Może ja jestem nieprzystosowana, konfliktowa i upierdliwa. Może
powinnam mieszkać odizolowana od innych ludzi w głuszy jakiejś. Może
faktycznie wredny ze mnie typ...
Chodzi o to, że los zmusił nas do zamieszkania w blokowisku. Na
prawo blok, na lewo blok, przed nami blok, za blokiem blok i jeszcze
blok

A pośrodku pod oknami plac zabaw. Z ławeczkami...
Za dnia nieustający wrzask dzieci i jazgot babć i mamuś, a w nocy...
No właśnie. Ławeczki służą jako miejsce spotkań okolicznych
menelików, jurnych młodzieńców i hożych dziewoi, którzy umilają
nocną ciszę puszczaniem na maksa majstersztyków polskiego rapu,
tudzież ryczeniem do siebie ,,ku...wa" i ,,spie... ty ch...u" oraz
innych słownych perełek.
Poza tym, ponieważ zrobiło się gorąco, więc wszelakie imprezki
przeniosły się na balkony i do późnych godzin nocnych toczą się
nocne Polaków rozmowy, często po kilku głębszych, odbijając się od
murów.
Jestem permanentnie niewyspana, a i młoda gorzej sypia.
Okien w sypialni nie dam rady zamknąć, mam 25 stopni w pokoju, a
klimy nie posiadam. I powoli czuję jak narasta we mnie dzika, ślepa
furia. Jasne, można wzywać policję, ale co, w dwadzieścia miejsc na
raz? Dlaczego ludzie nie są w stanie zrozumieć, że mieszkanie w
blokach nakłada na wszystkich mocne ograniczenia, że nie mieszkają
sami na pustyni i, że to co robią może przeszkadzać innym?
A może to ja nienormalna jestem i mam za wysokie wymagania ?