axel40
13.12.07, 23:46
Finanse [Forbes 12/07, str. 144]
Foreksowy zawrót głowy
Andrzej Witul, 22.11.07, 00:00 AM
Entuzjastów tej formy zarabiania przybywa - i to pomimo głośnej afery
związanej z plajtą War-szawskiej Grupy Inwesty-cyjnej. Wszystkich przyciąga
wizja gigantycznych zysków. Kto w 2003 r. postawił na umocnienie złotego do
dolara, nawet stosując w miarę bezpieczną strategię, zarobił do dziś
przynajmniej 400 procent.
Nic dziwnego, że krajowi i zagraniczni brokerzy zachęcają nas do zmierzenia
się z Foreksem, największym rynkiem finansowym świata. Ten rynek nigdy nie
zasypia. Wartość dziennych obrotów walutami przekracza tam 1,5 bln dol., co
stanowi trzykrotność łącznych obrotów na amerykańskim rynku akcji i obligacji.
Forex jest rynkiem pozagiełdowym (Over the Counter). Nie ma siedziby ani
konkretnej lokalizacji. To sieć złożona z systemów obrotu banków, brokerów,
przedsiębiorstw oraz inwestorów indywidualnych, połączonych ze sobą przez
łącza telefoniczne i elektroniczne. Funkcjonuje przez 24 godziny na dobę,
przez 5 dni w tygodniu. Obejmuje swym zasięgiem większość krajów świata.
Zarobić na Foreksie można szybko i dużo. Niestety, stracić również. Wystarczy
1 tys. dol. i otwierasz pozycję o wartości nominalnej 100 tys. dolarów! Reszta
to rodzaj darmowego kredytu. Przeważnie maksymalna dźwignia finansowa na rynku
walutowym wynosi 1:100, choć zdarzają się większe. Wejście do gry z takim
lewarem jest jak jazda kolejką górską. Adrenalina rośnie z każdą sekundą.
Jeżeli dobrze obstawiłeś, zmiana kursu kontraktu walutowego o 1 proc. pozwala
podwoić kapitał w mgnieniu oka. Pomyłka oznacza wyrok. Taki sam ruch kursu w
złym kierunku - i już straciłeś wszystkie zainwestowane pieniądze.
Przekonały się o tym na własnej skórze japońskie gospodynie domowe. Dziesiątki
tysięcy tamtejszych pań w ciągu ostatniego półtora roku zajęło się handlem
walutami online. Znudzone czekaniem na powrót męża i oglądaniem seriali,
zasiadały przed komputerem i zarabiały na słabości jena. Mayumi Torii,
41-letnia gospodyni domowa, zarobiła na Foreksie 150 tys. dolarów. Napisała
nawet książkę o swojej strategii i założyła klub dla kobiet spekulujących na
rynku walutowym - FX Beauties, czyli FX Piękności (FX to skrót od Foreign
Exchange - wymiana zagraniczna).
Cóż, japońskie panie znalazły prosty i skuteczny sposób na zarabianie. Grały
na osłabienie jena, który systematycznie tracił na wartości względem dolara i
innych walut. Niestety, to, co dobre, nigdy nie trwa wiecznie. Na notowaniach
walut odbiły się też zawirowania, a w końcu panika na światowych giełdach po
ujawnieniu rozmiarów kryzysu na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych.
Jednak prawdziwy dramat japońskie inwestorki przeżyły 16 sierpnia tego roku. W
ciągu zaledwie jednego dnia jen umocnił się o 5 procent. Następne dni okazały
się dla nich jeszcze gorsze. Japońska waluta szła w górę, a one - grając na
spadek jej kursu - traciły pieniądze w błyskawicznym tempie. Tamtejsi
analitycy szacują, że tylko we wrześniu ich rodacy stracili na rynku walutowym
ok. 2,5 mld dolarów. Gospodynie inwestorki, które nie zdążyły zamknąć pozycji
(znakomita większość), straciły niemal cały kapitał.
- To przestroga przed stosowaniem zbyt dużej dźwigni finansowej, choć na ogół
zmienność cen na rynku walutowym jest znacznie mniejsza i rzadko przekracza 1
proc. dziennie - uspokaja Tomasz Korecki, prezes firmy EFIX Polska. - Wahania
o 0,2-0,5 proc. to już dużo, większe bywają tylko w dniach publikacji ważnych
danych ekonomicznych - dodaje.
Podpowiada też bezpieczniejszą strategię inwestowania w waluty: grę o
horyzoncie średnioterminowym, z wkładem własnym wynoszącym np. 10, a nie tylko
1 proc. wartości transakcji. Z takim depozytem można przeczekać 1-2 proc.
wahnięcia.
Przykład? Polacy mogli grać na trwałe osłabienie dolara względem złotego.
Jeszcze na początku 2004 r. dolar kosztował nieco ponad 4 zł, obecnie około
2,50 złotych. Na samym spadku kursu amerykańskiej waluty zarobili prawie 40
procent. Zakładając, że wybrali depozyt zabezpieczający na poziomie 10 proc.,
zysk wyniósł 400 proc. w niespełna cztery lata. A może jednak warto było
zastosować większą dźwignię finansową (1:100) i zarobić 4000 proc. w cztery
lata? Może i tak, ale nie w strategii ograniczonego ryzyka. W tym czasie dolar
parę razy umacniał się krótkoterminowo o 4-5 proc. i gracz stosujący
maksymalny lewar mógł niejednokrotnie stracić cały zainwestowany kapitał.
Mimo wszystko Forex kusi Polaków, a krajowe i zagraniczne domy maklerskie
licytują się, oferując coraz atrakcyjniejsze warunki.
- Mamy już kilka tysięcy klientów
- mówi z dumą Jakub Zabłocki, prezes i znaczący akcjonariusz spółki X-Trade
Brokers Dom Maklerski.
Poza Polską X-Trade uruchomił już swoją platformę transakcyjną w Czechach, a
lada moment ruszy oddział w Hiszpanii. Następne w kolejce są Włochy. W
przyszłym roku firma chce przeprowadzić publiczną emisję akcji i zadebiutować
na GPW. Jej celem jest utworzenie oddziałów i uruchomienie lokalnych wersji
polskiej platformy w całej Europie.
Jednak konkurencja między brokerami jest ogromna. Elektroniczne systemy
przeznaczone do handlu walutami oferuje kilku krajowych brokerów, m.in. Dom
Maklerski TMS Brokers (TMS Direct i MiniDirect ) oraz Dom Maklerski IDMSA (IDM
Trader, IDM MiniTrader). Klienci DM BOŚ mogą za pośrednictwem brokera
inwestować w kontrakty walutowe notowane na giełdach zagranicznych. Wszystkie
te firmy mają oczywiście stosowne pozwolenia i podlegają kontroli Komisji
Nadzoru Finansowego. Do tego dochodzą brokerzy zagraniczni działający w Polsce
na podstawie jednolitego paszportu europejskiego lub tacy, którzy dzięki luce
prawnej nie podlegają nadzorowi Komisji. Nadzór obejmuje podmioty oferujące
instrumenty finansowe, natomiast handel walutami (np. w kantorach) to już inna
strefa - rynek nieregulowany. W kategorii tej mieści się też tzw. spot-forex.
Od strony technicznej handel przypomina obrót kontraktami walutowymi, tyle że
formalnie każdorazowo dochodzi do zawarcia umowy kupna-sprzedaży walut.
Materia jest nieco zagmatwana i aż trudno uwierzyć, że afera WGI nie
odstraszyła Polaków od rynku walutowego.
- Oni przyjmowali pieniądze klientów w zarządzanie, obiecując im duże zyski.
My jesteśmy pośrednikiem i market makerem - mówi Jakub Zabłocki, szef X-Trade
Brokers. - Udostępniamy elektroniczną platformę handlową i oprogramowanie do
analizy rynku. Podajemy też ceny, po których w danym momencie jesteśmy gotowi
kupić lub sprzedać kontrakty walutowe. Klient inwestuje samodzielnie na swoim
rachunku. Zarabiamy na różnicy cen kupna/sprzedaży, jak kantor - wyjaśnia
Zabłocki.
Jego zdaniem dobrze się stało, że Komisja objęła nadzorem instrumenty pochodne
oparte na walutach i firmy oferujące dostęp do takich transakcji.
- To uwiarygodniło rynek i pośredników - uważa Zabłocki.
Nieco innego zdania jest Grzegorz Zalewski, autor książek o inwestowaniu w
instrumenty pochodne i szef portalu internetowego futures.pl.
- WGI nie popsuła rynku, bo trafiała do specyficznej grupy ludzi, którzy
uwierzyli reklamie i chcieli zarobić, powierzając swoje pieniądze profesjonalistom
- mówi Zalewski.
Tymczasem handel walutami na platformach elektronicznych rozkręcili w Polsce
starzy giełdowi wyjadacze, którzy szlify zdobywali, spekulując futures na
WIG20, notowanymi na GPW od 1998 roku. W 2002 r. zaczęli przenosić się na Forex.
- To było dno bessy, katastrofalnie spadły obroty kontraktami na indeks WIG20
i zmienność. Trudno było zarobić na futures - wspomina Zalewski.
Całość w magazynie Forbes
www.forbes.pl/forbes/2007/11/22/144_foreksowy_zawrot_glowy.html