Moja córka nie chce jeździć do ojca.
Zostałyśmy same, gdy mała miała 9 miesięcy. Myślę, że początkowo zauważała jego brak, ale szybko się przyzwyczaiła. Przez lata stworzyłyśmy sobie nasz świat. Ojciec przyjeżdżał do niej 3, później 2 razy w roku, na kilka dni. Wynajmował ze swoją matką mieszkanie na mieście, brał małą, początkowo na dni, potem też na noce. Córeczce taki system od biedy pasował. Kiedy miała 4 lata pojechała do niego pierwszy raz na wakacje, na 2 tygodnie. Była już 3 razy, za każdym razem na ok. 2 tygodnie, za każdym razem tęskniąc mocno za domem. Woli wizyty ojca w Polsce.
W tym roku (6 lat) poleciała pierwszy raz sama ze stewardessą i ojciec nabrał wiatru w żagle. On już nie przyjedzie. Ona ma latać. Na wakacje, ferie, święta.
A mała nie chce.
Idzie nie tylko o te zabawki, których po ostatniej wizycie nie pozwolił jej zabrać (pisałam w innym wątku). Idzie też o to, że tam jest inaczej niż w domu. To prawda, w domu jest większy leseferyzm

Córeczka mówi, że tam to tylko je, kąpie się i śpi; nie ma czasu na zabawę; jest traktowana jak "lew w klatce", wożona na wizyty do znajomych i rodziny. Odnoszę wrażenie, że ojciec w dużej mierze zamiast budować bliskość z dzieckiem, w sumie trochę mu obcym, zajmuje się stricte wychowaniem. Negocjacje zasad nie odnoszą żadnego rezultatu (mój dom, moje zasady).
Jestem między młotem a kowadłem. Na razie nie mamy ustalonych kontaktów, ale może się tym skończyć, jeśli ugnę się i nie wyślę małej, a wolałabym uniknąć większej interwencji Państwa w nasze życie. Na razie córka na każdą wzmiankę o wyjeździe do ojca (czasem trzeba pogadać) płacze, dziś napadło ją to samo z siebie, bo pomyślała o Świętach. Niestety, nie mogę cofnąć zgody na uznanie dziecka, za późno. Tak, tak, znam teorię, spotkanie to prawa i obowiązki i po stronie ojca, i po stronie dziecka, i po stronie matki...
Kurczę, ale kto normalny utrzymuje kontakty z osobami, z którymi kontaktować się nie lubi. A dziecko musi?