Dodaj do ulubionych

belly dance....

14.05.05, 12:20
Ciezka codzienna praca expate'ow, to jedna strona medalu. Ale bywaja tez i
chwile wytchnienia i relaksu. Do takich przyjemnych momentow z zycia, czesto
sie wraca we wspomnieniach. Potrafia one przytloczyc skutecznie te wszystkie
zadry i chwile trudne. Do jedenj z wiekszych atrakcji Bliskiego Wschodu i
generalnie swiata arabskiego nalezy "taniec brzucha". Ciekawe czy polscy
expates maja cos do powiedzenia w tym temacie? Jakies wspomnienia, wrazenia?
Pierwszy raz obejrzalem taki taniec w Kairze. Bylem nim autentycznie
zauroczony. A powszechny entuzjazm meskiej publicznosci jaki towarzyszyl
tancerce w trakcie tanca i po jego zakonczeniu przerosl moje wszelkie
wyobrazenia o statecznosci i braku okazywania spontanicznego zadowolenia
przez arabow.
Obserwuj wątek
    • chaladia Re: belly dance.... 14.05.05, 18:19
      A mam coś do powiedzenie, jak najbardziej...
      W Kairze przy okazji mojego pierwszego pobytu się tego dzwiu napatrzyłem.
      Trzeba sobie od razu powiedzieć, że istnieją dwie odmiady belly dancing: jedna
      dla Białych, a druga dla miejscowych. Niewiele mają ze sobą wspólnego.
      Pierwszą oglądałem chyba w Sheratonie Gezira - tancerka była Biała, blondynka,
      chyba wogóle Skandynawka, ubrana w szarawary i stanik, z pięknie umięśnionym i
      płaskim brzuchem, którym ponętnie kręciła przy akompaniamencie wschodnie
      muzyki. Myślałem, że to JEST folklor - a to była Cepelia...
      Znajomy Egipcjanin zawiózł nas potem do jakiejś spelunki (nawet nie potrafiłbym
      dzIś powiedzieć, jaka to dzielnica była), gdzie był taniec brzucha dla
      Egipcjan. W zadymionej sali (połowa widzów paniła szisze, połowa papierosy)
      pojawiła się baba ważąca na oko 100 kG, ubrana w jedwabną nocną koszulę i
      zaczęła w takt muzyki "przywrzucać" swoje zwały tłuszczu. Widok był dla nas,
      Europejszyków, wysoce niesmaczny i daleki od jakiegokolwiek erotyzmu. Tymczasem
      widownia "oszlała". Panowie w galabijach i w garniturach rzucali tancerce pod
      nogi pieniądze, pierścionki nawleczone na bukieciki kwiatów (a w Kairze wcale
      nie łatwo o cięte kwiaty na bukiet), wrzeszczeli, tupali i blil brawo.

      Widowisko mieliśmy przednie, choć nie tancerka była w tym momencie głównym
      obiektem naszego zainteresowania...

      A co najciekawsze - nigdy nie widziałem podobnego entuzjazmu przy
      występach "belly dancers" w wersji "for turists". Co najwyżej jakieś oklaski na
      koniec.
      • survey06 Re: belly dance.... 16.05.05, 13:25
        To chyba ….. byliśmy w tym samym lokalu. Mnie i jeszcze jednego kolegę
        miejscowy obyty człowiek zawiózł z Zamalek gdzieś w rejon starego Kairu
        (kierunek wschodni). Na początku myśleliśmy, że nic z tej zapowiedzianej
        imprezy nie będzie. Czekaliśmy na przyjazd przewodnika dosyć długo. Ten czas
        oczekiwania umililiśmy sobie przez dokończenie butelczyny 0,7 Jasia
        Wędrowniczka zakupionego jeszcze za całe 10$ (och te czasy!) w Cairo Duty Free
        przy wjeździe do Egiptu. To była dobra decyzja. Sprawiła, że świat lokalny tego
        wieczoru (a właściwie nocy?) zdecydowanie wydał się piękniejszy i ciekawszy.

        Weszliśmy do gwarnej, zadymionej i mrocznej sali. Więcej światła było w okolicy
        niewielkiego proscenium. Koło tego kręgu, szykowała się do występu orkiestra.
        Kilku bębnistów, skrzypków i grajków na - ja to nazywam - większych i
        mniejszych gitarach z pourywanymi strunami. (Przepraszam, ale nazw tych
        miejscowych instrumentów, rodzaj gęśli itp., po prostu nie pamiętam. Do tego
        różnie je się nazywa w różnych regionach Bliskiego Wschodu) Dookoła same męskie
        towarzystwo. Większość zajęta paleniem szisz, rozmowami o interesach
        (Egipcjanie wszędzie i zawsze rozmawiają o interesach) oraz spożywaniem już
        bardzo późnej kolacji. Pożywienie to głównie kebaby, dedżadze (kurczaki),
        zapiekane bakłażany, papryka nafaszerowana ryżem, obowiązkowo mixed vegetable
        salad wymieszana z ich miejscowym serem, do kompletu humus bathina, orzeszki i
        inne przystaweczki. Nie byliśmy głodni, ale aby nie urazić gościnności
        skosztowaliśmy część z tego co było na stole. I aby nie urazić gościnności….
        nie mogliśmy też odmówić wszystkich wznoszonych piwem lub whisky „sakhethek –
        sahketkhum”. Do szklanek dolewano Jasia Wędrowniczka, ale dopiero później
        dowiedziałem się, że dostawa pochodziła z ….północnego Libanu i
        była „libańskiej domowej produkcji”. To zapewne spowodowało później u mnie
        chwilowe trudności zdrowotne, ale, wszak nie o tym jest ten wątek………

        Clou programu nastąpiło już dobrze w środku nocy. Na proscenium pojawiło się
        gdzieś 100 kg monstrum, prawdziwa bajadera wschodu ubrana w wąskie sleepy pod
        mocno przewiewnymi szarawarami i w obcisły stanik nabijany cekinami. Do
        kompletu, miała przerzucone coś na kształt woalu czy szalu. Ponoć to był strój
        typowy dla jakiejś pustynnej (czy południowej?) odmiany tańca brzucha. Wpierw
        zostały zaprezentowane jakieś kroczki i chodzenie w takt bębenków dookoła i po
        scenie. W miarę jak muzykanci przyśpieszali to i tancerka podążała za rytmem. I
        to wszystko, mimo swej pulchności, obfitości i jędrności kształtów ciała.
        Następnie zwolnienie tempa i znów przyśpieszenie. I tak kilka razy. Taka
        rozgrzewka. Ale widać było jak „baletnica” nabierała wiary w siebie i wigoru.
        Wreszcie jeden z siedzących na skraju sceny widzów wsadził tancerce zwinięty
        banknot za ozdobę na kostce. Za jego przykładem poszli inni, którzy zaczęli
        wciskać swoje zwitki za sleepy i za stanik. Moje skromne 5$ nic nie znaczyło
        wobec licznych banknotów 5 i 10 funtowych wpiętych przez innych uczestników
        spektaklu. Kilka złotych łańcuszków i pierścionków zawieszono też na
        szyi „artystki”. (kwiatów nie widziałem) W krótkim czasie, bajadera była
        obwieszona jak choinka w Boże Narodzenie. I, najprawdopodobniej, gdy uznała, że
        to już cała „manna” dla niej tej nocy, zaczęło się na poważnie kręceniem
        brzuchem, pępkiem, pośladkami, ramionami, głową i całą resztą. Przerzucanie
        biodrami, trzęsienie ramionami i udami, praca mięśni pośladków itp. Co raz
        wchodzenie (raczej wtlaczanie siebie) miedzy stoliki do bardziej krzykliwych
        obserwatorow i powrot na scene. Posylanie calusow, usmiechow oraz gesty
        przywitan i/lub pozegnan. Zapanowal ogolny entuzjazm. Pokrzykiwania,
        podrygiwania, klaskanie i inne formy ukontentowania zdawaly sie trwac bez
        konca. Oszalała i podniecona widownia jeszcze długo nie mogła dojść do siebie
        po występie. Bo taniec, tańcem, ale największą atrakcją dla miejscowych byłą
        możliwość obejrzenia sobie samej artystki. Wszak na Bliskim Wschodzie powiada
        się, że „jedwab wynaleziono po to, żeby kobiety mogły chodzić nago”. A ponadto,
        domeną kobiet Bliskiego Wschodu jest perfekcyjna depilacja.

        • pam_pa_ram_pam Re: belly dance.... 16.05.05, 18:04
          Ja w Dubaju widziałem belly dancing w wersji "dla turystów" i nie zrobił na
          mnie większego wrażenia. No, chyba że ten lichtarz z zapalonymi świecami, jaki
          tancerka miał na głowie, a właściwie fakt, że prawie się nie kiwał gdy
          wyczyniała naprawdę niesamowite rzeczy ze swoim brzuchem... falowanie mięśni,
          kręcenie w jedną i w drugą stronę itd itp...

          Spore za to wrażenie zrobił na mnie taniec siedmi zasłon, jaki na zamknietym
          oczywiście występie w pewnej rezydencji zrobiła dziewczyna z Indii. Niby zwykły
          strip-tease, ale w "wersji oryginalnej", tak jak przed setkami lat w haremie
          Wielkiego Mogoła... Ta Hinduska mieszkała w Emiratach już parę lat i podobno
          stale miała zapotrzebowanie na swoje występy. Tak od expatriate'ów, jak i
          Arabów.
          Także swoisty rodzaj expatriatki - czyż nie?
          • survey06 Re: To się zgadza… 01.06.05, 10:26
            To się zgadza…

            Hinduski strip-tease, który polega na rozwinięciu i zrzuceniu z siebie
            kilkumetrowego sari w rytm odpowiednio dobranej muzyki, wymaga dużych
            umiejętności i cierpliwości, a wykonywany profesjonalnie, potrafi dostarczyć
            silnych wzruszeń i uniesień erotycznych. I to niezależnie, czy „tancerka’
            wykonuje go w wersji full, czy też daje tylko „soft presentation”, kiedy na
            koniec spektaklu pozostawia na sobie coś w rodzaju takiego przezroczystego
            petticoat. Jednocześnie, taki strip-tease wykonywany prywatnie i w warunkach
            kameralnych, dopuszcza asystę w podtrzymywaniu odwiniętych przez tancerkę
            metrów sari. Bywa też, że „artystka” sama zachęca do zdejmowania z niej całego
            lub części kuponu materiału. I jeżeli już do takiej zabawy zostaniemy
            dopuszczeni, to w żadnym wypadku nie należy być natarczywym ani wykazywać
            odruchy jakiegokolwiek pośpiechu. I aby nam do głowy nie przyszedł pomysł
            turlania „artystką” po łożu lub po ......dywanie.
            • pam_pa_ram_pam Re: To się zgadza… 01.06.05, 11:02
              Ja myślę, że to się zgadza - przecież nie łżę...
              Generalnie to nasza kultura wydaje mi się najmniej przesycona erotyzmem.
              Cały ten hinduski taniec siedmiu zasłon, czy pokazy samby w Brazylii są
              elementami KULTURY i są jako takie akceptowane społecznie. Tymczasem u nas
              erotyka nijak nie stanowi elementu kultury, tylko coś wstydliwego.
              I nie dotyczy to tylko Polski, ale całej Europy Środkowo-Wschodniej - zarówno
              Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Czech, Beneluxu, Skandynawii itd.
        • chaladia Zapewne masz rację. 16.05.05, 20:35
          survey06 napisał:

          > To chyba ….. byliśmy w tym samym lokalu.

          Istotnie, z Zamalku jechaliśmy na wschód, w stronę Starego Kairu... atmosfera
          lokalu dokładnie taka sama, jak opisałeś, "orkiestra" też taka.
    • polishbellydancer Re: belly dance.... 08.06.05, 20:47
      zapraszam na forum: taniec brzucha
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29390
      • chaladia Re: belly dance.... 08.06.05, 21:24
        Dziewczyno, dziękujemy za zaproszenie, ale my tu wszyscy raczej nie nadajemy
        się na wykonawców tego rodzaju performance...
        • survey06 Re: belly dance.... 09.06.05, 07:49
          Mam rowniez uzasadnione obawy, ze jakikolwiek belly dance show
          w Polsce NIGDY nie dostarczy tylu wrazen i emocji co wykonywany
          "live" na Bliskim Wschodzie.
          • chaladia Re: belly dance.... 16.12.05, 15:32
            Do tego potrzeba tego gorąca, zapachu sziszy i arabskiego jedzenia (potu też).
            • survey06 Re: belly dance.... 16.12.05, 17:26
              Swieta racja Drogi Chaladia. Do tego potrzeba nie tylko "gorąca, zapachu sziszy
              i arabskiego jedzenia" ale rowniez (a moze przede wszystkim) ..... araku lub -
              ostatecznie - jakiegos przemyconego libanskiego bimberku. I jak tak to wszystko
              razem sie wymiesza, to nie wiadomo kiedy czlowiek zaczyna na krzesle podrygiwac
              a rece same skldaja sie do oklaskow. Gwoli scislosci to bylem tez w Londynie na
              belly dance w El Nile Restaurant, gdzie jest baaaaardzo slono, ale nic nie jest
              w stanie przebic tancow brzucha w Kairze.
    • survey06 Re: belly dance show w Mediolanie 16.01.06, 11:51
      Restauracja „Ali Baba” przy via Cadore we wschodniej części Mediolanu słynie ze
      znakomitej kuchni libańskiej. Nie można tutaj ot tak sobie wejść przypadkiem i
      prosto z ulicy, aby zjeść kolację. Stolik na wieczór należy zamówić z
      kilkudniowym wyprzedzeniem. Nam się udało odpowiednio wcześnie dokonać
      rezerwacji na ostatnią sobotę.

      Powiedzmy szczerze. Nie tylko szeroki i urozmaicony zestaw potraw, czy też
      specialités kuchni libańskiej, znakomite libańskie wina oraz przemili
      właściciele powodują, że lokal ma każdego dnia nadkomplet gości (z wyjątkiem
      niedziel, bo w niedziele restauracja jest zamknięta). Największą atrakcją
      każdego wieczoru jest BELLY DANCE wykonywany przez profesjonalne tancerki z
      mediolańskiej szkoły tańca brzucha. Codziennie ma swój show inna tancerka
      według grafiku.

      Wczorajszy wieczór należał do Danieli, jednej z liderek mediolańskiej szkoły.
      (W rejonie Mediolanu istnieją 3 rywalizujące ze sobą ośrodki kształcenia
      tancerek w sztuce tańca(ów?)Bliskiego Wschodu). Daniella ma włosy w kolorze
      naturalnego kasztanu sięgające do połowy pleców, duże stale uśmiechnięte oczy
      oraz – ogólnie – jest zgrabną i elegancką kobietą w wieku bliżej trzydziestki,
      ale …. nie bądźmy dociekliwi. Widać wyraźnie, że wagę musi, a co najważniejsze,
      potrafi trzymać stale pod kontrolą. Tancerka tej specjalności powinna już sama
      z siebie przyciągać, zaciekawiać i podniecać swoją osobą od momentu pojawienia
      się na scenie, gdyż taniec brzucha jest tańcem wybitnie erotycznym i ma właśnie
      dostarczyć takich odczuć i wzruszeń wszystkim widzom przybyłym na pokaz. Jej
      sie to udalo.

      W tym konkretnym przypadku, wszystko było zgodnie z oczekiwaniami. Przy każdym
      występie tancerki (miała 3 wejścia, każde po 10-12 minut) jędrne i kształtne
      piersi skrywał dobrze dobrany stanik. Pępek był przyozdobiony dyskretną
      błyskotką. Na brzuszku, kontrolowany, kształtny wałeczek tłuszczyku. Biodra,
      również kształtne, wyraziste. Poniżej już tylko szarawary, lub shifonowe
      zwiewne tiule sięgające do kostek. Oczywiście, staniki i spodniumy
      przyozdobione w różnokolorowe cekiny. Do całości dobrane odpowiednie obuwie.

      A sam taniec? Jej taniec był po prostu piękny. To było mistrzostwo. Elegancja
      ruchów i gestów, świetna praca mięśni, falowanie i podrzucanie biodrami, i
      wiele innych elementów składających się na pokaz, których trudno zliczyć a co
      dopiero opisać. I wszystko to na powierzchni kwadratu o boku nie większym jak
      2 - 2,5 metra wydzielonym między stolikami.

      Nie mogę porównać performance Danieli z tańcami brzucha, jakie widziałem w
      życiu wcześniej. Nie można porównywać ze względu na znaczny upływ czasu od
      tamtych wydarzeń, jak również i towarzyszących okoliczności. Należy się tylko
      cieszyć, że jest takie miejsce w naszej kochanej Europie, gdzie można
      skosztować przysmaków libańskiej kuchni śródziemnomorskiej i …. nacieszyć oko
      pełnym ekspresji tańcem brzucha.

      Ps. Uważne obserwacje profilu tancerki w trakcie jej trzeciego występy i w
      trzecim kostiumie a w szczególności, analiza kokardek i spinek na całej
      długości jej ud – utwierdza mnie w przekonaniu, że Daniella ten występ
      dała ”sans cullotte”. I jeśli tak, to można jej tylko pogratulować. „Dać do
      zrozumienia wszystko, bez pokazywania niczego” Brawo.

      To był bardzo miły wieczór.
      San Donato Milanese; 15-01-2006
    • skawel bialy belly dance w bombaju 18.01.06, 13:13
      Lea, kolezanka z Holandii pracowala w sylwestra jako tlo imprezy. W Indiach
      dobra impreza, presizowa i w ogole nie moze odbyc sie bez bialych. Placi sie za
      smo pojawienie sie bladej twarzy lub barmanstwo w bardzo okrojonym niemeczacym
      zakresie(barmanka Manu nawet nie nalewala drinkow czy piwa lecz tylko podawala
      pelne naczynia).
      Lea oprocz robienia za tlo zostala poproszona o Belly Dance, ktory wykonala za
      stosowne honorarium pierwszy raz w zyciu. Hindusi byli zachwyceni :)))
      • chaladia Zaiste 18.01.06, 20:07
        Pamiętam, że w Egipcie i w Sudanie obecność chaładzi na weselu była
        podkreśleniem pozycji państwa młodych, a właściwie ich rodzin. Ludzie związani
        z projektami, na których bywałem zatrudniony nigdy nie omieszkali zaprosić tylu
        chaładzi, ilu się dało na wszelkie takie uroczystości. A my nie odmawialiśmy,
        bo to była bardzo fajna rozrywka. Tyle, że panowie bawili się w swoim kręgu, a
        panie w swoim, co było mocno deprymujące dla nas.

        W Egipcie panuje zwyczaj, że wesele wyprawia się na ulicy, to znaczy wynajmuje
        się specjalny namiot, który rozwiesza się pomiędzy domami na całą szerokość
        ulicy, a asfalt lub cokolwiek stanowi nawierzchnię zaścieła sie dywanami. W
        środku muzykanci, żarcie, weselnicy, ale kto musi przejść - przechodzi przez
        środek. Znaczniejszych przechodniów, a zabłąkanych przez przypadek Białych to
        już obowiązkowo, osoba pełniąca obowiązki gospodarza czy też wodzireja wciąga
        do zabawy. W 99% przypadków to miłe, ale czasami człowiek gdzieś się śpieszył,
        choćby i nadać list na dworcową pocztę w Asjut (a do odjazdu posiągu została
        ledwo godzina), a tu ciągną za rękaw, tażą tańczyć w kółeczku itd itp
        atrakcje...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka