strega
09.10.04, 21:37
Witajcie
Wiecie, kiedy dzis moj znajomy zapytal, jak sobie radze, to rozryczalam mu
sie prosto w mankiet.Uswiadomilam sobie, ze nie radze sobie.Cala rodzina
przyjela za pewnik, ze skoro nie popadlam w alkoholizm, ani inne nalogi, to
jestem silna i dam sobie rade.Usmiecham sie, wrocilam na studia, Julka jest
zadowolonym, szczesliwym dzieckiem...Ale nikt nie wie, jak mi ciezko, ile
razy placze po nocach, boje sie.Wszyscy patrza tylko na pozory, a mnie
szczeka boli od usmiechania sie.
Do tego nie mam w Czestochowie przyjaciol, wszyscy sie porozjezdzali.W
dodatku moja najlepsza przyjaciolka dzis wyjechala do Wrocka, moze stad ten
podly humor.Brakuje mi kogos, z kim moglabym pogadac od serca, kto by
zrozumial,ze usmiech nie zawsze oznacza, ze jestem szczesliwa.A boje sie
dopuscic te uczucie do siebie, bo obawiam sie, ze pozniej bedzie mi sie
ciezko pozbierac.
Myslalam, ze w dwa lata po rozstaniu z Julii ojcem mniej to bedzie bolalo, ze
poukladam to sobie troszke.Ale ciagle jest trudno.
Troche sie rozkleilam, ale takie wygadanie tez pomaga.
Dawno nie pisalam, ale ciagle jestem z wami
Pozdrawiam