Gość: Wtorek
IP: *.g.pppool.de
27.03.04, 02:12
Teokracja Busha
http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2816/kraj07.php
Dziennikarz zapytał premiera Wielkiej Brytanii Tony'ego Blaira: "Czy modli
się pan razem z prezydentem Bushem?". Pytanie było o tyle zasadne, że
ewangelicki fundamentalizm czterdziestego trzeciego prezydenta USA coraz
wyraźniej zabarwia scenę polityczną w Ameryce. Religijne ornamenty nadały
szczególną wymowę przemówieniu George'a Busha, jakie wygłosił 1 maja na
pokładzie lotniskowca "Lincoln". Nie tylko obwieścił zakończenie zwycięskiej
kampanii w Iraku, ale uznał, że akcja militarna była częścią "Bożego planu".
Nie powiedział: "Niech Bóg błogosławi Amerykę". Powiedział: "Niech Bóg nadal
błogosławi Amerykę".
Kiedy tuż po zamachu z 11 września 2001 r. do Białego Domu zaproszono na
spotkanie z prezydentem kilkunastu przedstawicieli różnych wyznań
religijnych, w mesjanistyczny ton uderzył Gerald Kieschnick, przewodniczący
Luterańskiego Synodu z Missouri: "Panie prezydencie, to Bóg wezwał pana,
swego sługę, na czasy tak trudne, jak obecne". Bush miał
odpowiedzieć: "Przyjmuję tę odpowiedzialność". Wedle relacji
pisma "Christianity Today", prezydent wyznał duchownym, że był "grzesznikiem
i pijakiem, któremu brakowało w życiu poczucia sensu", aż "wszystko odmieniło
się" dzięki iluminacji, jakiej doznał podczas rozmowy z pastorem Billy
Grahamem.
Dla wielu Amerykanów iluminacją był sam atak z 11 września. Od tamtej pory
nastrój w kraju zmienił się nie do poznania. Relatywizm kulturowy jest w
odwrocie, gdyż - jak napisała w "Wall Street Journal" Peggy Noonan - "Bóg
powrócił". O takim cudzie zapewnia znany teleewangelista Jerry Falwell,
rektor Uniwersytetu Wolności, który twierdzi, że terrorystyczny napad był
boską karą za niegodziwości, jakich dopuszczają się feministki, aborcjoniści,
homoseksualiści i członkowie Amerykańskiego Związku na Rzecz Wolności
Obywatelskich.
Instytucjonalizacją nowiny kieruje prokurator generalny John Ashcroft, który
wprowadził do Departamentu Sprawiedliwości obyczaj porannych modlitw i sesji
studiów biblijnych. Krytykowany przez Demokratów, że przekształca urząd
państwowy w kaplicę, Ashcroft wyjaśniał: "Ameryka tym się różni od innych
krajów, że jej duchowe źródło jest wieczne - i nie będziesz miał króla ponad
Jezusa Pana".
W imię bezpieczeństwa
"Zgromadzenie w tych samych rękach całej władzy - legislacyjnej, wykonawczej
i sądowej - może służyć jako definicja tyranii" - pisał w XIX w. prezydent
USA James Madison. Cytat ten można też odnieść do mesjanistycznej rewolucji
prawnej przeprowadzanej pod patronatem Ashcrofta. Jej zwiastunem był zestaw
antyterrorystycznych regulacji zawartych w ustawie zwanej potocznie "Aktem
Patriotycznym USA". Ducha zmian najlepiej oddaje projekt o nazwie "Terrorism
Information and Prevention System", w skrócie TIPS (w slangu "tip"
oznacza "cynk" - radę lub poufną informację), który przewiduje przeszkolenie
milionów wolontariuszy - rekrutujących się spośród listonoszy, pracowników
elektrowni i innych grup zawodowych mających na co dzień styczność z
domostwami Amerykanów - tak, by zbierali informacje o "podejrzanych
osobnikach" i przekazywali je władzom.
Projekt ustawy "O zwiększeniu bezpieczeństwa krajowego" przewiduje, że
obywatele - aresztowani np. na podstawie donosu - nie będą mieli prawa do
poznania zarzutów, które im się stawia, a samo zatrzymanie będzie objęte
klauzulą tajności. Z punktu widzenia swych rodzin staną się oni zaginionymi
bez wieści. Paragraf 501 projektu stanowi, że Amerykanie będą mogli być
pozbawiani obywatelstwa, jeśli władze uznają, że współdziałali z grupą uznaną
przez prokuraturę za organizację terrorystyczną. Dokąd wyjadą bezpaństwowcy?
Do Iraku czy Polski?
Procedury te przetestowano już na emigrantach. Nielegalni emigranci mogą być
trzymani w areszcie w nieskończoność, bez prawa do obrony. Gdy Urząd
Imigracyjny ujął się za jednym z nich, Davidem Josephem, 18-letnim
uciekinierem politycznym z Haiti, decyzję - by zwolnić go za kaucją -
zawetował sam Ashcroft twierdząc, że Haitańczyk musi pozostać zamknięty "tak
długo, jak trzeba". Zwolnienie mogłoby być sygnałem dla innych chętnych do
osiedlania się w Ameryce, co z kolei stanowiłoby problem społeczny zasysający
federalne środki przydatne gdzie indziej - do walki z terroryzmem. Zgodnie z
tą logiką każdy program społeczny wymagający rządowych funduszy (np. pomoc
dla bezdomnych) staje się de facto wspólnikiem terroryzmu i jako taki
powinien być zwalczany. Logikę tę wspiera doktryna moralna, wedle której
nawet osoba nie będąca zagrożeniem dla innych może być uwięziona i ukarana po
to, by służyć jako przypadek odstraszający. Nawet zdaniem redakcji
konserwatywnego "Chicago Tribune" "zamykanie niewinnego po to, by odstraszyć
potencjalnie winnego, nie jest polityką służącą amerykańskim wartościom".
Publiczna samokrytyka
Zakres szykan to oczywiście rzecz względna. Więźniowie Fidela Castro zapewne
z pobłażaniem powiedzieliby: cóż to za represje? Ktoś z Polski doda: gdzież
tu do naszego stanu wojennego? I zrelatywizuje - polski stan wojenny i tak
był pestką w porównaniu z np. sytuacją w Rumunii. Takie zestawienia obrażają
jednak tych Amerykanów, którzy wciąż wierzą, że ich republika została
ufundowana na ideałach Oświecenia.
Dla obrony swych praw tworzą więc ponadpartyjną koalicję, która teoretycznie
nie powinna powstać w kraju kwitnącej demokracji. Marsz protestacyjny jest
zawsze sygnałem, że konwencjonalny przekaz poglądów - poprzez biura poselskie
i agendy rządowe - nie działa. Ktoś mógłby sądzić, że demonstrujące wiosną
tego roku miliony Amerykanów - tłumy liczniejsze od tych, które wpłynęły na
zmianę polityki rządu wobec wojny w Wietnamie - znów odegrają historyczną
rolę. Nic podobnego: w ocenie prezydenta Busha owe miliony to ledwie "grupka
dyskusyjna", która w żaden sposób nie może wpłynąć na jego decyzje.
Prawdziwe problemy dla demonstrantów zaczynają się jednak dopiero po
zakończeniu ulicznego protestu; w samotności obywatela, do którego dobiera
się państwo i sojusznicze korporacje. Oto skrajne przykłady ilustrujące
klimat polityczny, w którym "jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam".
W marcu republikański senator John Minnis przedstawił w legislaturze stanu
Oregon projekt ustawy określającej jako terrorystów wszystkich, którzy
uczestniczą w antyrządowych demonstracjach. Przesłanka: angażują siły policji
potrzebne gdzie indziej. Przewidywana kara: 25 lat więzienia.
Agenci FBI nie wpuszczają na pokład samolotu w San Francisco działaczek
pokojowych Rebeki Gordon i Janet Adams. Na czarną listę osób, które z powodów
politycznych nie mogą podróżować liniami lotniczymi w USA, trafiają
dziesiątki antywojennych aktywistów. Prawicowy "New York Sun" pisze w
komentarzu odredakcyjnym, że aktywiści w istocie działają na rzecz Saddama
Husajna i wobec tego muszą być karani jak zdrajcy.
Richard Abdoo odważył się wpłacić 250 dolarów na rzecz funduszu
antywojennego. Po ukazaniu się listy ofiarodawców z jego nazwiskiem i
funkcją - główny menedżer w Wisconsin Energy Corporation - został pod groźbą
zwolnienia z pracy zmuszony przez firmę do złożenia publicznej samokrytyki.
Nauczycielka Carmelita Roybal ze szkoły średniej z Rio Grande otrzymała od
dyrekcji naganę za noszenie plakietki "NIE dla wojny w Iraku". Prawnik
Stephan Downs zostaje aresztowany w nowojorskim supermarkecie, gdy odmawia
policjantom zdjęcia bluzy z napisem "Pokój na ziemi".
Ktoś mógłby zapytać: co się stało z piękną polską alergią na autorytarne
chamstwo, bez względu na to, gdzie i kiedy się ono pojawia? Dawniej, gdy za
błahostkę - jak noszenie znaczka "Solidarności" lub opornika w klapie -
dawano w PRL naganę, w alternatywnej prasie podnoszono raban. A dziś?
"Uważaj na to, co mówisz"
Leniwy obserwator, by dowieść, jak dobrze ma się amerykańska debata