mnie zaburzenie osobowości (BPD) i powiedzieli, że dzięki mojej
      pracy nad sobą mogę dużo zrobić, dzięki wieloletniej psychoterapii, i że nie
      jestem skazana całe życie na męczarnie, jeśli będę miała motywację i siły, aby
      sobie pomóc. Także ta diagnoza zabrzmiała bardzo optymistycznie w porównaniu do
      tego, co przechodziłam wcześniej. Informacja, że nie jestem zdeterminowana przez
      geny i że mam wpływ na poprawę nastroju to była "dobra nowina".

      Możliwe, że bez tego rodzaju porównania i wcześniejszych doświadczeń, diagnozy
      psychozy endogennej, prawdopodobnie przyjęłabym wiadomość o BPD z szokiem. A tak
      - było odwrotnie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka