05.07.06, 20:03
Obserwuj wątek
    • itp432 Re: Farys 05.07.06, 20:10
      FARYS
      KASYDA NA CZEŚĆ EMIRA TADŻ-UL-FECHRA UŁOŻONA,
      Janowi Kozłów na pamiątkę przypisana



      Jak łódź wesoła, gdy uciekłszy z ziemi
      Znowu po modrym zwija się krysztale,
      I pierś morza objąwszy wiosły lubieżnemi
      Szyją łabędzią buja ponad fale:
      Tak Arab, kiedy rumaka z opoki
      Na obszar pustyni strąca,
      Gdy kopyta utoną w piaszczyste potoki
      Z głuchym szumem, jak w nurtach wody stal gorąca.

      Już płynie w suchym morzu koń mój i rozcina
      Sypkie bałwany piersiami delfina.
      Coraz chyżej. coraz chyżej,
      Już po wierzchu żwir zamiata;
      Coraz wyżej, coraz wyżej,
      Już nad kłąb kurzu wylata.
      Czarny mój rumak jak burzliwa chmura,
      Gwiazda na czole jego jak jutrzeńka błyska,
      Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,
      A nóg białych polotem błyskawice ciska.

      Pędź, latawcze białonogi!
      Góry z drogi, lasy z drogi!

      Daremnie palma zielona
      Z cieniem i owocem czeka:
      Ja się wydzieram z jej łona;
      Palma ze wstydem ucieka,
      Kryje się w głębi oazy
      I szmerem liści z mojej dumy się uśmiecha.

      Ówdzie granic pustyni pilnujące głazy
      Dziką na Beduina poglądają twarzą,
      Kopyt końskich ostatnie podrzeźniając echa,
      Taką za mną groźbą gwarzą:


      "O szalony! gdzie on goni,
      Tam od ostrych słońca grotów
      Głowy jego nie ochroni
      Ni palma zielonowłosa,
      Ni białe łono namiotów,
      Tam jeden namiot - niebiosa.
      Tylko skały tam nocują,
      Tylko gwiazdy tam koczują".

      Daremnie grożą, daremnie!
      Pędzę i podwajam razy.
      Spojrzałem, aż dumne głazy
      Zostały z dala ode mnie,
      Uciekają rzędem długim,
      Kryją się jeden za drugim.

      Sęp usłyszał ich groźbę i ślepo uwierzył,
      Że Beduina weźmie na pustyni jeńcem,
      I w pogoń za mną skrzydłami uderzył,
      Trzykroć czarnym obwinął głowę moję wieńcem.

      "Czuję - krakał - zapach trupi,
      Jeździec głupi, rumak głupi.
      Jeździec w piaskach szuka drogi,
      Szuka paszy białonogi.
      Jeźdcze, koniu, pusta praca,
      Kto tu zaszedł, nie powraca.
      Po tych drogach wiatr się błąka
      Unosząc z sobą swe ślady;
      Nie dla koni jest ta łąka,
      Ona tylko pasie gady.
      Tylko trupy tu nocują,
      Tylko sępy tu koczują". -

      Kracząc, lśniącymi szpony w oczy mi urągał,
      I spójrzeliśmy sobie trzykroć oko w oko.
      Któż się uląkł? - Sęp uląkł i uciekł wysoko.
      Kiedym go chciał ukarać i majdan naciągał,
      I gdym sępa oczyma poza sobą tropił,
      Już on wisiał w powietrzu, jako plamka szara,
      Wielkości wróbla - motyla - komara -
      Potem się całkiem w błękicie roztopił.


      Pędź, latawcze białonogi!
      Skały z drogi, sępy z drogi!


      Wtenczas obłok zachodni wyrwał się spod słońca,
      Gonił mię białym skrzydłem po błękitnym sklepie;
      On w niebie za takiego chciał uchodzić gońca,
      Jakim ja byłem na stepie.
      Nad głową moją zawisnął,
      Taką groźbę za mną świsnął:


      "O szalony! gdzie on goni,
      Tam pragnienie piersi stopi,
      Obłok deszczem nie odkropi
      Osypanej kurzem skroni;
      Strumień na błoniu jałowem
      Nie ozwie się srebrnym słowem;
      Rosa nim na ziemię spadnie,
      Wiatr ją głodny w lot rozkradnie".

      Daremnie grozi! Pędzę i podwajam razy;
      Obłok strudzony zaczął po niebie się słaniać,
      Coraz niżej głowę skłaniać;
      Potem oparł się na głazy.
      A gdym oczy raz jeszcze ze wzgardą obrócił,
      Jużem o całe niebo w tyle go porzucił.
      Widziałem z twarzy, co on w sercu knował:
      Zaczerwienił się od złości,
      Oblał się żółcią zazdrości,
      Na koniec jak trup sczemiał i w górach się schował.

      Pędź, latawcze białonogi,
      Sępy z drogi, chmury z drogi!

      Teraz oczy kręgiem słońca
      Okręciłem koło siebie;
      I na ziemi, i na niebie
      Już nie było za mną gońca.
      Tu natura snem ujęta
      Nigdy ludzkich stóp nie słyszy;
      Tu żywioły drzemią w ciszy,
      Jak niepłoszone zwierzęta,
      Których stado nie ucieka
      Widząc pierwszą twarz człowieka. -

      Przebóg! ja tu nie pierwszy! śród piaszczystej kępy
      Oszańcowane świecą się zastępy.
      Czy błądzą, czy z zasadzki czatują na łupy?
      Jeźdce w bieli i konie straszliwej białości!
      Przybiegam - stoją; wołam - milczą; to są trupy!
      Starożytna karawana,
      Wiatrem z piasku wygrzebana!
      Na skieletach wielblądów siedzą jezdców kości.
      Przez jamy, gdzie były oczy,
      Przez odarte z ciała szczęki
      Piasek strumieniem się toczy
      I złowrogie szemrze jęki:
      "Beduinie opętany!
      Gdzie lecisz? tam huragany!"

      Ja pędzę, ja nie znam trwogi.
      Pędź, latawcze białonogi!
      Trupy, huragany z drogi!

      Huragan, z afrykańskich pierwszy wichrzycieli,
      Przechadzał się samotny po żwiru topieli.
      Obaczył mię z daleka, wstrzymał się i zdumiał,
      I kręcąc się na miejscu tak do siebie szumiał:
      "Co tam za jeden z wichrów, moich młodszych braci,
      Tak poziomego lotu, nikczemnej postaci,
      Śmie deptać lądy, którem w dziedzictwie osiągnął?"
      Ryknął i ku mnie w kształcie piramidy ciągnął.
      Widząc, żem był śmiertelny i nieustraszony,
      Ze złości ląd nogą trącił,
      Całą Arabiją zmącił
      I jak gryf ptaka porwał mię w swe szpony.
      Oddechem ognistym palił,
      Skrzydłami kurzawy walił,
      Ciskał w górę, bił o ziemię,
      Nasypywał żwiru brzemię,
      Ja zrywam się, walczę śmiało,
      Targam jego członków kłęby,
      Ćwiertuję piaszczyste ciało,
      Gryzę go wściekłymi zęby. -

      Huragan chciał z mych ramion w niebo uciec słupem:
      Nie wydarł się; w pół ciała zerwał się i runął,
      Deszczem piasku z góry lunął
      I legł u nóg mych długim jak wał miejski trupem.

      Odetchnąłem! ku gwiazdom spoglądałem dumnie;
      I wszystkie gwiazdy oczyma złotemi,
      Wszystkie poglądały ku mnie:
      Bo oprócz mnie nie było nikogo na ziemi.
      Jak tu mile oddychać piersiami całemi!
      Oddycham pełno! szeroko!
      Całe powietrze w Arabistanie
      Ledwie mi na oddech stanie.
      Jak tu mile poglądać oczyma całemi!
      Wytężyło się me oko
      Tak daleko! tak szeroko!
      Że więcej świata zasięga,
      Niż jest w kole widnokręga.
      Jak miło się wyciągnąć ramiony całemi!
      Wyciągnąłem ku światu ramiona uprzejme,
      Zda się, że go ze wschodu na zachód obejmę.
      Myśl moja ostrzem leci w otchłanie błękitu,
      Wyżej, wyżej i wyżej, aż do niebios szczytu.
      Jak pszczoła topiąc żądło i serce z nim grzebie,
      Tak ja za myślą duszę utopiłem w niebie!



      r. 1828.

    • itp432 Re: Farys 06.07.06, 10:26
      nusratforever.com/avlibrary/audio/tumhain_dilagi_bhool.mp3
      Pendżabskie miłosne qawwali. Cudo rytm.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka