Dodaj do ulubionych

bear mountain, 6:15

IP: *.dyn.optonline.net 13.11.05, 22:29
6:15am
sniadanie. sprawdzam, co tam na forum, laduje punkty do gpsa, pakuje torbe z
aparatem do bagazu. do tego batony, gatorade, dwie pary rekawic i ruszam.

7:55am
skrecam z jedenestej alei w piecdziesiata osma ulice. na parkingu przed
salonem bmw juz czeka perry i facet w czerwonym aerostichu (wiekszosci imion
nie pamietam). pery mial byc na bialoniebieskim r1200s, a jest na jakims
innym sporcie. czerwony aero nie wiem, na czym mial byc, ale jest na r1150gs
z powiekszonym zbiornikiem, kuframi i klockami na kolach. sport okazuje sie
byc r1200s tyle, ze bez plastikow na lewej burcie, bo perry doswiadczyl low
side wczoraj. dlatego perry sie nie wita - wyladowal na prawym nadgarstku.
pery i czerwony siedza na barierce; pery w jednoczesciowym, szarym aerostichu
ze skreconym kablem widdera luzno zwisajacym kolo kolan. gadka szmatka tez
jest luzna i po chwili przyjezdza chlopak na drz400sm. slyszelismy go, nim
sie pojawil. suzi znika za gs czerwonego aerosticha i przez chwile jeszcze
slychac tylko yoshimury; po chwili zza kufrow wyglada czerwony nolan, a potem
cala postac w bialoszarozoltym jednoczesciowym kushitani z puchowa kamizelka
na wierzchu. kushitani nie bedzie jechal w ogonie. jeszcze chwila i pojawia
sie drugi gs - adventure tym razem. jason ma na sobie zoltego aerosticha i
ciesze sie, bo wiem, ze jego imie akurat bede w stanie zapamietac. pozniej
okaze sie, ze on zapamieta moje. dobra, czas minal, zbieramy sie. kushitani
zza gsa wyjechal z przednim kolem ponad siodlem. posadzil suzi przed
kraweznikiem, a za kraweznikiem znow wystartowal. on nie bedzie w ogonie.
piec minut na west side highway az do mostu washingtona. jedyne urozmaicenie
to trzaskanie szyba w kasku: mgla/jazgot, mgla/jazgot, mgla/jazgot...
pierwszy zjazd za mostem i jestesmy na palisade parkway. stad tylko
pietnascie minut pierwszorzednego asfaltu i wjezdzamy na taras widokowy state
line lookout. cieknie mi z nosa.

8:35am
gadka szmatka. po pieciu minutach przyjezdza walter. facet cos po
piecdziesiatce, z ktorym mialem wielka przyjemnosc jezdzic juz pare razy.
ciesze sie, bo dzis - posrod floty kilku motocykli - wybral swoja granatowa
caponord. wiem juz, ze bede mogl czerpac z jego osadow. walter wita sie ze
wszystkimi, ale jest wciaz obolaly i prosi o powsciagliwosc. dwa tygodnie
temu, na transalpie, przezyl spotkanie z asfaltem. sarny. perry siedzi na
kamieniach; nie podaje dloni nikomu.

(www.advrider.com/forums/showthread.php?t=102158&page=3&pp=15)
(www.advrider.com/forums/showthread.php?t=102158&page=4)

gadka szmatka. przyjezdza pirat na czerwonym r1150r. i niedlugo po nim facet
w szarym aerostichu na czarnym r1150gs. szary aerostich ma azjatycka
fizjonomie, ale sladu obcych nalecialosci w akcencie. chinczyk ma anakees na
kolach, w kokpicie gps i radar detector. znaczy szybko jezdzi. to oczywiste,
wszyscy faceci w aerostichach szybko jezdza. walter nie ma aerosticha, ale ma
wykrywacz. ze jezdzi jak szatan, wiem od dawna.
zbieramy sie. na motocyklach jeden spoglada na drugiego. wiadomo: pierwszy
jedzie walter. za walterem, na tylnym kole startuje kushitani. chinczyk
omiata wzrokiem horde i rusza trzeci. po nim perry na niesymetrycznym
sporcie. jason i czerwony aero patrza na mnie i na siebie nawzajem. czekam,
bo przeciez mimo klockow na kolach maja na sobie aerostichy. pirat nie patrzy
na nikogo. rusza czerwony aero, za nim jason dzwiga siebie i przednie kolo
swojego gsa, ja i pirat. przed wyjazdem na highway mijamy kogos na kawie
concours. zawraca - on bedzie w ogonie.
na highwayu: przepisowe 20 mph ponad ograniczenie, wszyscy w wypatrzonym,
naturalnym porzadku. kushitani tuz za walterem, jakies sto jardow przede mna,
a doskonale slysze jego yoshimury. zabiajaja wszystkie inne dzwieki. perry
jedzie wezykiem - grzeje gumy. po dziesieciu minutach na hwy 303 zjezdzamy w
greenbush road. zaczyna sie, ku.....

cdn
Obserwuj wątek
    • okrutny_mariuszek Re: o kur*a! co za gów*o! 13.11.05, 23:26
      ty ny czep sie opisu tutaj:
      yarrai.sympatia.onet.pl/
      jak chcesz zgłuszyć coś innego niż iRenke to przynajmniej stwarzaj pozory
      człowieka któremu oprócz głupich zdjęć coś jeszcze w życiu wyszło.

      ny napisał:

      Mój wymarzony partner:

      bede wiedzial, gdy poznam
      (byle miala pryncypia; byle nie wpisywala w rubryce 'moj wymarzony partner' na
      pierwszym miejscu 'wysportowany', badz 'inteligentny' i byle nie nie szukala
      niczego...)
              • Gość: NYorker dziekuje IP: *.dyn.optonline.net 14.11.05, 01:03
                wykorzystam te okazje i zapytam... w polsce dochodzi pierwsza w nocy, a ty
                wciaz sleczysz nad internetem. odwiedzasz moja strone, komponujesz sobie
                sygnaturke, kopiujesz moje zdjecia, czytasz moje wszystkie posty... dlaczego
                mariuszku nie spisz? dlaczego od ponad godziny jestes skupiony nade mna? tak
                bardzo mnie nienawidzisz, ale tyle swojego cennego czasu prawnika poswiecasz
                mnie, ohydnie brzydkiej, debilnej, niemeskiej postaci, ktorej sie brzydzisz. no
                wiec dlaczego wciaz nie spisz? dlaczego przeczytales moj nadluzszy, bezsensowny
                tekst od poczatku do konca? ba, nawet poswiecisz swoj czas i wpiszesz sie do
                ksiegi gosci na mojej stronie sympatii...
                dlaczego?

                kamil, yarrai.sympatia.onet.pl

                ciemny szatyn, szczupla budowa ciala, 194 cm wzrostu. mgr.inz. arch. mgr
                ochrony srodowiska. koziorozec. tatuaze. palacy, pijacy. jezdzacy motocyklem za
                dnia, spiacy w nocy. nie z mezczyznami. przykro mi mariuszku.
      • Gość: NYorker Re: o kur*a! co za gów*o! IP: *.dyn.optonline.net 13.11.05, 23:38
        to bylo juz na forum, mariuszku. sam ten adres kiedys tu zamiescilem. poza tym
        nie wiem, co to znaczy 'jak chcesz zgluszyc'. nawet, jezeli zaczalbys ten zwrot
        od 'jezeli', to i tak nie widzialbym, coz znaczy 'zgluszyc kogos'. poza tym,
        przeczytaj moja odpowiedz (przeczytasz i tak) dla lysouta. nie musze niczego w
        zyciu udawac, ani niczego dla kogokolwiek robic.

        mniej krowich plackow w zyciu zycze.
    • ireo Re: bear mountain, 6:15 13.11.05, 23:27
      na razie wpisał się jeden z nielicznych użytkowników forum rzeczywiście
      jeżdżących motocyklem oraz dwuosobowy chór zawistnych Polaków wziętych
      prosto z Mrożka. i jeden niezrzeszony. jak ktoś dopisze coś na temat to mnie
      obudźcie
      • okrutny_mariuszek Re: bear mountain, 6:15 13.11.05, 23:30
        iRenka napisał:
        > na razie wpisał się jeden z nielicznych użytkowników forum rzeczywiście
        > jeżdżących motocyklem oraz dwuosobowy chór zawistnych Polaków wziętych
        > prosto z Mrożka. i jeden niezrzeszony. jak ktoś dopisze coś na temat to mnie
        > obudźcie

        To po ch*j sie wpisujesz? Jako jeden z nielicznych userów 4um rzeczywiscie
        jeżdżący motocyklem siedź cicho i nie wpierd*laj się między mężczyzn.

        Napisz jednak jakąż to magiczną maszyną jeździsz Potterze
    • Gość: NYorker bear mountain, 9:20 IP: *.dyn.optonline.net 13.11.05, 23:30

      9:20am (jakos tak)

      nie widze waltera, nie widze kushitaniego. chinczyka tez. miga mi jason, ale
      zazwyczaj gninie za zakretem. nie widze drogi, bo aluminiowe kufry na gsie
      czerwonego aero siegaja od kraweznika do kraweznika. wpatruje sie w jego
      swiatlo stopu. na szczescie droga wciaz cywilizowana i chlopaki nie rozpedzaja
      sie.
      dziesiec minut i wyjezdzamy na wielopasmowke: skrzyzowania i sygnalizatory.
      walter przyjechal ze srodkowego new jersey i nie pamieta okolicy. szukamy
      zjazdu, a rytm swiatel rozrywa grupe. w miedzy czasie znalazlem sie za
      walterem, kushitani, chinczykiem, perrym i jasonem. reszta przepadla, gdy
      zawracalismy gdzies wczesniej. na kazdym kolejnym skrzyzowaniu ogladamy sie do
      tylu i wpatrujemy sie w waz samochodow ruszajacych spod poprzednich swiatel.
      kierowcy wlampiaja sie w nas. przed nami, kazdy zjezdza na prawy pas. kushitani
      robi wheelie, jesli ktos sie spoznia. pojawia sie reszta, a walter znajduje
      zjazd.
      miga mi tabliczka: 'willow grove rd' - ostatnia, jaka widzialem. ku.., zaczyna
      sie na dobre... droga jest dosc szeroka; kazdy pas na dwa samochody, ale
      praktycznie bez prostych. skrecona jak zmija noca. rzadki las po obu stronach,
      wiec czesto widze waltera z kushitanim. za nimi chinczyk jak zjawisko i jason
      jak posag. poierwsze winkle i widze, jak perry macha mi lewa noga. zwalnia. ma
      najdluzszy rozstaw osi i motocykl od tygodnia (downside mial po dwoch dniach) -
      nie wtopil sie jeszcze w nowy sprzet, nie czuje sie dobrze w ciasnych winklach.
      poza tym kontuzja. mijam perrego i przenosze wzrok na jasona, raczej na jego
      swiatlo stopu, bo ruchow cialem nie czyni zadnych - monument skladajacy sie to
      w prawo, to w lewo. szybko stwierdzam, ze jason prawie w ogole nie hamuje. te
      gsy niezle hamuja silnikiem. staram sie kopiowac kat, pod ktorym sklada sie w
      zakrety. nie mysle nawet o tym, ze adventure ma wyzsze zawieszenie. jason, przy
      moze stu piecdziesieciu kilogramach wagi mierzy prawie tyle co ja, wiec omiata
      kaskiem pobocze w prawym skrecie i polowe pasa w po lewej w lewym. ale ruchu
      nie ma. zdarzaja sie za to wyjazdy z posiadlosci i skrzynki na listy. jedna z
      nich jason mija o cal. wylatuja jakies listy i kolorowe papiery. jeden
      przykleja sie na moim prawym handguardzie. nie wiem, kiedy znikna. nie wiedziec
      czemu, jason zwalnia i zjezdza wyraznie na prawo. daje znak reka. redukcja do
      trojki i staram sie gonic chinczyka. zle. zwalista postac jasona nudzila, a
      chinczyk hipnotyzuje. przed kazdym winklem uklada sie w siodle. jasnym jest, ze
      bywa tez na torze. w zyciu nie widzialem nikogo, kto robilby to z taka
      elegancja. najmniejszego zbednego ruchu. wyprostowany jak struna wspina sie
      lekko, przesuwa w prawo - prawy zakret, ruch w lewo - lewy zakret. prawo, lewo,
      prawo, lewo. jade jak na szynie do momentu, gdy chinczyk zamiera gdzies
      posrodku wlasnego wektora ku prawej. walter znikna; czerwony nolan kushitaniego
      tez. szukam w umysle interpretacji ruchu chinczyka i czuje, jak siodlo ucieka w
      otchlan, a za nim podnozki. wciaz nie wiem, co sie dzieje. katem oka widze, jak
      szary aerostich chinczyka ucieka gdzies w prawo. mozg ozywia uderzenie gdzies z
      tylu. ogon jest juz na asfalcie. czekamy chwile na front. uderzenie i widze
      podwojna ciagla przez srodek owiewki. nim jestem w stanie skontrowac, czuje
      fale wibracji biegnaca od frontu ku tylowi. szarpniecie w kierownicy zbliza sie
      do stop. gdy uderzenie dotarlo do podnozkow, jego czesc poszla dalej ku tylowi,
      a czesc rozlewa sie zimnym dreszczem po ciele. priller otrzasnal sie jak pies
      od pyska do ogona, a ja jestem mokry od potu. no ale czas na kontre. szary
      aerostich, ktory ostatnio majaczyl po prawej, ucieka juz daleko po lewej. za
      pozno na kontre - trzeba skladac sie w prawo. zza drzew nic nie wyjezdza. zyje.
      w lusterkach nie widze jasona. postanawiam dac sobie wiecej czasu i daje
      dwadziescia dodatkowych jardow chinczykowi, a sobie czas na reakcje. po chwili
      wjezdzamy na pierwsza prosta; po prawej skaly, po lewej panorama hudson river
      posrod kilku domow. wrzucam piatke i szostke. wspinam sie na podnozki, opieram
      kolanami o zbiornik. relaks...
      po trzech minutach lagodnych serpentyn wjezdzamy na slimaka ku wiezcholkowi
      bear mountain. jest stosunkowo szeroko, a w lusterkach wyolbrzymial jason.
      czasem zza jego ramion i kufrow wyjrzy perry, rzadziej mignie czerwony aero.
      reszty wciaz nie widac. widze waltera i kushitaniego, ale powyzej i juz za
      zakretem. znow przyklejam sie wzrokiem do chinczyka - swiatlo w jego gsie tez
      nie mowi nic, ale jego korpus mowi wszystko. mimo precyzyjnych wskazowek
      zostaje. gdy docieram na szczyt, walter rozmawia z kushitanim, a chinczyk
      zdarzyl juz zdjac kask. dziwnie rozedrgany jestem. fakt, ze sie nie trzese
      rozwesela.
      • ireo Re: bear mountain, 9:20 13.11.05, 23:49
        wskutek przerwy wypełnionej szumami (czyli występem Chóru Polaków z Mrożka)
        zapadłem na chwilę w drzemkę i śniło mi się, że otyły_pasożyt zapomniał że jest
        tchórzem i zamiast bezpiecznie plując zza węgła (czyli zza monitora), jak to ma
        w zwyczaju, nieopacznie odezwał się po swojemu do kogoś w realu. najpierw
        został wyśmiany, ale było mu mało, więc w końcu ktoś zniecierpliwiony wyrwał mu
        nogi z d. i w ten sposób ten nieprzyjemny sen się zakończył.

        żeby jednak się nie rozpraszać - a co było w tym liście wywianym ze skrzynki?
      • Gość: NYorker bear mountain, 11:50 IP: *.dyn.optonline.net 13.11.05, 23:50
        11:50am

        na parking na szczycie bear mountain malo samochodow, malo ludzi. przed chwila
        dotarl facet na concourze. walter jest obolaly. pare osob robi zdjecia u zrebu
        tarasu. ktos tam majaczy za oknem na szczycie wierzy widokowej. gadka szmatka.
        kushitani smieje sie, ale nerwowo wodzi wzrokiem.

        cholera, nie wiesz, gdzie tu jest jakis wucet? - pyta.
        pojecia nie mam - odpowiadam - pewnie jest na gorze w wierzy.
        jason sie smieje.

        jem batona i zastanawiam sie, czy chce mi sie wyciagac aparat. ale - nie wiem
        dlaczego - nie chce mi sie. jest cieplo; odpoczywam. pomiedzy drzewami miga
        szarozoltobialy kombinezon kushitaniego, wbiega na schody wierzy, trzy minuty
        pozniej znow miga pomiedzy drzewami i skalami. wreszcie pojawia sie z jeszcze
        szerszym usmiechem. czuje, ze tez mam potrzebe.

        mozesz polecic mi jakies szczegolne drzewo? - pytam.
        za tamta skala znalazlem dobre miejsce - mowi - cholera, szukalem chyba z piec
        minut. po cholere wyslales mnie na wierze?
        powaznie tam byles? - nie wierze
        yeah - smieje sie
        jason smieje sie dwa razy glosniej.
        za dwadziescia minut bedziemy tankowac - mowi walter - zalatwisz to na stacji.
        ok, no problem.

        no ale pora wracac. tlum dzieli sie: czesc chce jechac prosto do knajpy na
        manhattanie, gdzie czeka zamowiony stol i lunch. perry nie podaje dloni na
        pozegnanie. czerwony aero zostaje z nim. walter rusza, za nim kushitani na
        jednym kole, potem chinczyk i jason gsem znow na tylko na tylnym. te same
        serpentyny. nie zawracam juz sobie glowy chinczykiem; jason daje wiekszy
        margines na bledy.

        12:25pm
        tankujemy. concours i pirat nie tankuja, ja jestem ostatni. po zalaniu
        prillera, czekam, az jason zwolni wucet. gdy wychodze, gadka szmatka.

        po cholere robisz ciagle te wheelie?
        kushitani - sie smieje
        slaby sprzet mam, to dorabiam sobie radoche - mowi jason
        acha, ten koles tez ma to zboczenie - pokazuje na jasona.
        o tak? - kushitani sie smieje
        wszystko polega na tym, by naladowac mase pie..w do kufrow - mowi jason.
        wszyscy sie smieja.
        zapalam peta. zaciagam sie.
        no jak, gotowi - pyta walter
        gotowi - pada odpowiedz.

        12:35pm

        zaciagam sie drugi raz i rzucam fajke do kosza. chinczyk sie zegna. przyjechal
        z connecticut i chce wracac do domu; dwie godziny drogi przed nim, wiec sie
        zegna. rusza walter, za nim kushitani tradycyjnie na jednym kole i jason. mam
        juz troche dosyc jazdy w tepie wyczynowcow, stad puszczam przed siebie pirata.
        concours formuje ogon. znow winkle i znow czuje adrenaline. pirat tez hamuje
        silnikiem, ale szybko ucze sie, ze czyni glebsze linie: szerzej zachodzi w lewo
        przed zlozeniem sie w prawo i na odwrot. nie jest czytelny tak, jak chinczyk,
        ale daje wiecej czasu na reakcje. droga jest waska - moze dwa i pol jarda pasa
        z kazdej strony i pol jarda podwojnej ciaglej po srodku. zamiast pobocza waly
        pomaranczowych lisci i czasami brakuje asfaltu. wjezdzamy na hektary ronda w
        lesie; po lewej widze jezioro z pusta plaza. juz wiem, gdzie jestem: seven
        lakes. relaksuje sie, gdy widze, ze walter zjezdza w droge, ktora juz kiedys
        jechalem. nic to, ze w przeciwna droge. jakos nie dociera do mnie, ze jechalem
        sam, wiec wlasnym rytmem i na slabszym sprzecie. zjezdzam z ronda, zatrzymuje
        sie i czekam na concoura, by wiedzial, ktory zjazd wybrac. gdy pojawia sie w
        tle, ruszam. prawo, lewo, gorka w prawo, gorka w lewo i jeszcze raz glebiej w
        lewo. na krotkiej prostej widze pirata. tym razem on czeka na mnie, ale rusza,
        gdy tylko mnie zobaczyl. cisne na prostej i w najblizszych winklach. pirata juz
        nie dogonie, ale widze cielsko jasona. gdy tylko dochodze, zakrety staja sie
        ciasniejsze. jestem spokojny, bo jason ma tkc80 i jestem pewien, ze moje
        bridgestony lepiej trzymaja. zludzenia pryskaja szybko. jason z gsem wazy
        pewnie z pol tony; gdy chyli sie cala masa z precyzja kamertonu, na poboczu
        podrywa sie chmara zoltych lisci. raz za razem, czuje chrobotanie po lewym
        butem i zastanawiam sie, dlaczego nie odczuwam tego zjawiska, gdy leze w prawym
        zakrecie. wciaz jestem spokojny. jason ma na kolach klocki. coraz mniej
        wpatruje sie jednak w niego, a coraz bardziej w asfalt przede mna: dziur tyle,
        ze na sprzegle i hamulcu zostawilem juz tylko palec wskazujacy. cielsko przede
        mna zlozylo sie kolejny raz w lewo. chyle sie podobnie, jakbysmy byli
        nawleczeni na jedna zylke. ledwie zauwazalna wibracja na kierownicy - jakby
        bardziej z lewej manetki - i dziwny pisk spod przedniego kola. tylko nie to,
        tylko nie to tylko nie to - mysle i zamieram. mysli przestaja plynac, czas
        kreci sie po promieniu winkla. przy ostatnim 'tylko nie to' jestem juz na
        wyjsciu i dryfuje w lisciach. czuje wszystkie miesnie, rzezbe na manetkach i
        bak scisniety kolanami. zyje... pie.. jasona. dusze co tam jest w prillerze,
        a przed kazdym zkretem hamuje juz na moj gust. az do skrzyzowania, na ktorym
        czekaja wszyscy, slysze wciaz skrzeczenie gumy spod fronu. pod znakiem stopu
        czekamy na concoursa. czekamy i czekamy. wylaczam zaplon. turystyczna kawa
        przyjezdza po pieciu minutach. jest chyba cos kolo

        1:25pm

        walter oglada sie przez lewe ramie i rusza po chwili. kushitani i pirat na
        czerwonym r1150r tak samo. jason wrzuca jedynke, spoglada przez ramie i
        startuje. ogladam sie i ja: na highwayu pusto, zwalniam sprzeglo i wracam
        wzrokiem przed siebie by stwierdzic, ze jason stanal. hamulce i przod nurkuje
        mi jak nigdy wczesniej. gluchy, cichy dzwiek dotarl do mnie przez halas
        yoshimur w suzi kushitaniego. nos nisko tak, jakby zaryl w ziemi. jason obrocil
        sie jakos statycznie w siodle, pokiwal glowa, ale ruszyl bez jekow. za nim ja i
        concour. godzina na higwayu. kushitani pierwszy raz zostal z tylu. piratowi tez
        sie nie spieszy. concours nie byl widziany juz tego dnia. walter daleko z
        przodu, za nim jason na naznaczonym przeze mnie adventure, ja w jego cieniu
        areodynamicznym, z ktorego korzystaly tez rozne dzipy i minivany. jason
        zdominowal highway juz do konca.

        2:10pm

        naprawde jestes polakiem? - zapytal jason, gdy bylismy juz pod dinosaurem, tuz
        obok west side highway na manhattanie.
        jason stal za swoim gsem i lustrowal wgniecenie. wyraznie byl niepocieszony.
        tak, jestem polakiem - odpowiedzialem - czasem sie tego wstydze. ty sam
        bedziesz mial kolejny polish joke do opowiadania.
        oh, nie ma problemu - odpowiedzial - kumpel, z ktorym jezdze u siebie tez jest
        polakiem.

        wyciagnal z kufra telefon i oddal sie rozmowie. ja zapalilem peta. gdy
        skonczylem podszedlem pozegnac sie. jason chowal telefon spowrotem do kufra i
        zobaczylem, ze kufry sa puste.

        musisz wrzucic mase cholerstwa do nich, by zrobic tym wheelie? - zapytalem
        jason rozesmial sie - yeah, to jedyny sposob!



        zdjecia waltera z bear mountain:

        www.advrider.com/forums/showthread.php?t=102838&page=3
        na zdjeciu pierwszym: po lewej chinczyk, w srodku concours.
        na zdjeciu drugim: jason w zoltym aerostichu i czerwony aero.
        na zdjeciu trzecim: po lewej kushitami, ja w srodku, i dalej znow jason i
        czerwony.
    • okrutny_mariuszek Re: bear mountain, 6:15 13.11.05, 23:38
      ja to napisze bo ny pierdzieli jak poprzony
      oto historia ny:

      wstałem rano i pojechałem z kolesiami gdzieś tam, bo czy pojechałem czy nie
      tego nikt nie sprawdzi
      było zajebiście a kolesie mnie fascynowali i tylko na nich się skupiałem, skoro
      na 4um gazety nie mogę znaleźc przyjaciela to może znajdę sobie takiego
      wymyślonego.
        • okrutny_mariuszek Re: okrutny hitchcock 14.11.05, 00:21

          Dramat to ja przeżywam czytając twoje wysiliny.
          pomijam to że nudnie piszesz i bez sensu.
          na 4um zapodałeś tylko 1 (słownie jeden) ciekawy temat.

          a poza tym... piszesz nudnie, nieskładnie - ciężko się toto czyta. dosłownie
          bździny.
          zresztą sam sprawdź:
          szukaj.gazeta.pl/szukaj/0,52001.html
          możesz sie też poskarżyć mamie, a jak wyczerpiesz już wszystkie instancje to
          zawsze pozostaje ci yarrai.sympatia.onet.pl/ tu możesz być tym kim nie
          jesteś - ciekawym gościem.
          póki co wszyscy się cieszyliśmy, że nie zaglądałeś na 4um
          • Gość: NYorker Re: okrutny hitchcock IP: *.dyn.optonline.net 14.11.05, 00:31
            mariuszku, pomysl kiedys, ze forum to publiczne, a nie twoj folwark, ani
            reggie. wiem, ze bolesna to dla ciebie prawda, ale uwierz mi na slowo.
            pisalem nudnie, pisze nudnie i bede pisal nudnie. jako ktos, kto te prawde
            odkryl, kompromitujesz sie tym, ze moje wypociny czytasz. czytasz wszystko, co
            napisze, grzebiesz namietnie w moich postach, a nawet zarejestrowales sie na
            sympatii jako

            maniuszek.sympatia.onet.pl

            tylko po to, by obejrzec dokladnie moje zdjecia. lysout i inni ograniczyli sie
            do zwyklego otworzenia strony. ty jeden sie zalogowales tylko po to, by miec
            detale. kopiujesz sobie wszystkie inne moje fotografie, do ktorych zamieszcze
            link. zwyczajnie kradniesz. te zdjecia z sympatii tez sobie skopiowales do
            swojej galerii moich zdjec? mariuszku, czy ty sie dobrze czujesz, biedaku?
            mariuszku, czy ty aby sie we mnie nie kochasz?
    • egzystencjalny.paw do łysego i kollectora 14.11.05, 01:02
      No gratuluje wam chłopaki !!!
      Spier..liscie wątek koncertowo!!
      Nie rozumiem was. Odnajdujecie jakas chora przyjemnosc w gnojeniu NY ??
      Do Waszej waidomosci : ---> Mnie interesuje co gosc ma do napisania.
      Jesli Was nie, to moze sobie wyluzujecie i pojdziecie sobie np. na piwo ??
      Do tej pory miałem was za konkretnych gosci, ale widze ze sie chyba pomyliłem...


      saracen1608
    • carina79 Re: bear mountain, 6:15 14.11.05, 08:46
      ja pie.., wiem, ze sie cieszysz, ze jezdzisz, ale czemu katujesz ludzi
      opowiesciami o tym. czlowiek czyta, bo ma nadzieje na pointe, a tu nic - D.U.P.A
      znajdź se wreszcie dziewczyne i nie nudź!
      Az taki brzydki to znowu nie jestes, mysle ze laski odstrasza raczej Twoj chory
      mózg!
    • Gość: Marcin Osikowicz Re: bear mountain, 6:15 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.11.05, 00:30
      Zabieram głos w tej przeuroczej dyskucji, ponieważ wywołane zostało moje
      nazwisko.

      NYorker jest człowiekiem inteligentnym i jeśli nie marnuje potencjału na czczą
      gadaninę, efekty są dobre. To samo można napisać o nas wszystkich.

      Nie wygląda, żeby NYorker mnie naśladował, ale kwestia jest ciekawa, więc
      rozwinę. Pochlebiam sobie bezczelnie, ale każdy, kto teraz zacznie pisać na
      tym "wesołym forum", będzie musiał zmierzyć się z opinią mojego naśladowcy.
      Jest to nieoczekiwany skutek mojej pracy i bardzo mnie cieszy.

      Małą mam ochotę wnikać w istotę nieistotnego konfliktu, ale w atakach na
      NYorkera pojawia się pewna niekonsekwencja. Bo zarzuca się mu (zazwyczaj i
      między innymi), że nie wnosi nic istotnego. No a tu proszę, akurat wniósł -
      napisał niezły tekst, który mówi coś o życiu w innych okolicznościach. I znowu
      dostał w łeb, pewnie siłą rozpędu.

      Przy okazji zaznaczam, że czytam mało i niechętnie. Jak już czytam, to mnie
      interesuje, co kto widział i poczuł, a nie co usłyszał i o czym pomyślał.
      Dlatego uważam teksty NYorkera za niezłe.

      Przypuszczalnie szkoła, którą dostaje NYorker nie pójdzie na marne, bo każdy
      następny 6 razy się zastanowi, zanim napisze dla nas coś prawdziwego.

      A całą resztę już napisałem wcześniej:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=508&w=28658195&v=2&s=0
      • Gość: NYorker marcin IP: *.dyn.optonline.net 15.11.05, 03:02
        "Przypuszczalnie szkoła, którą dostaje NYorker nie pójdzie na marne, bo każdy
        następny 6 razy się zastanowi, zanim napisze dla nas coś prawdziwego."

        to nie szkola, to rzysko.

        poza tym:
        1. jezeli ktos w zastanawianiu sie nie dotrwa do szostego razu i nie napisze
        tego, co chcialby, to wszystko pojdzie na marne i bez najmniejszego
        obwieszczenia wszyscy zaznaja porazki (w moim przekonaniu to najwazniejsze).
        2. prozne gadanie na tym forum dominuje, stad najczesciej nie tresc decyduje o
        reakcji, odbiorze i zainteresowaniu.
        3. nie mam ani ambicji, ani talentu, ani nawet sladu predyspozycji by zyc z
        pisania albo by cieszyc nim innych. ale nade wszystko, brak we mnie szacunku do
        wszystkich konsumentow. swiadomosc, ze posrod czytajacych sa najgorsze mety
        jest dla mnie odrazajaca. poblazliwosc, czy wyniosla obojetnosc wobec wyzej
        wspomnianych mierzi mnie tak samo.

        masz racje macin, nie nasladuje nikogo. nie pamietam juz kiedy, wyroslem z
        wieku idoli. jezeli lubilem czytac, to korzeniowskiego albo grudzinskiego.
        jezeli ogladalem fotografie, to evansa albo sudka, a jesli obrazy, to
        wojtkiewicza, czy slewinskiego. jezeli nad czyms sie skupiam, to nad prostym
        sposobem dochodzenia do prostoty. stad moj styl, czy jego brak ani nie
        przypomina conrada, ani sudka.

        ataki zas sa wedle nieznanej mi logiki bardzo konsekwentne. kazdy jeden ubogi w
        rzeczowosc, obfity za to w falsz i spieniona wscieklizne. taka konsekwencja
        szybko czyni odpornym i obojetnym. przechodze mimo floty papierowych stateczkow
        z furia puszczana przez chlopcow w krotkich majtkach.
        raz jeden skazalem sie na pisanie li tylko dlatego, iz nie chcialo mi sie robic
        zdjec (tez dennych ponoc). na reakcje zasluzylem i wiecej sie nie porwe.
        pozostane przy uszczypliwosciach i gadce szmatce. bez najmniejszej nostaligii
        zreszta, bo czcza gadanina jest istotna i rownowarta innych czescia mnie.
        latwiej rownac w dol, niz w gore. a ja lubie latwe rozwiazania. wiem, nikt mnie
        nie zapamieta. nie dbam o to; ci, ktorych cenie zapamietaja. sposrod reszty
        wyjatkiem jest mariuszek. on bedzie naznaczony mna do konca zycia. i to bez
        obicia pyska smycza. juz teraz obwisil sie moimi fotografiami i adresami.

        tak to jest, jeden marcin osikowicz zbydleconego swiata nie odmieni.
          • Gość: Marcin Osikowicz Re: marcin IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.11.05, 19:50
            Istotne pytanie jest takie: czy w nierealnym świecie jest możliwy realny
            konflikt, a w konsekwencji prawdziwe dobro i zło?

            Jeśli przyjmiemy że nie, to wyniosła obojętność lub pobłażliwość jest rozsądnym
            i jakże miłym mojemu sercu wyjściem.

            Jeśli uznać że tak, to powstaje kolejne pytanie: o stosunek do zła. Wtedy
            istotnie wyniosłość i pobłażliwość staje się obmierzła, bo jest pozornym
            wyjściem z trudnego problemu.

            Problem jest dlatego trudny, że w tych wojnach o zachowanie twarzy i odarcie z
            honoru przeciwnika nie obowiązują żadne normy, które byłyby uznawane przez
            wszystkie strony konfliktu. W sieci nie jest respektowanych ani 10 przykazań ,
            ani kodeks honorowy, ani ludowe mądrości w rodzaju "nie czyń drugiemu co tobie
            niemiłe". Wyczerpujący (głównie obserwatorów) konflikt będzie więc trwał w
            nieskończoność, chyba że strony zawrą zawieszenie broni.

            I tu pojawia się pewne wyjście. Proponuję dyskretne rozmowy pokojowe. Na tyle
            dyskretne, że nie będą groziły utratą twarzy uczestników. Poprowadzę je na
            własne ryzyko i mam pomysł jak przywrócić pokój.
            Czekam na listy od NYorkera i Okrutnego Mariuszka w pierwszym rzędzie, ale mogą
            się dołączyć inni. Listy nie zostaną ujawnione publicznie, ani przeciwnikom.
            Dopóki to nie będzie konieczne, nie zostanie również ujawnione czy w ogóle
            wpłynęły.

            Jeśli się uda, zostanie udowodnione że niemożliwe jest możliwe i wskazana droga
            na przyszłość. Jeśli się nie uda, prawdopodobnie nic się nie zmieni.

            osikowicz@interia.pl
            • okrutny_mariuszek Re: 15.11.05, 19:54
              na parapcie siedziały dwie dziewczynki i pluły przechodniom na głowy
              ta dobra trafiała częściej, a ta zła rzadziej
              wniosek:
              Dobro zawsze pokona zło!
            • Gość: NYorker Re: marcin IP: *.kondylis.com 15.11.05, 20:26
              nie chce oczekiwac od ciebie niemozliwego. nie chce namawiac do czegos, co
              bedzie najgorszym sposobem na spedzenie czasu. nie chce wreszcie karac
              kogokolwiek sledzeniem stanu umyslu mariuszka do kilku tygodni wstecz.

              dlatego tez dziekuje za propozycje tak, jakby nigdy nie zostala wypowiedziana.

              wszystko, co utracilem, to chec pisania, a nie twarz. gdybym mial czego sie
              wstydzic, zamknalbym konto na glupawej sympatii, dawno zmienilbym juz login,
              czy w ogole zniknal z tego forum. na przekor mojemu wczesniejszemu przekonaniu,
              osoby ktore mialem za godne uwagi (szacunek mam dla wszystkich), w najlepszym
              przypadku okazuja sie miec ubogie poczucie humoru, a w najgorszym wykazuja
              poblazliwosc wobec skrajnej perfidii.
              ubolewam, ze choc zdarza sie, iz wznosze sie ponad innych, to czynie to bez
              finezji. dlatego tez wprost napisze, iz rozroznianie swiata na fikcje i
              rzeczywistosc mam za ubogie i tchorzliwe. wygodne to i bezpieczne; w
              sprzyjajacych okolicznosciach pozwala uczynic sie rozjemca, a nawet
              spowiednikiem, czy dobrym ojcem zagubionych dzieci. otoz ja doroslym
              czlowiekiem jestem nie wierzacym w to, iz mimo bycia bydleciem w swiecie
              wirtualnym, ktos moze byc przyzwoitym czlowiekiem w swiecie realnym. i na
              odwrot. ba, w obu swiatach ludzie ci sami. wirtualne to sa filmy hollywoodzkie.

              pozdrawiam

              po raz kolejny prosze o nie laczenie mojego loginu z mariuszkowym w jednej
              linii.
    • anegata Re: bear mountain, 6:15 15.11.05, 21:49
      NY -dla mnie fajnie piszesz.
      I nie przejmuj sie ze Cie gnoja!!! Nie po to sie zdaje relacje z wypadow, zeby
      pozniej Cie kopano. Ja dalam swoj post o Szczyrku i widzisz jedna Re:. A reszta
      woli sie ....... (w pamieci).
      Pozdrawiam
      Aneta

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka