bartek1978
01.01.07, 23:33
Moi drodzy,
Piszę tego maila, bo właśnie skończył się rok. Dla mnie rok i radosny, i
trudny. Radosny, bo wziąłem ślub z fantastyczną kobietą, bo jakiś czas po
ślubie postaraliśmy się o dzidziusia, który w połowie przyszłego roku
przyjdzie na świat. Trudny, bo tuż po powrocie z podróży poślubnej
dowiedzieliśmy się, że mój tata ma raka płuc.
Zaczęło się tak, że nie wiedziałem co robić. Raka wykryto przez przypadek,
podczas jakichś badań okresowych, natomiast niedługo po tym jak go wykryto
tataę zaczęły boleć płuca. Lekarze na rentgenie i tomografie stwierdzili, że
chyba jest przerzut na nadnercze, ale żeby to potwierdzić kazali zrobić
badanie rezonansem. W stolicy na takie coś czeka się ponad miesiąc! Nie
ważne, że chcesz zapłacić za badanie - po prostu szybciej się nie dało. W
ciągu jednego dnia załatwiliśmy takei badanie w Katowicach. Na własny koszt,
ale to nie było ważne. Z badania wynikło to, co chcieliśmy raczej wykluccyć -
guz na nadnerczu o charakterze przerzutowym.
Lekarze w szpitalu odmówili operowania guza płuca - bo przerzuty, III lub IV
stopień, więc oni tego nie tną. Zaczęło się zwiedzanie lekarzy, rozmowy i
okazało się, że nie koniecznie - że może jednak ktoś by to chciał ciąć. W
Centrum Onkologii tata miał 3 kursy chemii. Pierwszy zniósł dobrze, kolejne
dwa już nie, ale nie wypadły mu włosy ani nie osłabiły śluzówki. Natomiast
guzy prawie się nie zmniejszyły. Lekarze dali się namówić na operację, choć
chemioterapeuta pod którego opieką był tata nie był specjalnie chętny. W
październiku tata miał wyciętego guza z płuca (1 płat), w listopadzie guza z
nadnercza i... okazało się, że guz nadnercza w ogóle nie był przerzutem tylko
zwykłym gruczolakiem, takim sobie ot guzkiem, jaki ma pewnie z pół świata i
nikomu to nie przeszkadza... Tata jutro pierwszy raz od prawie pół roku idzie
do pracy...
I wiecie co, chciałem napisać tego maila z jednego powodu. Uwierzcie! Nie
poddawajcie się, nie płaczcie, rozmawiajcie z lekarzami, czytajcie,
interesujcie się. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie nasze nalegania tatę
leczonoby cały czas chemią, co przy niedrobnokomórkowym nowotworze płuc nie
daje szans na całkowite wyleczenie tylko na zaleczenie. Myślę, że w dużej
mierze nasza, a przede wszystkim taty wiara i chęć wyleczenia, nasze
naciskania na lekarzy spowodowały, że przynajmniej teraz jest zdrowym
człowiekiem. Nie wiemy jak długo tak będzie i czy nie będzie wznowy, ale póki
co nic takiego nie widać i mamy nadzieję, że tak pozostanie, bo dlaczego
miałoby być inaczej? Kiedy dowiedziałem się o chorobie taty i jeździłem z nim
po szpitalach powiedziałem o tym paru osobom w pracy, bo musiałem wykręcić
się z części zajęć żeby mieć czas zająć się tym, co ważniejsze. I od wielu
osób słyszałem historie o tym, jak to ich wuj/stryj/ojciec/... właśnie
tydzień/miesiąc temu dowiedział się o raku i już nie żyje. Niezbyt budujące,
podobnie jak dobre rady znajomych, żeby od razu zaklepać sobie dobre
hospicjum... Więc nie było nam najlepiej, zwłaszcza pewnie mojej mamie, która
niewiele głośno o tym mówiła, ale dobrze wiem, ze było jej bardzo trudno. Ale
minęło pół roku i człowiek, którego w jednym szpitalu już nie chciano
operować, a diagnozy wyglądały słabo, ma się dobrze i wszystko wskazuje na
to, że wraca do formy sprzed ponad pół roku!
Mam nadzieję, że ktoś z was, kto dowiedział się niedawno czegoś podobnego,
po przeczytaniu tej historii poczuje się lepiej, pewniej i będzie miał
jeszcze więcej siły do walki z chorobą, bo z nią można wygrać, jeśli tylko
się chce! I tego tym z Was życzę w nowym roku. A wszystkim życzę przede
wszystkim zdrowia!
Bartek