Dodaj do ulubionych

Hity eurosceptyków

    • robisc Klip - Deszcz forsy nas czeka ;-) 01.06.03, 09:22
      Deszcz forsy nas czeka ;-)
      Autor: Gość: klip IP: 217.97.173.*
      Data: 25-05-2003 21:42 + dodaj do ulubionych wątków

      Z Rzepy 24.05.2003

      Raport KE
      Polska złamała zobowiązania negocjacyjne w 8 obszarach

      Najgorzej w rolnictwie

      Polska złamała zobowiązania podjęte w 8 obszarach negocjacji członkowskich,
      najwięcej z 10 krajów przystępujących do UE - wskazuje raport przedstawiony w
      piątek krajom "15" przez Komisję Europejską. Jednak w 190 pozostałych
      przypadkach nasz kraj dotrzymał słowa.


      Mamy czas do listopada na nadrobienie zaległości. Jeśli to się nie uda,
      Bruksela może wówczas wystąpić o czasowe wyłączenie naszego kraju z
      niektórych przywilejów członkostwa.

      Takie zagrożenie jest najbardziej realne w rolnictwie. W raporcie KE zwraca
      uwagę na dwa punkty: opóźnienia w budowie systemu kontroli produkcji żywności
      IACS oraz trudności z dostosowaniem mleczarni i zakładów mięsnych do unijnych
      norm sanitarnych. "Jeśli do maja 2004 r. IACS nie będzie działał prawidłowo,
      nowe kraje członkowskie nie otrzymają pomocy dla rolnictwa. Możliwość
      nadrobienia opóźnień wciąż jednak istnieje" - powiedział rzecznik komisarza
      ds. rolnictwa Gregor Kreuzhuber.

      W 2004 r. polscy rolnicy mają łącznie otrzymać z Brukseli ok. 1,5 mld euro w
      formie dopłat bezpośrednich, funduszy na rozwój obszarów wiejskich oraz
      interwencji na rynku. Polska zobowiązała się, że w ciągu roku liczba mleczarń
      spełniających unijne normy sanitarne "skoczy" z 38 do 216, natomiast zakładów
      mięsnych z 90 do 1953. Bruksela nie ma jednak informacji o postępach
      inwestycji. Jeśli zakłady nie zdążą z przygotowaniami na czas, grozi im nakaz
      zaprzestania produkcji.


      Cień afery Rywina

      Od dwóch lat oczekuje na ratyfikację w Sejmie nowa ustawa o rynku
      audiowizualnym, wprowadzająca m.in. swobodę zakupu przez unijny kapitał
      całości spółek nadających programy radiowe i telewizyjne. Z powodu "afery
      Rywina" szanse na szybkie przełamanie impasu są znikome.

      Bruksela zwraca uwagę na opóźnienia w komputeryzacji służb celnych i budowie
      nowoczesnych przejść granicznych wyposażonych w sprzęt do kontroli żywności
      pod kątem wspólnotowych norm sanitarnych. Za 11 miesięcy polscy celnicy mają
      w imieniu całej Unii pobierać cła i inne opłaty, a także zapobiegać
      przedostaniu się na rynek wspólnoty podróbek i innych towarów z przemytu.

      Polska zalega z przyjęciem niektórych unijnych norm towarów. Chodzi m.in. o
      zasady oznakowania żywności, reguły bezpieczeństwa chemikaliów, normy
      współdziałania urządzeń elektromagnetycznych, bezpieczeństwo urządzeń
      medycznych oraz materiałów budowlanych, reguły użytkowania aerozoli i
      pojemników gazowych. Swoboda przepływu towarów to podstawowa zasada
      Jednolitego Rynku.

      Polska łamie także swobodę świadczenia usług na rynku ubezpieczeniowym.
      Chodzi o brak zasady, że od towarzystw ubezpieczeniowych z krajów "15" nie
      wymaga się ponownej rejestracji w Polsce oraz o przyznanie KNUiFE prawa do
      wymiany danych z podobnymi urzędami z innych państw UE.


      Robimy postępy

      W rybołówstwie KE jest zaniepokojona opóźnieniami w organizacji rynku
      sprzedaży ryb, egzekwowaniu unijnych norm sanitarnych, a także zaopatrzeniu
      kutrów w odbiorniki satelitarne kontrolujące przestrzeganie ustalonych
      limitów połowowych. Zaległości dotyczą polityki społecznej: czasu pracy,
      pracy na pół etatu, zawierania kontraktów, zwolnień zbiorowych, wysyłania
      pracowników na delegację, przeprowadzania z pracownikami konsultacji. W
      przepisach BHP nie są uwzględnione unijne normy bezpieczeństwa przy obrocie
      chemikaliami i materiałami rakotwórczymi, a także azbestem. Bruksela ostrzega
      także przed opóźnieniami w budowie systemu kontroli finansowej, który
      zapobiegnie defraudacji unijnych środków pomocowych.

      W ciągu trzech miesięcy, jakie upłynęły od publikacji poprzedniego raportu,
      Polsce udało się natomiast nadrobić zaległości w dwóch obszarach: polityce
      konkurencji i przemysłowej. Po 10 latach negocjacji KE zatwierdziła bowiem
      program restrukturyzacji hutnictwa.

      Pozostałym 9 krajom przystępującym do Unii KE wytknęła łącznie tylko 20
      obszarów zaległości. Jednak opóźnienia Polski odnoszą się do daty 1 stycznia
      2003 r., którą na początku rokowań uznano za termin przystąpienia Polski do
      Unii. Ponieważ w rzeczywistości Unia przyjmie nasz kraj 16 miesięcy później,
      rzecznik komisarza ds. poszerzenia wspólnoty Jean-Christophe Filori
      apeluje: "Nie ma powodów do paniki. Także Polska generalnie robi dobre
      postępy".

      Jędrzej Bielecki z Brukseli


      Buhahahaha - to troche gorzki smiech, bo ani mi w glowie doplacac z moich
      pieniedzy do UE. Ech,trąbią przeciwnicy o tym od dawna - polska administracja
      nie jest i nie będzie przygotowana na wykorzystanie funduszy unijnych. Zawsze
      mozna byc jednak optymista-naiwniakiem i popierac wejscie do UE, bo "wartosci
      postepowe" i "dla dzieci i wnuków bedzie lepiej".


    • robisc K.J. i WK - Alles Banditen 03.06.03, 05:13
      Alles Banditen
      Autor: Gość: K.J. IP: 144.139.191.*
      Data: 30-05-2003 20:20 + odpowiedz na list

      W dniu 26. 05.03r., EUobserver doniósł o świętym oburzeniu najjaśniejszego
      komisara do spraw rozszerzenia, Guntera Verheugena z powodu zapowiedzi
      pokazania na niemieckim kanale NDR w dniu 27 maja filmu dokumentalnego „Alles
      Banditen”, co można przetłumaczyć jako „Sami bandyci”. Komisarz oświadczył
      nawet, że będzie to dla niego szokiem, jeżeli ten film będzie wyświetlony w
      jego rodzinnym kraju. Co spowodowało aż takie oburzenie. Otóż film ten,
      nakręcony przez duńskiego reżysera Christoffer Guldbrandsena. Otrzymał on
      zezwolenie na filmowanie duńskiego Premiera Anders Fogh Rasmussena podczas
      tych unijnych spotkań, które zwykle zamknięte są dla publiczności. Ponieważ
      był to okres, kiedy dobiegały końca negocjacje w sprawie akcesji Polski do
      UE, jest to film dla nas szczególnie interesujący, ponieważ ukazuje wypadki i
      rozmowy toczące się poza kulisami tych rokowań. Tak jak kilka dni temu
      obiecałem, poprosiłem mojego przyjaciela zamieszkującego w Niemczech o
      obejrzenie tego filmu i napisanie krótkiego streszczenia.

      Otóż dowiadujemy się z tego filmu, że warunki które przyznano nam na szczycie
      w Kopenhadze, wbrew rządowej propagandzie, wcale nie były najlepszymi z
      możliwych do uzyskania. Można było pokusić się o wiele lepsze. Dowiadujemy
      się, jak bardzo zależało Unii na Polsce i to można było wykorzystać. Ale
      cóż, skoro na te tak ważne negocjacje wysłało się ludzi takich jak minister
      do spraw integracji D. Huebner, która stwierdziła w wywiadzie dla "Życia" z
      15 maja 2002 r., że "polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania".
      Otóż polski interes narodowy jest bardzo łatwy do zdefiniowania, podobnie jak
      interesy każdego innego narodu. Natomiast wzbudza we mnie zgrozę minister,
      która nie ma pojęcia, co jest polskim interesem narodowym. Mając
      negocjatorów, którym sprawia trudności zdefiniowanie polskiego interesu
      narodowego nic dziwnego, że wszystko wygląda tak jak wygląda.

      Pod wpływem tego filmu nasuwa się na myśl wątek zapoczątkowany przez p. Nikę,
      pt. „A MOŻE W DRUGIM REFERENDUM ?”.

      https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=6013175&strona=0

      Może faktycznie, po odrzuceniu przez nas oferowanego nam na tak haniebnych
      warunkach członkostwa, przed ponownym referendum można będzie wynegocjować od
      Unii o wiele lepsze warunki? Jednakże nie można popełnić tego samego błędu i
      ponownie wysłać tam negocjatorów, którzy mają trudności ze zdefiniowaniem
      polskiego interesu narodowego. Trzeba wysłać negocjatorów z prawdziwego
      zdarzenia, którzy nie dadzą się zwieść unijnemu przekładaniu pieniędzy z
      kieszeni do kieszeni.

      Streszczenie filmu.

      SAMI BANDYCI

      „Polska jest największym państwem spośród kandydujących i jeśli powie 'TAK',
      to inne kraje kandydackie pójdą tą drogą – dlatego rozmowy z Polską są tak
      ważne.” – oto słowa Duńczyka Rasmusena, który przewodniczył negocjacjom w
      okresie bezpośrednio poprzedzającym 13. grudnia 2002 roku w Kopenhadze. Było
      to jedno z pierwszych zdań filmu dokumentalnego, którego niemiecki tytuł
      brzmiał „Alles Banditen”, co można przetłumaczyć jako „Sami bandyci”. Tytuł
      nawiązywał do zdania wypowiedzianego przez jednego z duńskich polityków na
      temat dziennikarzy. Trudno w tym wypadku wykluczyć, iż mamy tu do czynienia z
      klasycznym przykładem na słuszność powiedzenia „przyganiał kocioł garnkowi...
      a sam smoli”. Wróćmy jednak do zdania wypowiedzianego przez Rasmusena. Otóż
      myśl przewodnia zawarta w tym zdaniu przewijała się w całym filmie, z którego
      można się było wyraźnie dowiedzieć, jak bardzo Unii Europejskiej zależy na
      jej poszerzeniu. „Gdy skończymy negocjacje z Polską, to wszystko zakończymy.
      Inni powiedzą 'TAK', gdy Polska powie 'TAK'. Musimy też rozmawiać z innymi
      krajami, aby Polacy nie myśleli, że tylko z nimi rozmawiamy”. Inni byli
      jednak mniej ważni i ograniczono się w filmie do wymienienia ich z nazwy, a i
      tu nie jestem pewien, czy wymieniono wszystkie państwa „kandydujące” do UE.

      Przewijający się podczas całego filmu niczym szara eminencja Niemiec Guenter
      Verheugen również dał wyraz rzeczywistemu nastawieniu UE do sprawy jej
      poszerzenia. Usłyszawszy o podobno – piszę podobno, bo nie jest pewne, że
      rzecz nie była od początku ukartowana – „twardej postawie Millera” podczas
      negocjacji w Brukseli, a później w Kopenhadze, powiedział mianowicie z mocno
      skwaszoną miną, iż „przegrywamy 50 z 71 mln ludzi” spodziewając się, że
      odmowa Polski pociągnie za sobą także odmowę Czech.

      W tym kontekście buńczucznie wypowiedziane przez Rasmusena ostrzeżenie
      o „pociągu, który odjedzie bez tych, którzy się nie załapią” wygląda raczej
      na chęć pokazania się przez tego ostatniego z mocnej strony przetargowej,
      podczas, gdy strona ta była dość wyraźnie pozbawiona wielu atutów, a przede
      wszystkim atutu podstawowego w tej sprawie, czyli wolnej do dyspozycji
      gotówki. Polskie żądanie „dodatkowego jednego miliarda euro” wzbudziło w
      eurodyplomatach niemal panikę, że oto ot tak dawna przygotowywana do akcesji
      Polska może się w ostatniej chwili z całej tej nagonki wycofać, a przecież
      dodatkowych pieniędzy po prostu nie ma – pewnie pojawią się dopiero wtedy,
      gdy Polska zacznie wpłacać do kasy więcej, niż będzie dostawać. W każdym
      razie pieniędzmi do rozdawania Rasmusen nie dysponował, co zresztą nawet
      zupełnie otwarcie stwierdził podczas filmu słowami „powiem Polakom prawdę –
      nie ma ani centa więcej”. Telefoniczne rozmowy z dawcą pieniędzy, czyli
      niemieckim kanclerzem Schroederem nie przyniosło w Brukseli oczekiwanego
      rozluźnienia, ponieważ Schroeder miał rzekomo stwierdzić, iż „owszem da, ale
      tylko osobiście i dopiero w Kopenhadze, a teraz w Brukseli powinni oni z
      Polską rozmawiać o sprawach mniej ważnych, jak np. polowanie na
      niedźwiedzie”. Swoją droga w dalszym przebiegu filmu ten miliard od
      Schroedera jakoś nie uzyskał innego niż słownego potwierdzenia, no, ale
      wiadomo, iż polityk nie jest od mówienia prawdy, a od wyrażania nadziei i
      dbania o własny interes, który przecież z prawdą nie musi wcale mieć do
      czynienia. Tak więc koniec końców w Brukseli musiał Rasmusen z Millerem
      rozmawiać o polowaniu na niedźwiedzie, a nie o dodatkowych pieniądzach, co
      pewnie dla eurofederasty Millera musiało być mało satysfakcjonujące. No, ale
      cóż zrobić skoro „nie ma alternatywy i albo UE, albo Białoruś”, to i o
      niedźwiedziach pogadać trzeba, a przy tym pewnie i udawać, że rzecz ogromnie
      jest istotna. Tyle, że przecież obietnice eurofederastów bazują właśnie na
      tym, że wchodzić mamy do bogatej Unii, że spłynie na nas deszcz pomocy, a nie
      na tym, że Niemcy u nas na niedźwiedzie będą polować, przeto orzech do
      zgryzienia miał Miller nie mały. Już bowiem podczas negocjacji widać było,
      jak będzie w oczekującej nas rzeczywistości. Głównym problemem jest brak
      pieniędzy, a więc i ich deszczu w Polsce nie będzie, bo skąd i dlaczego mają
      Polsce dawać, skoro sami na swoje potrzeby nie mają? Podczas kluczowych chwil
      negocjacji głowiono się jednak nie nad tym skąd wziąć owe nowe pieniądze, a
      nad tym, jakie znaleźć sposoby na to, aby wyglądało, iż pieniądze się
      znalazły, mimo, że ich faktycznie nie ma. Tym sposobem gwarantowano pozorny
      sukces negocjatorom z Polski, no i oczywiście sobie. Wymyślono więc, iż to,
      co niby kiedyś Polska miała dostać w postaci „pomocy strukturalnej”, gdzie do
      każdego euro z UE musimy wyłożyć najpierw jedno swoje euro, aby później
      dostać te unijne – pochodzące swoją drogą najpewniej właśnie z naszych
      wcześniejszych składek członkowskich – a więc tę teoretyczną „pomoc
      strukturalną
      • robisc K.J. i WK - Alles Banditen - dokończenie 03.06.03, 05:14
        Wymyślono więc, iż to, co niby kiedyś Polska miała dostać w postaci „pomocy
        strukturalnej”, gdzie do każdego euro z UE musimy wyłożyć najpierw jedno swoje
        euro, aby później dostać te unijne – pochodzące swoją drogą najpewniej właśnie
        z naszych wcześniejszych składek członkowskich – a więc tę teoretyczną „pomoc
        strukturalną” trochę zmniejszono i z niej właśnie przestukano na inne konto ów
        pilnie potrzebny wszystkim miliard euro. Pomysłodawca tej buchalteryjnej
        zagrywki – Duńczyk Christiansen – stwierdził z dziwną jak na polityka
        szczerością, iż to przesunięcie z jednego konta na drugie „jest nam obojętne”.
        Jasne, że jest to im obojętne, ponieważ z przesuwania z konta na konto nie
        traci się nic, ale i też nic się nie zyskuje. Mamy więc praktyczny
        wymiar „kompromisu”, gdzie Unia nie straciła, Polska nie zyskała, a politycy
        obu stron raptem mieli „dodatkowy” miliard i powód do udawania, że odnieśli
        sukces. Ot takie dawanie, jak to u Sienkiewicza Zagłoba Niderlandy rozdawał.
        Dziś dzieje się to jednak nie w ramach powieści „Potop”, a w ramach
        obiecywanego nam z każdej strony potopu pieniędzy. Już ja bym wolał pozostać
        przy sienkiewiczowskich Niderlandach. No, ale z jednej fikcji powróćmy do
        drugiej – tej współczesnej. Dano nam to, co i tak mieliśmy dostać – wpłacamy
        składkę, to może i czasami się nam coś i trafi dostać na własne potrzeby – tego
        wykluczyć się nie da.

        W czasie, gdy zadowoleni ze swej pomysłowości Duńczycy dokonywali przesuwania
        pieniędzy z jednego konta na drugie, Schroeder zwołał konferencję prasową i
        oznajmił, że to on dał Polsce ten miliard, z czego ponoć bardzo niezadowolony
        był Miller, no, bo jakże on to w Polsce ujawni? Pieniądze od Niemca – rzecz
        wstydliwa, bo jak daje, to pewnie ma w tym interes, no, a jaki Niemiec może
        mieć interes w dawaniu Polakom pieniędzy, to pewnie Millerowi byłoby trudno
        wytłumaczyć bez popadania w jakieś kolejne falszerstwa.

        W filmie przewijała się też sprawa „kwot mlecznych”, które Miller „twardo”
        chciał powiększyć – pewnie po to, aby nie trzeba było do Polski sprowadzać
        mleka unijnego, w czasie, gdy polski chłop może to mleko uzyskać w łatwy sposób
        od polskich krów. Temat się pojawiał, Miller wciąż ponoć był „twardy”, miał jak
        to mówili Duńczycy „twarz pokerzysty”, ale z kwot ustąpić rzekomo nie chciał. W
        filmie widać było wyraźnie jak to Rasmusen z Millerem udali się na rozmowę „w
        cztery oczy”, o której wyniku możemy się niestety tylko domyślać. Jak się
        sprawa mlecznych kwot skończyła nie odgrywało w filmie większej roli, bo oto po
        dokonaniu przesunięć z konta na konto okazało się, że ten manewr można sprzedać
        wszystkim, jako ogromny sukces. Swoją drogą pomysł przesuwania tak zafascynował
        Duńczyków, że i w sprawie kwot mlecznych nic nie zwiększono, ale jedynie
        przesunięto 1,5 mln ton mleka ze sprzedaży bezpośredniej do sprzedaży hurtowej,
        czyli innymi słowy z jednej pozycji do drugiej, o czym donosiły zarówno “Nasz
        Dziennik”, jak i Najwyższy Czas!” bezpośrednio po “sukcesie” w Kopenhadze.
        Sukces to ponoć ogromny, choć produkcji nie zwiększa, a więc dla polskiego
        chłopa jest bez znaczenia i pozostaje jedynie “sukcesem Millera” - każdy ma
        swoje definicje sukcesu i dla Millera może wystarczające jest przesunięcie z
        kąta w kąt, aby mu się wydawało, że już ma więcej, niż miał.

        W grupie eurodecydentów poczęto więc sobie gratulować serdecznie. Uściskom, a
        nawet całusom zdawało się nie być końca. Zarówno politycy, jak i realizatorzy
        filmu usilnie starali się przedstawiać wszystko jako sukces. Ciekawe jak kwoty
        mleczne odbiorą w przyszłości nasi rolnicy. Czy i oni będą przekonani, iż
        produkując mniej niż obecnie i co za tym idzie mniej zarabiając, bądź też nawet
        tracąc źródło utrzymania – co w bardzo wielu przypadkach jest pewne, czy oni
        wtedy wierzyć będą jeszcze w opowiastki o sukcesie z 13. grudnia 2002 roku z
        Kopenhagi?

        I o ile nie dziwię się radości europolityków, których celem było właśnie
        dokonanie zakupu Polski i pozostałych dziewięciu krajów za jak najniższą cenę,
        to jednak nie mogę wyzbyć się zdziwienia z racji reakcji polskojęzycznych
        mediów na ten temat. Przecież ci ludzie, którzy wciąż rozpowszechniają legendy
        o rzekomym sukcesie „twardych negocjacji” w Kopenhadze sami będą musieli żyć w
        kraju, który w tak ewidentny sposób zdradzają i wśród ludzi, których tak
        oszukują, i z przywódcami, dla których doprawdy łatwiej sobie wyobrazić inne
        miejsca, niż suto opłacane państwowe posady. Odradzono mi w tym miejscu
        wspominanie latarni ulicznych...

        W.K.

    • robisc Andrzej Godlewski - Co jest w tym traktacie? 03.06.03, 05:17
      Co jest w tym traktacie?

      Podpisanie traktatu 16 kwietnia w Atenach i jego wejście w życie rok później,
      2 maja, oznacza, że od tego dnia unijne prawo zacznie obowiązywać na
      terytorium Polski
      Dwadzieścia kilogramów papieru, pięć i pół tysiąca stron, ponad trzydzieści
      centymetrów kartek ułożonych w stos - oto traktat o przystąpieniu Polski (i
      innych dziewięciu państw) do Unii Europejskiej. Dla porównania, traktat
      północnoatlantycki powołujący do istnienia NATO mieści się na ledwie paru
      stronach. Jeszcze nigdy Polska nie podpisywała tak skomplikowanej umowy
      wprowadzającej tak wiele zmian w życiu Polaków. Tymczasem zapisy traktatu zna
      zaledwie garstka ludzi. Gdyby polski premier wiedział, co dokładnie podpisze
      16 kwietnia w Atenach i do czego konkretnie Polska się zobowiązuje, to być
      może jeszcze raz zastanowiłby się nad tym, co robi.

      ANDRZEJ GODLEWSKI 2003-04-04


      Łatwiej wymienić, czego w nim nie ma. Znajdziemy tam dziesiątki map, tabel,
      słownikowych haseł, a nawet wzory naklejek, jakie będą umieszczane na
      lodówkach i zmywarkach. Dowiemy się, jakich kwalifikacji wymaga się od
      pielęgniarek, mechaników na stacjach kontroli pojazdów i maszynistów
      kolejowych, jakie będą warunki pomocy publicznej dla polskich hut do roku
      2006 oraz że świeże nieopakowane ryby mogą być sprzedawane bezpośrednio
      klientom tylko w powiecie, w którym mieści się zakład rybny. Zapisano, kiedy
      zostanie zmodernizowana obwodnica Warszawy, kiedy polskie mleczarnie będą
      produkować lepsze mleko oraz kiedy wędliny z zakładu panów Niebieszczańskich
      z Gryfowa na Dolnym Śląsku będą się nadawać do sprzedaży na terenie całej
      Unii Europejskiej. Te i setki innych szczegółowych zapisów ujmują to
      wszystko, co kraje kandydujące ustaliły podczas negocjacji z państwami Unii.
      Samej Polski dotyczy bezpośrednio około tysiąca stron.


      Pięć i pół tysiąca stron traktatu akcesyjnego. Kto to przeczyta?

      Wszystko albo nic

      Dokument napisano europejską prawniczą nowomową. Jest to kłopot, bo nie
      zawsze wiadomo, o co autorom chodziło. Nawet najlepsi polscy prawnicy
      dokładnie jeszcze nie wiedzą, czy na przykład zapisy o weterynarii będą
      działać na korzyść czy niekorzyść Polski. Za to znalazły się tam tylko fakty,
      bez upiększeń i komentarzy - tak często stosowanych przez polskich polityków.
      Dzięki temu wiemy jasno, co dostaną, na przykład, polscy rolnicy: że w 2004
      roku wysokość płatności bezpośrednich wyniesie 25 procent tego, co dostają
      farmerzy w obecnych krajach członkowskich, czyli dokładnie tyle, ile od
      samego początku proponowała Bruksela. Te płatności mogą za zgodą Komisji
      Europejskiej zostać zwiększone o 30 procent, ale zależeć to będzie wyłącznie
      od polityki wicepremiera Kołodki. Unia da pieniądze, jeśli da je też Polska.
      Tyle na ten temat.

      Warto tu zauważyć, że jedynie Cypryjczycy uzyskali odrębne rozwiązanie w
      dziedzinie dopłat dla rolników. Ich rolnicy od początku dostaną pełne
      dopłaty, ale i tak nie mają się z czego cieszyć, gdyż już teraz otrzymują
      wyższe wsparcie niż farmerzy w Unii. Dlatego Cypr musiał się zobowiązać, że
      nie będzie swoim rolnikom płacił więcej, niż zezwala na to unijne prawo.

      Przyjęcie traktatu akcesyjnego oznacza przyjęcie całego dorobku prawnego
      Unii. Dopuszcza się jedynie te wyjątki, które zostały wcześniej uzgodnione, i
      to na określony czas, czyli tak zwane okresy przejściowe. Najdłuższy polski
      okres przejściowy zapisany w traktacie wynosi 12 lat i dotyczy przepisów o
      zakupie ziemi rolnej przez obywateli wspólnoty.

      Stałe zwolnienia ze stosowania unijnych przepisów są możliwe bardzo rzadko.
      Polska wywalczyła niewiele takich wyjątków, choćby złagodzenie unijnych
      wymogów wobec Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych oraz Banku
      Gospodarstwa Krajowego - mogą mieć one niższy kapitał niż ich unijne
      odpowiedniki oraz to zerowy VAT na międzynarodowe przewozy pasażerskie. Nasi
      negocjatorzy odnieśli również inny "sukces" podatkowy. W Polsce inaczej niż w
      Unii podatek VAT będą płacić małe firmy o niskich obrotach, które według
      unijnego prawa byłyby z tego zwolnione, co niewątpliwie wzbogaci budżet
      państwa, ale zuboży producentów.

      Jednak te specjalne rozwiązania nie mają dla nas aż takiego znaczenia, jak
      te, które wywalczyła dla siebie Malta. Otóż ten najmniejszy kraj wstępujący
      do Unii będzie mógł nadal utrzymać prawo ograniczające zakupy tak zwanych
      drugich domów przez cudzoziemców i jako jedyny będzie ograniczać napływ
      pracowników z innych państw wspólnoty.

      W traktacie wzmocniono prawnomiędzynarodową pozycję polskiej wódki. Zapisano
      w nim, że "Polska może wymagać, aby do produkcji wódki na jej terytorium
      etykietowanej jako »Polish Vodka/Polska Wódka« stosowane były jedynie surowce
      pochodzące z Polski lub była produkowana zgodnie tradycyjnymi przepisami".
      Niestety, sytuacja polskiego wina nie wygląda już tak różowo. Traktat
      definiuje "Polskie wino/Polish wine" jako produkt wyrabiany ze
      skoncentrowanego soku lub moszczu winogronowego, które może być sprzedawane
      jedynie w Polsce.

      W traktacie zapisano, ilu przedstawicieli wyśle Polska do poszczególnych
      instytucji Unii - liczby te odpowiadają dokładnie pozycji Hiszpanii - oraz
      jakie kwoty Polska będzie wpłacać do unijnej kasy i ile z niej otrzyma.
      Bardzo dokładnie wyliczono zobowiązania Polski w zakresie zmniejszenia
      zanieczyszczeń wody i powietrza i poprawy jakości najważniejszych dróg. Jeśli
      nasz rząd nie wywiąże się z nich, to Polska może stanąć przed Trybunałem
      Sprawiedliwości w Luksemburgu.

      Wstępując do Unii Europejskiej, staniemy się automatycznie także członkiem
      kilku organizacji. Wejdziemy do Wspólnoty Europejskiej (dawniej EWG),
      Euroatomu (Europejskiej Wspólnoty Energii Atomowej), Europejskiego Banku
      Inwestycyjnego oraz strefy Schengen, a także Unii Gospodarczej i Walutowej.
      Wejście do tych dwóch ostatnich organizacji nie oznacza jednak, że już za rok
      znikną kontrole na granicy z Niemcami i Polacy będą obracać euro. Stanie się
      tak dopiero za kilka lat, i to po spełnieniu przez nas stosownych warunków.
      Natomiast w dniu wejścia do Unii Europejskiej przestaną obowiązywać umowy o
      środkowoeuropejskiej strefie wolnego handlu CEFTA.

      Najważniejsze na początku

      Traktat o przystąpieniu do Unii Europejskiej składa się z trzech części.
      Najważniejsza i najkrótsza jest pierwsza. Zawiera zaledwie trzy artykuły i
      mówi o wejściu 10 nowych krajów do Unii. Druga, najdłuższa, licząca ponad 5
      tysięcy stron, w 62 artykułach oraz prawie 30 obszernych załącznikach i
      protokołach ujmuje wyniki negocjacji, czyli warunki członkostwa. Te dwie
      części staną się obowiązującym prawem. Trzecia, w której znalazły się różnego
      rodzaju deklaracje przyszłych i obecnych członków Unii, ma charakter
      fakultatywny.

      I tu pojawia się kwestia niespecjalnie dla nas przyjemna. W październiku na
      życzenie Holendrów kraje Piętnastki przyjęły zapis, że jeśli w ciągu trzech
      lat po rozszerzeniu Unii w którymś z nowych państw członkowskich pojawią się
      lub mogą się pojawić trudności w jakimkolwiek sektorze gospodarki czy
      zakłócenia z funkcjonowaniem rynku wewnętrznego lub wymiaru sprawiedliwości,
      wszystkie państwa członkowskie mogą podjąć odpowiednie środki ochronne (art.
      37-39) - oznacza to, że w skrajnym wypadku można takiemu państwu nawet
      odebrać prawo głosu w tych dziedzinach, w których nie dostosuje się do
      unijnych wymogów. Ta klauzula może być stosowana tylko wobec nowych członków,
      czyli na przykład Polski, ale już nie wobec starych.

      • robisc Co jest w tym traktacie? -dokończenie 03.06.03, 05:18
        Klauzulę ochronną wywalczyła również Polska i polska delegacja rządowa
        przedstawiała to jako swój duży sukces w Kopenhadze. Unia przyznała, że w
        Polsce istnieją specyficzne problemy rolnictwa i nasz kraj może wprowadzić
        system monitorowania handlu. Jednak ten zapis znajduje się w trzeciej -
        fakultatywnej części traktatu. We wcześniejszej, drugiej, zapisano natomiast,
        że kraje członkowskie w żadnym razie nie mogą wprowadzać kontroli granicznych.

        Nie ma też dzisiaj żadnego prawnego znaczenia oświadczenie polskiego rządu, że
        dla państwa polskiego nie istnieją w prawodawstwie unijnym żadne przeszkody w
        samodzielnym regulowaniu spraw o znaczeniu moralnym, jak również tych
        odnoszących się do życia ludzkiego. Jest ono nadzwyczaj ogólnikowe i służy
        chyba jedynie uspokojeniu niektórych biskupów i wiernych. Tymczasem zapis
        ograniczający aborcję, jaki uzyskała Malta, znajduje się w prawnie
        obowiązującej części traktatu. Warto dodać, że polskie oświadczenie nosi
        tytuł "Deklaracja Rządu Rzeczypospolitej Polskiej dotycząca moralności
        publicznej", co w czasach afery Rywina brzmi dość ironicznie.

        Podpisanie traktatu 16 kwietnia w Atenach i jego wejście w życie rok później, 2
        maja, oznacza, że od tego dnia unijne prawo zacznie obowiązywać na terytorium
        Polski. Od tej pory polscy sędziowie i urzędnicy będą musieli stosować się do
        niemal wszystkich wspólnotowych przepisów. W razie wątpliwości zapytania
        kierować będą nie do urzędów w Warszawie, ale instytucji Unii w Brukseli czy
        Luksemburgu. Dla wielu będzie do szokująca i trudna zmiana.

        Wyjść też można

        Inaczej niż w wielu innych umowach międzynarodowych w traktacie akcesyjnym nie
        ma słowa o możliwości jego wypowiedzenia, czyli wyjścia z Unii. Podobnie jest
        we wszystkich pozostałych unijnych traktatach. Dlaczego? Jeszcze do tej pory
        większość zachodnich polityków i eurokratów uważa, że Unię stworzono po to, by
        narody Europy coraz ściślej ze sobą współpracowały i dzięki temu życie ich
        obywateli stawało się łatwiejsze i lepsze. Zgodnie z tym rozumowaniem nie ma
        potrzeby, by do traktatów wpisywać coś, co będzie Europejczykom szkodzić.

        Od jakiegoś czasu eksperci znaleźli furtkę dla chcących opuścić Unię.
        Przewiduje to prawo międzynarodowe, mówiące, że kraje, które zawarły jakąś
        umowę, mają prawo się z niej wycofać. W Unii zdarzył się już taki precedens. W
        1984 roku Grenlandia - część Danii o szerokiej autonomii i własnym parlamencie -
        podpisała traktat zmieniający jej status we wspólnocie, de facto oznaczający
        jej wyjście. Otóż przestała być członkiem wspólnoty, a stała się zamorskim
        terytorium stowarzyszonym z nią. Dla niektórych eurosceptyków przykład
        Grenlandii jest być może jakąś pociechą. Jednak należy dodać, że o ile 20 lat
        temu negocjacje o wyjściu były możliwe, to teraz trudno sobie wyobrazić na
        przykład rokowania o opuszczeniu europejskiej unii walutowej i rezygnacji ze
        wspólnego pieniądza.

        Przeciwnicy wstąpienia Polski do Unii mogą mieć jeszcze pewne nadzieje, że
        traktat akcesyjny nie wejdzie w życie. Stałoby się tak, gdyby choć jeden
        parlament któregoś kraju Piętnastki nie ratyfikował go. Szanse na to są
        niewielkie, bo albo zgodzą się na wszystkich kandydatów, albo na żadnego.
        Inaczej jest w wypadku wstępowania do Unii. Tu każdy kraj decyduje sam za
        siebie. Odrzucenie traktatu przez któryś z nich oznacza nieprzyjęcie tylko tego
        jednego państwa. A więc 8 czerwca 2003 roku sami postanowimy, czy podpisany 16
        kwietnia 2003 roku w Atenach traktat o przystąpieniu do Unii Europejskiej
        będzie obowiązywał również Polskę.

        Nowe Państwo nr 4/2003


        kiosk.onet.pl/art.html?NA=1&ITEM=1116563&KAT=1293



        • Gość: krzysztofsf up IP: 213.155.166.* 04.06.03, 22:44
    • Gość: robi K.J. - Tajny Raport Komisji Europejskiej IP: *.dialup.warszawa.pl 04.06.03, 23:59
      Re: Tajny Raport Komisji Europejskiej
      Autor: Gość: K.J. IP: 144.138.225.*
      Data: 04-06-2003 13:12 + odpowiedz na list

      Niestety, jedyną informacją którą udało mi się na ten temat znaleźć, to
      doniesienie UEobserver z 22.05.2003 - 17:45 CET oraz wcześniejsze ostrzeżenie
      Eneko Landaburu w stosunku do Polski.

      Z tego doniesienia jasno wynika, że powodem nie wysłania przez KE tzw. listów
      ostrzegających była chęć nie płoszenia zwierzyny (tzn., nas) przed referendum.
      Polsce grozi uruchomienie, jak to jest obrazowo określane, „bicza na Polskę”,
      to znaczy klauzul karnych, jeżeli przed listopadem br. nie spełni większości
      warunków akcesyjnych.

      Poniżej podaję informację dotyczącą ostrzeżenia Landaburu, oraz angielski tekst
      art, z EUobserver na temat listów ostrzegających.

      Landaburu grozi nam palcem



      Sekcja Polska BBC podała, że dyrektor generalny do spraw rozszerzenia UE,
      Eneko Landaburu, ostrzegł rząd polski, że jeżeli ten nie przyspieszy
      przygotowań do członkostwa w Unii, to Komisja Europejska może wprowadzić tzw.
      klauzule ochronne począwszy od listopada bieżącego roku.

      Wypowiedź pana Landaburu podczas wspólnego posiedzenia polskiego i unijnego
      parlamentu, które miało miejsce we wtorek w Warszawie, zaszokowała polskich
      polityków pro-unijnych.

      Józef Oleksy stwierdził, że słowa wypowiedziane przez Landaburu na temat
      klauzul ochronnych zabrzmiały jak pogróżki, jednakże w jego przekonaniu,
      Komisja Europejska nie będzie miała powodów do ich zastosowania wobec tak
      dużego kraju kandydackiego jak Polska. Czyli tzw. pobożne życzenia w których
      celują euroentuzjaści.

      Klauzule ochronne są specjalnymi środkami, które kraje "15" mogą zastosować w
      stosunku do każdego z krajów kandydujących w przypadku, gdy nie wprowadzi on w
      odpowiednim czasie prawodawstwa unijnego. Mogą m.in. wprowadzić środki nacisku
      politycznego, jak również sankcje ekonomiczne mające na celu ochronę unijnego
      rynku wewnętrznego.

      Użycie klauzul ochronnych będzie nieuniknione.

      Według Eneko Landaburu, który zarządzał negocjacjami z krajami kandydackimi od
      1998, Polska ma jeszcze wiele do nadrobienia w takich dziedzinach jak usługi,
      rolnictwo, polityka audio-wizualna i unia celna. Nadmienił, że zaległości
      Polski dotyczą wprowadzania zarówno prawodawstwa unijnego, jak praktycznych
      przygotowań do stosowania norm i standardów unijnych.

      Landaburu zagroził, że jeżeli Polska nie wywiąże się z tych zobowiązań do
      listopada, kiedy to Komisja Europejska przedstawia raport końcowy o
      przygotowaniach kandydatów do członkostwa, to KE nie będzie miała innego
      wyjścia jak zastosować klauzule ochronne.

      Polscy politycy pro-unijni są zawiedzeni, że Landaburu wybrał dla swojej
      wypowiedzi bardzo nieodpowiedni moment tuż przed referendum unijnym. Tylko
      nieliczni obawiają się, że w efekcie wprowadzenia klauzul warunki członkostwa
      Polski jeszcze bardziej się pogorszą. Innym natomiast chodzi nie o sam fakt
      zastosowania klauzul lecz o to, że tuż przed referendum społeczeństwo może się
      dowiedzieć zbyt wiele na temat faktycznych warunków naszego członkostwa w UE i
      w efekcie zagłosować na 'NIE'.

      Opracowane na podstawie doniesienia EUobserver z dnia 29.04.2003 pt. "Landaburu
      warns Poland about delays".

      Redakcja Naszej Witryny, EUobserver, 2003-05-01

      Early warning letters to EU entrants delayed

      EUOBSERVER / BRUSSELS - The European Commission has delayed until mid-June
      sending early warning letters to acceding countries not implementing EU
      legislation, despite the risk of having to impose punitive measures if not
      enough progress is made before November this year.

      In doing this, the Commission will avoid sending any of these letters before
      the Polish referendum on EU membership on 7-8 June - Poland has the worst track
      record in acquis implementation among the 10 prospective EU entrants.

      Monitoring tables ready
      The Commission Friday, 23 May, will send monitoring tables to the EU member
      states, which will state to what extent the would-be members are meeting EU
      standards.

      But as the evaluation on Justice and Home Affairs will not be complete until
      mid-June, the Commission has stated that early warning letters will only be
      sent after the whole process is complete.

      "We can't send warning letters every month", a Commission source said.

      This has already caused internal wrangling between the Commission's departments
      for enlargement and consumer affairs - with key officials disagreeing over the
      timing of the letter.

      A monitoring exercise by the Commission last February revealed shortcomings in
      legislative areas by many of the prospective EU entrants.

      Friday's reports will also include for the first time a monitoring of the
      agriculture chapter, where Poland is expected to be severely criticised over
      its lack of progress in food safety.

      November deadline
      The ten EU acceding states are being warned to respect the commitments made for
      implementing legislation - in practice as well as in theory - before November
      this year, when the Commission will present its final monitoring report.

      On this basis, the Commission could draw up measures, known as safeguard
      clauses, which could be enforced in areas where severe gaps have been
      identified. These measures could temporarily exclude new EU states from
      participating in the internal market.

    • robisc JWZ - Fundusze idą na pomoc. 05.06.03, 06:48
      Fundusze idą na pomoc.
      Autor: Gość: JWZ IP: *.szklarska-poreba.sdi.tpnet.pl
      Data: 27-05-2003 14:10 + dodaj do ulubionych wątków


      Pani Ekspert napisała:
      > Przy okazji chciałabym powiedzieć, że nie cała pomoc z funduszy
      > strukturalnych wymaga wkładu własnego. W przypadku Funduszu Spójności, z
      > którego obecnie otrzymujemy pieniądze w ramach programu ISPA na ochronę
      > środowiska i inwestycje drogowo-transportowe, wkład własny może byc dużo
      > niższy i wynosić 10 a nawet mniej %. Zazwyczaj ten wkład własny to
      > przygotowanie projetu inwestycji np. drogi czy autostrady.

      Pozwolę sobie zauważyć, że niezależnie od wkładu własnego, bardzo istotny jest
      wymóg sfinansowania całej inwestycji ze środków własnych bądź kredytowych przez
      podmiot ubiegający się o dotację. Dopiero po wykonaniu inwestycji dotacja
      zostanie uruchomiona. Zastanowienia wymaga jakie w związku z tym będą skutki
      długofalowe funkcjonowania funduszy unijnych.
      1. Kogo stać w Polsce na wyłożenie znacznych środków lub uzyskanie niemałych
      kredytów bankowych?
      2. Kto skorzysta na tych programach finansowych?
      3. Jaki będzie ich skutek za 5-10-15 lat?
      Wygląda na to, że nikogo (w gronie tzw. odpowiedzialnych) to nie obchodzi. A
      może chodzi o to, aby społeczeństwo za wiele nie wiedziało i nie myślało?
      Spróbuję jednak ustosunkować się do powyższego. Gdybym się mylił, proszę o
      sprostowanie.
      Otóż realia są takie, że w Polsce wystarczającymi środkami dysponują bardzo
      nieliczne podmioty (niekoniecznie gospodarcze), głównie te, które same się
      uwłaszczyły na bazie porozumień okrągłostołowych w sposób nie mający związku z
      zasadami państwa prawnego czy gospodarki rynkowej. Uczciwy przedsiębiorca nie
      miał żadnych szans, aby w okresie od 1989 r. dorobił się choćby możliwości
      zabezpieczenia ewentualnego kredytu bankowego. Jest oczywiste, że warunkom
      zawartym w funduszach unijnych sprosta... kapitał zagraniczny. W funduszach
      tych określone są cele, które mogą być dofinansowane, natomiast nic się nie
      mówi,że podmiotem korzystającym ze środków unijnych może być jedynie podmiot
      polski (kapitał polski). Mało tego. Niektóre programy unijne wymagają wręcz
      powołania międzynarodowego konsorcjum do realizacji konkretnego programu. Kto
      wobec tego będzie beneficjentem środków pochodzących z funduszy unijnych? Warto
      przy tym pamiętać, ze kapitał zagraniczny nadal korzysta z ulg podatkowych, co
      stawia go dodatkowo w sytuacji uprzywilejowanej na polskim rynku. Skutki takiej
      polityki są łatwe do przewidzenia. Może o to właśnie chodzi? Mówienie o Posce,
      o interesie narodowym, to przecież przejaw zaściankowości i ciemnogrodu.
      Najważniejsze, że "będzie lepiej". Kiedy? - Nie ważne.
      Panią Ekspert proszę o odpowiedź na pytanie 3.


    • Gość: robi dwamiecze - Jego argumenty na "Nie" IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 05.06.03, 21:34
      Dlaczego każdy myślący człowiek powinien być przec
      Autor: dwamiecze@NOSPAM.gazeta.pl
      Data: 25-04-2003 14:35 + dodaj do ulubionych wątków


      Skoro argumenty przeciwników Unii sa dobrze znane, ja skoncentruje się tutaj
      tylko na przekonaniu dlaczego nawet zwolennicy powinni być przeciwko akcesji
      do Unii w bieżącym terminie.

      Powód 1:
      Unia ma niby załadować mase pieniędzy w ulepszenie infrastruktury w Polsce.
      Kto dokładnie będzie te pieniądze dawał? Niemcy, na przykład wciąż cierpią
      gdyż zupełnie się spłukali na budowie infrastruktury w byłym NRD. Miasto
      Berlin jest w stanie bankructwa. Każdy myślący człowiek bez tego już wie ze
      Polska na pewno włoży w Unie więcej niż dostanie. To male ochlapy co BYĆ MOŻE
      dostanie - może się tylko stać po dopełnieniu tysiąca fromalnosci, które
      trudno byłoby wypełnić nawet gdyby politycznie zostało to uniemożliwione (jak
      się na pewno stanie- popatrz następne punkty).

      Powód 2:
      Unia ma niby ustabilizować sytuacje polityczna w Polsce. Kompletna bzdura. Z
      powodu kłamstw SLD i niedotrzymania głupawych obietnic, jest to pewne ze za
      niedługo jakaś koalicja typu Samoobrona + LPR przejmie władze w Polsce. To
      się musi stać gdyż dojście do Unii w żadnym wypadku nie polepszy Polakom
      życia od razu. Wyobraźmy sobie teraz sytuacje gdzie SLD obsadzi stołki
      Polskiego przedstawicielstwa w Unii a Samoobrona+LPR rządzi Polską. Oba
      ugrupowania nie będą miały wyboru poza dążeniem za poważnym kryzysem w kraju –
      SLD po to aby wykopać Samoobrone+LPR od władzy, Samoobrona+LPR po to aby
      spowodować kryzys w Unii i się z niej wycofać. Oba ugrupowania będą
      oczywiście miały także kogo winić za kryzys a Unia obstawiona działaczami SLD
      zamiast uprościć sytuacje w Polsce, skomplikuje ja dziesięciokrotnie. Ale być
      może nie będzie to takie złe – po paru latach takiego bałaganu Niemcy i
      Francuzi będą nam chcieli płacić ciężkie pieniądze za dobrowolne wycofanie
      się z Unii. :) Nie mogę się doczekać na palące się trumny i kukły w Brukseli.

      Powód 3:
      Unia polepszy standardy życia w Polsce bo wymusi na firmach normy europejskie
      (ekologiczne i inne). To już chyba jest najgłupszy powód przytaczany przez
      zwolenników. Mamy tutaj typowa Polska firmę która dopiero powstała, i nie ma
      jeszcze pieniędzy na kibel ale ktoś ich będzie zmuszał do tego aby kupili
      sobie kafelki. W praktyce, skoro pieniądze ani na kibel ani na kafelki z
      nieba nie spadną, firmy bądź zbankrutują bądź będą płacić swoim pracownikom
      miej aby były pieniądze na łapówki i na zatrudnienie armii prawników.

      Powód 4:
      Co tam bałagan w Polsce – ja sobie pojadę pracować na Zachodzie. Ja się tutaj
      narażę wszystkim marzycielom i wyjaśnię prosto – jak dotąd nie byłeś w stanie
      pracować na Zachodzie to Unia ci tylko w tym utrudni. Każdy kto miał
      prawdziwe umiejętności do sprzedania na Zachodzie, był je już w stanie
      sprzedać. To polega na tym ze jeżeli ktoś na Zachodzie na prawdę potrzebował
      Polskiej „pomocy” to mógł na to sposób znaleźć – unia czy nie unia. Ktoś kto
      tego nie potrzebował – jak ma unia do tego zmusić?

      Powód 5:
      Członkostwo w Unii podniesie pozycje Polski. Znowu bzdura. Silny łączący się
      ze słabszym staje się silniejszym, słaby łączący się z silniejszym staje się
      słabszym. Polska miała do wykorzystania wspaniałą pozycje pośrednika miedzy
      Wschodem a Zachodem ale z powodu głupoty nie była w stanie tej pozycji
      wykorzystać. Opóźnienie członkostwa w Unii i patrzenie się realnie na świat
      pozwoliłoby dorobienie się na tym pośrednictwie bez prawnych skrępowań
      powiązania z Zachodem. To później, gdyby byłoby to opłacalne, mogło by
      pozwolić Polsce na przyłączenie się do Unii na równorzędnych warunkach.
      Niemcy chcą Polskę w Unii głównie po to aby zabezpieczyć sobie dostęp do
      surowców i rynków byłego ZSSR bez uczestnictwa Polaków. To oczywiście sa
      zupełne mrzonki także Niemców – oni Rosjan czy Ukrainy nie rozumieją i nigdy
      bez pośrednictwa Polaków tam operować nie będą. Wszystko co unia usianie
      tutaj to skomplikowanie spraw i strata co najmniej pięciu lat na naukę
      zarówno Polaków jak i Nemcow.

      Powód 6:
      Nie mam teraz pracy, po dołączeniu się do Unii, pojawi się masa pracy.
      Kompletna i największa bzdura sprzedawana niewtajemniczonym. Kryzys
      gospodarczy w Polsce jest spowodowany przede wszystkim tym ze
      Polska „włączała” się do Unii przez ostatnie 10 lat. Prawdziwe przyłączenie
      się tylko ten proces pogłębi.

      Powod 7:
      Produkuje „cos” w Polsce i nie mogę tego sprzedawać łatwo w Unii z powodu
      biurokracji. Przyłączenie się do Unii polepszy ta sytuacje – będę eksportował
      i zarabiał wiecej. Dwustuprocentowa bzdura. Z powodu nadużyć wielkich firm,
      Zachód wymaga biurokracji o której się przeciętnemu Polakowi nawet nie śniło –
      zwłaszcza w dziedzinie rynku żywnościowego. Jeżeli się nie ominie
      biurokracji unii poprzez łapówkarstwo to 90% wszystkich firm Polskich upadnie
      po wejściu do Unii.


      Wniosek – poczekać z Unia – nie dołączać się teraz. Za 5, 10 lat – być może
      się dołączyć na warunkach całkowicie równego partnera.



    • Gość: robi Co powiedział Chirac IP: *.dialup.warszawa.pl 05.06.03, 23:18
      Chirac nas łaja za brak solidarności europejskiej

      Robert Sołtyk, Bruksela 17-02-2003, ostatnia aktualizacja 17-02-2003 23:38

      Prezydent Francji nie krył złości i nie powściągał języka, by skrytykować w
      poniedziałek w Brukseli stanowiska państw kandydujących do Unii Europejskiej, w
      tym Polski, za - jego zdaniem - zbytni proamerykanizm
      czytaj dalej »

      Dziennikarze na konfrencji prasowej Jacquesa Chiraca po wczorajszym szczycie
      Unii nie mogli wyjść z osłupienia słuchając słów prezydenta Francji o "złym
      wychowaniu" i "infantylności" państw naszego regionu. W odpowiedzi na jedno z
      pytań Chirac stwierdził, że podpisując się pod deklaracjami solidarności z
      USA "kraje kandydackie postąpiły z pewną lekkomyślnością" i "nie wzięły pod
      uwagę konsekwencji". - W rodzinie europejskiej wymaga się minimum konsultacji,
      a nawet konsyliacji. Tymczasem one nie postąpiły rozsądnie, a w każdym razie
      nie pokazały dobrego wychowania. Najmniej co można powiedzieć, to że kraje te
      straciły dobrą okazję, by siedzieć cicho - mówił dosadnie Chirac. - To nie było
      serio.

      Chirac pokpiwał sobie z postępowania byłego prezydenta Czech Vaclava Havla,
      który podpisał "list ośmiu" z apelem o europejską solidarność z USA w sprawie
      Iraku, choć premier Vladimir Szpidla był temu przeciwny.

      Chirac zagroził, że możemy mieć problemy przy ratyfikacji naszego członkostwa w
      Unii. - Nie zapominajmy, że jest opinia publiczna [w krajach UE - red.].
      Pośpiech, z jakim te kraje poparły stanowisko USA, mógł tylko wzmocnić pewną
      wrogość wobec nich.

      Gdy jeden z dziennikarzy zauważył, że "list ośmiu" podpisało pięciu przywódców
      Unii, a nie tylko premier Polski, Węgier i prezydent Czech Chirac
      stwierdził: "gdy jest się w rodzinie ma się więcej praw niż gdy się w niej nie
      jest". Suchej nitki nie zostawił na Rumunii i Bułgarii, które wciąż negocjują
      członkostwo w Unii. - Z ich strony była to jeszcze wielka lekkomyślność.
      Rumunia i Bułgaria, jeśli chciały ograniczyć swe szanse wejścia do UE, nie
      mogły wybrać lepszej okazji.

      www1.gazeta.pl/swiat/1,34216,1331363.html#dalej
    • Gość: robi Stanisław Wojtera - Dlaczego NIE IP: *.dialup.warszawa.pl 05.06.03, 23:30
      Dlaczego NIE

      Stanisław Wojtera

      Szanowni Państwo! Już za kilka dni przyjdzie nam zadecydować o przystąpieniu -
      lub nie - Polski do Unii Europejskiej. Czas ostatecznej mobilizacji w kampanii -
      a potem już tylko wysiłek piętnastu minut spaceru do lokalu wyborczego. I
      postawienie krzyżyka.

      Nie muszę chyba specjalnie przekonywać czytelników "NCz!", że powinien to być
      krzyżyk w kratce przy NIE. Dla porządku przypomnijmy tu jednak kilka
      najważniejszych argumentów.

      Nie ziszczą się marzenia o złotym deszczu europejskich dopłat. Szczegółowe
      wyliczenia były już prezentowane na tych łamach. Polska najprawdopodobniej
      będzie płatnikiem netto. Naprawdę słaby to interes, do którego się dopłaca - ta
      prosta prawda na poziomie dziecka ze szkoły podstawowej wydaje się jednak
      przerastać zdolności pojmowania naszych tzw. elit.

      Odpowiedzmy sobie na pytanie: czym Polska gospodarka może konkurować na
      globalnym rynku? Co może być naszą mocną stroną? Na pewno nie siła kapitału.
      Polskiego kapitału obecnie praktycznie nie ma. Nic dziwnego - wszelka
      akumulacja niszczona jest w zarodku przez szalejący fiskalizm państwa.
      Technologicznie również Polska nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Odpowiedź
      jest jedna: nasza jedyna szansa to niskie koszty.

      Niskie koszty, czyli niskie podatki - zarówno te obciążające płace (wzrost
      kosztów pracy), jak i podatki pośrednie, szczególnie w nośnikach energii.
      Niskie koszty, czyli niskie i nie przymusowe składki ubezpieczeń społecznych
      (znów kłaniają się koszty pracy).

      Nie można zaprzeczyć, że przystąpienie do UE otworzy nam tamtejsze rynki. Cóż z
      tego, skoro konieczność przyjęcia unijnych uregulowań podatkowych,
      ubezpieczeniowych i socjalnych spowoduje, że nasze towary będą na tych rynkach
      na z góry przegranej pozycji? Warunki akcesji powodują że wyzbywamy się naszego
      jedynego możliwego atutu - niskich kosztów prowadzenia działalności
      gospodarczej.

      Trzeba powtarzać do znudzenia: to, czego Polska potrzebuje, to radykalna
      rozprawa z biurokracją (a nie rozrost eurobiurokracji), to zdecydowane
      obniżenie podatków (a nie ich wzrost do poziomu europejskiego, a może wyższego -
      wszak akcesja kosztuje), to likwidacja kodeksu pracy i wielu innych
      kosztownych przywilejów socjalnych (a nie zagwarantowanie ich nienaruszalności
      europejskimi regulacjami). Wówczas polska gospodarka będzie się rozwijać,
      wówczas będzie konkurencyjna - i wówczas ma sens otwieranie dla niej rynków
      europejskich.

      Mówiąc krótko: to, czego Polsce trzeba, to wolny rynek, a nie przeregulowany
      rynek unijny. Jedyną korzyść, jaką nam daje Unia - zniesienie barier celnych
      oraz wolny przepływ ludzi towarów i kapitału - możemy osiągnąć bez
      przystępowania do Unii!!! Wystarczy przystąpić do Europejskiego Obszaru
      Gospodarczego i traktatu z Schengen. I właśnie EOG i Schengen powinny być
      celami polskiej dyplomacji po odrzuceniu traktatu akcesyjnego.

      Oczywiście obecna sytuacja w Polsce nie jest stanem szczególnie godnym obrony.
      I bez Unii mamy korupcję, bezrobocie, obłędnie wysokie podatki czy rozrośniętą
      biurokrację. Ale dopóki nie jesteśmy w UE, zawsze możemy ten stan rzeczy
      zmienić. Po akcesji te bariery przeszkadzające w rozwoju Polski zyskają
      umocowanie na poziomie traktatu międzynarodowego.

      I nie dajmy się zwariować - głośne NIE w referendum nie zamyka nam na zawsze
      żadnej opcji, również proeuropejskiej. Można sobie wyobrazić ewolucję UE w
      pożądanym przez nas kierunku. Jeśli Unia odeszłaby od modelu biurokratycznego
      superpaństwa w kierunku wolnorynkowej wspólnoty suwerennych państw - wówczas
      przystąpienie do niej Polski miałoby sens. I byłoby możliwe, mimo NIE w obecnym
      referendum. Dania odrzuciła traktat z Maastricht, Irlandia odrzuciła traktat z
      Nicei - doprawdy nic tragicznego w tych krajach się nie stało. Po prostu Unia
      zaoferowała im lepsze warunki. Wobec tych przykładów nie powinien przejść
      obojętnie nawet najbardziej zagorzały euroentuzjasta.

      Na razie jednak Unia staje się owym biurokratycznym, etatystycznym
      superpaństwem. Akcesja w obecnej sytuacji, na wynegocjowanych przez rząd
      Millera warunkach, jest po prostu sprzeczna z polską racją stanu. Dlatego
      apeluję nie tylko do członków i sympatyków UPR, ale do wszystkich ludzi dobrej
      woli, wszystkich, którym leży na sercu dobro Polski - w niedzielę 8 czerwca
      pójdźmy wszyscy do urn i powiedzmy NIE!

      W ostatnich tygodniach obserwujemy w mediach festiwal nachalnej agitacji
      proakcesyjnej. Nikt nie dba o zachowanie choćby pozorów obiektywizmu, nikt już
      nie udaje, że dostarcza informacji. Zalewa nas ze wszystkich stron bezwzględna,
      brutalna propaganda. Mogłoby się wydawać, że w takiej sytuacji nie warto iść
      głosować, że wszystko jest już przesądzone. Nic bardziej mylnego. Drodzy
      państwo, ta histeria mówi jedno: ONI SIĘ BOJĄ.

      III Rzeczpospolita - państwo kapitalizmu republiki bananowej, państwo przeżarte
      rakiem socjalizmu - idealnie pasuje do UE. Unia jest logiczną konsekwencją
      rozwoju III RP. Tylko że to państwo chyli się ku upadkowi. Dlatego
      establishment i z lewej, i z tzw. prawej strony tak rozpaczliwe chce do Unii -
      bo boi się odpowiedzialności za 13 lat swoich rządów. Wejście do Unii to dla
      naszych, pożal się Boże, elit wielka ucieczka do przodu, ucieczka od
      odpowiedzialności.

      Dlatego taki natłok propagandy i stwarzanie wrażenia, jakoby wszystko było
      przesądzone. Nie dajmy im tej satysfakcji. My, przeciwnicy Unii, my, zwolennicy
      zlikwidowania chorego systemu III RP, zostając w domu, pozwalamy, żeby ONI
      wygrali po raz kolejny. Każde NIE dla UE to również głośne NIE dla republiki
      bananowej. Zastanówcie się Państwo - czy chcecie żeby w Polsce dalej było tak
      jak jest? Czy jesteście zadowoleni z polityków, którzy do tego stanu rzeczy
      doprowadzili? Oni wszyscy są za akcesją. Właśnie mamy niepowtarzalną okazję
      powiedzieć: "tym panom już podziękujemy". Każdy procent głosów na NIE to
      osłabienie pozycji "towarzystwa". Liczy się każdy głos. 8 czerwca może być
      początkiem końca socjalizmu w Polsce.

      Nie zmarnujmy tej szansy.


      www.nczas.com/?a=show_article&id=1214
    • Gość: robi Anka - Jesteś Patriotą? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.06.03, 18:01
      Jesteś Patriotą?
      Autor: Gość: Anka IP: 213.241.43.*
      Data: 06-06-2003 10:11 + odpowiedz na list


      Witam Was wszystkich - zwolenników Europy i Jej przeciwników. Wszyscy
      jesteśmy Polakami, mamy swą mowę ojczystą, wspaniałą historię i ciężką jak
      żadan inny Europejski Naród walkę o Niepodległość i Suwerenność. Mamy swych
      wybitnych naukowców, poetów, pisarzy, sportowców i kompozytorów. Mamy Papieża
      Polaka... Mamy Lecha Wałęsę, który uwolnił nas od komunizmu i dał nam
      WOLNOSĆ. Jakże jesteśmy dumni mogąc powiedzieć Polak Gołota wygrał z... Nie
      jesteśmy rasistami. Szanujemy inne Narody, inne rasy, inne wyznanie i inne
      kultury. Tu jest nasz kraj, tu jest nasze miejsce i nasz DOM POLSKI. Mamy
      piękne ziemie - góry, morze, jeziora i lasy. Nasi przodkowie walczyli o to,
      aby to było nasze. Oddali swe zycie, aby nasze dzieci uczyły się w Polskich
      szkołach i słuchały pięknej polskiej mowy. Mamy orła - symbol waleczności
      Polaków. Nie potrzebujemy nikogo się bać. Mamy swoje państwo. Przypomnijmy
      sobie Targowicę czy choćby 2 wojnę światową. Wybaczamy ale nie zapomnimy. BO
      PAMIĘĆ JEST WDZIĘCZNOŚCIĄ SERCA... Spójrzmy na siebie obiektywnie - nie
      potrafimy zapomnieć i wybaczyć, że ktoś należał do PZPR. Ale jak łatwo nam
      zapomnieć o naszej narodowej walce o niepodległość. To prawda, że w Polsce
      jest źle - bezrobocie, ogólna bieda. Kto z Państwa dostanie pracę w Unii?
      Niewiele osób.. A reszta? Co z ludxmi starymi, niewykształconymi czy chorymi?
      Ziemie Polskie są tanie... Europejczyka stać, aby kupic nasze ziemie. Nas nie
      stać na kupienie ziemi w Anglii. Z resztą po co? Tyle lat walczyliśmy o to,
      żeby tu właśnie mieszkać.
      Nie jestem z LPR czy z Radia Maryja. Obca mi polityka czy jakiekolwiek
      podziały. Wolę jednoczenie... Boga mam w sercu a nie w kościele od niedzieli
      do niedzieli. Żyję w tym kraju bo go kocham.
      Pokażmy Europejczykom: że Polacy nie gęsi... Zobaczycie jakie będą reakcje.
      Może wreszcie nas zaczną szanować i mówić o nas godnie. Pozdrawiam sceptyków
      i fanów Unii. Macie jeszcze czas na podjęcie decyzji. Macie całą dobę na to,
      by odpowiedzieć sobie: czy jestem Polakiem i Patriotą czy jestem
      Europejczykiem i kosmopolitą?. Zamknijcie oczy i zastanówcie się gdzie będą
      mieszkać wasze dzieci... U Niemca w Folwarku. Obudźcie w sobie ducha
      patriotyzmu. Powiedzcie NIEEE!!! Dość upokorzeń, dość cierpień. Powiedzcie
      sobie "jesteśmy jedna wspaniałą Polską Rodziną". Nie ważne czy czerwony czy
      czarny. Nie ważne czy z LPR czy z SLD. Nie ważne czy biedny czy bogaty. Razem
      pociągniemy ten wózek. Zostańmy w naszym pięknym ojczystym i ukochanym kraju.



    • robisc robi - Ryzyko kursowe 07.06.03, 00:07
      Ryzyko kursowe
      Autor: Gość: robi IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
      Data: 30-04-2003 00:24 + odpowiedz na list


      Obecnie wielu trzeźwo myślących przedsiębiorców mających do czynienia
      transakcjami importowo-eksportowymi lub nawet posiadającymi jedynie kredyty
      indeskowane kursem waluty obcej zabezpiecza ryzyko kursowe. Służą do tego tzw.
      derywatywy tj. np. forwardy, opcje, swapy itp. W każdym razie najróżnieniejsze
      instrumenty dają duże pole do popisu. Można przy odrobinie szcześcia nawet
      nieźle zarobić. Ale to juz spekulacja, a nie o to tu chodzi. Zabezpiecznie
      ryzyka kursowego należy traktować jak polisę ubezpieczniową.
      Bez tego starty mogą byc ogromne. Dletego nie rozumiem np. byłego Zarządu
      Stoczni Szczecińskiej, który płakał, że katastrofie winna była aprecjacja
      złotówki. Moim zdaniem to byli po prostu finansowi dyletanci.

      Przypuśćmy teraz,że weszliśmy do UE. Mamy szok akcesyjny. Upada kilkadziesiąt
      procent przedsiebiorstw. Skokowo wzrasta bezrobocie. Ludzie z głodu wychodza na
      ulicę. Mamy kryzys walutowy, bo przestraszeni inwestorzy zgraniczni w panice
      pozbywają sie polskich papierów skarbowych. Hipotetycznie 1 EUR kosztuje 7 PLN.
      Nagle okazuje sie, że nasza składka do zapłaty w ciągu trzech najbliższych lat
      wynosi nie 26 ale 45 mld PLN. Moim zdaniem taki scenarisz jest bardzo
      prawdopodobny, czemu dałem wcześniej wyraz w wątku "Scenariusz argentyński" (w
      Argentynie rozruchy wybuchły przy stopie bezrobocia około 20%).

      Teraz pytanie: skąd Polska weźmie dodatkowe prawie 20 mld PLN? Jeżeli będziemy
      musieli zapłacić tak wysoką kwotę do budżetu UE, to skąd weźmiemy środki na
      udział własny w finansowanie przedzsięwzięc współfinansowanych przez Unię? I to
      w okresie kryzysu gopspodarczego i politycznego, a więc okresie realnego spadku
      dochodów budżetowych.

      Otóż kryzys walutowy spowoduje,że może być nas nie stać na wykorzystanie
      unijnej pomocy. To jest chore. Warunki akcesji dla Polski są tragicznie
      niekorzystne z jednego podstawoego wzgledu: składka do budżetu UE jest
      obligatoryjna, a pomoc warunkowa. Trzeba też pamiętać, że ewntualna pomoc
      z UE rozłoży się w czasie nawet do 2010 r. To pułapka, w którą niezwykle łatwo
      możemy wpaść.

      Moja tyrada na wstępie miała wam unaocznić, czym jest ryzyko kursowe i jak
      bronią się przd nim firmy. Ale Polska będzie bezbronna. Jakoś nie słyszałem
      żeby Kołodko planował zakupy opcji na płatności naszej składki. Takie opcje
      musiałby byc kosmicznie drogie, przy tej skali transakcji.

      No i co, jest ryzyko, czy go nie ma?



    • wolna_galicja Do góry! (n/t) 07.06.03, 20:44
    • robisc Rafał - Naród wie co robi 08.06.03, 15:49
      Re: Apel (dramatyczny)
      Przeczytaj komentowany artykuł »
      Autor: Gość: rafal IP: *.proxy.aol.com
      Data: 08-06-2003 04:15 + dodaj do ulubionych wątków

      Gość portalu: Jagnieszka napisał(a):

      > Powtarzam swój apel, zamieszczony na forum "GW" wczoraj
      > wieczorem:
      >
      > Wzywam największe polskie autorytety - Prezydenta,
      > Pemiera, Prymasa i czołowych polityków orac czołowe postacie
      > życia publicznego z Adamem Michnikiem na czele, aby w obliczu
      > grożącego Polsce nieszczęścia, czyli w obliczu zagrażającej
      > ważności referendum frekwencji poniżej 50%, nie bacząc na ułomne
      > przepisy zabrali głos w publicznych i prywatnych mediach,
      > wydając nadzwyczajne dodatki gazet oraz serwując nadzwyczajne
      > wystąpienia w radiu i w telewizji. Precz z suchym wymogiem ciszy
      > wyborczej, skoro Polska stoi nad przepaścią! To stan wyższej
      > konieczności, dzięki któremu pułkownik Kukliński został po
      > latach uniewinniony i zrehabilitowany.
      > Was nikt nie będzie sądził, jesteście wielkimi patriotami,
      > zaapelujcie w niedzielę PUBLICZBNIE GDZIE SIĘ DA o sam udział w
      > referendum, a gdzie się da - o głosowanie na TAK! Takiego
      > pozornego pogwałcenia prawa wymaga Polska RACJA STANU.
      > Ojczyzna i potomni tego Wam nie zapomną. Błagam, zróbcie
      > coś...<<<
      ------------------------------------------
      A ja ci jeszcze raz odpowiem.
      Ludzie maja w d... te przez ciebie wymieniane autorytety.
      I to w swoim betonowym lbie nie mozesz pojac!
      Ludzie NIE CHCA TYCH AUTORYTETOW, czy jest to tak trudne do zrozumienia?
      Wszyscy prawie maja DOSC tych waszych hochsztaplerow i aferzystow, tego rzadu,
      jego reform, jego zlodziei capisco?
      Spojrz na ulice, wyjedz za miasto tam ujrzysz tych spodlonych ludzi bez widokow,
      odartych ze zludzen.
      Wyobrazasz sobie, ze 80% przyszlych bezrobotnych rolnikow zaglosuje za unia?
      To co wy PROPONUJECIE, co rzekomo wytargowaliscie(sic) JEST NASTEPNYM WASZYM
      PRZESTEPSTWEM. Priorytet wasz BYL "zalapac sie" na Bruxele.
      DZIS, prosze pani chodzi o Polske i co sie z nia stanie.
      Mimo BLOKADY dostepu ludnosci do informacji NAROD NIE JEST JUZ TAK GLUPI.
      Narod WIE co robi.

    • Gość: robi I ja też kończę forumową przygodę IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 10.06.03, 21:57
      Nie ma sensu kopać leżącego, tym bardziej, że musiałbym kopać samego siebie, bo
      wszyscy teraz jedziemy na tym samym wózku.

      Wszystkim, którzy wsparli mnie w prowadzeniu tego wątku dziekuję. Sam zachowam
      go sobie na pamiątkę półrocznej przygody na forum UE. Wasze posty bedą mi o Was
      przypomiać. Może kiedyś jeszcze się spotkamy w tym gronie, kiedy znowu w kraju
      będą działy się ważne rzeczy. Kto wie może nastąpi to niedługo.
      Do nastepnego razu RdM, Przecinku, Michale, Eriku, Krzysztofie, Pablo,
      Wolna_Galicjo, Pepe, Gerardzie, Klipie, Oak, Mirmacie, Dziejasie, Pio, K.J. i
      innym.

      Żegnaj też Vico, najrozsądniejszy z eurozwolenników.

      Pozdrawiam Was wszyskich
      Robert
      • Gość: klip papa IP: *.core.net.pl 15.07.03, 18:50
        Teraz zostalo tylko obserwowac i pisac "a nie mowilem" i to rzeczywiscie moze
        byc nudne. Pozdrawiam.
    • Gość: klip wolna_galicja - unijne akcyzy rozwijaja przemyt IP: *.2.Core.net.pl 26.09.03, 15:04
      Unijne akcyzy rozwijają przemyt!!!
      Autor: wolna_galicja@NOSPAM.gazeta.pl
      Data: 05-09-2003 17:22 + odpowiedz na list

      Papierosy z przemytu zasypują Europę
      (Le Figaro /2003-08-22 18:19:00)
      europa.onet.pl/1,1325,1130355,artykul.html

      Producenci papierosów biją na alarm. Unię Europejską zalewa kontrabanda ze
      Wschodu. Nielegalnym wytwórcom i przemytnikom sprzyjają stale rosnące ceny
      wyrobów tytoniowych na rynkach zachodnich. Po rozszerzeniu UE papierosy
      podrożeją zapewne jeszcze bardziej, a zniesienie barier celnych ułatwi życie
      przestępcom - ostrzega francuski dziennik "Le Figaro" (19.08).

      Publikacja francuskiej gazety nawiązuje do przewidzianej na 8 września br.
      kolejnej podwyżki cen artykułów konsumpcyjnych w tym kraju - nawet o 20-25
      procent (paczka marlboro kosztować będzie już nie 3,9, ale 4,5 euro). A
      przecież i tak co roku, 1 stycznia, "tradycyjnie" podwyższa się tu ceny
      papierosów (w tym roku o 19 proc.).

      Przedstawiciele koncernów tytoniowych nie mają wątpliwości: każda podwyżka to
      zachęta dla przemytników. Rozszerzenie UE i związane z nim ujednolicenie
      podatków sprawi, że używki znów pójdą w górę. Do 2009 r. Bruksela planuje
      wprowadzić minimalne opodatkowanie wyrobów tytoniowych do 57 proc. ceny
      sprzedaży. W krajach bałtyckich, Republice Czeskiej i na Węgrzech poziom ten
      wynosi 15-20 procent.

      Pouczający jest też przykład Polski: w latach 2000-2002 papierosy podrożały o
      16 procent, choć inflacja nie przekroczyła 4,9 procent. W tym samym czasie
      zanotowano gwałtowny wzrost przemytu, który sprawił, że 20 proc. papierosów
      na tym rynku pochodzi z nielegalnych źródeł.

      Kontrabanda papierosowa to niemal idealny biznes. Koszty produkcji podróbek
      są minimalne (zwłaszcza w Azji), wielu wytwórców redukuje je dodatkowo
      zastępując tytoń innymi składnikami gorszej jakości. Zyski są ogromne, a
      ryzyko niewielkie. Niedawno w Dubaju przechwycono ładunek wartości 13 mln
      dolarów, a przemytnik poniósł najsurowszą z kar, czyli 2500 dol. grzywny...

      Nielegalny handel kwitnie też w obrębie samej Unii. Sprzyjają mu różnice
      cenowe w poszczególnych krajach. I tak np. we Francji papierosy są
      najdroższe - przeciętna paczka "lightów" kosztuje 3,8 euro. W Niemczech cena
      ta wynosi 3,37, w Luksemburgu 2,4, a w Portugalii - 1,95 euro. Dla porównania
      w nienależącej do UE Szwajcarii jest taniej niż we Francji - 3,29 euro.
      Przemytnicy wykorzystują w swej działalności internet - istnieją specjalne
      strony, na których można zamówić sobie tańsze papierosy z sąsiedniego
      kraju...
      • Gość: krzysztofsf up IP: 213.155.166.* 07.10.03, 08:44
    • Gość: krzysztofsf up IP: 213.155.166.* 09.10.03, 00:57
      • Gość: krzysztofsf no to...up IP: *.lnet.szn.pl / 212.14.1.* 25.10.03, 23:19
    • Gość: bebokk Energetyka IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 26.10.03, 03:18
      Energetyka -negocjatorzy popełnili fatalny błąd
      Autor: bebokk
      Data: 24.10.2003 14:31 + odpowiedz na list



      --------------------------------------------------------------------------------
      25-35 mld zł musi wydać polska energetyka na wdrożenie unijnych norm ochrony
      środowiska. Co gorsza, ostre limity emisji zaczną obowiązywać dużo wcześniej,
      niż obiecywano.

      "Sukces" polskich negocjatorów, którzy uzgodnili z Unią Europejską odroczenie
      o 7 lat terminu wdrożenia tzw. dyrektywy LCP, okazał się nic nie warty.
      Dyrektywa nakładająca na duże źródła energii ostre normy w zakresie emisji
      zanieczyszczeń (SO2 i NOx) ma zacząć obowiązywać w UE w 2008 r. Polskie
      elektrownie miały dostać więcej czasu, bo żeby wywiązać się z unijnych
      limitów, muszą zainwestować aż 25-35 mld zł. Dostały, ale... tylko na
      papierze.

      - W traktacie akcesyjnym znalazł się zapis o harmonogramie ograniczania
      emisji zanieczyszczeń w skali kraju. Zgodnie z nim już w 2008 r. Polska musi
      zmniejszyć emisję dwutlenku siarki niemal o połowę w stosunku do aktualnego
      poziomu. Cztery lata później redukcja powinna wynosić już 60 proc. Te normy
      są co najmniej równie ostre, jak ograniczenia wynikające z dyrektywy LCP. A
      to oznacza, że de facto Unia wcale nam nie popuściła - mówi Robert Adamczyk,
      szef zespołu ochrony środowiska w firmie doradczej WS Atkins-Polska.

      Zrobili nas w balona

      Zdaniem eksperta, to fatalny błąd naszych negocjatorów.

      - Trudno powiedzieć, czy Unia zrobiła to z premedytacją, czy też zapis w
      traktacie powstał w wyniku przeoczenia. Jednak niezależnie od tego, skutki
      dla branży energetycznej będą bardzo poważne - mówi Robert Adamczyk.

      Sławomir Krystek, dyrektor Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska
      (IGEiOŚ), nie ma takich wątpliwości.

      - Jestem przekonany, że UE świadomie nas oszukała. Najpierw wynegocjowała z
      nami szczegółowe derogacje dotyczące pojedynczych bloków energetycznych, a
      później wprowadziła limity krajowe, które uniemożliwiają wykorzystanie tych
      derogacji - mówi dyrektor.

      Szef IGEiOŚ podkreśla, że spośród kandydatów do Unii, oprócz Polski, okresy
      przejściowe wynegocjowały Czechy i Estonia, ale żadnemu z tych krajów nie
      narzucono krajowych limitów emisji dla energetyki.

      Chodzi o parę lat

      Jeśli chodzi o skutki zapisów traktatu dla polskich producentów energii, obaj
      eksperci są zgodni.

      - Żeby spełnić unijne normy musielibyśmy wyciąć około połowy dzisiejszych
      mocy produkcyjnych i importować prąd z Francji lub Niemiec - twierdzi Robert
      Adamczyk.

      Sławomir Krystek jest zdania, że gdyby nie limity, te bloki mogłyby jeszcze
      spokojnie pracować przez co najmniej kilka lat.

      - Nie opłaca się budować na nich kosztownych instalacji odsiarczania spalin,
      bo nie zdążą się zwrócić. I tak już w 2017 r. większość bloków będzie trzeba
      wyciąć i wybudować od nowa ze względu na zaostrzające się, w myśl dyrektywy
      LCP, normy emisji tlenków azotu - dodaje dyrektor IGEiOŚ.

    • Gość: bebokk Wrocław i Szczecin pakować się IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 26.10.03, 03:19
      Ciarki po plecach ! Wrocław i Szczecin pakować się
      Autor: bebokk
      Data: 23.10.2003 22:50 + odpowiedz na list



      --------------------------------------------------------------------------------
      To tekst z "Rzeczpospolitej" :
      http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_031023/prawo/prawo_a_2.html

      Zwrócić należy uwagę na podsumowanie :
      W styczniu 1946 r. alianci zachodni zawarli tzw. umowę paryską, w której
      przydzielili każdemu z osiemnastu państw-stron procentowy udział w
      reparacjach i określili reguły zaliczenia na poczet reparacji przejętego już
      majątku niemieckiego. Po powstaniu RFN trzy mocarstwa zachodnie (USA, Wielka
      Brytania i Francja) zawarły z nią w 1952 r. tzw. traktaty bońskie, które
      m.in. zabezpieczały nabytą własność majątku niemieckiego i wyłączały
      możliwość dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. Stosowna norma jednego z
      nich (traktat w sprawie regulacji kwestii wynikających z wojny i okupacji z
      26 maja 1952 r.) brzmiała: "RFN nie będzie podnosić w przyszłości żadnych
      zarzutów przeciwko działaniom, które przeprowadzone zostały lub powinny
      zostać przeciwko niemieckiemu majątkowi za granicą (...). Niedopuszczane są
      także skargi i roszczenia przeciwko osobom, które taki majątek nabyły lub
      przekazywały, jak i organizacjom i rządom lub osobom działającym w ich
      imieniu w sprawach wywłaszczania Niemców". Sama RFN zobowiązała się dołożyć
      starań, by byli właściciele otrzymali odszkodowanie.

      Już po zawarciu 12 września 1990 r. traktatu 2+4 przez stosowną wymianę not
      między rządem RFN a rządami USA, Wielkiej Brytanii i Francji potwierdzono
      powyższe postanowienia.

      Ten sam traktat z 1952 r. pozwolił RFN na rozpoczęcie negocjacji w sprawie
      zwrotu byłym właścicielom przejętych majątków lub wypłaty sum uzyskanych z
      ich sprzedaży. W MSZ powołano Departament ds. Niemieckiego Majątku za
      Granicą. Zawarto ponad dwadzieścia specjalnych umów przywracających
      obywatelom niemieckim prawa majątkowe za granicą.

      Państwo niemieckie wpłacało państwu zwracającemu majątek ryczałtową sumę
      zaliczaną na poczet świadczeń reparacyjnych. Mimo licznych nacisków
      politycznych majątków niemieckich nie zwróciły Stany Zjednoczone.

      Tymczasem w latach 50. z Polski zaczęli wyjeżdżać przebywający w
      niej "prawdziwi" Niemcy, którzy bezpośrednio po wojnie zapewniali
      funkcjonowanie kopalń, fabryk, elektrowni itp., a także, z powodu
      politycznych prześladowań lub z przyczyn ekonomicznych, Mazurzy, Ślązacy itp.
      Fala emigracji pod hasłem łączenia rodzin nasiliła się w latach 70. Jak
      podają źródła historyczne, w latach 1950 - 1980 wyjechało ok. 600 tys. osób
      (tzw. Sp?taussiedler). Wskutek wyjazdu traciły obywatelstwo polskie na
      podstawie niepublikowanej uchwały Rady Państwa nr 37 z 1956 r. Przed wyjazdem
      rozwiązywały też wszystkie swoje sprawy majątkowe - działki, domy, mieszkania
      przekazywały krewnym albo szybko, a więc często niekorzystnie, sprzedawały.
      Ci, którzy nie zdążyli - tracili go na rzecz państwa polskiego.

      Były trzy okazje

      Sukcesem dyplomacji niemieckiej jest, że w przededniu wejścia Polski do Unii
      ciągle nie ma jednoznacznego, prawnomiędzynarodowego aktu zamykającego
      wyraźnie powojenne sprawy majątkowe. Jak podkreślił 28 czerwca 2003 r. w swym
      wystąpieniu na 54. Zjeździe Niemców Sudeckich premier Bawarii Stoiber,
      zwycięstwem Niemców jest również "europeizacja" problemu "wypędzeń i
      wywłaszczeń".

      Z kolei Polska uznaje, że sprawę przejęcia majątków niemieckich jako
      reparacji zamyka "milcząco" traktat 2+4, podpisany 12 września 1990 r. w
      Moskwie. Nie mamy takich porozumień z RFN jak państwa zachodnie. Nawet umowa
      poczdamska tworzy jedynie prawo na rzecz państwa trzeciego (Polski) i
      obowiązek po stronie niemieckiej.

      A sprawie można było ukręcić łeb trzykrotnie. Przede wszystkim nie
      wykorzystano fenomenu 1989 r., kiedy kanclerz Kohl za doprowadzenie do
      zjednoczenia zapłaciłby każdą cenę. Zdyskontował to jedynie Gorbaczow,
      uzyskując w traktacie zjednoczeniowym potwierdzenie wywłaszczeń dokonanych na
      cele tzw. reformy ziemskiej (1945 - 1949). Polska w euforii oficjalnego
      potwierdzenia przez RFN granicy na Odrze i Nysie zapomniała, że zgodnie z
      prawem międzynarodowym samo przesunięcie granicy nie uzasadnia jeszcze
      przejęcia majątków osób prywatnych. Po przyjęciu traktatu 2+4 dopuściła nawet
      do tego, by podkreślono ciągły brak w stosunkach polsko-niemieckich regulacji
      spraw dotyczących majątków. 17 czerwca 1991 r. podpisano traktat o
      dobrosąsiedzkich stosunkach i przyjaznej współpracy, załączając do niego
      jednobrzmiące listy ministrów spraw zagranicznych, których pkt 5 stwierdza,
      że "niniejszy traktat nie zajmuje się sprawami obywatelstwa i sprawami
      majątkowymi".

      Przeoczono także okazję podczas wiązania się europejską konwencją o ochronie
      praw człowieka i podstawowych wolności (1993, konwencja), jak i traktatem
      akcesyjnym (2002). Wystarczyłyby nawet dwa zastrzeżenia o niestosowaniu norm
      konwencji i prawa Unii do sprawy byłych majątków niemieckich. Właśnie w ten
      sposób postąpiła Austria i Szwajcaria, kiedy przystępowały do konwencji.

      Wystarczy znaleźć sposób

      Dzięki strategicznej polityce państwa niemieckiego w 1989 r. wypędzeni
      otrzymali niespodziewany prezent. Członkostwo Polski w Radzie Europy i w Unii
      ma jednoznaczne konsekwencje prawne: oznacza poddanie się niezależnym
      trybunałom: Europejskiemu Trybunałowi Praw Człowieka w Strasburgu oraz
      Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości w Luksemburgu. Teraz wypędzeni
      muszą tylko znaleźć sposób na zastosowanie zarówno mechanizmów konwencji, jak
      i prawa Unii do sprawy byłych majątków niemieckich. I sztaby ich prawników
      takich sposobów szukają. Nie należy tu się jednak dopatrywać ekstremalnych
      zachowań politycznych czy nowej fali rewanżyzmu. Interes to interes. A jest o
      co walczyć. Dane niemieckie wyliczają przejęty przez Polskę majątek na ponad
      37 mld marek (prawie 19 mld euro) według wartości z 1945 r.

      Sprzyja Niemcom odsuwany przez Polskę problem tzw. reprywatyzacji.
      Konieczność wypłaty odszkodowania z tytułu powojennych wywłaszczeń i
      nacjonalizacji zbliża się nieuchronnie. Planowana ustawa, przyznając prawo do
      odszkodowania (lub zwrotu majątku), musi wyłączyć z niej Niemców. Ale teraz
      wyłączenie takie musi być formalnie zgodne z konwencją i prawem europejskim.
      Prosta przesłanka obywatelstwa naruszy formalny zakaz dyskryminacji zawarty
      zarówno w konwencji (art. 14), jak i w traktacie ustanawiającym WE (art. 12),
      nie będzie też zgodna z art. 6 TUE ani z art. 1 protokołu dodatkowego do
      konwencji.

      Problemem jest też sprawa późnych przesiedleńców. Naczelny Sąd
      Administracyjny, a następnie Sąd Najwyższy zanegowały legalność utraty
      obywatelstwa na podstawie uchwały Rady Państwa nr 37 z 1956 r. przez osoby,
      które wyjeżdżały do Vaterlandu (sprawa Rygoli). Każda z nich lub ich
      potomkowie mogą zwrócić się o potwierdzenie obywatelstwa polskiego. W ten
      sposób o kilkaset tysięcy może zwiększyć się liczba obywateli polskich,
      którzy staliby się uprawnieni do zwrotu utraconych majątków lub udziału w
      tzw. reprywatyzacji. Tym samym osoby te mogłyby uzyskać korzyść dwa razy: raz
      po wyjeździe z Polski, kiedy otrzymali rekompensaty (Lastenausgleich) od
      rządu RFN, drugi raz w Polsce.

      Ten trzeci

      W tej sprawie Polska musi grać ostro i w zespole. Zdecydowanie bardziej
      stanowczo niż w procesie negocjacji o członkostwo w Unii. Należy także
      pamiętać, że arbitrzy mogą sprzyjać drużynie przeciwnej. W przeciwieństwie do
      stanowisk prawnych obowiązujących kiedyś na wschód od Odry, w państwach
      zachodnich własność jednostki była i jest "święta", a pozbawić jej można
      jedynie za odszkodowaniem. W myśl tej zasady postępowały te państwa także z
      majątkiem niemieckim. Jeżeli np. w takiej sprawie skład Trybunału Praw
      Człowieka w Strasburgu zostałby zdominowany przez lobby skandynawsko-
      niemieckie, to szanse Polski będą ograniczone.

      • Gość: bebok dokonczenie IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 26.10.03, 03:21
        Należy także jasno powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze - pojedynczy obywatel
        polski, dzisiejszy właściciel majątku, nie będzie bezpośrednią ofiarą tego
        zamieszania. Prawo międzynarodowe dopuszcza bowiem wywłaszczenia. Chodzi
        jedynie o ocenę obowiązku wypłaty odszkodowania dla byłych właścicieli. Po
        drugie - przy obecnych standardach międzynarodowych prawdziwa walka toczy się
        nie o to, czy wypłacić odszkodowanie, ale już o to, kto to powinien zrobić. Nie
        będzie sytuacji pośredniej. Wygrana Polski to klęska RFN. Wypędzeni zaraz
        wystąpią z roszczeniem do własnych władz. I słusznie, bo dlaczego Niemiec
        posiadający majątek w Holandii, Hiszpanii lub w innym państwie zachodnim
        odzyskał go albo otrzymał odszkodowanie, a niemiecki właściciel spod Szczecina
        ma się zadowolić skromną "socjalną rekompensatą"? Dlatego z boku i cicho bierze
        w tej grze udział także trzeci, bardzo nią zainteresowany gracz: państwo
        niemieckie - o którym obie strony jakby zapomniały.

        Ofiara prawa

        Przypomnijmy, że po I wojnie światowej także przejmowano niemieckie majątki za
        granicą. Art. 297i traktatu wersalskiego wyraźnie jednak wskazywał państwo
        niemieckie jako zobowiązane do wypłaty odszkodowania. Gdyby po II wojnie
        światowej podpisano prawdziwy układ pokojowy, sprawy potoczyłyby się podobnie.
        Ponieważ jednak takiego układu nie było, a w stosunkach polsko-niemieckich
        również nie nastąpiło wyraźne (umowne) przerzucenie tego obowiązku na RFN,
        domaganie się odszkodowania od Polski stanowi rację stanu dla Berlina. Po co
        wypłacać odszkodowanie trzem milionom wypędzonych, kiedy już ich zbyto
        groszowymi rekompensatami (Lastenausgleich), a działalność polityczną
        ukierunkowano przez prawie sześćdziesiąt lat przeciw Polsce? Tym bardziej że po
        ewentualnym otrzymaniu odszkodowania od Polski wypłacone rekompensaty
        podlegałyby zgodnie z niemieckim prawem w dużej części zwrotowi do budżetu RFN.

        Powstaje paradoks: moralna racja leży po stronie Polski, ofiary agresji
        niemieckiej, jednego ze zwycięzców II wojny światowej. Formalnie jednak
        sytuacja staje się niejednoznaczna. Zupełnie jak z atakiem USA na Irak. Tylko
        że pozycja Polski w świecie jest mniej znacząca niż Stanów Zjednoczonych. Przy
        dzisiejszym deficycie budżetowym, planowanych wydatkach reprywatyzacyjnych,
        roszczeniach zabużan, Żydów w USA itp. istnieją obawy, że Polska mogłaby paść
        ofiarą zasady dura lex sed lex.

        Nie rozumiem tylko jednego :
        "Należy także jasno powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze - pojedynczy obywatel
        polski, dzisiejszy właściciel majątku, nie będzie bezpośrednią ofiarą tego
        zamieszania. Prawo międzynarodowe dopuszcza bowiem wywłaszczenia"
        Skoro dopuszcza wywłaszczenia, a obecni mieszkańcy mają tylko wieczysta
        dzierżawę,a państwo polskie nie ma pieniędzy na odszkodowania,
        to .........


    • marcepanna Re: Hity eurosceptyków 26.10.03, 16:37
      doskonaly post
      mysle ze ciekawie bedzie skonfrontowac to wszystko na zywca czyli jak juz
      bedziemy w Unii

      pozdr
      • robisc Pochwała od Marcee 26.10.03, 17:03
        marcepanna napisała:

        > doskonaly post
        > mysle ze ciekawie bedzie skonfrontowac to wszystko na zywca czyli jak juz
        > bedziemy w Unii

        Chyba myślisz o całym wątku, Marcee, nieprawdaż? Wszyscy jesteśmy z niego
        dumni.
    • Gość: Anna Słojewska Amerykański Cato Institute krytycznie o skutkach IP: *.dsl.pltn13.pacbell.net 27.10.03, 03:12
      Amerykański Cato Institute krytycznie o skutkach członkostwa w Unii Europejskiej
      Rynek kontra biurokracja

      Członkostwo w Unii Europejskiej spowoduje, że 10 państw Europy Środkowej i
      Wschodniej będzie się rozwijało wolniej, niż gdyby wybrały drogę liberalnej
      gospodarki - twierdzi w swoim najnowszym raporcie prestiżowy amerykański Cato
      Institute. Jeśli chcą jak najmniej ucierpieć od brukselskiej biurokracji, muszą
      walczyć o duży zakres weta w nowej konstytucji. Powinny też popierać
      reformatorskie Włochy, Hiszpanię i Wielką Brytanię.


      Członkostwo w UE stwarza dostęp do wspólnego europejskiego rynku. Ma to zalety -
      twierdzi konserwatywny instytut badawczy. Mogłyby się one jednak pojawić
      również w przypadku zawarcia umów o wolnym handlu. Według Cato Institute
      kraje "10" zostały postawione w sytuacji bez wyjścia. Bruksela nie
      zaproponowała im porozumień o wolnym handlu, jakie mają Islandia,
      Liechtenstein, Norwegia i Szwajcaria, tworzące EFTA (Europejskie Stowarzyszenie
      Wolnego Handlu). Warunkiem dostępu do wspólnego rynku było więc pełne
      członkostwo w UE i dostosowanie się do 97 tys. stron unijnych regulacji.

      Wyższe koszty pracy

      Najbardziej kosztowne dla nowych członków będą wymogi dotyczące: rynku pracy,
      rolnictwa i ochrony środowiska. Unijna dyrektywa określa maksymalną długość
      tygodnia pracy na 48 godzin, a dnia - na 8 godzin. Przewiduje godzinną przerwę
      obiadową i określa roczny urlop w wymiarze czterech tygodni. Mnóstwo jest
      szczegółowych przepisów dotyczących na przykład bezpieczeństwa pracowników
      mających do czynienia z maszynami wibrującymi. Zmuszają one pracodawcę do
      nadzorowania (z zegarkiem i kalkulatorem) oraz mierzenia częstotliwości
      wibracji maszyny i samego pracownika.

      Wiele innych wymogów z dziedziny bezpieczeństwa pracy, warunków socjalnych czy
      zdrowotnych spowoduje, że koszty siły roboczej w nowych krajach członkowskich
      wzrosną. Jednocześnie przez kilka lat po wejściu do UE państwa te nie będą w
      stanie "eksportować" swoich pracowników do "15". W ten sposób
      te "przesocjalizowane" kraje - twierdzi Cato Institute - unikną przeprowadzenia
      koniecznych reform rynku pracy.

      Najpierw wzrost, potem ekologia

      Komisja Europejska ocenia, że ekologiczne regulacje będą kosztowały kraje "10"
      przeciętnie 2 - 3 procent produktu krajowego brutto rocznie w ciągu 5 - 7 lat.
      Według Cato Institute błędem jest żądanie od państw akcesyjnych, żeby już teraz
      dostosowały się do unijnych regulacji ekologicznych. Wiele badań dowodzi
      bowiem, że większe wyczulenie na problemy środowiska naturalnego jest skutkiem,
      a nie przyczyną wzrostu gospodarczego. Trzeba więc najpierw dać się tym krajom
      wzbogacić, a dopiero potem nałożyć na nie ostre regulacje ekologiczne.

      Najbardziej kontrowersyjną częścią unijnych przepisów jest Wspólna Polityka
      Rolna. Subsydia funkcjonują też w krajach "10", ale są dużo mniejsze niż w UE.
      Ponieważ przez najbliższe lata państwa te nie dostaną dopłat w takiej wielkości
      jak obecna "15", będą skazane na nieuczciwą konkurencję.

      Unijne regulacje są szczególnie bolesne dla najbardziej liberalnych krajów
      akcesyjnych. Na przykład Estonia musiała wdrożyć 10 794 nowe cła na import
      spoza UE. Zobowiązana została także do wprowadzenia różnego rodzaju barier
      pozacelnych, takich jak kwoty, subsydia czy cła antydumpingowe. Wszystko to
      doprowadziło do podniesienia cen w tym kraju i obniżenia się standardu życia.

      Więcej urzędników

      Dostosowanie i nadzór nad przestrzeganiem nowych regulacji zwiększy liczbę
      biurokratów. W samej Brukseli wejście nowych państw do UE spowoduje
      zatrudnienie 5161 urzędników. Tysiące znajdą też pracę w urzędach krajów "10". -
      Ironią jest, że więcej, a nie mniej biurokratów pojawi się w krajach
      postkomunistycznych po wejściu do UE. To przecież zjawisko, od którego
      próbowały uciec od 1989 roku - pisze Cato Institute.

      Polska oraz inne państwa Europy Środkowej i Wschodniej zdecydowały się już być
      członkami Unii Europejskiej. W tej sytuacji muszą ją zreformować. Powinny
      działać wspólnie z najbardziej liberalnymi członkami wspólnoty: Włochami,
      Hiszpanią i Wielką Brytanią przeciw Francji i Niemcom. Muszą w najbliższych
      miesiącach walczyć o zachowanie jak największego zakresu weta w nowej
      konstytucji, szczególnie w polityce społecznej i podatkach. Powinny także
      optować za zniesieniem, albo przynajmniej ograniczeniem, Wspólnej Polityki
      Rolnej.

      Anna Słojewska z Brukseli


    • Gość: robi Reguły nie na naszą kieszeń - J.Bielecki IP: *.waw.cdp.pl / *.waw.cdp.pl 15.11.03, 23:49
      Według Brukseli Polska będzie najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej
      Reguły nie na naszą kieszeń

      Opinie

      JĘDRZEJ BIELECKI

      Od 4 lat Polska nie nadrabia już dystansu w poziomie rozwoju w stosunku do
      krajów "15". Ponieważ w tym czasie inne państwa Europy Środowej szybko poszły
      do przodu, w poszerzonej Unii Europejskiej nie będzie biedniejszego kraju niż
      Polska.

      Z opublikowanych właśnie przez Komisję Europejską danych wynika, że
      prześcignęła nas nawet Litwa, a w przyszłym roku uczyni to Łotwa. Czy Polskę
      stać na przystąpienie do Wspólnoty, której reguły będą ustalane przez znacznie
      bogatsze państwa?

      Precedensu nie ma. W minionym roku dochód narodowy przypadający na
      przeciętnego mieszkańca Polski, z uwzględnieniem siły nabywczej złotego (tzw.
      metoda PPP), wynosił zaledwie 39 proc. średniej krajów UE. Jeśli stosować
      aktualne kursy walutowe, wskaźnik spadłby do 20 proc.

      Gdy do Unii w 1981 roku przystępowała Grecja, miała wskaźnik PPP 61 proc. Do
      tej pory najgorzej było z Portugalią. Gdy w 1986 roku uzyskiwała członkostwo,
      jej poziom rozwoju wynosił jednak o wiele więcej niż obecnie dla Polski (56
      proc.). W latach 80. wymogi Wspólnoty były znacznie mniejsze niż obecnie, bo
      nie istniał ani Jednolity Rynek, ani euro, ani porozumienie z Schengen.

      Co gorsza, Polska od pięciu lat nie goni już krajów "15". Z raportu KE wynika,
      że w 1999 roku wskaźnik rozwoju dla naszego kraju również wynosił 39 proc. W
      tym czasie przegoniła nas Estonia i Litwa, a Łotwa zmniejszyła dystans do
      naszego kraju z 11 do 4 punktów procentowych. Ponieważ łotewska gospodarka
      rozwija się w tempie 5,5 - 6 proc., zdaniem Brukseli również w tym kraju
      poziom rozwoju w momencie poszerzenia Unii będzie wyższy niż Polski. Pozostałe
      kraje Europy Środkowej osiągnęły daleko wyższy poziom rozwoju niż Polska. Od
      1998 roku Węgry nadrobiły aż 9 puktów procentowych, osiągając 57 proc.
      średniej europejskiej. Dla Czech wskaźnik jest jeszcze wyższy (60 proc.), choć
      od lat nie idzie w górę. Wśród państw "15" najbiedniejsza jest Grecja. Ale i
      tu poziom zamożności (68 proc.) jest prawie dwa razy wyższy niż w Polsce.

      Gwarancja przez weto

      Określony wskaźnik rozwoju nie jest warunkiem przystąpienia do Unii. Jednak
      zapóźnienie naszego kraju może bardzo utrudnić pierwsze lata członkostwa.
      Polscy negocjatorzy przede wszystkim obawiają się systematycznego narzucania
      nam przez Brukselę norm i regulacji, na których wypełnienie nie stać naszego
      kraju. Minister ds. europejskich Danuta H?bner ostrzegła, że w negocjacjach
      dotyczących unijnej konstytucji Polska będzie się domagała utrzymania prawa
      weta przy podejmowaniu decyzji przez Radę UE w takich obszarach, jak normy
      socjalne czy wymogi podatkowe. Chodzi o przeciwdziałanie wprowadzaniu zbyt
      wyśrubowanych regulacji, których nie udźwignie gospodarka. Zdaniem KE Polska i
      tak ma już największe wśród krajów kandydackich kłopoty z wdrożeniem
      istniejących, wyjątkowo kosztownych norm, m.in. ochrony środowiska czy
      bezpieczeństwa pracy. Samo dostosowanie do obecnie obowiązujących reguł
      przeciwdziałania zanieczyszczeniom będzie kosztowało Polskę prawie 40 mld euro.

      Kraje "15" także obawiają się przyjęcia do Unii relatywnie tak biednego
      państwa. Zdaniem zachodnich dyplomatów może się powtórzyć, tyle że na znacznie
      większą skalę, przypadek Grecji. Od ponad dwudziestu lat Bruksela "wpompowała"
      w ten kraj dziesiątki miliardów euro funduszy strukturalnych i innych form
      pomocy. Jednak dopiero niedawno grecka gospodarka zaczęła się szybciej
      rozwijać. Polsce tylko w latach 2006 - 2013 "należy się", gdyby stosować
      obecne regulacje, blisko 100 mld euro dotacji z unijnego budżetu.

      Dyplomaci w Brukseli niepokoją się też, czy Polska nie będzie systematycznie
      utrudniać przyjmowania nowych unijnych regulacji, na które jej nie stać. To
      jedna z przyczyn forsowanej przez Niemcy i Francję zmiany nicejskiego systemu
      głosowania, która zasadniczo ograniczyłaby możliwość blokowania przez Warszawę
      unijnych dyrektyw.

      Przyczyny głównie strukturalne

      Zdaniem Komisji Europejskiej słabe tempo rozwoju gospodarczego naszego kraju
      wynika przede wszystkim z przyczyn strukturalnych. Kulą u nogi pozostają takie
      gałęzie przemysłu ciężkiego, jak górnictwo, hutnictwo, przemysł zbrojeniowy i
      chemiczny, których radykalna restrukturyzacja nie została podjęta. Ogromny
      problemem jest słaba wydajność rolnictwa, które wytwarza jedynie 3,1 proc.
      dochodu narodowego, choć zatrudnia 20 proc. siły roboczej. Przeciętny
      mieszkaniec wsi jest więc siedem razy mniej wydajny niż mieszkaniec miasta.

      Niezwykle niepokojący jest spadek udziału osób w wieku produkcyjnym, które
      rzeczywiście pracują. Stanowią one już tylko 51,5 proc. tej grupy wiekowej - w
      1998 roku 59 proc. Co prawda wydajność zatrudnionych szybko rośnie (z 40 do 48
      proc. średniej unijnej w latach 1998 - 2002), jednak to przede wszystkim efekt
      masowych zwolnień. Z tego powodu Polska w przewidywalnej przyszłości będzie
      krajem "25" o najwyższym poziomie bezrobocia, przekraczającym 20 proc. osób w
      wieku produkcyjnym.

      Duża liczba osób poszukujących pracy odstrasza konsumentów przed zwiększaniem
      wydatków. Dlatego, zdaniem KE, podstawy szybszego wzrostu gospodarczego nie są
      w Polsce zbyt pewne. Na razie wynikają przede wszystkim z lepszych wyników
      eksportu spowodowanych głównie deprecjacją złotego wobec euro.

      Do przyczyn strukturalnych dochodzą także zaniechania obecnej ekipy rządzącej,
      w tym niemal zupełne wstrzymanie prywatyzacji oraz zniechęcanie zachodniego
      kapitału do angażowania się w Polsce. Narastającym problemem pozostaje też zły
      stan finansów publicznych. -




      Prof. Adam Wernik, Instytut Finansów Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości:
      - Saldo z tego członkostwa ma być dodatnie, więc w bezpośrednich rozliczeniach
      mamy mieć z niego korzyści. To pierwsza sprawa. Jako pełnoprawny uczestnik tej
      Wspólnoty będziemy mieli prawo protestować w razie niekorzystnych dla nas
      postanowień.

      Pytając, czy nas stać na Unię, trzeba odpowiedzieć najpierw, czy nas stać na
      to, aby nie być w Unii. Nawet te trudne działania wynikające z postanowień
      Unii są na naszą korzyść. Nie wpadajmy w przesadę, że to będą takie trudne
      rzeczy - przecież wszystkie te programy, normy będą wprowadzane stopniowo.
      Oczywiście, będzie problem pieniędzy, ale wszystko kosztuje, bo to wiąże się z
      postępem cywilizacyjnym. Jeśli chcemy być w głównym nurcie tego postępu, to
      musimy się na to zdecydować. Inaczej grozi nam, że zostaniemy jak w skansenie
      i znajdziemy się poza głównymi przemianami.


      Grzegorz Wójtowicz, członek Rady Polityki Pieniężnej:

      - Ilekroć w historii próbowaliśmy w pojedynkę, to nam nie wychodziło. W grupie
      jednak raźniej i to jest podstawowa odpowiedź na pytanie, czy powinniśmy być w
      Unii. To, że jesteśmy trochę zaskoczeni, iż do Unii trzeba wpłacać, a nie
      tylko z niej brać, to wyłącznie nasza wina, bo negocjacje trwały od lat. Nie
      należy więc tworzyć atmosfery, że to członkostwo będzie drogie, że wszystko
      kosztuje. Bez przesady - kosztuje, ale można również zyskać, i to znacznie
      więcej, jeśli potrafimy się do tego ustawić. Nie jest przecież tak, że kraj
      biedny ma pozostawać w układach indywidualnych i podążać za innymi z boku.
      Zagrożenia z tego powodu, że Unia coś wprowadza i my też będziemy musieli w
      tym uczestniczyć? Należy wziąć się do pracy i zrobić, co trzeba. To jest
      trochę tak jak w pokerze - stawia się kilka złotych, a można wygrać dużo, dużo
      więcej. Uważam więc, że warto usiąść do tej gry.


      Mirosław Gronicki, główny ekonomista Banku Millennium:

      - Nigdy nie ma samych korzyści. Także w życiu każdego człowieka jest tak, że
      trzeba pracować, aby coś kupić za to, co się zarobi. Podobnie jest z wejściem
      do Unii. Trzeba najpierw się przygotować, popracować, potem przystosować się
      do regulacji unijnych, a następnie korzystać z tego, co Unia nam daje. Jeśli
      • Gość: robi Re: Reguły nie na naszą kieszeń - dokończenie IP: *.waw.cdp.pl / *.waw.cdp.pl 15.11.03, 23:50
        Mirosław Gronicki, główny ekonomista Banku Millennium:

        - Nigdy nie ma samych korzyści. Także w życiu każdego człowieka jest tak, że
        trzeba pracować, aby coś kupić za to, co się zarobi. Podobnie jest z wejściem
        do Unii. Trzeba najpierw się przygotować, popracować, potem przystosować się
        do regulacji unijnych, a następnie korzystać z tego, co Unia nam daje. Jeśli
        zsumuje się wszystkie straty, to tak czy tak będą mniejsze niż korzyści z
        wejścia do Unii. Na pewno będą ludzie niezadowoleni z tego, tak samo jak są
        niezadowoleni teraz. Najważniejsze, że suma plusów, czyli korzyści, będzie
        większa niż minusów tego członkostwa. Dla nas jest to nie tylko wyzwanie - to
        trzeba zrobić bez względu na malkontentów. Nie musimy mieć od razu
        wszystkiego, czego chcemy. To taka sama sytuacja jak z budżetem państwa -
        zawsze występuje problem krótkiej kołdry. Więc w Unii także albo nauczymy się
        żyć na miarę naszych możliwości, albo ciągle będziemy niezadowoleni.


        Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha:

        - Obecny system polityczny, społeczno-gospodarczy jest nieefektywny i nie
        będzie w stanie podołać zobowiązaniom wynikającym chociażby z bezpośredniego
        przystąpienia do Unii Europejskiej. Miarą tej nieefektywności jest chociażby
        tak wysoki poziom bezrobocia. Jeśli system ten nie jest w stanie dać ludziom
        pracy, to nie zdoła też wywiązać się z zobowiązań członkostwa w UE.

        Poza tym pamiętajmy, że Unia na te normy, dostosowania miała kilkadziesiąt
        lat, a kraje członkowskie do obecnego poziomu dochodziły stopniowo, mając za
        sobą długie okresy kumulowania bogactwa. Polska teraz, na przykład w
        energetyce, ma kilka lat na dostosowanie do norm unijnych, co będzie
        kosztowało miliardy złotych i może dobić tę branżę. Podobnie w ochronie
        środowiska - znowu chodzi o takie kwoty, które nie będzie w stanie wprowadzić
        do budżetu państwa ani ten rząd, ani następny, a gospodarka też nie wygeneruje
        takich środków, aby podołać tym zobowiązaniom. Takich przykładów jest dużo
        więcej. Barier, które Unia nam stawia, wprowadzając różne limity i normy, jest
        wiele i będą jeszcze inne. One będę nas trzymać blisko ziemi i spowodują, że
        nie będziemy w stanie od tego niskiego poziomu się oderwać. A.K.


        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_031110/ekonomia/ekonomia_a_6.html
    • Gość: krzysztofsf up IP: 62.233.223.* 25.11.03, 13:01
    • robisc Ufoludzik wynalazł - zaniepokojona Trybuna 26.11.03, 22:41
      Człowiek człowiekowi Duńczykiem

      Jak może niektórzy jeszcze pamiętają, Dania była jednym z tych państw, które
      zapowiedziały, że obywatele nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej będą
      mogli podejmować pracę na Wyspach Duńskich natychmiast po rozszerzeniu Unii.

      Tak zapewniali duńscy oficjele jeszcze podczas ubiegłorocznego kopenhaskiego
      szczytu Unii i taką też radosną wiadomość przekazano do Polski. Także podczas
      niedawnej wizyty oficjalnej prezydenta RP w Danii duński premier Anders Fogh
      Rasmussen zapewniał, że od pierwszego dnia po przyjęciu do Unii Polacy będą
      mogli podejmować pracę na Wyspach Duńskich na takich samych prawach, jak
      obywatele innych krajów członkowskich Unii Europejskiej. Aby nie nazwać pana
      Rasmussena obłudnikiem, powiedzmy, że to, co mówił, było kurtuazją, gdyż
      musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, iż w pełnym toku są intensywne
      działania legislacyjne, mające w praktyce uniemożliwić Polakom podjęcie pracy
      w Danii.

      RÓWNI I RÓWNIEJSI

      Zaostrzanie prawa wchodzi właśnie w końcową fazę. Nowe duńskie regulacje
      przewidują, że obywatele przyszłej Unii Europejskiej podzieleni zostaną na
      lepszych - będą to mieszkańcy dotychczasowych piętnastu krajów członkowskich
      Unii - i gorszych, którymi będą obywatele nowych krajów członkowskich. Ci
      ostatni będą traktowani gorzej niż dotychczas.

      Jeśli będą chcieli podjąć pracę w Danii, najpierw będą musieli uzyskać zgodę
      na jej podjęcie. A tę uzyskają dopiero wtedy, gdy nie znajdzie się chętny
      Duńczyk do wykonania danej pracy. Dodatkowym obostrzeniem jest to, że nawet
      pracując legalnie w Danii, nie będą mieli takiego dostępu do wszelkiego
      rodzaju świadczeń socjalnych, jakie przysługują Duńczykom, a także np.
      pracującym tu Niemcom, Francuzom i innym mieszkańcom "starych" krajów
      członkowskich Unii Europejskiej (dziennik "Jyllands Posten" z 9 listopada
      2003r.).

      Przygotowywane właśnie przepisy stanowią też, że jeżeli już jakiś szczęśliwiec
      z byłych "demoludów" dostanie pracę w Danii, to i tak jego status będzie
      przypominał niewolnika. A to dlatego, że gdy zakład pracy z jakiegokolwiek
      powodu go zwolni, to pracownik taki nie będzie mógł liczyć na żadną formę
      pomocy socjalnej, lecz będzie musiał natychmiast z całą rodziną opuścić duński
      raj... Gdy Murzyn zrobi swoje, to się go wyrzuci. Zwolniony z takiego samego
      stanowiska pracy Niemiec, Hiszpan, Włoch, Francuz oczywiście będzie miał prawo
      do zasiłku dla bezrobotnych, następnie do nieograniczonego w czasie zasiłku
      socjalnego, do pozostania w mieszkaniu i uzyskania pomocy na opłacenie
      czynszu, do opieki lekarskiej dla siebie i rodziny itp. Zbędni "Murzyni" będą
      natychmiast odsyłani do domu. Przy czym, uwaga: gdyby w którymś z nowych
      krajów członkowskich Unii Europejskiej ktoś ośmielił się podobnie potraktować
      poddanych JKM Małgorzaty II, to będzie awantura pod samo niebo, łącznie z
      wyzywaniem od dzikusów, Azjatów, barbarzyńców itp.

      POLOWANIE Z NAGONKĄ

      Duńskie przygotowania do rozszerzenia Unii Europejskiej i "powitania"
      przybyszów trwają już od wielu miesięcy. Częścią z nich są ćwiczenia
      w "polowaniu" na pracujących na czarno obywateli przyszłych krajów
      członkowskich Unii Europejskiej. W stosunku do tego, co miało miejsce jeszcze
      kilka lat temu, jest wyraźna poprawa, bo wtedy złapanych nieszczęśników na
      różny sposób karano, odbierano zarobione grosze, wbijano do paszportów stemple
      uniemożliwiające ponowny wjazd do Danii itp. Obecnie odsyła się ich ciupasem
      do kraju pochodzenia, a grzywną karze się jedynie pracodawcę.

      Latem tego roku "polowania" i medialny hałas wokół nich przybrały na sile.
      Najwyraźniej szykowano się także do zajazdu na pewną willę w ambasadzkiej
      dzielnicy Kopenhagi. Związkowcy w towarzystwie dziennikarzy (z kamerami,
      mikrofonami itp., bo miała to być pokazówka) wkroczyli do akcji i... klapa.
      Namierzona willa, przy której remoncie pracowało kilkunastu nieduńskich
      robotników, okazała się być rezydencją polskiego ambasadora w Danii.
      Rozgoryczenie i zawód były tak wielkie - za gruntowny remont takiej willi
      duńscy robotnicy wyrwaliby co najmniej kilka milionów złotych (w
      przeliczeniu) - a maszyneria tak już rozpędzona, że zamiast powiedzieć
      grzecznie "przepraszamy", zaczęto w mediach regularną nagonkę na polskiego
      ambasadora, panią Barbarę Tuge-Erecińską.

      Duńscy przywódcy związkowi oraz dziennikarze nie wiedzą - no bo i skąd - o
      międzynarodowych konwencjach regulujących zasady funkcjonowania placówek
      dyplomatycznych. Nie ambasador zatrudnia pracowników do remontu swojej
      rezydencji, lecz MSZ. No, ale żal po stracie kasy i po tym, że nie udało się
      zrobić pokazowego zatrzymania i wydalenia z Danii polskich robotników był tak
      wielki, że od blisko dwóch miesięcy nie ma praktycznie dnia, aby o wstrętnym
      polskim ambasadorze nie pisała co najmniej jedna z duńskich gazet. Oczywiście,
      tutejsze radio i telewizja nie pozostają w tyle.

      TROSKLIWI ZWIĄZKOWCY

      Szkoda, że polska ambasada zamiast w sposób dyplomatyczny powiedzieć duńskim
      związkowcom "spadajcie na drzewo", grzecznie odpowiada na stawiane po chamsku
      i całkowicie bezzasadne pytania. Duńczykom nic do tego, ile nasi pracownicy
      zatrudnieni przy remoncie rezydencji ambasadora zarabiają i w jakich warunkach
      pracują. Tymczasem na okrągło pod adresem Bogu ducha winnej pani ambasador
      padają zarzuty w sprawie jakichś rusztowań lub braku takowych, czy też tego,
      że rusztowania są niezgodne z duńskimi przepisami. Tak się o nas troszczą.
      Nagonka jest tak prymitywna, że zaczyna być wręcz zastanawiające, dlaczego
      duński MSZ nie poinformuje zainteresowanych, iż nie mają racji ani żadnych
      podstaw do czepiania się .

      Podobną troskę duńscy związkowcy okazali w poniedziałek 10 listopada br. w
      stosunku do polskich marynarzy zatrudnianych przez duńskich armatorów. Okazało
      się, że od ok. 10 lat niektórzy z nich pracowali za stawkę wynoszącą
      kilkanaście koron (ok. 3 dol.) za godzinę (marynarzowi duńskiemu trzeba by
      zapłacić co najmniej 20-30 dol. za godzinę). W ten sposób Polacy otrzymywali
      pensje wynoszące niekiedy zaledwie 500-600 dol. miesięcznie. Rzecznik firm
      armatorskich powiedział, że to nieprawda, bo polscy marynarze otrzymywali ok.
      1200 dol. miesięcznie i że było to zgodne z odpowiednimi przepisami mówiącymi,
      że pracownikom nieduńskim można płacić stawki na poziomie tego, co otrzymaliby
      w swoim kraju.

      Jest to wyjątkowo bandycki przepis, bo w interpretacji duńskiej oznacza on
      oczywiście, że Duńczykowi trzeba zawsze płacić według horrendalnie wysokich
      stawek duńskich, natomiast zatrudniając pracownika spoza Danii, duński
      pracodawca może z czystym sumieniem i w zgodzie z przepisami płacić mu np. 20
      lub 50 dol. miesięcznie. Za pracę, za którą Duńczykowi zapłaciłby np. 5000
      dol. "Ależ to stanowczo za mało, to wręcz oszustwo" - rozdarli buzie oburzeni
      duńscy związkowcy, którzy niby nie wiedzieli, że taka sytuacja miała miejsce
      przez wiele lat. Teraz jednak się obudzili i grożą, że będą domagać się
      ukarania armatorów.

      Zauważmy: nie będą żądali wyrównania ukradzionych Polakom przez całe lata
      zarobków, ale ukarania armatorów. A tak naprawdę chodzi o to, żeby podziękować
      Polakom (zrobili już swoje, więc mogą wracać do domu) i zatrudnić Duńczyków.
      Można przypuszczać, że gdy armatorzy się na to zgodzą, to związkowcy
      zrezygnują z żądań ich ukarania. W takiej sytuacji armatorzy będą mogli sobie
      pozwolić na zaoferowanie porządnych pensji "białym" marynarzom. Bowiem
      Duńczykom trzeba będzie płacić jako absolutne minimum 3-4 tys. dol.
      miesięcznie, a oficerom odpowiednio więcej. Polacy przez 10 lat "zrzucili" się
      na takie zarobki dla Duńczyków. Tak właśnie wygląda...

      "MURZYN" POTRZEBNY.

      Kilka dni temu te same gazety, które od tygodni obsmarowują polską panią
      ambasador (czyli po prostu Polskę), poinformowały bez żadnej żenady, że
      ponieważ w Danii brakuje lekarzy, więc już w przy
      • robisc Re: Ufoludzik wynalazł - zaniepokojona Trybuna cd 26.11.03, 22:43
        MURZYN" POTRZEBNY.

        Kilka dni temu te same gazety, które od tygodni obsmarowują polską panią
        ambasador (czyli po prostu Polskę), poinformowały bez żadnej żenady, że
        ponieważ w Danii brakuje lekarzy, więc już w przyszłym roku trzeba będzie
        sprowadzić do Danii kilkudziesięciu lekarzy z Polski. Nawet im nie przyjdzie
        do głowy wątpliwość, czy na pewno polscy lekarze będą zainteresowani pracą w
        Danii, gdzie na każdym kroku będzie im się dawało odczuć, że są może i
        znakomitymi fachowcami, ale tak naprawdę jako pochodzący spoza
        dawnej "żelaznej kurtyny" są ludźmi nieco gorszej kategorii. Taki sposób
        myślenia zanika bardzo powoli, w dalszym ciągu jest bardzo żywy i, niestety,
        bardzo rozpowszechniony, chociaż oficjalnie prawie każdy Duńczyk temu
        zaprzeczy.

        Tutejsza prawica od kilku lat straszy Duńczyków "czterdziestoma milionami
        Polaków, których hordy wkrótce zaleją Danię". I dlatego, m.in. dla uspokojenia
        opinii publicznej, próbuje się zawczasu przygotować niezbędne środki mające
        zapobiec ew. zagrożeniom.

        * * *

        "Ich" interesy na nasz koszt
        Duński przypadek można by potraktować jako pojedyńczy przejaw nierzetelności i
        dwulicowości. Można by, gdyby nie nakładał się na ciąg niepokojących faktów.
        Na czoło wysuwa się głównie niemiecko-francuska próba odejścia od nicejskiego
        kompromisu w sprawie ważenia głosów w Radzie Europejskiej. Doszły do tego
        brukselskie rozważania o zamrożeniu do 2015 r. polskich kwot mlecznych.
        Równolegle pojawiły się groźby zastosowania "karnych" klauzul blokujących
        polski eksport niektórych produktów żywnościowych. Nikt nie neguje, że mamy
        opóźnienia w dostosowaniu się do unijnych wymogów. Ale - jak zapewnia
        ministerstwo rolnictwa - nie są one takie, by wymachiwać nam klauzulami,
        bowiem istniejące braki nadganiamy. Przy tym - podobnie jak autorzy ostatniego
        raportu Komisji Europejskiej - projektodawcy owych klauzul (jak np.
        holenderscy liberałowie) - jakby stracili wzrok i słuch. Pomijają bowiem to,
        co robimy, a czasem nawet już zrobiliśmy, by maksymalnie być przygotowanym do
        członkostwa w UE 1 maja 2004 r.

        W tupocie tym wyraźnie słychać echa zabiegów w Piętnastce o własne interesy.
        To jeszcze nic strasznego, bowiem wiemy, że nie wchodzimy do klubu zajmującego
        się pracą charytatywną. Tyle że interesy te chce się zaspokajać naszym
        kosztem. A więc kraju biedniejszego i słabszego, bowiem dopiero wchodzącego do
        unijnych gier i gierek. Gorzej jednak, że pojawiła się w Piętnastce chęć
        wykorzystania jej mocnych kart wobec partnera, któremu brak na razie atutów.

        Przez cały czas ponad 10-letnich przygotowań Polski do członkostwa w UE
        przekonywano nas, że Unia jest wspólnotą równych państw, które wzajemnie sobie
        pomagają w usuwaniu różnic będących spadkiem niezawinionej najczęściej
        przeszłości. Polacy temu zawierzyli. I nadal ufają, że kiedy zasiądą do
        unijnego stołu, zastawione tam potrawy będą smakować tak, jak obiecywano.
        (ZYGMUNT SŁOMKOWSKI)

        ------------------------------------------------------------------------------

        WŁODZIMIERZ GALANT z Kopenhagi

        www.trybuna.com.pl/200311/d.htm?id=1501

    • robisc Rafał i Pablo o wydarzeniach w Brukseli 13.12.2003 16.12.03, 00:36
      Re: Bezmyslnosc "sceptykow" IP: *.proxy.aol.com
      Gość: rafal 15.12.2003 16:53 odpowiedz na list odpowiedz cytując

      Otoz, fragless...byles obludnikiem i takim zostales.

      Sceptycy, bowiem w wiekszosci wiedzieli i slyszeli jakie bzdury o EU sie
      wypowiada. Jak bezczelnie oklamuje sie narod i starali sie sluzyc w miare
      wiarygodnymi informacjami.

      Problem widzialem i widze w tym, ze ta banda z prawa i lewa z udzialem takich
      jak ty, jeszcze 7 miesiecy wstecz, obdzielala narod niebieskimi choragiewkami
      i
      obiecywala "zlote gory".
      Choc patrzac tylko na otrzymane ochlapy i liczac tylko polowe strat logicznie
      wychodzilo, ze akces jest szwindlem. W szkolach cwiczono hymn uni.
      Oklamywano narod o akcesie i jego skutkach dla ludzi i gospodarki.
      O Nicei nie bylo sladu, choc sami uczestniczyli w pracach konwentu.
      Wtedy w akcesie holota klamstwami i nieprawda SPRZEDALA narod.
      Dzis, gdy woda do d... im zaczyna sie wlewac, cala banda wspolnie krzyczy
      jednym glosem, tym co jedynie umieja tzn. znowu klamstwa, pomowienia i
      nieprawde.
      Bylo to i do przewidzenia i oczekiwane, gdyz cala polska klasa polityczna to
      grupa obludnikow, kretaczy i pieniaczy powiazana z soba siecia nieczystych
      ukladow. A wymowka jest prosta jak drut, otoz OKLAMANO NAS.
      I ta grupe najpierw powinno sie bylo zniszczyc przystepujac do unii.
      A uwazam, ze klamstwu, chamstwu, obludzie nalezy powiedziec NIE.

      Ale banda, widze ciagle lapie naiwniakow, gdyz ma w lapach tez media.
      A te z kims musza tez egzystowac, a ze w gowno zanurzone sa wszystkie grupy
      polityczne efekt jest taki a nie inny.

      A konflikt BYL zaprogramowany. Klamstwa krotkie nogi maja.

      A narod nasz dziwny i nierozgarniety juz laduje liczniki cymbalom i
      aferzystom.
      Miller dzis to wszak bohater z Bruxeli.
      Niewielu zauwazylo nawet, ze oba panstwa byly tam zignorowane, zlekcewazone, a
      kabaret zamknieto przedwczesnie wobec ich zdziwieniu.

      • Re: Bezmyslnosc "eurofantastów" IP: *.internetdsl.tpnet.pl
      Gość: PABLO 15.12.2003 18:54 odpowiedz na list odpowiedz cytując

      W zasadzie w poprzednim poście rafała zawarto już większość tego co chciałem
      napisać. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują że to eurofanataści i
      eurofanatycy pogubili się już kompletnie. Dlaczego to interes Francji i
      Niemiec
      jest przez nich uznawany za tożsamy z interesem Europy a interes takiej Polski
      czy Hiszpanii już nie? Dlaczego to my nie powinniśmy podskakiwać? Że niby nam
      przytną ogon i wezmą za buraków i oszołomów? Prawdę mówiąc g... mnie obchodzi
      co mysli o Polsce przecietny Francuz, któremu wodę z mózgu robią lewackie
      media
      nad Sekwaną. Jego poglądy w tym zakresie są tak samo durne jak jego poglądy
      ekonomiczne czy religijne.
      Pytanie jest jedno i podstawowe czy państwa mają być suwerenne czy też mają
      się
      tej suwerenności zrzec i na czyją rzecz? Ja uważam że państwa europejskie mają
      być suwerenne a konstytucja powodowała utworzenie ponadnarodowego
      superpaństwa.
      Celem oczywiście było sprawne rządzenie. To fakt iż nie da się skutecznie
      rządzić związkiem 25 państw suwerennych, a system nicejski powoduje iż
      osiąganie kompromisów będzie o wiele bardziej skomplikowane. Co jest w
      interesie Niemiec i Francji niekoniecznie musi byc w interesie Litwy czy
      Czech.
      Euromasoni to czują i dlatego prą tak silnie to superpaństwa. Superpaństwo
      zachowuje sterowalność ale nieuchronnie stacza się w totalitaryzm. Będzie to
      lewacki totalitaryzm ideologiczny a gospodarczo zaś superpaństwo będzie się
      staczać w kierunku socjalistycznego molocha z całą masą drobiazgowych,
      idiotycznych zabójczych euroregulacji. To że III RP jest kraikiem rządzonym
      przez skorumpowaną mafię wprowadzającą bliźniaczy system tyle że bardziej
      gangsterski nie jest żadnym powodem aby nie widzieć tego w jakim kierunku
      zmierza Europa w ramach inetgracji a la UE. Dlatego bzdurnym jest stwierdzenie
      iż cieszy nas upadek konstytucji bo im gorzej tym lepiej. Nie. Upadek
      konstytucji cieszy ze względu na fakt iż Polska zachowa dzieki temu okrojoną
      ale jednak suwerenność. Nie obchodzi mnie system liczenia głosów nicejski czy
      nowy: to szczegół. Istotnym jest, że spór wokół tego w istocie drugorzędnego
      tematu spowodował odrzucenie kontstytucji europejskiej. EUROKonstytucja jest
      zamachem na suwerenność krajów europejskich. Wszystko co powoduje odrzucenie
      konstytucji ergo utrzymanie suwerenności jest dobre i godne poparcia. Utrata
      suwerenności jest dramatem. Nawet gdyby konstytucja europejska była tworem
      zwartym, spójnym i sensownym godziłbym się ją przyjąć TYLKO w powszechnym
      referendum jako nadrzędny akt prawa w suwerennej Polsce. Konstytucja Giscarda
      to lewicowy gniot, rozdęty do gigantycznych rozmiarów nadający się wyłącznie
      do
      kosza. Jeśli nasza postawa w Brukseli uchroniła Europe od przyjęcia tego
      zakalca za obowiązującą norme prawna to tym lepiej dla Europy. Chyba wszystkie
      konstytucje państw europejskich są lepsze niż ten eurobzdet.
      Kiedy w 1945 roku Sowieci zażądali od Liechtensteinu wydania Rosjan walczacych
      w szeregach Wermahtu; powołując się na porozumienia jałtańskie otrzymali
      odpowiedź iż Ksiestwo Liechtenstein tych porozumień nie sygnowało w związku z
      czym nie obowiązują one w Księstwie Liechtenstein. Wściekłość Sowietów była
      ogromna ale wszystko co mogli uzyskać to namawianie na powrót do kraju tych
      ludzi. Tak działa zasada suwerenności, którą eurofantaści uznają za przeżytek.
      Miller w Brukseli pokazał co oznacza suwerenność. Nie bijąc więc braw panu
      Millerowi (sądzę że motywy jego działań nie są tak do końca suwerenne)
      stwierdzam tylko iż Opatrzność użyła go jako narzędzia do rozpieprzenia Unii
      Europejskiej. I z tego punktu widzenia jest to działanie pozytywne. UE to
      polityczny i ideologiczny knot lewaków; tym zakalcem lewackie media karmią co
      mniej odpornych jako bezalternatywną wersją historii. Jako człowiek
      immunizowany na bezalternatywne wersje postępu stwierdzam po prostu iż jest to
      kolejne gigantyczne kłamstwo lewicy i jak każde kłamstwo musi kiedyś się
      rypnąć. Im wcześniej tym lepiej. Fiasko rokowań w Brukseli jest krokiem we
      właściwym kierunku. Następne kroki wymuszą pierwsze lata po akcesji i
      weryfikacja ekonomicznych kłamstw eurofantastów.
    • Gość: , Dla odmiany wiadomosci "oficjalne" IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 29.01.04, 18:01
      Wzrosna ceny polis

      Tomasz Michalowicz 29-01-2004, ostatnia aktualizacja 29-01-2004 16:16

      Zmniejszy sie konkurencja na rynku ubezpieczeniowym i wzrosna ceny polis,
      ostrzega rzecznik ubezpieczonych po naszym tekscie o obowiazkowym ubezpieczeniu
      OC dla brokerów i agentów

      Wczoraj ujawnilismy, ze wiekszosc polskich brokerów oraz agentów
      ubezpieczeniowych reprezentujacych kilka towarzystw moze zniknac z rynku.
      Powód? Rozporzadzenie Ministerstwa Finansów, które zmusza ich do kupna od 15
      stycznia 2005 r. ubezpieczenia OC z suma 1,5 mln euro. Roczna skladka na takie
      ubezpieczenie bedzie wynosic ok. 40 tys. zl. Ministerstwo tlumaczy, ze stawka
      OC wynika wprost z unijnej dyrektywy. A na zglaszanie okresu przejsciowego jest
      juz za pózno.

      Jakie skutki bedzie mialo nowe prawo dla klientów? - Wysoka skladka na
      ubezpieczenie prawdopodobnie spowoduje konsolidacje na rynku. Mniejsze i
      slabsze kapitalowo firmy beda skazane na fuzje, lub w przypadku agentów na
      prace na rzecz tylko jednego z towarzystw. Polaczenia moga wplynac na
      ograniczenie konkurencji, co moze byc odczuwalne glównie w mniejszych miastach -
      mówi dr Stanislaw Rogowski, Rzecznik Ubezpieczonych.

      Wysoka skladka obowiazkowego ubezpieczenia wplynie tez na wzrost cen na rynku
      ubezpieczeniowym. - Zazwyczaj wzrost kosztów skutkuje wzrostem cen, to
      podstawowe prawo ekonomii. Nadmiernemu wzrostowi cen bedzie jednak
      przeciwdzialal rynek. Jesli klient uzna, ze u brokera jest za drogo, zrezygnuje
      z jego posrednictwa i kupi polise bezposrednio u ubezpieczyciela - mówi dr
      Rogowski.

      Rzecznik widzi mozliwosc zmniejszenia skladki placonej przez brokerów
      i "multiagentów". Nie mozna zmienic sumy obowiazkowego OC (1,5 mln euro), bo
      okresla ja unijna dyrektywa. Ale jest mozliwosc zmniejszenia skladki. Zdaniem
      rzecznika trzeba zastanowic sie, czy polisa powinna równiez pokrywac wine
      umyslna brokera, czy "multiagenta". Bo w praktyce oznacza to, ze ubezpieczamy
      sie od popelnienia przestepstwa. To tak, jakbysmy chcieli ubezpieczyc sie od
      wlepienia nam mandatu przez drogówke. - Mozna zmniejszyc koszty ubezpieczenia
      poprzez wprowadzenie regresu do sprawcy w przypadku umyslnego dzialania z jego
      strony - mówi dr Rogowiski. Chodzi o to, by ubezpieczyciel mógl domagac sie od
      brokera, czy "multiagenta" zwrotu odszkodowania wyplaconego poszkodowanemu
      przez nich klientowi. To obnizyloby znacznie ryzyko ubezpieczyciela, a tym
      samym wysokosc skladki.

      - Rok temu bylem ubezpieczony na 50 tys. euro i placilem 1 tys. zl skladki. W
      tym roku suma ubezpieczenia jest identyczna, ale skladka wynosi 3 tys. zl, bo
      polisa musiala objac wine umyslna - mówi jeden z lódzkich brokerów.



      Co na to Ministerstwo Finansów

      Rozmawial Tomasz Michalowicz 29-01-2004, ostatnia aktualizacja 29-01-2004 16:37

      Dlaczego Ministerstwo Finansów nie poprosilo o okres przejsciowy przy wdrazaniu
      dyrektywy?

      Katarzyna Przewalska, wicedyrektor departamentu instytucji finansowych
      Ministerstwa Finansów, która opracowywala rozporzadzenie: - Dowiedzielismy sie
      o tej dyrektywie po jej uchwaleniu. Srodowisko brokerów nie domagalo sie okresu
      przejsciowego. A gdy zaczelo sie domagac, bylo juz za pózno.

      Co zamierzacie zrobic, by uratowac brokerów i "multiagentów" przed bankructwem?

      Bedziemy szukac rozwiazania, które pozwoli na zachowanie wysokiej sumy
      ubezpieczenia, czyli 1,5 mln euro, ale obnizy skladke do poziomu, na który
      brokerów i "multiagentów" bedzie stac. Klucz do sprawy lezy w zakresie
      ubezpieczenia. W obecnie obowiazujacym prawie jest on bardzo szeroki i nie
      pozwala na tzw. regres. Czyli ubezpieczyciel nie ma prawa zadac od brokera, czy
      multiagenta zwrotu odszkodowania wyplacanego poszkodowanemu przez nich
      klientowi. To znacznie podnosi ryzyko towarzystwa ubezpieczeniowego, a tym
      samym skladke. Zastanowimy sie, czy tego nie zmienic.

      A moze prosciej byloby znalezc rozwiazanie, które pozwoli na wspólne
      ubezpieczenie wielu brokerów, czy "multiagentów"?

      To jest jedna z dróg, ale wolelibysmy pozostawic ja w gestii zainteresowanych i
      nie narzucac jej w ustawie. Choc oczywiscie rozwazymy taka mozliwosc, jesli
      rynek zglosi podobny postulat.
    • Gość: , Bardzo interesujacy projekt IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 29.01.04, 18:07
      www.odpowiedzialnosc.org/reformapodatkowacas/download/przewodnik.pdf
      • robisc Szkoda współautora projektu 29.01.04, 23:32
        Będzie mi brakować Dzierżawskiego.

        [']

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka