Kochane, jestem zaskoczona, jak lekko i bez zaproszenia do tematu
różne osoby, niekoniecznie bliskie, pytają o płeć dziecka i o to,
jakie są rozważane imiona. Ja, jak dowiaduję się, że ktoś jest w
ciąży, to pytam, jak się czuje, co potrzebuje pozałatwiać, kupić,
czy planuje długo zostać w domu z dzieckiem - o takie
bardziej "publiczne" rzeczy... Po usg pytam, czy wszystko w
porządku, a nie, kto tam siedzi (moja teściowa: "i co mamy?" - na
miłość boską: po pierwsze nie co, tylko kogo, a po drugie ona
nikogo, a my nieustająco nasze dziecko). Płeć i imiona to są dla
mnie przed końcem ciąży sprawy intymne - tylko między trojgiem ludzi
(czworgiem, pięciorgiem itd., jeśli to kolejne dziecko). Każda
kobieta / para / rodzina powie, jak będzie chciała - pytania w tej
sprawie mnie rażą.
Pytanie o płeć brzmi dla mnie obcesowo, jak "czy już zajrzeliście
swojemu dziecku między nogi?". Jest to dla mnie tym trudniejsze, że
zaglądać nie zamierzamy - a to, jak zauważyłam, wywołuje zaskoczenie
zabarwione lekką dezaprobatą. Jak słyszę kolejne niechciane pytanie
o płeć i odpowiadam, że nie chcemy znać, to wietrzę, że zaraz
zobaczę wielce zdziwioną minę. Kilka osób zapytało, czy chcemy znać
płeć i to jest pytanie znacznie subtelniejsze - doceniłam.
A co do imion... Zliczę na palcach jednej ręki osoby, z którymi
byłabym gotowa rozmawiać o wyborze imion przed porodem: mój brat,
siostra, przyjaciółka... I chyba nikt więcej. Szlaban, wstęp
wzbroniony, tu zaczyna się nasza prywatność

Na pewno najdalej
dwa tygodnie po porodzie wszyscy się dowiedzą.
Dla Was, dziewczyny, pytania o płeć i imię są neutralne, zwyczajne,
nie naruszają granic intymności Waszego związku?
Pewnie jestem jedyną, która tak to odbiera...
Uccellino to zawsze musi mieć coś inaczej i po swojemu