Mój trzylatek od zawsze uwielbiał rzucać (najpierw był to smoczek, potem
zabawki wywalane z pudła) i... ZAWSZE go to ŚMIESZYŁO. Problem w tym, że
teraz przybrało to rozmiary fobii

i koleś rzuca, czym popadnie. Naprawdę.
Można nieopatrznie oberwać butem (ślady już są na ścianie), jedzenie ląduje
pod stołem, a wczoraj wywalił za siebie soczek (efekt: zbity bubek, sok
marchewkowy na ścianie). Zarykuje się przy tym ze śmiechu, nie może się
opanować. Problem w tym, że mnie to nie śmieszy - zwłaszcza szkody
wywołane "miotaniem". Oczywiście usiłowałam z tym walczyć w rózny sposób: nie
reagowanie, zakończenie jedzenia nawet gdyby to była pierwsza łyżeczka,
odesłanie do pokoju, zakaz oglądania bajek, samodzielne pościeranie po sobie,
propozycje by czym innym rzucał, wyjaśnianie, wyjaśnianie, wyjaśnianie,
prośby itp. I, kurcze, NIC nie skutkuje! Odnoszę wrażenie, że chęć rzucenia
(powtarzam: śmieszy go to do rozpuku) jest większa niż jakakolwiek kara.
Macie jeszcze jakiś pomysł, co by tu zrobić, żeby ścian nie malowac co 2
miesiące i nie dostać butem w głowę?