Dodaj do ulubionych

Tunelem do USA

IP: *.sympatico.ca 09.10.02, 04:57
Tunelem do USA

Pod koniec minionego roku, nasiliły się podejmowane przez Polaków próby
nielegalnego wjazdu do USA. Tradycyjne trasy nadal wiodą przez rezerwaty
indiańskie w Kanadzie, położone na granicy ze Stanami. Inni "nielegalni"
próbują prześlizgnąć się w ładowniach wielkich ciężarówek. Tymczasem do
niedawna, jedną z najpopularniejszych metod na granicy południowej było
przeczołgiwanie się do Stanów podziemnymi tunelami. Gdy, informując o tym
miesiąc temu poprosiliśmy osoby, które przeszły w ten sposób do USA o
kontakt, otrzymaliśmy kilka zgłoszeń. Dziś, kolejny opis tej niezwykle
niebezpiecznej wyprawy, na którą zdecydował się mieszkaniec Krakowa.

W odzewie na pierwszy artykuł, do redakcji zadzwonił czytelnik. Domagając się
całkowitej anonimowości (podkreślał to kilkakrotnie), zgodził się opisać swą
przeprawę. Dlaczego?

- Chodzi mi o ostrzeżenie innych. Wprawdzie na własne oczy tego nie
widziałem, ale jestem pewien, że podczas takich prób giną ludzie. W tym
Polacy.

Ustaliliśmy, że Marek (jego robocze imię) skoncentruje się na technicznym
aspekcie przeprawy, a nie na zdarzeniach, które mogą zidentyfikować
organizatorów przerzutu. I to nie z obawy o ich odpowiedzialność karną.
Bardziej - o własne bezpieczeństwo. Grupa działa na terenie USA i Meksyku, ma
przedstawicieli-naganiaczy w Polsce. Oto opowieść Marka:

-Kilka lat temu próbowałem dostać się do Stanów z Kanady. Wtedy nie wyszło.
Pośrednik wziął pieniądze i zniknął przed granicą, koło rezerwatu
indiańskiego. Była noc. Musieliśmy wracać - ja i dwóch kolegów. Nie było skąd
pożyczyć na drugą przeprawę. Na szczęście mieliśmy bilet powrotny do Krakowa.

W zeszłym roku spróbowałem przez Meksyk.

Kolega - powiedzmy Zbyszek - który był ze mną za pierwszym razem, a potem
stał przed ambasadą amerykańską w Warszawie po wizę, jakiej i tak nie dostał,
został zaczepiony przez gościa, który obiecywał "pewne" przejście od
południowej strony. Było to już wtedy, kiedy do Meksyku Polacy nie
potrzebowali wiz.
Oficjalnie jechaliśmy z kumplem na wycieczkę do Cancun. Stamtąd, po tygodniu,
zamiast wracać, urwaliśmy się autobusem nad granicę. Mogę tylko powiedzieć,
że z Arizoną.

Kupę czasu spędziliśmy w kiepskim hoteliku. W grupie było pięć osób. Oprócz
nas jeszcze jakiś niby-Rumun, chyba Ruski i gość z Ameryki Środkowej. Może
Nikaragua? Nie wiadomo, bo nie mówił w ogóle po angielsku.

W pierwszych dniach dwa razy przeżyliśmy fałszywy alarm. Mieliśmy już ruszać
nad granicę, ale nasz "coyote" dostał od kogoś telefon, że chyba
niebezpiecznie i akcję odwołali. "Coyote" to "kojot", czyli meksykański
przemytnik ludzi.

Dowiedzieliśmy się tego od dziewczyny, która sprzątała hotelik. Nasz "kojot"
nazywał się Emilio. Czasem tak nawet na niego wołaliśmy. Wściekał się, ale
klient nasz pan...

Strach było z hoteliku gdzieś wychodzić, bo wszędzie kradli. Człowiek kichnął
i drzwi wypadały z zawiasów. Takie mieli zabezpieczenia! Praktycznie spałem z
niewielkim plecakiem pod głową. Balem się o swoje rzeczy. Poza tym, w każdej
chwili mogli dąć sygnał o przeprawie. Po czterech dniach, gdy zaczynałem mięć
dość czekania, Emilio powiedział, że dziś przeskakujemy. Do końca nie byłem
pewien, bo bez przerwy z kimś kłócił się przez "komórkę".

Gorąco, jak cholera... Wieczorem podjechaliśmy pod jakąś skarpę. Nawet
niedaleko. W sumie niewiele widziałem. Kazali wchodzić do dołu. Wyglądał, jak
lej. Na końcu był tunel. Taka w zasadzie większa rura. Żartowałem ze
Zbyszkiem, że tu nas wykończą i wezmą resztę kasy. Ale tak naprawdę nie było
nam do śmiechu. Emilio poganiał. Widać było, że się boi. Głowa mu chodziła
dookoła szyi, jak sowie...

Pierwszy wszedł Emilio. Potem Łusek. Za nim ten niby-Rumun. Ja trzeci. Za mną
Zbyszek. Potem ten z Ameryki Środkowej. Najpierw szedłem zgięty, jak
scyzoryk. Ale nie dało się. Potem na czworakach. Ale za wolno szło - nogi
cierpły. No to czołgaliśmy się. Między ruchami człowiek trochę odpoczął.

Dobrze, że byłem w wojsku. Trochę się podpierałem na łokciach, dłoniach,
stopach. Strach było szorować brzuchem po tym całym dziadostwie. W środku
ciemno, jak u Murzyna. Emilio miął latareczkę, ale używał jej oszczędnie. I
świecił tylko przed siebie, a nam nie pomagał.

W przebłyskach zauważyłem nieprawdopodobny śmietnik. Damskie podpaski, puste
plastykowe butelki po wodzie, jakieś szmaty, gazety, szkło, zgniłe
pomarańcze, stare jedzenie, grzebień, reklamówki. Widać, że tunelem ciągnęły
całe pielgrzymki. Miejscami w rurze zalęgało błoto, jak po ulewie. Widać było
muł, naniesiony woda. Cholera wie, co będzie, jak spadnie ulewa. Jeżeli rura
jest melioracyjna, będzie po nas.

Bałem się, że się utopię. Nie da się pływać w rurze o półtorametrowej
średnicy. Smród urywał łeb. Dopiero potem zrozumiałem, skąd jeszcze się
brał...

Po trzydziestu minutach stanęliśmy. Ani w przód, ani w tył. Byłem już cały
zlany potem, a tu jeszcze ten zaduch. Po godzinie leżenia plackiem w tym
szambie miałem wszystkiego dość. Już się zacząłem przyzwyczajać do tego
smrodu, gdy nagle niby-Rumun przede mną popuścił. Koło jego nóg zrobiło się
mokro. A ja miałem głowę o dwadzieścia centymetrów! Wrzasnąłem do Emilio, ale
kazał mi się zamknąć.

Nagle, Emilio powiedział, żeby się ruszać. Ale do tyłu! Gdy wyszliśmy, pewnie
byśmy go zabili, gdyby nie to, że każdy z nas był jak pijany od upału i
wyczerpania. Emilio powiedział, że na dzisiaj dość. Wracamy. Rumun
śmierdział, nikt nie chciał koło niego siedzieć w pickupie. Pytaliśmy Emilio,
co się stało. Nie odpowiadał. Powiedział tylko, że dostał sygnał:
"wyjście zablokowane"...

Znowu czekanie w hotelu. Dzień, drugi. W Nowym Jorku miałem nagranych
przyjaciół. Czekali. Bali się o mnie. A ja nawet nie mogłem ich powiadomić.
Bałem się dzwonić. Mówiono, że po 11 września Amerykanie wszystkie rozmowy
podsłuchują.

Po dwóch dniach - kolejna próba. Tym razem nawet nie weszliśmy do tunelu.
Ledwo wyszliśmy z pickupa, a zadzwonił telefon. Z powrotem! Emilio nie
próbował niczego tłumaczyć. Znowu hotel. Balem się, że skończy mi się forsa.
Ale za dużo już władowałem w ten interes, żeby się wycofać. Pięć tysięcy
dolarów poszło na całą przeprawę nie licząc wycieczki, za którą dałem prawie
dwa. Na dodatkowe rzeczy poszedł już z tysiąc. Jeszcze jeden tysiąc i będę
spłukany...

Trzy dni czekania!!! Niech to cholera! Powiedziałem Emilio, że rezygnuję.
Niech odda chociaż cześć pieniędzy i wracam. Powiedział, że zwrotu nie ma.
Jak chcę, mogę jeszcze poczekać. A jak nie, to nie. Kolejny termin - za dwa
dni. Widziałem, że Emilio też ma dość przeprawy i nas wszystkich.

Podchodziliśmy jeszcze kilka razy. Parę razy czekaliśmy w rurze. Na co - do
dziś nie wiem. Pewnie Emilio miał dostać sygnał, że z drugiej strony można
bezpiecznie wyskoczyć. Najgorsze było to leżenie w ciemności. Spocony,
zmęczony, przestraszony.

Najbardziej bałem się robactwa.

To straszne uczucie, gdy człowiek leży i nie widzi, co po nim pełza.
Wiedziałem, że w Meksyki i Arizonie są skorpiony, tarantule, jadowite
karaluchy i grzechotniki. Nawet wolałem nie myśleć, co może po mnie chodzić.
Czasami, jak usłyszałem podejrzany szelest lub nieznaczny dotyk na skórze,
miałem ochotę wstać i z wrzaskiem wyrywać z tej rury.

W następnej przeprawie nie doszliśmy nawet do tego miejsca, co za pierwszym
razem. Już na początku rury Emilio rozkazał odwrót. Nawet nie pytałem,
dlaczego. Byłem otępiały. Inni też. Gdy więc na drugi dzień Emilio
powiedział, że idziemy, nawet nie protestowałem o nic. Było mi dokładnie
wszystko jedno.
Czołgałem się i modliłem o to, by przeżyć. Bałem, że w każdej chwili mogę
zginąć. Z rozmów Emilio przez telefon wywnioskowałem, że przemyca też
marihuanę.

Gdybyśmy natknęli się na jakąś aferę, na pewno by nas załatwili. Byłem
pewien, że inni ginęli w podobnych okolicznościach. W tym Polacy.
Obserwuj wątek
    • Gość: Bozena L Tunelem do USA - ciag dalszy IP: *.sympatico.ca 09.10.02, 04:58
      Gdybyśmy natknęli się na jakąś aferę, na pewno by nas załatwili. Byłem pewien,
      że inni ginęli w podobnych okolicznościach. W tym Polacy. Dowody? Dowodów nie
      miałem, ale pewne wskazówki były. Podczas przedostatniej wyprawy, przy
      czołganiu zrobiła mi się dziura w dżinsowej kurtce, na łokciu. Załatałem ją
      papierem, jaki namacałem w tunelu na ziemi.

      W hoteliku okazało się, że to koperta i dwie kartki listu z... Polski. Pisała
      jakaś kobieta do Agnieszki, córki. Adres nadawcy z Katowic. Agnieszka mieszkała
      w tym samym hoteliku, co ja. Ale dawno jej już nie było. Gdy o nią zapytałem,
      właściciel - "meksyk" powiedział, że nie ma pojęcia, co się z nią stało. Nawet
      jej sobie nie przypominał. Powiedział tylko, że jest jeszcze więcej listów do
      niej. Przyszły, jak znikła. Nawet może mi dać, bo i tak tego nie przeczyta.

      Otworzyłem dwa z pięciu. W listach matka błagała o kontakt.
      Ostatni list napisała trzy miesiące wcześniej. Nie miała od córki odpowiedzi
      gdzieś od czterech miesięcy. Skoro tak, to Agnieszka nie dotarła do Stanów. W
      hoteliku też jej nie było. A gdyby przerzut nie udał się, musiałaby wracać do
      Polski. Zagadka... Jak kamień w wódę. Chciałem nawet cos odpisać tej matce,
      pocieszyć, ale co mogłem jej przekazać?

      Kolejne dwa dni w hotelu. Zrobiliśmy zebranie naszej piątki. Bunt!
      Powiedzieliśmy Emilio, że go pieprzymy. Albo idziemy na całego, albo niech
      zwraca kasę. Najwyżej nas Amerykanie złapią i odeślą. A może się uda.

      Niby-Rumun to nawet skakał do "meksyka" i chciał go bić. Odciągnęliśmy gościa.
      Widać byliśmy bardzo przekonujący, bo Emilio gdzieś zadzwonił. Po wrzaskliwej
      rozmowie z jakimś gościem powiedział, że jutro ostateczny przerzut.

      Szedłem bez większej nadziei. Inni też. Lecz w sumie poszło o wiele lepiej, niż
      myśleliśmy. Gdzieś tak po 45 minutach czołgania się i przystanków zobaczyłem
      naturalne światełko w tunelu.

      W nim... zarys kraty. Ale Emilio kopnął żelastwo i po prostu spadło. Okazało
      się, że krata tylko pozornie zastawiała wyjście z tunelu. Można ja było bez
      trudu odsunąć.

      Wyszliśmy w jakimś rowie, po kostki w błocie. Obok była nawet szeroka droga.
      Dalej - trochę domków. I preria. Moja wymarzona Ameryka! Sam nawet nie wiem,
      ile razy do niej podchodziłem. Rekord Guinnessa chyba jednak pobiłem.

      Po 15 minutach pojawił się dziwny samochód. Coś jak wojskowy jeep. Załadowali
      nas i jazda. Po gdzieś dwóch godzinach wylądowaliśmy w wiejskim domku. Taka
      farma. Dali nam dwie godziny. Prysznic, coś do jedzenia, krótkie wylegiwanie
      się na łóżku i znowu jazda. Tym razem w mikrobusie, nawet komfortowym. Kierowcy
      się zmieniali, ale żaden nic nie mówił.

      Wylądowaliśmy w Phoenix.

      Tam, od kierowcy dostałem umówiony bilet kolejowy do Nowego Jorku. Z
      instrukcjami. Koniec przygody. Teraz musiałem brać się do roboty, żeby
      odpracować koszty podróży.

      Dziś, z pewnej perspektywy czasu włosy mi się jeżą, gdy pomyśle o swojej
      głupocie. Przecież ci Meksykanie to na pewno była mafia imigracyjno-
      narkotykowa. Dla takich, puknąć mnie i resztę z mojej piątki dla paru dolarów
      to żaden "deal". Nie daje mi też spokoju myśl o Agnieszce. Męczy mnie
      świadomość, że mogło się jej coś stać. Kim była? Dlaczego zdecydowała się na
      tak ryzykowną wyprawę? Czy była sama? Czy chociaż ma swój grób?

      Teraz już się trochę otrząsnąłem, lecz kosztowało mnie to sporo zdrowia. No i
      ciągnę dalej. Koledzy z Polski prosili mnie, bym także im zorganizował
      przerzut. Powiedziałem, że nie chce ich mieć na sumieniu. Nie uwierzyli.
      Obrazili się, że mi w Stanach odbiło i kumpli nie poznaję. Niech im będzie.
      Niech się zabijają na własne, a nie na moje konto. Ja już swoje przeszedłem...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka