Dodaj do ulubionych

moja historia...

12.10.13, 11:07
Witam, jestem tu nowa, choć czytam to forum od jakiego czasu. Nie piszę po radę, już ją tu u Was znalazłam :) Chcę Wam podziękować, że jesteście, za to co wnosicie bo dla ludzi będących w relacji z osobą z piętnem borderline (jak ja) to wartość fundamentalna: że są ludzie, którzy ich rozumieją, wiedzą co czują, oraz że są osoby z drugiej strony, które starają się i zrozumieć, i tłumaczyć działania… bezcenne. Postanowiłam więc dać tu też coś od siebie, kawałek mojej historii… To ostatnie 4 lata mojego życia. I to jest miłość mojego życia, tak naprawdę nic tego nie zmieni, jeśli za miłość przyjmiemy to co czujemy do danej osoby i próg wybaczenia pomimo wszystko… Historia ma swoje korzenie (nie początek) dawno (bo ja i on, jesteśmy na półmetku życia), w czasach szczeniackich, kiedy pomimo tego żeśmy się najpierw olewali, potem nie znosili i wreszcie długi czas nie odzywali do siebie w tej samej klasie będąc, to już wtedy nie wątpiłam że jest to okaz nad wyraz męski, absolutnie męski :) i że gdyby nie animozje to byśmy się całkiem dobrze dogadali, no ale ja tam byłam wtedy szarą myszką ;)
Mija 20 lat, spotkanie, ja z szarą myszką nie mam już nic wspólnego no i bach, nokaut… To się zaczęło od rozmów (on nie mieszka w Polsce) i to było dla mnie najważniejsze: że my jesteśmy sobie bliscy, to że się podobam, kit z tym ja to wiem, ale że on i ja się rozumiemy… Jestem outsiderem, nie samozwańczym i zadeklarowanym, po prostu jestem nie przyjmuję że życie to utarte schematy i każde zachowanie możemy zinterpretować podług tabelki, albo chować się za sloganem „takie jest życie”… przyjęłam to, że zost. przyjacielem w mig, uznałam że mam przyjaciela… Oboje byliśmy wtedy w związkach, mamy córki w podobnym wieku… Jednak, wiadomo, w końcu emocje poszły nadto w górę, wtedy podwinął ogon i przystopował to, ja oprzytomniałam i właściwie od tego momentu nie szliśmy w tym kierunku, by rozwalać cos wzajemnie… tyle że to był balans na krawędzi, oszustwo i złudzenie, no i z mojej strony parcie w ten ogień… (a paliło się, że ho ho został po tym czasie całkiem dobry tomik wzajemnie pisanych sobie wierszy ;) A co w tym ogniu? Ano huśtanie… jest, nie ma… jest, nie ma…. Na początku się buntowałam: pyskowałam, obrażałam ale to tylko pogłębiało trzymanie mnie na dystans…. No i ja, która zawsze sądziłam, że nie ulegam nałogom uzależniłam się totalnie… Napyskowałam to „zamknął drzwi, wypad” Byłam kompletnie rozbita… Chciałam zapomnieć, wymazać i bezdennie głupio pomyślałam: jak się pojawi co innego, inna energia w miejsce tej to zapomnę… od dawna nalegałam na męża by córka miała rodzeństwo… zaszłam w ciążę, poroniłam… Wróciłam do niego (wiadomo to ja wyciągnęłam rękę)… Powiedzmy to był kolejny etap, kiedy żyliśmy swoimi rodzinami i nikt nie chciał tego zmieniać. Dzieliliśmy się problemami ale… to było powiedziałabym 70-80 % jego problemów… żyłam jego życiem, oczywiście odstawiana, odpychana to znów przywoływana. Byłam na tel., w najtrudniejszych chwilach także wtedy kiedy jego kobieta go zostawiła wracając do Polski i zabierając ze sobą córkę… byłam tą której „może powiedzieć wszystko”, która „uratowała mu wtedy życie”, ją jemu tłumaczyłam, próbowałam od tej babskiej strony dbać o relację z córką (w pewnym wieku dziewczynki są bardzo mamine nie każdy facet to rozumie) itd. itp. Spotkaliśmy się kilka razy, jedne spotkania były totalnie harmonijne wszystko płynęło, inne był spięty, nieobecny, tak było cały czas, nigdy nie wiedziałam kto z niego kiedy wyjdzie… Nie mogłam się oprzeć wrażeniu że jest ich co najmniej trzech: jeden mnie kocha, ceni, drugiemu jestem obojętna, trzeci nienawidzi i sprawia ból… Od ponad 2 lat szukałam drogi dla siebie, przebrnęłam przez morze wiedzy szukając po omacku co się ze mną dzieje??? Dotarłam do P. Melody o toksycznych związkach wiedziałam że tu jestem, ale to jeszcze nie była ta odp. Do borderline dotarłam (dlaczego dopiero wtedy?) zaraz po tym jak odszedł definitywnie, z nagła kiedy byliśmy tak sobie bliscy jak nigdy dotąd. Wtedy wszystko to co przeżyłam stało się spójne. I on mówił mi o tym, ale półsłówkami, pomiędzy, nie wprost… jak mówił: „nie chcę już więcej niszczyć” to nie rozumiałam o co mu chodzi… Nie jest moją intencją bawić się w psychologa, nie jestem nim, nie chcę też wyliczać tego wszystkiego co przemawia za tym, że on ma borderline (od dzieciństwa począwszy) kiedy czytałam „Borderline jak żyć z osobą o skrajnych emocjach” mogłam odkreślać punkt po punkcie… Jednak nie ku temu zmierzam, tu mówię za siebie: po prostu zobaczyłam w tym siebie… rozchwianą, z poturbowanym poczuciem nie tyle własnej wartości ile zaufania do siebie, do swoich przeczuć, reakcji… już bez wieloletnich przyjaciółek, które nie mogąc znieść moich dylematów i faktu, że daję się tak traktować, uznały, że najlepiej będzie zostawić mnie samą bo widocznie tego potrzebuję (nic tak nie obnaża przyjaźni jak nałogi)… etc. itd… Ale do czego zmierzam: po tym jak odszedł, kiedy zrozumiałam że nie ma powrotu i kiedy wreszcie zrozumiałam o co tu chodzi, czego tak maniakalnie szukałam tyle czasu, kiedy przestałam żyć jego życiem a odważnie (i boleśnie) zobaczyłam siebie… to stał się krok milowy w mojej świadomości… Nie chcę generalizować, nie mam prawa ale zgadzam się ze Spapranym, tu raczej nie ma przypadków… nie mam traumy z dzieciństwa, ale moi rodzice zajęci byli pracą, budową domu a ja byłam spokojnym dzieckiem i samotnym… nikt mnie nie uczył jak żyć, a ja nie starałam się zwrócić ich uwagi, żyłam w swoim świecie ale… starałam się zdobyć zainteresowanie rówieśników… Zrozumiałam, że całe moje życie było przepełnione lękiem przed stratą i pragnienie akceptacji… Chyba naj. wykorzystywał to (niekoniecznie świadomie) mój mąż strasząc mnie że odejdzie… Dalej: wszystkie związki jakie tworzyłam to były z mężczyznami silnymi, charyzmatycznymi ale pokrzywdzonymi w dzieciństwie… I to właśnie dzięki niemu, mojemu Borderline po tym potrząsaniu pękła blokada: on mnie wyzwolił nie tyle od siebie ile ode mnie, przestałam się bać… zaczynam sobie ufać, nie wracać w co było, ale ufać naprawdę… Jestem i wiem o tym coraz silniejsza i spójna. Moje relacje z mężem bardzo się poprawiły, on się zmienił, nie wyleczył się ze swoich traum, ale się stara i nie jest już tak skoncentrowany na sobie a o straszeniu nie ma już mowy… Zrozumiałam, że nie wolno nikomu dorosłemu matkować, nie da się wejść w rolę matki choć tak bardzo rozumiem, nie raczej może czuję te krzywdę jaką noszą w sobie takie osoby i absolutnie nie wolno brać na siebie tego gniewu jakie nosi w sobie tak zraniony człowiek. To jest najważniejsza kwestia dla tych empatycznych partnerów: świadomość tego zjawiska, siebie i wiedza jak do tego podejść. Dla osób pokrzywdzonych w dzieciństwie, że sami muszą chcieć pomóc sobie, żaden wymarzony anioł (tak byłam nazywana przez mojego kochanego) nie uleczy tych ran.
Możliwe, że on pomógł mi odchodząc, wiem (i on wie) że tylko on mógł to przerwać, ja bym się na to mimo wszystko nie zdobyła, i możliwe, że zrobił to kochając… Ze swojej strony napisałam mu uczciwy list, jak to jest i co czujesz będąc huśtanym, że lepiej gdy i tak wiemy, że jesteśmy dla siebie ważni być szczerym, bo mówienie pomiędzy do niczego nie doprowadzi, no i że nie mam żalu i akceptuję go jakim jest: tego silnego i charyzmatycznego mężczyznę (wszystko w jego życiu jest na adrenalinie i baaardzo ekstremalne: hobby, praca i wypoczynek też) i to małe smutne dziecko w nim… O powrocie do tego co było nie ma mowy, o wsparciu pomocy – tak.
Obserwuj wątek
    • rasha7 c.d. moja historia... 12.10.13, 11:08
      Nie wiec co się z nim dzieje, czy kogoś ma i jak mu się układa z rodziną więc nie mogę powiedzieć że jest happy end… Zachęcam jednak każdego z „partnerów” do spojrzenia w relację jak w lustro, to zaboli ale i wyzwoli… Wszystkich tych, którzy jeszcze do tego nie dojrzeli, ciągle pytają, wracają (tak dobrze rozumiem co czujecie…) jak wielu tutaj przede mną zachęcam skupcie się na sobie, nie obwiniajcie się, nie wyręczajcie, przyjdzie czas, że zobaczycie wszystko z innej perspektywy… Bo wiedza stąd płynąca jest jak powiedział Spaprany „pyszna” i jeśli tylko popatrzę na ten jeden aspekt: moja córka i ta świadomość by dziecko nauczyć kochać mądrze… Bo kto tego uczy? Mnie nikt nie powiedział, a infantylnej miłości bez liku w lekturach, filmach a w końcu, w efekcie we własnych wyobrażeniach. Natomiast co do wrażliwości, nie widzę powodu by się jej wyzbywać, jej brak czy stępienie nie uczyni mnie silniejszą, to świadomość i zdrowe granice. Mój kochany rzeźbił te wrażliwość i deptał jednocześnie, ale paradoksalnie tu i teraz jestem lepszym człowiekiem, powiedziałabym, że on ją uszlachetnił albo oczywiście nie świadomym kształceniu :) Ot, jeszcze jeden paradoks w życiu… Zatem dziękuję za to forum, no i ogromny szacunek dla Brz_a_sk za treści, które wnosi no i cierpliwość ;)
      • brz_a_sk Re: c.d. moja historia... 12.10.13, 15:25
        czytając myślałam: o może dorzucę to i to
        i na końcu miły akcent
        nie ma co ukrywać każdy kto rozmawia z ludźmi potrzebuje akceptacji
        jakiegoś sensu - jakiegoś to dobrze powiedziane
        i fajnie, ze komuś się coś przydaje - wiadomo nie piszę do tych, którym to po nic - albo jeszcze gorzej
        zaraz bym się rozpisała - bo mieszka mi w głowie tyle historioludzieńków

        na świat inaczej się patrzy po poznaniu zagranic innych

        tak sobie myślę, że elementów trudnego świata borderowego jest mnóstwo w każdym
        tylko nie każdy wie do jakiej granicy zbliża się - pewnie niektórzy mają bezpiecznie niedostępnie

        z borderem to jak siadać do śniadania z brunetką a zanim jajko na miękko się zetnie zobaczyć blondinę i to co tam - mało to dzieci nie poznaje matki po powrocie o fryzjera ( a to wcale nie takie głupie zastanowić sie jaki komunikat czasem to niesie ważny kaliber :) ) ale co ważne zanim zanim jajeczko oskubiemy
        dowiadujemy się, że nasza nieaktualność, zbędność i upierdliwość - i w ogóle: na cholerę to śniadanie - w sprawie jakiejś historii z brunetką jest z czubolandii
        i na pewno nam się to często zdarza z niedopieszczenia życiowego
        mamy nie tylko urojenia ale roi nam się na bieżąco
        ...
        nauczyłam się pewności, ze to nie mnie film na życie się zamienił
        i że
        a no właśnie - może to komuś coś poprawi :)
        wydaje mi się taka teza nie do obalenia
        kiedy w życiu nagle ktoś się zmienia to chyba role złe łatwiej grać niż dobre
        wydaje mi się, że z wielu masek jednej tej szczęśliwej nie da się udawać prawdziwie
        i to jakby pozwala mi spokojnie znosić granie nawet mimo woli w filmach po przemianach

        jakoś widzę mimo wszystko człowieka z tym olbrzymim potencjałem dobra; z potrzebą bliskiej akceptacji
        ja wiem skąd się bierze nienawiść i wiem jak jest umysłożerana
        kiedy wpełznie zapycha wszystko, zwłaszcza wolne
        pewnie mam wiele racji mówiąc, że po pierwsze trzeba głowę chronić przed nienawiścią
        ona tylko pozornie 'tłumaczy' rozgrzeszająco - lipa - czas zajmuje
        potem jeszcze pomysł na karę za przeszłość podpowiada

        pewnie to jednych ucieszy innych rozjuszy ale w końcu to mamy przegadane na ogół wcześniej przecież - z czasem w chwilach słabości zaprzyjaźnionych - trudne słowo na te okazję tu - zaprzyjaźnionych borderów mam za dzieci - z wytrychem 'nie radzi sobie'
        pewnie, że mi niewygodnie z tym, ale nie znajduję innego, lepszego sposobu
        robię wszystko by zachować szacunek
        a ze nie jest łatwo - wiem
        pomaga to że widzę bordera w trzech maskach - nie jego jeszcze czasem ale widzę - ta trzecia to refleksja nad życiem
        bardzo różna,
        z czasem
        i z terapią też inna

        czy można bez patrzenia przez pryzmat dziecka znieść blondinę przy śniadaniu - chyba nie
        ale to też pułapka - nie wyręczać, nie odpuszczać
        być DOBRYM rodzicem
        na czas
        bo żadne z innych uczuć nie nadaje się do pojęcia jak to możliwe, że ktoś na przeciwko nas nie pamięta siebie sprzed gotowani jajek na miękko
        czasem warto znaleźć sposób by przeczekać
        i nie nazywać tego żadnym słowem ani miłość, ani przyjaźń ani nienawiść - troska stanowcza? no może
        • rasha7 Re: c.d. moja historia... 13.10.13, 10:45
          No tak :) Troska, to uczucie towarzyszyło mi właściwie cały czas, z tą różnicą, że nie była to troska stanowcza. Teraz to wiem, za sprawą tego forum, tu już ktoś się wypowiadał, że osoby z borderline potrzebują czegoś na kształt wychowania, to właściwie zrozumiałe i wiadomo, że w dobrym rodzicielstwie nie chodzi tylko o czułość i akceptację ale o rozsądne granice też. Strach, nienazywanie po imieniu uczuć bo on się obrazi, odsunie itd. to kiepskie wychowanie, które tylko nakręca spiralę testowania, wszak dzieci robią to samo :)
          Z drugiej strony to trudne bardzo, gdy wiesz, nie masz wyjścia, trzeba stworzyć taką formę komunikacji którą ta osoba zrozumie: kompilację języka który zna z przeszłości z tym co czujesz w istocie… by nie zagłaskać, wystraszyć, sprowokować…
          Ludzie tworzą różne związki, daleko nieksiążkowe i w dziwny nie raz sposób szczęśliwe, do czego zmierzam: nie zaprzeczę nigdy (mimo, że pewnych błędów nie chcę więcej popełnić) że w tych chwilach, kiedy był przy mnie po prostu spokojny (co mu z trudem przychodzi) ja byłam… spełniona. I cieszę się, że choć na moment mu to dałam…
          Powrót do tego co było nie wchodzi w grę, nic nikomu nie da a z powodu mojego usposobienia jest dla mnie niebezpieczny, choć wiem, że dojrzałam i pragnę spokoju, z drugiej strony, to jak pisałam, ważne widzieć ten nawet jakiś sens w tym, co życie niesie (to mnie uspokoją też) i jakby to powiedzieć chciałabym nie marnować tej energii, uczucia, bólu etc. wszystkiego co doświadczyłam w związku z nim, chciałabym pomóc wesprzeć sprowadzając to wszystko do owej „stanowczej troski” :) a nie namiętności. Może kiedyś tak się stanie, nie wiem, w sumie on w całym tym swoim szalonym tempie potrafi…. czekać.
          Ps. Chciałabym móc zrobić takiego psikusa na chwilkę: cofnąć czas o te 22 lata, by nam to ktoś wtedy powiedział co nas czeka, i zobaczyć te miny…. :D bo nikt by nie dał złamanego grosza….
          • brz_a_sk Re: c.d. moja historia... 13.10.13, 11:45
            a myślisz o tym w kontekście tego co dajesz i otrzymujesz
            co jest możliwe
            czy takie poukładanie przynosi komfort
            przebłyski ról możliwych w cudzym życiu

            bezcenność
            bezzwrotność

            :)
            • rasha7 Re: c.d. moja historia... 13.10.13, 20:42
              Tak, bo wszystko jest w gruncie rzeczy wymianą, brak reakcji jest reakcją itd. itp. W mojej relacji przegięłam w drugą stronę jak mamuśka troskliwa ale sama wiesz, pamiętasz Ty to napisałaś, że chciałoby się borda utopić w miłości, on miał smutne życie, trudne choć z tak wieloma sprawami radzi sobie doskonale… ale wracając do dzisiaj, do tego co wiem to sądzę że tak, dawać bezzwrotnie (jedyne sensowne) ale niekoniecznie o tym mówić na głos, bo ludzie mylą empatię z dupowatością, mimo że z dalszej perspektywy sprawy wyglądają czasem inaczej… fajnie jest trafić w 10kę i sprawić banana na obu buziach ale czasem wychodzi z tego, że wlazłam z butami gdzie nie trzeba, albo po prostu to było niepotrzebne… Co ja mogę? Tylko próbować i to jest chyba jedyny logiczny dylemat: czy zareaguję, czy oleję, bo efekt finalny i tak jest zagadką… Poukładanie daje mi komfort, tak mam, poukładam to ogarniam jakoś całość, może czuję się bezpieczniej ? Tak to widzę z mojej strony, na ile to dobre dla drugiej – nie wiem, bo biorąc pod uwagę dynamikę zmian postrzegania sytuacji u osób zaburzonych to jest trochę jak totolotek i pierońsko trudno to ogarnąć :) Być sobą, robić swoje…
              • brz_a_sk Re: c.d. moja historia... 14.10.13, 12:27
                jeśli potrafisz cieszyć się tym co masz
                nie liczyć na jutro,
                bo to jest właśnie Twoje życie - korzystaj z niego tak jak się da
                nie zależnie od tego jak się ułoży nie pozostaniesz z poczuciem straconego czasu
                powodzenia

                • rasha7 Re: c.d. moja historia... 14.10.13, 13:18
                  Dojrzałam do tego. O tym, że ciężarem bywa przeszłość wie tu dobrze wielu z Was, ale czasem wspomnienia aktywują się nieoczekiwanie i gwałtownie jeśli zbyt je wyidealizujemy... Dlatego, choć z żalem, zniszczyłam pamiątki, zapiski z przeszłości. Pewnie im mocniej, świadomiej jesteśmy w „tu i teraz” tym, szanse większe, że mądrzej, lepiej żyjemy... A wtedy małe, dzienne przebłyski plateau zdają się być cenniejsze niż emocjonalne orgazmy :) Dziękuję i pozdrawiam
                  • brz_a_sk Re: c.d. moja historia... 14.10.13, 13:33
                    gdzieś pisałam bez przeszłości nie ma umysłu
                    nie ma nauki
                    nie ma refleksji
                    nie ma doskonalenia
                    od niej nie da się uciec

                    można być teraz 'lepszym', bo się przeżyło , bo się pamięta, bo się chce
                    kiedy się chce i coś się udaje to przeszłość się rozgrzesza

                    nie znam innych sposobów pokonania swoich słabości których nie akceptujemy - zrozumieć i starać się korzystać z doświadczenia

                    nie znam innych sensów życia jak to wyłuskiwanie coraz lepszych ścieżek i podnoszeń się po swoich porażkach

                    bez pamięci nie ma człowieka, nie ma zwierzęcia, nie ma życia

                    nie ma umysłu

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka