starypierdola
21.12.03, 04:32
Widze ze wszyscy wielcy ludzie (Baron Strzelecki, Starywiarus, Luiza, inni)
maja wyzsze wyksztalcenie. Postanowilem wiec poslac chlopaka na studia.
Rozejrzalem sie wokol i widze ze "Sandstone Universities" sa dobre (tak
przynajmiej o sobie pisza). Dla niewtajemniczonych to odpowiednik Ivy League
w USA.
Zdecydowalem na University of Melbourne (Uklony dla forumowiczow z
Melbourne). Poslalem wiec chopaka zeby sie zapisal. Wrocil po trzech dniach i
mowi ze nic z tego. Powiedzieli mu ze:
1. aby dostac sie na uniwersytet trzeba skladac podanie do jakiejs instytucji
rzadowej, nie do uniwersytetu
2. ze musi podac kilka kierunkow ktore go interesuja
3. ze ta instydtucjs "przydiala" go na uniwersytet ktory im sie podoba, i
4. ze dostac sie moze na wydzial gorniczy na Uniwerystecie Ballarat;
Uniwersytet Melbourne jest poza jego zasiegiem.
Czy to mozliwe? Przeciez nawet w najciemniejszym okresie PRL rzad nie
decydowal co kto moze studiowac. Czy to mozliwe w wolnej Australii??
Prosze o komentarze bo nie jestem pewien czy mnie chlopak nie zwodzi. Lubi
golf i surfing, i chcial by "studiowac" u Grega Normana na Florydzie. Wiec
moze cos kombinuje???