IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 06.09.02, 03:54
Czy prawdą jest, że większość najbardziej wpływowych polskich mediów
przedstawiała i przedstawia skrajnie upiększony obraz UE?

Tak, i ma to prawdziwie katastrofalne skutki dla Polski w sytuacji, gdy
właśnie wpływowe media są faktycznie pierwszą władzą w Polsce. Ułatwiało to
zaciemnianie sytuacji co do prawdziwych zagrożeń dla polskiej gospodarki i
podejmowanie na czas decyzji, które zapewniłyby skuteczną obronę naszych
gospodarczych interesów narodowych.
Dużą rolę w tym względzie odgrywał fakt, że bardzo znacząca część wpływowych
mediów znalazła się w ciągu lat 90. w obcych rękach, i nie ma interesu w
bronieniu korzystniejszych rozwiązań gospodarczych dla Polski czy wręcz
przeciwnie. Poza tym nie brak w różnych mediach osób - współczesnych
jurgieltników, którzy zostali kupieni dla obcych interesów przez odpowiednie
korzyści. (Niektórzy z nich przy tej okazji dokonywali w swej publicystyce
zwrotu dosłownie o 180 stopni; uważnie obserwowałem tego typu ewolucje).
Osobny problem to fakt, że w różnych dziennikach i czasopismach konsekwentnie
atakowano wszystkich przeciwników wyprzedaży polskiego przemysłu za bezcen.
Równocześnie nierzadko w tych samych dziennikach lub tygodnikach z werwą
gloryfikowano najgorszych hochsztaplerów, działających na szkodę Polski.
Przypomnę tu choćby dość szczególny "wyczyn", jakiego dokonano w 1991 roku w
kierowanej przez byłego redaktora "Polityki" Andrzeja Krzysztofa
Wróblewskiego "Gazecie Bankowej". Zaledwie na miesiąc przed ucieczką Bagsika
z Gąsiorowskim z Polski do Izraela, w "Gazecie Bankowej" z 30 czerwca 1991 r.
pisano ze skrajnym wręcz panegiryzmem o szefach Art-B. Zacytowano między
innymi jakże wymyślną wypowiedź izraelskiego ekonomisty, współpracownika
Banku Światowego, Valerego Amiela o Bagsiku i Gąsiorowskim: "Czuję się przy
nich czasem jak Salieri przy Mozarcie". Czyż nie był to najwspanialszy, jakże
subtelny komplement dla panów, którzy z wirtuozerią okradli Polskę na wiele
milionów dolarów?
Szczególnie bałamutne bzdury na temat niebotycznych korzyści, jakie miały
czekać Polaków natychmiast po wejściu do Unii Europejskiej, sugerowała
niezastąpiona pod tym względem "Gazeta Wyborcza". Kilka lat temu na przykład
zaserwowała ona swoim czytelnikom artykuł jakiejś dziennikarki obiecującej
młodym ludziom, jak to po wejściu do UE Polak będzie mógł być wybrany
burmistrzem w Palermo, etc., etc. (Zestawmy te obiecanki z narzuconym przez
UE siedmioletnim szlabanem na pracę dla Polaków po wejściu Polski do Unii). W
tejże "Gazecie Wyborczej" (a ściślej w jej "Magazynie" z 17-18 kwietnia 1998
r.) można było przeczytać wywiad z prof. Tadeuszem Hunkiem z Instytutu
Rozwoju Wsi i Rolnictwa, oferującym niezwykle idylliczny obraz UE,
wspaniałomyślnej i gotowej do obsypywania nas deszczem pieniędzy. Hunek
zapewniał m.in., że "Unia zaoferowała grube miliardy ecu" dla zapewnienia
setkom tysięcy polskich rolników nowych miejsc pracy poza rolnictwem. Oburzał
się, że "nikt w Polsce nie podkreśla tej dobrej woli Europy, którą trzeba
cenić. Wręcz przeciwnie, mówi się, że Unia nas "wyssie i wyeksploatuje".
Zapewniając, że na pewno UE "nie da nam kopa", Hunek zaklinał się,
że: "Podstawą integracji jest obopólny interes". Jak to wygląda w praktyce,
przedstawiałem już we wcześniejszych partiach tekstu. Szokuje tylko gotowość
tego typu "specjalistów" jak Hunek do zafałszowywania obrazu sytuacji na
zamówienie i roztaczania oszukańczych mrzonek.
Inny europanegirysta, publicysta "Rzeczpospolitej" Janusz A. Majcherek,
głosił z kolei na łamach "Rzeczpospolitej" z czerwca 2001 r., iż największą
cnotą w negocjacjach o członkostwo w Unii jest skłonność do ustępstw i
kompromisów. Ta zaś oparta jest na zdolności do wyrzeczenia się "mitycznej
historii i narodowej chwały". Polemizujący z Majcherkiem w "Rzeczpospolitej"
Paweł Lisicki stwierdził wprost, że "gdyby wziąć za dobrą monetę wszystkie
zalecenia Majcherka, to Unia Europejska nie różniłaby się od Związku
Radzieckiego". Jakże słuszna w odniesieniu do jakże wielu polskich wpływowych
dziennikarzy wydaje się konstatacja francuskiego korespondenta Bernarda
Margueritte'a na łamach "Tygodnika Solidarność" z 20 marca 1998 r.: "Wielu
Polaków nie umie już patrzeć kategoriami własnego narodu. Wczoraj słuchali
rozkazów Moskwy, teraz spełniają każde życzenie Zachodu. Często są to ci sami
Polacy, można więc mówić o pewnym nawyku".
Ciekawe, że jedne z najmocniejszych, niestety przemilczanych starannie przez
media w Polsce, krytyk polskich dziennikarskich europanegirystów można było
spotkać niejednokrotnie na łamach paryskiej "Kultury". W miesięczniku
Giedroycia pisano z wyraźną odrazą o balcerowiczowskiej "propagandzie
sukcesu". Czołowy publicysta ekonomiczny paryskiej "Kultury" Robert Kaczmarek
pisał w jej numerze z listopada z 1996 roku na temat przedstawiania spraw
stosunków z Unią Europejską w Polsce, iż: "Tutaj dziennikarze idą w zawody z
politykami w produkcji niedomówień i półprawd (...)".
Jedną z ulubionych metod panegirycznych euroentuzjastów jest poganianie
polityków, aby nie zwlekali, a jak najszybciej szli na kolejne ustępstwa.
Dość typowe pod tym względem były drukowane w "Gazecie Wyborczej" ponaglenia
Konrada Niklewicza: "Polska powinna ustąpić w kwestii liczenia dzierżawy
[ziemi przez zagranicznych rolników - J.R.N.]. Już raz o tym na
łamach 'Gazety' apelowaliśmy, teraz trzeba to powtórzyć. (...) Jeśli nadal
będziemy upierać się przy swoim, Komisja [Europejska -J.R.N.] nie będzie nas
bronić". W kontekście tych ponagleń przypomniał mi się dużo wcześniejszy
tekst publicysty "Życia Warszawy" Tadeusza Jacewicza, świetnie znającego
Zachód, gdzie był wiele lat korespondentem. W publikacji z 6 kwietnia 2001 r.
ostrzegał przed uleganiem różnym zachodnim szantażom w negocjacjach,
pisząc: "Ktoś w Brukseli powiedział, a my to w panice podchwyciliśmy, że
Polska znalazła się w II lidze państw zabiegających o członkostwo.
Najprawdopodobniej nie zostanie przyjęta w pierwszej grupie szczęśliwców.
Nasza prasa zaczęła natychmiast bić na alarm. W Warszawie zapanował nastrój
żałoby. (...) Nie przejmujcie się i nie popadajcie w czarne nastroje. To jest
gra. Chodzi o pieniądze, jak we wszystkim, co się dzieje w Unii. Chcą nas
przyciągnąć i postraszyć, żeby potem łatwiej manewrować i poklepać po
ramieniu z łaskawością dobrego pana, który docenia wysiłki spoconego z emocji
człowieka. Stary numer negocjacyjny, powszechnie stosowany. (...) Nie dajmy
się wystraszyć terminami i pogróżkami w rodzaju relegowania do II ligi. Mamy
trochę czasu i mnóstwo interesów. To one powinny wygrywać, nie kalendarz".
Warto przypomnieć w tym kontekście uwagi politologa z PAN-u Grzegorza
Kostrzewy-Zorbasa, który w "Życiu" z 25 maja tak skomentował kolejne polskie
ustępstwa wobec Brukseli: "Polska może zebrać jakieś pochwały za
posłuszeństwo, ale będzie traktowana w przyszłości jako popychadło, kraj,
któremu wystarczy coś przykazać, a on wykona. Oznacza to w stosunkach
międzynarodowych faktyczną utratę podmiotowości". Przypomnijmy, że na
Zachodzie prawdziwie ceni się tylko twardych negocjatorów, a nie ludzi
skłonnych ulegać na każde skinienie.
Obserwuj wątek
    • obazine Re: Teza 20 15.10.02, 17:27
      Kotku - zwiezlej!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka