Gość: Yeah
IP: *.vc.shawcable.net
22.09.04, 12:11
>Czołowe kraje Unii Europejskiej boją się polskich przedsiębiorców. Aby
chronić własny rynek, Francja, Niemcy, Włochy, Austria i Holandia wymagają,
wbrew prawu europejskiemu, pozwoleń na świadczenie usług przez Polaków i
utrudniają, jak mogą, rejestrację przez nich firm.
- Musieliśmy opuścić Holandię, bo policja powiedziała, że pracujemy
nielegalnie. Byliśmy zaskoczeni, że potrzebne są jakieś zezwolenia, podobnie
zresztą jak nasz holenderski wspólnik. Polski rząd i media informowały
przecież, że nasze firmy na terenie Unii mogą świadczyć swoje usługi bez
przeszkód - opowiada Jakub Kawalec, właściciel firmy spod Słupska, która
wykonuje dachy z trzciny.
To tylko jeden z przykładów szykanowania polskich przedsiębiorstw, jakie
ustaliła "Rz".
W traktacie akcesyjnym, który określił warunki, na jakich Polska przystępuje
do Wspólnoty, przewidziano co prawda sięgający 7 lat okres przejściowy na
zatrudnianie pracowników najemnych z naszego kraju. Jednak polskie firm
otrzymały prawo do swobodnego świadczenia usług od 1 maja. Wyjątkiem są
niektóre, ściśle określone, rodzaje usług w Niemczech i Austrii, dla których
ograniczenia mogą być utrzymane nawet do 2011 roku.
Strach przed polską konkurencją
Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. We Włoszech Polacy mogą
otworzyć sklep, zakład fryzjerski czy firmę budowlaną tylko pod warunkiem, że
posiadają kartę pobytu. Tę zaś można uzyskać w wyjątkowych wypadkach, np. gdy
współmałżonek jest Włochem. - Administracja jeszcze się nie zorientowała, że
po 1 maja Polacy powinni mieć te same prawa do świadczenia usług, co Włosi -
mówi Agnieszka Hoppen, I sekretarz polskiej ambasady w Rzymie.
Nie lepiej jest we Francji. Tu polscy przedsiębiorcy muszą występować o
pozwolenia dla polskich pracowników zatrudnionych przy kontraktach na
świadczenie usług. - Przyczyną nie są jednak zaniedbania administracyjne, ale
ogólna atmosfera strachu przed konkurencją z Polski i innych krajów, które
właśnie przystąpiły do Unii - przyznaje polski radca handlowy w Paryżu Piotr
Byczkowski.
Dodaje, że ci przedsiębiorcy, którzy odważyli się podjąć działalność we
Francji, są nękani ciągłymi kontrolami inspekcji podatkowych czy sanitarnych.
Znać niemiecki jak Goethe
Niemcy otwarcie nie łamią traktatu akcesyjnego. Jednak za Odrą polscy
przedsiębiorcy też często nie mają łatwego życia. - Rzemieślnicy, którzy chcą
założyć piekarnię, zająć się ochroną obiektów czy świadczyć inne usługi,
muszą spełnić szereg wprowadzonych wymogów, których nie da się spełnić bez
doskonałej znajomości niemieckiego - relacjonuje Bogdan Janowski, I sekretarz
Ambasady RP w Berlinie. Na równie uciążliwe procedury biurokratyczne są
skazani więksi przedsiębiorcy, którzy chcą zarejestrować firmy w Republice
Federalnej i podjąć działalność w tych sektorach, w których Niemcy w
traktacie akcesyjnym nie wprowadzili żadnych ograniczeń. Dodatkowo po 1 maja
limit pracowników, których mogą zatrudnić w ciągu roku polskie firmy
budowlane, został ograniczony o 1/3.
-To oznacza utratę wielu kontraktów - przyznaje Janowski.
Jego zdaniem stawianie tak wielu wymogów ma jeden cel: zwolnienie, na ile to
możliwe, tempa, w jakim polscy przedsiębiorcy podbiją niemiecki rynek.
Podobnie postępuje Austria. Tu przedsiębiorcy, którzy chcą świadczyć usługi
tam, gdzie traktat akcesyjny nie wprowadza żadnych ograniczeń, muszą dla
swoich pracowników uzyskać tzw. unijne poświadczenie oddelegowania. Na
dokument czeka się nawet sześć tygodni. - A to, w przypadku pilnego terminu
wykonania kontraktu oznacza, że Polak wypada z gry - mówi Jan Masalski, radca
ekonomiczny polskiej ambasady w Wiedniu. Niemcy czy Francuzi nie muszą bowiem
spełniać tego warunku i mogą podjąć pracę od zaraz. Kłopoty mają też polscy
studenci, którzy chcą pracować w Austrii, choć dla nich wszelkie trudności 1
maja miały zniknąć.
Listy bez odpowiedzi
W obronie naszych przedsiębiorców wystąpił polski rząd. List z prośbą o
zaprzestanie dyskryminacji napisał m.in. do ministrów pracy Włoch Roberto
Maroniego i Holandii Aarta Jana de Geusa wicepremier Jerzy Hausner.
Odpowiedzi póki co się nie doczekał. Interweniują też polscy dyplomaci.
Wczoraj w Ministerstwie Pracy w Rzymie o utrudnieniach wprowadzanych dla
polskich przedsiębiorców rozmawiał nasz ambasador.
- Nasi partnerzy zwykle nabierają wody w usta - mówi także o francuskich
władzach Piotr Byczkowski.
- Niestety polscy przedsiębiorcy obawiają się składać pisemne skargi w tej
sprawie i później w rozmowach z naszymi partnerami nie mamy argumentów, nie
możemy podać konkretnych przykładów firm, wobec których łamane jest prawo -
dodaje Agnieszka Hoppen, I sekretarz polskiej ambasady w Rzymie.
Holendrzy zagrozili więzieniem
Są już jednak pierwsi odważni. Kilku przedsiębiorców, którym życie utrudnia
holenderski rząd, poskarżyło się do Komisji Europejskiej. - Holandia łamie
prawo polskich przedsiębiorców do wolności świadczenia usług. Są oni
dyskryminowani w porównaniu z firmami ze starej Unii. Polacy muszą spełnić
wiele wymagań, aby móc pracować i to ich stawia w gorszej sytuacji niż
przedsiębiorców z dawnej "15" - wyjaśnia mecenas Marcin Lewandowski, który w
imieniu czterech polskich firm wysłał skargę do KE. - Holandia nie zastrzegła
sobie okresów przejściowych w zakresie swobody świadczenia usług w traktacie
akcesyjnym, a dziś rzuca polskim przedsiębiorcom kłody pod nogi. To jest
niezgodne z prawem unijnym.
Z pozwem przeciwko władzom w Hadze wystąpiły do Komisji także dwie inne znane
kancelarie adwokackie z Holandii i Belgii. Ich klientem jest duża polska
firma, która świadczyła usługi dla holenderskich farmerów - pomagała w
zbieraniu truskawek i pracach polowych. Przedsiębiorstwo zostało zmuszone do
wycofania z Holandii swoich polskich pracowników.
- Władze zagroziły nawet nałożeniem wysokich kar i więzieniem, jeśli sytuacja
się powtórzy - relacjonuje Tielleman van Hoojinbent, jeden z adwokatów, który
wniósł pozew.
- To trochę tak, jakby nasz rząd nie chciał przyjąć do wiadomości, że Polska
jest już w Unii i jej pracowników traktujemy jak obywateli państw trzecich -
ubolewa Ekke Overbeek, dziennikarz, który opisał tę sprawę w ekonomicznym
dzienniku "Het Financieele Dagblad".
Bruksela zdecyduje
Teraz wszystko zależy od Komisji Europejskiej. Jeśli uzna racje polskich
przedsiębiorców, będzie się domagać najpierw oficjalnych wyjaśnień od władz w
Hadze, a następnie może wystąpić przeciw niej z pozwem do Europejskiego
Trybunału Sprawiedliwości (ETS). Z naszych informacji wynika, że władze
holenderskie, w obawie przed interwencją Brukseli, podjęły poufne rozmowy z
polskim rządem.
Nie oznacza to jednak, że Holendrzy się nie bronią. - Do stawiania warunków
polskim firmom prawo daje nam precedensowy wyrok ETS z początku lat 90.,
który określał zasady, na jakich usługi w krajach ówczesnej Wspólnoty mogły
świadczyć firmy portugalskie - wyjaśnia Magda Devetten z Ministerstwa Spraw
Społecznych i Zatrudnienia. Zdaniem władz w Hadze w tych przepisach
wskazywano, że firmy muszą spełniać takie same warunki, jakie obecnie są
stawiane polskim przedsiębiorcom, czyli m.in. pensji dla delegowanych
pracowników co najmniej na poziomie płacy minimalnej (w Holandii to 1264 euro
miesięcznie brutto) i zatrudnienia w firmie, która go wysyła do pracy, przez
co najmniej rok.
Problem w tym, że na ten sam wyrok powołują się także adwokaci polskich firm.
Ich zdaniem z wyroku wynika coś innego: żądanie pozwoleń o prace jest
niezgodne z prawem unijnym