mama_dorota
15.12.17, 13:57
Czy waszym dzieciom to się przydarzyło?
Mojej córce przynajmniej 2 razy zginęły pieniądze w szkole, była jeszcze wcześniej jedna sytuacja, w której nie byłam tego pewna, ale to wzbudziło moją czujność. Za każdym razem zginęło 50 zł, sam portfel i drobne zostały. Oczywiście jest taka możliwość, że córka zgubiła pieniądze, ale analizując ostatnie lata widzę, że ginęły tylko w szkole.
Ona nie nosi pieniędzy do szkoły bez powodu, tylko wtedy, gdy płaci za obiady i rok temu gdy chodziła prywatnie na rehabilitację zaraz po szkole.
Mam wszelkie powody, żeby córce wierzyć, z nami rozlicza się zawsze z paragonem, nie kłamie, teraz wyjęła portfel, żeby nam oddać resztę po zapłaceniu za obiady (mąż dał jej na to 100 zł, ale było potrzebne 40, nie miał drobniej) i to przy nas odkryła, że pieniędzy nie ma. Wypytana przez nas, odpowiadała, co robiła z portfelem, sprawdziła ubranie, także kurtkę, przetrząsnęliśmy plecak i banknot się nie znalazł.
Tak poprzednio, jak i teraz powiadomiłam wychowawcę, ale zadzwoniłam też do pani przyjmującej opłaty za obiady z pytaniem, dlaczego nie można płacić za obiady na konto. Tam się dowiedziałam, że od stycznia będzie można, ale pani poradziła jeszcze porozmawiać z dyrektorem. No i się zaczęło...
Pani dyrektor najpierw niezbyt przyjemnie dała mi do zrozumienia, że już poprzednio rozmawiała o tym z córką i że córka nie powinna zostawiać portfela w plecaku, tylko nosić przy sobie, a podczas lekcji wf oddawać nauczycielowi. Zgadzam się z tym, sami to dziecku powiedzieliśmy, ale mój telefon do dyrekcji dotyczył tego, że trzeba zrobić wszystko, co możliwe, żeby ewentualnego złodzieja poznać, korzystając ze szkolnego monitoringu.
Pani dyrektor w czasie naszej rozmowy obiecała, jeśli to będzie możliwe, sprawdzić dzieje plecaka na monitoringu, poprosiła też, żebym wysłała do niej córkę, aby wskazała jej, gdzie kładła plecak, co niestety zrobiłam, a tam moje dziecko miało bardzo niemiłą rozmowę. Po tej rozmowie napisałam tylko przez dziennik do dyrektorki, że jak dotąd żałuję, że do niej zadzwoniłam, a jeszcze bardziej, że wysłałam do niej córkę.
Co o tym myślicie? Jakie macie doświadczenia z takich sytuacji?
Mój podstawowy wniosek z tej sytuacji jest taki, że już więcej córki do tej kobiety samej nie wyślę i będziemy unikać jak ognia zabierania gotówki do szkoły.