Gość: robi
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
10.05.03, 21:01
Nam eurosceptykom nie wierzycie. Może więc przekona Was była minster skarbu
państwa. Jak dotąd jako pierwsza poważna ekonomistka zdobyła się na odwagę
napisania publicznie tego, co większośc ekonostów wie. A myślałem już,że
zmowa milczenia potrwa do samego referendum. Po przeczytaniu sami oceńcie
szanse na przeprowadzenie rewolucji w finansach publicznych.
"(...)Jednym z najpoważniejszych zagrożeń skorzystania na przystąpieniu do
Unii Europejskiej jest stan zadłużenia państwa. Dzisiaj wynosi ono 385 mld
zł, a na każdego z nas przypada ok. 9400 zł. Dług sam w sobie nie jest niczym
złym: to źródło dodatkowych pieniędzy na wzrost i rozwój. Trzeba jedynie
wiedzieć, kiedy i z czego zostanie spłacony. Tymczasem zadłużenie kraju jest
niebezpiecznie blisko konstytucyjnego progu - 60 proc. PKB - którego nie może
przekroczyć. Ministerstwo Finansów przewiduje, że w roku 2006 będzie ono
wynosiło 59,9 proc. PKB. Różnica mieści się zatem w granicach błędu
statystycznego.
A do spłacenia "żywą gotówką" mamy dług wobec Klubu Paryskiego - do roku 2010
razem 87 mld zł. Najgorsze są lata 2005 - 2007, gdy płatności wyniosą
odpowiednio 12,4 mld, 14 mld i 15,2 mld zł. W tym samym czasie musimy zgodnie
z traktatem podpisanym z UE ponieść nakłady na ochronę środowiska, wynoszące
ponad 12 mld rocznie (a w szczytowym roku 2006 - 14 mld). Do tego dochodzi
składka członkowska i inne wydatki, takie jak współfinansowanie funduszy
strukturalnych czy przygotowanie projektów, opłacane bezpośrednio z budżetu:
14,8 mld zł w 2005 i 17,5 mld w roku 2006. Razem są to wydatki gigantyczne,
bo 40 mld zł w 2005, 45 mld zł w 2006 i 50 mld w 2007 roku."
(...)Czarnego obrazu dopełnia zadłużenie szpitali - około 8,5 mld zł. (...)
Podobna sytuacja jest z długiem państwa w stosunku do ZUS; dziś to już 9,5
mld zł. Pieniądze na jego spłatę miały pochodzić z prywatyzacji. Zostały
zapisane w budżecie państwa jako jego przychód, który, jak planowano, miał
być przeznaczony na wpłatę do ZUS. Pieniędzy z prywatyzacji jednak nie ma -
jak więc i z czego spłacimy ten dług?
(...)Do UE przystępujemy, nie rozwiązawszy problemu reprywatyzacji (koszt 40
mld zł) i mając w perspektywie spłatę około 20 mld zł za samolot
wielozadaniowy. A gdzie środki na dopłaty dla rolników, które będziemy
finansować z krajowego budżetu?
Unia to twardy partner, dotrzymuje słowa i temu da więcej, kto sam więcej
wyłoży. A my dzisiaj nie mamy pieniędzy, które można by wyłożyć. Moglibyśmy
zaciągnąć dług i spłacać go w późniejszych, lepszych latach - ale też nie
możemy. Już w latach 2004 - 2005 dług publiczny sięgnie niemal
konstytucyjnego pułapu 60 proc. PKB. Tę ostatnią szansę, jaką jest
zaciągnięcie długu na pokrycie pierwszych wpłat do Unii Europejskiej,
zaprzepaścił obecny rząd w roku 2002, zwiększając dług publiczny o ponad 50
mld zł. Pieniądze poszły na bieżącą konsumpcję i w dużej
mierze "skonsumowały" szansę, jaką stanowi Unia Europejska.
(...)Co trzeba zrobić
Budżet na rok 2004 można jeszcze przygotować, wykorzystując wszelkie rezerwy.
Następne lata to dramat dla budżetu, stracone szanse i pieniądze z Unii
Europejskiej. Żeby tego uniknąć, potrzeba nie liftingu, nie reformy, ale
rewolucji w finansach publicznych. I trzeba ją przeprowadzić już dziś, a nie
w roku 2004 czy później. Niezbędne jest przy tym jednoczesne posłużenie się
wieloma instrumentami. Trzeba zatem:
- Rozpocząć negocjacje w sprawie rozłożenia spłaty długu Klubu Paryskiego na
dłuższy okres. Już nawet nie marzę o zmniejszeniu tego długu, tylko
o "spłaszczeniu" wypłat i przesunięciu ich na lata po roku 2005. Niekorzystne
dla Polski rozłożenie w czasie terminów spłaty długu Klubu Paryskiego
powoduje, że gospodarka jako całość, jako organizm ekonomiczny będzie
płatnikiem netto do Unii Europejskiej.
(...)Innym obszarem stwarzającym zagrożenie, iż wejście do Unii Europejskiej
nie zostanie przez Polskę wykorzystane, jest zupełnie nieprzygotowanie
struktury rządowej do opracowania projektów współfinansowanych przez Unię.
Tylko ten, kto nigdy nie spotkał się z procedurą pozyskiwania środków
pomocowych, ma jasność sądu niezmąconą znajomością rzeczy. Inni są poważnie
zatroskani.
(...)I jest też inny wielki problem - bezrobocie. Nie łączy się ono
bezpośrednio z wejściem do Unii Europejskiej, ale stawia nas wobec innych
krajów kandydackich na dużo gorszej pozycji. Stopa bezrobocia w krajach UE to
średnio 5 - 7 proc., w krajach kandydackich ok. 8 proc., a u nas 20 proc. i
nic nie wskazuje, że szybko będzie mniejsze. Wejście do Unii też tego nie
zmieni, przynajmniej nie stanie się to prędko.Z bezrobociem musimy sobie
zatem poradzić sami.
(...)Unia Europejska nie jest lekiem na całe zło w naszej gospodarce, nie
jest złotą rybką i nie da nam niczego, na co sami nie zapracujemy. Żeby
wziąć, trzeba dać, żeby dać, trzeba mieć, żeby mieć, trzeba posprzątać we
własnym domu. Czy w Unii, czy poza Unią musimy to zrobić sami.
ALDONA KAMELA-SOWIŃSKA
-----------------------------------------------------------------------------
Autorka jest ekonomistką, w rządzie Jerzego Buzka była wiceministrem, a potem
ministrem skarbu państwa
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030510/publicystyka/publicystyka_a_1.html