Dodaj do ulubionych

Pytania o prom z Hurghady do Sharm el Sheikh

10.09.03, 15:45
W zeszłym roku byłem w Hurgadzie i w tym roku też chcę odwiedzić Egipt. Mam
więc kilka pytań do forumowiczów.
1. Jak samodzielnie przedostać się z Hurgady do Sharm el Sheikh ? Wiem, że
pomiędzy tymi kurortami pływa prom, ale czy ktos z grona forumowiczów to już
przetestował ?
2. Moje drugie pytanie dotyczy wyboru hotelu w Sharm el Sheikh. Który warto
wybrać Royal Rajana Resort czy Holiday Inn Amphora ?
3.Jakie są ceny wycieczek z Sharm i na jakie warto sie wybrać ? Interesują
mnie ceny miejscowych biur bo podróżuję prawie indywidualnie.
4. To pytanie dodatkowe dla lubiących opisywać swoje wrażenia. Jak
wspominacie rejs z Luxoru do Asuanu ?

Jak wyprawa się uda obiecuję obszerny opis, a na razie czekam pomocnych info.

Pozdrawiam
Algirdas
Obserwuj wątek
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu. cz.1 IP: 81.219.125.* 10.09.03, 20:59
      Wyjazd do Luksoru ok. godziny 5:00 autokarem. W Safadze dołączamy do
      konwoju.Autobusów chyba ze 40, dodatkowo mikrobusy, wszyscy się spieszą na
      czoło konwoju, choć kierowcy samochodów o słabszych silnikach uprzejmie
      ustępują miejsca tym mocniejszym. Po drodze gdzieś w połowie drogi stoją 2 bary
      i tam też mamy pierwszy postój na papieroska, czy odcedzenie kartofelków. Można
      kupić napoje czy coś na ząb, chociaż hotele wyposażyły nas w suchy prowiant.
      Jedziemy w konwoju na łeb na szyję drogą wybudowaną przez DROMEX. Bardzo
      ciekawą sprawą dla nas był fakt, że kiedy dojechaliśmy do Keny, wszystkie
      boczne drogi były blokowane przez policję i nasz konwój jechał na złamanie
      karku nawet przez miasta. Mało tego zatrzymywali nawet egipskie samochody
      zdąrzające w tym samym kierunku co my.

      Przed 11:00 dojeżdżamy do rogatek Luksoru i po przekroczeniu mostu na Nilu
      docieramy do Kolosów Memnona. Nasz autokar miał niezłą ilość koni
      mechanicznych, więc gdy dotarliśmy do Kolosów, byliśmy w pobliżu czoła konwoju,
      który przez ten czas rozciągnął się na wiele kilometrów. Tam oczywiście łyk
      historii z ust przewodnika, pamiątkowe zdjęcia (biegaliśmy jak szaleni by
      znaleźć najlepsze miejsce na zrobienie fotek, tak by ująć obydwa posągi).
      Temperatura całkiem znośna, choć odczuwa się już wzmagający się upał.
      Po ok. 15-20 min (mało czasu dał nam przewodnik) wsiadamy do autokaru i hajda
      do Świątyni Hatszepsut. Jedziemy autokarem około 20 min.

      Po dojechaniu do parkingu wysiadka i "droga krzyżowa" pomiędzy handlarzami
      pamiątek do świątyni (ok. 400 m) Oczywiście wszyscy rzucają się do aparatów i
      kamer, bo świątynia robi niesamowite wrażenie. W zboczach skał wydrążone
      jaskinie koptyjskich pustelników, a po lewej mijamy dawne zabudowania misji
      archeologicznej. Już na schodach świątyni czuje się lejący z nieba żar. Ponad
      godzinę zwiedzania i słuchania przewodnika (oraz biegania z kamerą lub
      aparatem) okaząło się dla niektórych zbyt męczące. Z całej wycieczki do końca
      zwiedzania dotrwało ok. 30%. Reszta osób lub udała się na własną rękę do
      autokaru, albo poukrywała się w zacienionych miejscach.
      W drodze powrotnej znów "droga krzyżowa" pomiędzy handlarzami, ale bardziej
      owocna, bo kiedy widzą, że turyści będą odjeżdżać, o i ceny są dużo bardziej
      elastyczne. Niektórzy robią jeszcze zakupy w otwartych drzwiach autokaru.

      Wyjazd z parkingu nieopodal Świątyni Hatszepsut w kierunku Doliny Królów.
      Po niespełna 30 min wjeżdżamy w przesmyk pomiędzy bardzo stromymi i skalistymi
      górami, którym wiedzie asfaltowa droga. Teren wydaje się być tak nieprzyjazny
      dla człowieka jak to nawet w snach nam się nie śniło. Przewodnik żartuje, że
      wjeżdżamy do "piekła". Cóż, po wyjściu z autokaru okazuje się, że nie
      przesadzał. Z nieba leje się żar ponad 50 stopni w cieniu (hehe, o jakim cieniu
      ja piszę, tam nie ma nawet metra cienia!). Przechodzimy przez bramkę, gdzie
      sprawdzają nam bilety, a tym co nie poukrywali aparatów cyfrowych lub kamer
      egipska policja zabiera sprzęt do przechowania. Po drugiej stronie tłoczymy się
      w kilka wycieczek pod malutkim zadaszeniem czekając aż nasz egipski (drugi)
      przewodnik załatwi transport śmieszną kolejką spalinową przypominającą wagoniki
      z Disneylandu. Upał zaczyna tak doskwierać, że co niektórzy wyjmują napoje z
      plecaków i polewają twarz, szyję lub całą głowę. My wzieliśmy na wyprawę
      spryskiwacz do bielizny i całą drogę trzymaliśmy go w termoplecaku, więc teraz
      zimna mgiełka na twarz daje cudowne wytchnienie.
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu cz.2 IP: 81.219.125.* 10.09.03, 21:36
      Po około 250 metrowej jeździe tą śmieszną kolejką, w której nie można było się
      czegokolwiek dotknąć żeby prawie nie poparzyć dłoni, dojeżdżamy na miejsce.
      Przewodnik pokazuje nam wejścia do grobowców i proponuje jakie trzy grobowce
      moglibyśmy odwiedzić. Trochę szkoda, że jedynie 3. Czwarty będziemy mogli
      odwiedzić już bez przewodnika. Kierujemy się do pierwszego zejścia do sali
      grobowej, wydrążonego w skale. Ok. 100 m w głąb, korytarzem przepięknie
      przyozdobionym malowidłami i reliefami i jesteśmy w głównej sali. Po drodze
      mijamy egipskich pracowników w galabijach, których jedynym zajęciem jest
      pilnowanie aby żaden z turystów nie robił zdjęć z lampą błyskową (podobno można
      za to stracić aparat lub kamerę). Próbuję robić fotki bez lampy ale jest tak
      ciemno, że po sprawdzeniu efektu zdjęcia nadają się jedynie do kasacji. Żałuję,
      że nie przywiozłem do Egiptu statywu, ale pewnie by zabrali do przechowalni).

      Po wysłuchaniu kolejnej porcji historii w wydaniu p. Radka Krobskiego
      wychodzimy na powierzchnię. Rety, przed wejściem myślałem, że na dworze jest
      gorąco, teraz okazuje się, że łyk świeżego powietrza jest bardziej cenny niż
      słońce. Idziemy do drugiego grobowca, tam oczywiście wykład przewodnika, pokaz
      zdobień sarkofagu, podobno jedynego jaki pozostał w Dolinie Królów (reszta
      została przetransportowana do muzeum w Luksorze lub w Kairze. Po 5 osób
      wchodzimy pod sarkofag i tam przy świetle latarki elektrycznej podziwiamy jego
      zdobienia. Pozostałem nieco w tyle i dzięki bakszyszowi dla pracownika robię
      kilka fotek fresków naściennych. Gościu strasznie się bał, więc nie
      przesadzałem - 3 fotki wystarczą.
      W drodze powrotnej dość długim korytarzem nogi odmawiają mi posłuszeństwa i
      zostaję w tyle wycieczki, która liczy już i tak sporo mniej osób niż na
      początku. Żona bierze ode mnie termoplecak, a ja po krótkiej przerwie i
      skropieniu się zraszaczem zaczynam to na czworakach, to w pozycji zgiętej
      wydostawać się z grobowca. Na zewnątrz dowiadujemy się od przewodnika, że w
      środku temperatura przekraczała 70 st. Odpoczynek 10 min na kamiennym murku,
      parę fotek kajobrazu marsjańskiego i ruszam na podbój trzeciego grobowca.

      Prawdopodobnie jego wlot był we wschodnim zboczu i światło słoneczne nioe
      zdążyło nagrzać tak powietrza wewnątrz, bo jego zwiedzanie idzie mi nieco
      lepiej niż poprzedniego. Przepiękne freski, niestety zniszczone gdzie niegdzie
      powodziami, jakie dotknęły jeszcze w czasach starożytnych dolinę. Po
      zwiedzeniu grobowca powrót na powierzchnię.

      Przewodnik odradza zwiedzanie grobowca Tutenhamona, ponoć jest on całkowicie
      pusty , a i freski nie za bardzo się zachowały. Za to wskazuje inny grobowiec,
      który możemy już zwiedzić sami na własną rękę. Szczerze mówiąc nie pamiętam czy
      ktoś ruszył "zaliczyć" ten obiekt, ja osobiście nie miałem już siły (żona
      również). Po pół godziny zbieramy całą grupę i udajemy się w kierunku kolejki
      spalinowej, która ma nas zawieźć w kierunku parkingu. Przewodnik doradza nam
      byśmy kupili od tamtejszych handlarzy pamiątek karty pocztowe w formie
      harmonijek. Faktycznie są piękne i całkiem niedrogie, kiedy się ostro
      potarguje. Niestety nie zauważyłem, że mają tych harmonijek-kartek
      kilkadziesiąt rodzajów, bo kupiłbym więcej. Cóż, przy takim upale nawet szare
      komóry zaczynają wolniej pracować.

      Ładujemy się do autokaru, który pomimo klimatyzacji jest już ciepły, choć 26-27
      stopni wewnątrz to przy 50 na zewnątrz jest i tak rajem :o)

      Kierujemy się w kierunku centrum Luksoru. Przeprawa motorówkami przez Nil i po
      drugiej stronie zalicamy jakąś restaurację (czy bar "szybkiej" obsługi?!)
      jedzenie bardzo dobre (szwedzki stół) ale czystość w tym lokalu stoi pod psem.
      Po obiadku udajemy się do Świątyni Karnak.
      c.d.n.
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu cz.3 IP: 81.219.125.* 10.09.03, 21:59
      Karnak - jedna z najpiękniejszych świątyń w Egipcie. Jej blask przyćmiewa
      jedynie świątynia Ramzesa II w Abu Simbel. Za to jej wielkość nie ma sobie
      równych.
      Już droga wejściowa do świątyni, przy której stoją sfinksy baraniogłowe
      zapowiada niesamowite wrażenia. Przekraczamy bramę, która służyła kapłanom jako
      komora nagłaśniająca by donośnym głosem mamić plebs udając bogów. Tłok
      straszny, wokół setki języków i tysiące ludzi. Pierwszy raz (choć nie ostatni)
      stykam się w Egipcie z turystami z Japonii. Oni również mogliby służyć za
      atrakcję ubrani w zabawne czapeczki z wiatraczkami i w różne supernowoczesne
      bajery czasów procesora i plastiku. Świątynia jak wspomniałem olbrzymia i warto
      pozostawić sobie na jej sfilmowanie osobny akumulator do kamery. Ja miałem
      tylko jeden i kiedy skończył mi się prąd w kamerze byłem niewymownie wściekły.
      Sala kolumnowa swoim rozmachem i prawie idealnym stanem kolumn powoduje
      zjechanie szczęki do samej ziemi. A przecież to nie jedyny zabytek w Karnaku,
      są przecież kolosy faraonów, obeliski, kolejna świątynia na tyłach, wspaniałe
      freski naścienne, można by tam zrobić setkę zdjęć, a nadal człowiek uważałby,
      że czegoś jeszcze zapomniał sfotografować.

      Słońce zaczyna się chylić ku zachodowi, a my nadal zwiedzamy, za to teraz mamy
      wspaniałe światło do robienia bardziej artystycznych zdjęć. Tłum kłębiący się
      dotąd zaczyna rzednąć, więc i na nas czas by udać się do autokaru.

      Kierowca ma nieco problemów ze znalezieniem naszego statku na który mamy być
      zaokrętowani, ale po zrobieniu kolejnej rundki wokół świątyni zatrzymuje się, a
      my ze wszystkimi bagażami udajemy się na pokład.

      Statek pięciogwiazdkowy i to prawdziwe pięć gwiazdek! Super czysto, obsługa
      porozumiewa się w zrozumiałym angielskim (o co w hotelach było trudno), boy
      ubrany w tureckie szarawary wnosi nasze bagaże i zanosi do kajut. W kajutach
      (choć nie ma tu tyle miejsca co w pokojach hotelowych) jest tak czysto i
      schludnie, że aż nie po egipsku ;o)
      W każdej kajucie wanna, telewizor, sejf, gniazdka 220V dla tych którzy
      chcieliby doładować akumulatorki do aparatów. Niestety wody z kranu nie wolno
      używać do picia nawet po przegotowaniu.

      Po szybkim rozpakowaniu się i odśweżeniu udajemy się na górny pokład, skąd,
      stojąc przy basenie podziwiamy widok Luksoru. Po godzinie dźwięk ręcznego
      dzwonka wzywa nas na posiłek. A co to za posiłek!!!
      Jeśli w hotelu mieliśmy do wyboru 3 rodzaje ciepłych dań, to tutaj mamy dwa
      razy tyle, zaś egipskich wypieków nawet trzykrotnie więcej!!!
      Że też człowiek, tak jak Alf nie ma siedmiu żołądków :o(
    • Gość: Minius Re: Podróż z Luksoru do Asuanu cz.4 IP: 81.219.125.* 10.09.03, 23:06
      Rano przewodnik proponuje nam wycieczkę fakultatywną na Wyspę Bananową. Ponoć
      można się na niej najeść różnych owoców ile dusza zapragnie, szczególnie
      bananów, którymi niektóre wycieczki robiły sobie nawet wojny bananowe. Do
      odpłynięcia statku o 12:30 pozostały jeszcze 3 godziny. My mając nadzieję, że
      wrócimy pod Karnak gdzie rzucimy ostatnie spojrzenie na przepiękną świątynię i
      zrobimy parę fotek. nie wybraliśmy się na "wojny bananowe". Niestety nasze
      plany pokrzyżowało przemieszczenie się statku na nowe miejsce postoju o ok. 6
      km. Obawiając się, że możemy po powrocie z Karnaku nie odnaleźć
      naszego "Titanica" (wśród kilkunastu podobnych jemu, cumujących przy nabrzeżu w
      Luksorze) lub po prostu nie zdążyć z powrotem na pokład przed jego odpłynięciem
      zdecydowaliśmy się na nim pozostać.

      cdn
      • algirdas Re: Podróż z Luksoru do Asuanu cz.4 11.09.03, 15:31
        Ciekawe, ciekawe... ale dla mnie, jak rozumiem, akurat najciekawsze to dopiero
        będzie dalej. Czyli opowieść o zwiedzaniu Edfu, Assuanu, jezioro Nasera itp. W
        Luksorze już byłem samodzielnie, ale nie starczyło mi determinacji by "podpiąć"
        się pod jakąś grupę na wycieczkę statkiem w górę Nilu.


        HEJ FORUMOWI GLOBTROTERZY !!!
        Czy naprawdę nikt nie próbował przepłynąć promem z Hurgady do Shaem el Sheikh ?
        Czy to aż tak trudne, czy też opowieści o zachwycie Egiptem opierają się na
        widokach z klimatyzowanego autokaru.
        Liczę, że nie będę pierwszy, który dokona takiego wiekopomnego czynu jak
        przepłyniecie promem z jednego prawie europejskiego kurortu do drugiego.

        Algirdas
        • magedha13 Re: Podróż z Luksoru do Asuanu cz.4 13.09.03, 20:55
          Witam cię przepraszam jestem bardzo zmięczone po pracy i nie mogę w tej chwili
          czytać co napisał minius , ale w sprawy promu z Hurghada do Sharm El- Sheikh
          byłem w zeszłem roku z Hurghada do Sharm, płenie o 08:00 rano musisz tam byc
          półtora godzine wsześniej, rejs trwa około 2,5 godzine. Bilet kosztuje w jedną
          strona 200 egipskie funtów czyli około 33USD możeż rezerwować w ich biurze
          " International Fast Ferries Co.
          Hurghada: Sheraton Road- in front of ( na przecziw) Al Basha Resort
          Tel: z Hurghadzie 447571/72, z inny misato( Z Kairu np. 065/447571/72
          z Polski 002065447571/72
          Pzdr magedha13@plusnet.pl
      • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu cz.5 IP: *.smrw.lodz.pl / 172.17.0.* 13.09.03, 22:16
        Wycieczka na Wyspę Bananową z p. Radkiem zdoążyła przed odpłynięciem (zanim
        dotarli zastanawialiśmy się ilu turystów nie zdąży).
        Ulokowaliśmy się na górnym pokładzie, gdzie na przedzie znajdował się niewielki
        basen (pomimo rozmiarów wystarczał nam całkowicie). Przed samym wypłynięciem
        dotarła na statek jeszcze jedna wycieczka - Hiszpanów. Więc razem z nami na
        pokładzie znalazło się ok 70 turystów, co przy prawie stuosobowej obsłudze
        statku miało się wrażenie, że mamy tu obsługę jak w bajce.

        Zrobiłem nieco fotek Nilu, oraz mijanych krajobrazów, a statek skierował się w
        kierunku Esny, gdzie miał przejść śluzę na Nilu. Czas zaczął płynąć leniwie, my
        zaś z żoną utrwalaliśmy opaleniznę na leżakach obok basenu, od czasu do czasu,
        gdy zaczynał nam doskwierać upał wskakując do basenu. Coś tak cudownego zdarza
        się raz w życiu - nad nami piekące słońce, wokół szumi nil, zielone, pełne palm
        i pól uprawnych brzegi, a w oddali skaliste góry odgradzające dorzecze Nilu od
        morderczej pustyni. Od czasu do czasu statek mija małe wysepki lub łachy
        wodorostów i morskiej trawy. Podobno Nil w tym miejscu nie przekracza 2 m
        głębokości?!

        Ok. 13-14:00 obiadek. Łał, stoły uginają się od wyżerki, chyba nawet w hotelach
        ***** nie ma tyle jedzonka co na statku. Nie wspomnę już o 15 rodzajach ciast,
        ciastek i tortów, jest również budyń, galaretki z owocami, masa sałatek
        warzywnych lub owocowych. Teraz dopiero człowiek zaczyna żałować, że nie może
        się najeść na zapas :D
        Przebraliśmy się do obiadku (przecież nie wypada żebym do tak eleganckiej sali
        wszedł w krótkich spodenkach jak skaut (piwny). Wszyscy w wyśmienitych
        humorach. Słychać żarty, śmiechy i stukot talerzy przy stolikach pałaszujących
        specjały turystów.

        Po obiadku do kabiny, ładujemy akumulatory do kamery i aparatów. Termoplecaczek
        na plecy i znów na górny pokład opalać się.

        Dokładnie o 17:30 wyrywa nas z błogiego lenistwa dzwonek "woźnego". Kurczę, a
        to co znowu? Po chwili okazuje się, że pozostał w Egipcie po czasach
        kolonizatorów Angielskich jeden zwyczaj - przerwa na herbatkę - tzw. Tea Time,
        choć z tego co czytałem Anglicy tea time robią o 17:00, ale co mi tam.
        Schodzimy po schodkach na niższy pokład rufowy (częściowo otwarty), gdzie
        kelnerzy roznoszą pomiędzy stolikami herbatkę lub kawę (wliczoną w cenę rejsu).
        Poprosiłem kawę, żona zgodnie z "tradycją kolonialną" ;o) zamówiła herbatkę.
        Siedząc w trójkę przy stoliku (z koleżanką poznaną na rejsie), ukrytym pzed
        słońcem parasolem (wymieniamy się wrażeniami z pobytu w Egipcie, a szczególnie
        z Hurgady.

        Po "tea time" powrót na górny pokład. Zbliżamy się do śluzy w Esnie (Isnie),
        wybudowanej w czasach "świetności" socjalizmu przez Rumunów. Musimy stanąć na
        redzie przed śluzą, ponieważ za jednym razem do urządzenia mogą wejść max. 3
        statki, a płynie ich w tym samym kierunku co my chyba setka.

        Wokół zaczyna rozbrzmiewać jakiś zgiełk. Podchodzimy do relingu i okazuje się,
        że dookoła "Titaniców" kłębią się małe łódki z Egipcjanami (po 2 na łódce),
        którzy próbują sprzedać turystom Galabije, szale lub chusty. Jak się to odbywa?
        Otóż, Egipcjanie pakują swokje towary w foliowe torebki i starają się wrzucać
        je na pokłady, zachwalając je przy tym. Jeśli dany turysta okaże
        zainteresowanie to zaczyna się przekrzykiwanie o cenę lub turysta schodzi na
        niższy pokład do otwartych drzwi trapowych i tam próbuje sfinalizować targ.
        Często towar jest od razu odrzucany spowrotem do łódki, czasm w jej pobliżu i
        Egipcjanie muszą je szybko wyłowić zanim pakunek nie pójdzie na dno.

        My również próbujemy kupić galabiję, ale okazuje się, że sprzedawcy startują z
        bardzo wysokiego pułapu (nawet od 300 LE) i nie za bardzo chcą zejść do
        bardziej rzeczywistego poziomu. Zkąd znamy faktyczną wartość galabiji?
        Oczywiście pobiegłem zaraz do p. Radka (przewodnika) i zapytałem się w jakich
        widełkach cenowych warto kupić by nie wyjść na frajera. Odpowiedział, że za
        najprostszą galabiję warto dać ok. 20 LE. Oczywiście nie są to takie galabije w
        jakich spacerują tubylcy. Patrząc na ich wykonanie ma się wrażenie, że przy
        pierwszym praniu nie dość, że ozdoby się zeprą lub odpadną, to również szwy nie
        powinny wytrzymać próby prania. Są one bardziej pamiątką (oraz potrzebnym
        turystom atrybutem na tzw. Galabija Party, która ma się odbyć na statku w jeden
        z wieczorów - strój orientalny obowiązkowy ;oD ).
        Niestety handlarze na łódkach nie myślą nawet o zejściu z ceny poniżej 65 LE
        za galabiję i kiedy okazuje się, że Polacy nie są naiwniakami, szybko zmieniają
        obiekt zainteresowań i płyną do kolejnych statków (pewnie licząc na grube
        portfele Niemców i ich zdecydowaną niechęć do targowania się), a mają tych
        statków na redzie ponad 30, i ciągle dopływają nowe.

        Po (chyba) godzinie oczekiwania na swoją kolej statek rusza do śluzy, a wszyscy
        pasażerowie zaczynają tłoczyć się na dziobie obserwując obiekt. Na brzegu
        znajduje się bardzo zadbana baza wojskowa (chyba w celu ochrony śluzy), a
        brzegiem spacerują nieco brudni i rozchełstani żołnierze z kałasznikowami.
        Niektórzy mają na sobie gumowce, co przy takim skwarze wydaje się idiotyczne.

        Po przejściu śluzy statek dopływa do nabrzeża Esny (Isny). Cumują tutaj poza
        naszym środkiem transportu chyba zaledwie 2 statki, reszta rusza w dalszą drogę.

        Udajemy się na sutą kolację. Napoje nie są wliczone w cenę rejsu (jedynie na
        śniadanie, oraz soki owocowe), więc zamawiamy Tonic, który przy panujących
        tutaj upałach jest najlepszym sposobem na ugaszenie pragnienia.
        W takcie kolacji p. Radek proponuje wypad po posiłku do Esny na sziszę.

        Po kolacji na statku zaczyna rozbrzmiewać orientalna muzyka. To w cocktail
        barze rozpoczynają się występy "orkiestry" grającej na nubijskich instrumentach
        przy wtórze orientalnych piosenek. Zespół składa się z obsługi statku,
        poprzebieranych w ludowe stroje. Wszyscy pasażerowie biegają z kamerami lub
        aparatami aby utrwalić te chwile, potem zaś przyłączają się do zabawy,
        klaszcząc, tańcząc i wyśmienicie się bawiąc. Po godzinie organizatorzy próbują
        namówić nas na dyskotekę. Niestety turyści z Hiszpanii sa zbyt zmęczeni, a
        większość Polaków postanowiło wybrać się z p. Radkiem na sziszę do miasta, więc
        pomysł nie chwyta.
        Sporo po zapadnięciu zmroku (ok.22:00) prawie 20-sto osobowa grupa schodzi na
        ląd. Nasz drugi (egipski) przewodnik Zidan szybko załatwia dla nas stoliki i
        krzesła, które właściciel lokalu z pomocnikami ustawia przy samym nabrzeżu,
        przynoszą 4-5 fajek wodnych, oraz sporą ilość jednorazowych ustników
        (zapakowanych hermetycznie w torebki), zamawiamy również Colę i raczymy się
        jabłkowym dymkiem (z owocowego tytoniu) przy wtórze śmiechów, żartów, i
        przekomarzań.
        My z żoną, po wypaleniu fajek, postanowiliśmy zwiedzić nieco miasto.
        Jak ono wygląda? Nieco zaniedbane, brak jakichkolwiek hoteli czy bardziej
        europejskich atrakcji, od razu zauważa się, że jest one omijane przez turystów.
        Egipcjanie siędzą w kafeteriach przy fajkach wodnych, lub oglądając w knajpkach
        TV. Sielska atmosfera. Po kilkuset metrach światła uliczne raptownie się
        urywają, więc postanawiamy wracać. Po drodze zaglądamy do sklepiku i tam po
        długich i ostrych sporach nabywamy ozdobną, czarną galabiję za 25 LE +
        napoczętą paczkę papierosów. Sklepikarz marudzi coś, że jest very angry z
        utargowanej przez nas ceny i mało nie ma łez w oczach, ale kiedy liczy już
        pieniądze, jego nastawienie zmienia się diametralnie i jest już very happy,
        próbując nas namówić na inne towary. Upatrzył sobie moje Zippo (zapalniczkę) i
        usilnie chce zrobić z nami handel wymienny. Zapalniczka jest przezentem od
        żony, więc jego propozycja spełza na niczym.

        Z galabiją i w świetnych wakacyjnych humorach wracamy na statek, mijając po
        drodze budki strażnicze wzdłuż całej ulicy miasta. Stoją mniej więcej co
        kilkadziesiąt metrów, co przypomina bardziej obóz koncentracyjny, a nie miasto.

        Sz
    • Gość: Minius P.S. Podróż z Luksoru do Asuanu cz.5 IP: *.smrw.lodz.pl / 172.17.0.* 13.09.03, 22:18
      Szczęśliwi i zmęczeni udajemy się do kabiny. Zasypiamy głębokim snem marząc o
      tym by ta wycieczka nigdy się nie zakończyła.

      (nie zmieściło się w poprzednim poście :oP )

      c.d.n.
    • miriam_73 Re: Pytania o prom z Hurghady do Sharm el Sheikh 14.09.03, 20:39
      Jeśli chodzi o rejs, to ja płynełam w odwrotnym kierunku tzn. Asuan - Luxor -
      było super. Jadene z najpiękniejszych wakacji jakie w życiu spędziłam.
      Oczywiście wszystko zależy i od statku, i od operatywnosci i wiedzy
      operatora/przewodników itd.

      Wiem tylko tyle, że pomiedzy Hurgadą oraz SSH pływa zarówno prom jak i szybki
      katamaran. ten drugi jest droższy, ale z tego co słyszałam pewniejszy i mniej
      się spóźnia. promowi ponoć zdarzają się awarie.

      Co do wycieczek z SSh to oczywiście nie można nie pojechac na Górę Mojżesza.
      Wcodzi się spod klasztoru w nocy, po to aby ze szczytu obejrzec wschód spłońca
      nad górami i potem schodzi sie jedną z tras do wyboru (polecam trudniejszą -
      super widokowo). Potem po zejściu mozna jeszcze obejrzec sam klasztor Św.
      Katarzyny.

      Z polecanych na miejscu wycieczek są tez różne kombinacje nurkowania/ wyjazdów
      na pustynię/ wielbłądów itp. Ja wykupłam cos co nazywało się Super Safari -
      najpierw jazda jeepami po pustyni, Kolorowy Kanion, nurkowanie w miejscu zw.
      Blue Hole, Nuwaiba oraz Dahab.

      Przyjemne sa tez rejsy na cały dzien albo na Tiran albo do Ras Muhammad. w
      cenie sa zwykle 3 zejścia do wody, lunch i soft drinki.

      Ja za pakiet Synaj plus safari plus Ras Muhammad zapłaciłam 97 USD.
    • algirdas Dziękuję i proszę o jeszcze (n/txt) 15.09.03, 09:52
      • Gość: Amra Re: Dziękuję i proszę o jeszcze (n/txt) IP: *.tkdami.net 15.09.03, 16:40
        Do Egiptu latam co roku,ale promem plynelam dopiero 2 razy.Koszt wynosi ok.40
        $.Plynie sie 2,5 godzinki.nudno na promie,czesto buja.Nie mam choroby
        morskiej,a jednak takowa mnie zaatakowala!Z tego co pamietam,prom wyplywa o
        godz 8,wiec trezba byc tak ok.7 na odprawie bagazowej.To tyle jesli chodzi o
        prom.
        jesli mowa o hotelu,to polecam bardziej Rojane.Amphora nie jest zbyt
        fajna,jest duzo zastrzezen co do obslugi hotelowej.
        Z wycieczek jako tako nie korzystalam,bo juz chyba wszystkie zwiedzialam pare
        lat temu.Polecam natomiast park Abaloung!Jazda na wielbladach,snorkowanie na
        Blue Hole,jeepy i inne atrakcje sa naprawde ciekawa wycieczka!
        Pozdrawiam!
    • Gość: Piotr Re: Pytania o prom z Hurghady do Sharm el Sheikh IP: *.acn.waw.pl 17.09.03, 16:45
      Witaj,

      Mam nr telefonu do Egipskiego przewodnika, ktory za 100
      le dziennie bedzie Ci mogl organizowac trasy przejazdow i
      pomagal w dogadywaniu sie na miejscu.

      Piotr
      • Gość: Aga Do Piotra IP: *.energis.pl 19.09.03, 12:36
        Czy moglbys mi podac nr tel tego egipskiego przewoznika? Dzieki; moj e-mail:
        hurgh@op.pl
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu cz.6 IP: *.smrw.lodz.pl / 172.17.0.* 17.09.03, 16:47
      Rano obudziła nas budzik w komórce nastawiony na pół godziny przed śniadaniem.
      Cholerka, "faraon" jednak mnie dopadł. Szybki sprint do toalety, potem kąpiel w
      pod prysznicem (była oczywiście pełnowymiarowa wanna, ale przecież nie będę się
      w niej taplał kiedy na górze mam cały basen?!). Po zakończeniu ablucji okazało
      się, że zaczyna mnie nieco telepać. Pewnie gorączka. Zabraliśmy ze sobą
      aspirynę i sulfoguanidynę, więc zaraz łyknąłem i położyłem się na trochę żeby
      zaczęła działać. Po pół godzinie zwlekłem się z łóżka i podreptałem na
      śniadanie. Przy naszym stoliku siedział również p. Radek (przewodnik), a że już
      na początku informował nas, że w razie "faraona" dysponuje egipskim (bardzo
      dobrym lekiem), więc od razu wyłuszczyłem mu swój problem, dostałem płatek
      tabletek i od razu walnąłem dwie. Skromne śniadanie (jak w żołądku na się
      Niagarę, to jeść się za bardzo nie ma ochoty) i powrót do kajuty.

      Czas na przygotowania do zejścia na ląd w Edfu. Jak co dzień, pakowanie
      akumulatorów do futerału aparatu, zamontowanie nałądowanego akumulatora do
      kamery, wkłady lodówkowe i napoje do termoplecaka, krótkie spodnie na tyłek,
      luźna koszula na grzbiet. Jeszcze tylko kapelusz na głowę i ruszamy do
      recepcji, gdzie mamy zbiórkę. Żona również na wszelki wypadek łyknęła jedną
      tabletkę tego egipskiego specyfiku na "faraona", a ja modlę się po cichu by to
      choróbsko nie spieprzyło mi urlopu.
      W pierwszym dniu na statku rozchorowała się jedna z turystek i praktycznie
      przez 2 dni nie wychodziła z łóżka. Ja sobie na taki "luksus" ;o) pozwolić nie
      mogę. Przecież nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek tu zawitam?!

      Po zebraniu się całej grupy wycieczka schodzi ze statku. Trochę pociesznie to
      schodzenie wygląda, bo statków płynących do Asuanu jest taka masa, że tylko dla
      części z nich znajduje się miejsce przy nabrzeżu. Reszta cumuje do tych już
      zacumowanych i w ten sposób obok siebie potrafi ich stać nawet pięć. Na nasze
      nieszczęście (a może szczęście ;o) ), nasz stoi właśnie jako piąty od nabrzeża
      i aby dostać się na suchy ląd musimy przechodzić przez recepcje wszystkich po
      kolei. Dzięki temu mogliśmy co nieco zerknąć na ich wnętrza. Są różne różniste,
      choć niewiele odbiegają od wyglądu naszego. Jeden był na tyle oryginalny, że
      zapadł nam w pamięci. Cały hall był wymalowany (całkiem ładnie) w stylu dawnego
      malarstwa greckiego lub rzymskiego, cóż znawcą sztuki nie jestem więc nie wiem
      jaka kultura miała wpływ na te freski, ale były piękne, kolumnada, żyrandol i
      poręcze również stwarzały wrażenie przepychu. Niestety w jednej z restauracji
      na jego pokłądzie jakiś "nawiedzony" egipski artysta postanowił zbudować z
      tektury i "złotka" sfinksa i to już niestety mniej mi się podobało. Trąciło
      prostacką amerykańską sztuką prosto z Las Vegas. Choć nie był to pierwszy raz
      kiedy zetknąłem się z takim kicsem na egipskiej ziemi. Drugi raz przeżyłem szok
      nieco później, podczas wyprawy na wyspę Giftun, gdzie (w tym wypadku użyję tego
      słowa bez cudzysłowu) chory umysł egipskiego plastyka postanowił ustawić na tej
      wyspie dwómetrowej wysokości plastikowe palmy w kolorze żółtym i pomarańczowym,
      a obok nich wybudować z metalowych kątowników piramidę niewiele wyższą niż te
      (tfu) "palmy". Totalny brak smaku.

      OK. Ale wróćmy na statek. Długi wężyk turystów przemierzył wreszcie wszystkie
      te statki wszerz i wyszliśmy na świerze powietrze. Przystanie na Nilu w różnych
      miastach praktycznie niczym się nie różnią. Ot kilka pachołków do
      przywiązywania cum, obłożony kamieniem dość stromy nasyp wysokości ok 2 m. i 3-
      5 wejść po schodach na poziom ulicy, która biegnie równolegle do rzeki. Jedyne
      co wyróżnia takie przystanie od naszych krajowych, to bramy u samej góry
      schodów, gdzie całą dobę sprawują wartę uzbrojeni w kałasznikowy (ale tym razem
      bez bagnetów) policjanci turystyczni, ubrani w białe mundury. Oczywiście jak w
      całym Egipcie z bielą tych mundurów bywa różnie, ale w Edfu nie zauważyłem
      chociaż na nogach przedstawicieli władzy gumowców.

      Na poziomie ulicy czekali już na nas panowie przewodnicy (p. Radek i p.Zidan).
      Dojazd do świątyni w Edfu mieliśmy odbyć dorożkami, które już na nas czekały
      (były one już wliczone w rejs). Kiedy już wsiadałem do dorożki to serce mi się
      krajało na widok tych wszystkich zaprzężonych koni. Każdy z nich wyglądał jak
      opisywana w książce tytułowa "Nasza Szkapa", albo i gorzej. Były tak
      niemiłosiernie chude, że to je baardziej pasowałoby wsadzić do dorożki, a nie
      nas. Cóż, widać klimat Egiptu im nie służy, bo z tego co słyszałem i czytałem,
      to są one dość dobrze traktowane przez swych panów. Bądź co bądź właściciel nie
      może sobie pozwolić by przez złą opiekę stracił źródło utrzymania.

      W wielkim harmidrze, wywoływanym przez woźniców, którzy próbowali
      złapać "łebka" na przejażdżkę" jak i tych, którzy już takiego złapali, a teraz
      dokonując cudów zręczności w powożeniu próbowali się wydostać z tłumu ruszamy
      do centrum.

      Dopiero w Edfu odczułem jak wielki i skomplikowany może być proces przejechania
      choćby pół kilometra ulicą na której nie ma żadnych przepisów drogowych.

      Choć nie prawda. Jeden był ;o) i miał on wygląd zmaltretowanego policjanta
      stojącego na skrzyżowaniu i wymachującego biało czarną pałą (wskaźnikiem) by
      jakoś wprowadzić ład na skrzyżowaniu. Nie zazdroszczę mu tej pracy. Stać w
      spalinach, w spiekocie obok pędzących na złamanie karku dorożek i samochodó,
      które o centymetry od niego przemykają we wszystkie strony.

      Zbliżając się do świątyni zaczęło przybywać straganów z pamiątkami. Wyglądały
      one dość nietypowo, bo wszystkie były ustawione w cienkim szeregu po obu
      stronach ulicy, a ich konstrukcją były metalowe ramy z których zwieszały się
      towary. Widać było, że policja turystyczna stara się hamować zapędy natrętnych
      handlarzy i żadko dochodziło by któryś z turystów był zbyt nachalnie ciągnięty
      do starganu. Choć zgiełk i tak był okropny.
      Po pokonaniu ostatniego zakrętu naszym oczom ukazała się tylna ściana świątyni.
      Kurcze, wrażenie niuesamowite. Jest ona zachowana w o niebo lepszym stanie niż
      Karnak w Luksorze, a jej ogrom może się równać jedynie ze świątynią w Abu
      Simbel, choć ta druga nie sprawia wrażenia tak ogromnej ponieważ jest prawie
      cała "wykuta w skale" (piszę w cudzysłowie, ponieważ jej obecne miejsce to
      olbrzymia grota wykonana w ramach programu ratowania zabytków UNESCO, więc nie
      jest to jej pierwotne miejsce, choć i tak rewelacyjne).

      Dostajemy w rękę bilety i szybciutko próbujemy przedostać się przez budkę
      strażniczą. Pewnie zastanawiacie się czemu tak szybciutko? Ponieważ za tą budką
      (a zarazem kasą biletową, już na terenie świątynnym znajdują się zadaszenia,
      oraz kawiarenka, gdzie można się pokrzepić zimnymi napojami. A zbliża się
      niedługo południe i temperatura bardziej przypomina "cudowne chwile" spędzane w
      polskich autobusach miejskich w upalne lato, niż coś co europejczyk mógłby
      nazwać "piękną pogodą". innymi słowy 50 stopni w cieniu i zero wiaterku.
      Eeeee, nie wszyscy mogą narzekać na brak wiaterku!!! Właśnie minąłem
      wycieczkę "made in Japan" (oni naprawdę są jak z innej bajki) gdzie część
      turystów miała daszki z zamontowanymi wiatraczkami. Dobrze, że nie mieli
      mocniejszych baterii, bo pewnie by się unosili w powietrzu ;o)
      Łyk zimnej wody z termoplecaczka, biała bawełniana ściereczka nasączona wodą z
      tyłu pod rondo kapelusza (a'la Legia Cudzoziemska), przeczyszczenie szczoteczką
      obiektywów (warto wziąć coś takiego) i ruszam na bezkrwawe połowy ciekawych
      ujęć. Przecież trzeba przywieźć jakieś fotki czy film z wyprawy, niech rodzinka
      zzielenieje z zazdrości ;o)

      Znów biegi sprinterskie po obiekcie lub dookoła niego. Nieeee, turyści wcale
      nie musieli aż tak biegać, to ja tak zasuwałem. Bo raz trzeba odbiec od
      świątyni, żeby zrobić panoramę, ustawić żonkę do drugiego zdjęcia w kadrze, a
      tu już gdzieś tam zaczyna się "produkować" przewodnik, a w
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu cz.7 IP: *.smrw.lodz.pl / 172.17.0.* 17.09.03, 17:07
      Znów biegi sprinterskie po obiekcie lub dookoła niego. Nieeee, turyści wcale
      nie musieli aż tak biegać, to ja tak zasuwałem. Bo raz trzeba odbiec od
      świątyni, żeby zrobić panoramę, ustawić żonkę do drugiego zdjęcia w kadrze, a
      tu już gdzieś tam zaczyna się "produkować" przewodnik, a warto by było nagrać i
      to o czym mówi i to co o tym czymś mówi. Bo jaka frajda mieć na filmie freski,
      czy rzeźby, gdy nie utrwali się o nich żadnej informacji?!

      Dobrze chociaż, że p. Radek "równy gość" i kiedy spóźniałem się z nagrywaniem,
      potrafił powtórzyć te informacje, a że głos ma donośny (no i rewelacyjne
      gadane), to kiedy sobie przeglądaliśmy te fragmenty na statku (a co?! w
      kajutach są telewizory i to całkiem porządne!) to nagrania wypadały
      rewelacyjnie. Gdybyśmy mieli przewodnika anemika, to chyba bym się zachlastał,
      albo bym mu mikrofon przyczepił do koszulki ;o)

      Na terenie światyni spędziliśmy chyba ponad 2 godziny, a może 3? Nie pamiętam,
      pamiętam zaś, że jak zwykle grupa nam się nieco wykruszyła. Można było ich
      spotkać w różnych ocienionych miejscach kiedy wymiękali z upału.

      Tutaj popełniłem małą gafę (cóż nie jestem światowcem ;o) ). Podszedł do mnie
      policjant turystyczny i wskazał mi wspaniałe miejsce z którego można było
      zrobić zdjęcie głównej nawy świątynnej. Nawet pozwolił wejść na murek. Rewela.
      A ja jak głupi, zamiast dać mu choćby paczkę papierosów, wyciągam kilka funtów
      egipskich i pakuję mu w łapę jak odźwiernemu. Zanim się skapnąłem jaki ze mnie
      idiota, to gość wziął ten bakszysz i ze śmiechem pokazywał egipskim
      pracownikom. Im niestety nie było do śmiechu, bo oni chętnie by wzieli i
      zżerała ich zazdrość. Sądzę, że policjanci zarabiają w Egipcie tyle, że ten
      bakszysz to nie tylko niestosowna rzecz, ale i nic nie warta. Nie zróbcie
      takiej głupoty jak ja.

      Niektórzy poszli skorzystać z najważniejszej świątyni w Egipcie(jak to
      powiedział przewodnik) czyli świątyni "Coca-Cola", na zimne napoje. My nie
      musieliśmy się kłopotać o stanie w kolejkach - termoplecaczek zdjąć! i zimne
      napoje już się sączą do gardła.

      Powrót na statek. Zbieramy się na parkingu. W tym czasie Zidan załatwia dorożki
      na powrót. Jeden z turystów (pewnie Warszawiak i wnuk Grzegorza
      Brzęczyszczykiewicza ;o) ) dogadał się z handlarzem, że kupi sporą ilość wody
      mineralnej, ale jak ten opóści cenę do 1,5 LE (na początku chciał cwaniak 6
      LE), no i teraz zwoływał resztę wycieczki żeby zrobić ten obiecany hurt.
      Zaopatrzeni nieźle w wodę (na statku drożej) ładujemy się do dorożek. Acha,
      żona dorwała jakiegoś "Janka-Ibrachima Muzykanta", a mozę to on ją?! i toczy
      zażartą dyskusję nad ceną ichniejszych skrzypeczek. Całkiem fajnie wyglądają,
      choć to nie Stradivarius, ale pamiątka wyśmienita. No i jak przyjdzie marzec
      można przygrywać kotom w Polsce, a co tylko one mają monopol na miauczenie?

      Znów w strasznym ścisku ciągnięci przez szkapę, która bardziej przypomina
      mumię, jedziemy w kierunku nabrzeża. Tutaj już tylko szybki sprincik poprzez
      statki i jesteśmy na naszym "Orchid" (to nazwa tegi Titanica). Już w hallu
      obsługa wita nas zimnymi napojami i gorącymi ręcznikami nasączonymi wonnymi
      olejkami. Pewnie zastanawiacie się czemu te ręczniki dali gorące? Też się
      zdziwiłem, ale recepcjonista wytłumaczył mi, że dzięki temu organizm się mniej
      poci. I miał rację. Pachnący i ożeźwieni udajemys ie do kabin. Tutaj
      standardowe czynności. Prysznic, (kibelek już nie był standardowy -
      cholerny "faraon", a już mi się wydawało, że o mnie zapomniał), zmiana ciuchów,
      akumulatorki do ładowarek i biegiem na obiadek.

      Tutaj już to co zawsze - obżarstwo, sprite, obżarstwo, o czymś zapomniałem?
      Acha o ciastach i tortach ;o), czyli cz. 3 obżarstwa :oP

      A statek sobie odcumował i płynie cichutko do Kom Ombo...

      Ale to już będzie w cz.8 (a ja przez ten czas powspominam sobie....
      obżarstwo).
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu. cz.8 (i nie ostatnia) IP: *.smrw.lodz.pl / 172.17.0.* 18.09.03, 22:33
      Po obiadku udajemy się do kajuty. Zzuwam długie spodnie, i przebieram się w
      kąpielówki. Na to krótkie spodenki, nieodłączny termopecaczek i ruszam utrwalać
      opaleniznę obok basenu.

      Co nieco popływać także wypada, bez tego pod koniec rejsu musiałbym ubrać się w
      galabiję żony, bo moje ciuchy już by na mnie nie weszły ;o)

      Statek leniwie sunie poprzez toń, ja tenuję wymachy ramion - jeden raz jesten
      na końcu basenu, obrót i wymach - jestem z powrotem. Szkoda, że ten basen jest
      taki krótki :oP

      17:30 "woźny" z dzwonkiem biega po statku i zaprasza na tea time. Schodzimy na
      pokład niżej. Zamawiam kawkę - trzeba się jakoś pobudzić, bo ten upał
      niemiłosiernie rozleniwia. A przez "faraona" tym bardziej czuję się jak
      przeżuty i wypluty przez wielbłąda. Ok. 19:00 zbliżamy się do Kom Ombo. Już ze
      statku widać ruiny świątyni, która została zbudowana na wzniesieniu.

      Szybki powrót do kajuty, standardowe czynności przygotowawcze przed wyprawą,
      zbiórka przy recepcji i ruszamy za przewodnikiem poprzez statki, które
      oddzielają nas od lądu.

      Tam już spacerkiem kierujemy się w stronę świątyni. Odległość nie przekracza
      kilkuset metrów, a i upał wieczorem zelżał, więc spacerek jest przyjemny.
      Jeszcze tylko Zidan rozdaje nam bilety i wchodzimy na teren świątyni.

      Udajemy się najpierw w kierunku tzw. "wanny Kleopatry". Prawdę mówiąc
      przewodnik nie wie skąd wzięła się ta historyjka, ale legenda głosi, że
      znajdował się tutaj kamienny basen w którym kąpała się Kleopatra. Tyle legenda.
      Prawda była bardziej prozaiczna. W basenie tym kapłani hodowali krokodyle
      nilowe, których przedstawicielem był bóg Horus (z głową krokodyla), jeden z
      dwóch bogów którym ta świątynia została poświęcona. Drugim był Horus - bóg z
      głową sokoła. Tutaj też przewodnik informuje nas, że praktycznie poza jedną
      świątynią (wybudowaną przez Echnatona) wszystkimi pozostałymi opiekowały się
      według wierzeń starożytnych Egipcjan trzy bóstwa. Trzecim bóstwem opiekuńczym
      świątyni w Kom Ombo była bogini Hathor, żona Horusa, dla której obok głównej
      świątyni wybudowano skromną kaplicę. W niszy zaś stała najważniejsza relikwia
      starożytnego Egiptu tzw. "barka słoneczna".

      Kolejna atrakcja to jedyny czynny nilomierz. Faktycznie w Egipcie pozostał
      jeszcze jeden - w Kairze, ale tamten już niestety po wybudowaniu Tamy
      Asuańskiej jest nieczynny. Ma głębokość tak na oko 15-20 m. Aby sprawdzać
      dokładne odczyty stanu Nilu kapłani schodzili na sam dół po krętych schodach
      pozbawionych poręczy.

      W środku świątyni, której budowę rozpoczął Ptolemeusz VI (180-145 p.n.e)
      znajduje się bardzo dobrze zachowana sala hypostylowa, oraz freski, z których
      jeden przedstawia procesję niosącą "słoneczną barkę". Jest ona dźwigana z
      przodu przez trzech kapłanów wyższego kręgu wtajemniczenia, trzech z tyłu, a
      pośrodku kroczy sam Faraon dotykając "barki" jako najwyższy kapłan w państwie
      udaje, że również bierze udział w jej dźwiganiu.

      Świątynia ta była znana jeszcze z jednego istotnego powodu. Poza zajmowaniem
      się sprawami duchowymi, była ona również miejscem w którym znajdowała się w
      czasach starożytnych uczelnia medyczna.

      Tutaj propozycja do profesorów polskich uczelni medycznych. Starożytni
      Egipcjanie mieli idealnie rozwiązaną kwestię egzaminów końcowych. Otóż, adept,
      który miał zostać medykiem musiał z własnej nieprzymuszonej woli podczas
      egzaminu wypić napój z trucizną nieznanego pochodzenia. Aby zaliczyć egzamin
      musieli sami zanalizować jej skład i opracować antidotum. Jeśli nie zdążyli...
      oblewali egzamin (i umierali). O dziwo chętnych nie brakowało, a tych co nie
      zdawali egzaminu było bardzo niewielu.
      Teraz właśnie czas na moją propozycję: Czy nie dałoby się również w Polsce
      wprowadzić takich egzaminów? Napewno nasza służba zdrowia dużo by zyskała ;o),
      a starciła niewiele.

      Świątynia otoczona była wysokim murem ozdobionym oczywiście jak wszystko
      freskami (komiksami jak je nazwałem). Pewna ich część wiernie przedstawia
      wygląd narzędzi medycznych z okresu panowania Faraonów z dynastii Ptolemeuszy.
      Co najdziwniejsze, pomimo tak ogromnego upływu czasu takie same narzędzia jak
      te na freskach stosowane są po dziś dzień (co potwierdzili lekarze, którzy byli
      wśród nas w grupie).
    • Gość: Minius Podróż z Luksoru do Asuanu. cz.9 IP: *.smrw.lodz.pl / 172.17.0.* 18.09.03, 23:20
      W kaplicy bogini Hathor znajduje się w Kom Ombo wypchany (to się tam nazywa
      zmumifikowany - łatwiej napisać niż wymówić :o/ ) krokodyl. Niestety jakoś się
      zamotałem od nadmiaru wrażeń i nie zaliczyem tego "cudu" starożytnych
      specjalistów od patroszenia nieboszczyków. Pewnie zanim pozwolili im zabrać się
      za ludzi kazali im ostro trenować na zwierzakach.

      Czas na zwiedzaniu tak szybko zleciał, że nie zauważyliśmy jak zaczęło
      zachodzić słońce. Hee, he, kto nie zauważył? Ja?

      Zauważyłem, zauważyłem i nawet utrwaliłem ten zachód na zdjęciu razem z
      fragmentem świątyni. Ale tą fotkę zostawiłem do publikacji na serwisie
      poświęconym Egiptowi i naszym wojażom w tym oryginalnym kraju.

      Wracamy na statek. Niestety już na przystani okazuje się, że panuje straszny
      tłok, bo wszystkie wycieczki postanowiły zakończyć zwiedzanie w tym samym
      czasie i teraz nabrzeże wygląda jak by odbywała się tutaj jakaś ogromna pikieta.

      Ponieważ nasz statek od nabrzeża znajduje się jako piąty, więc musimy czekać do
      czasu kiedy wejdą po trapie turyści z pozostałych czterech.
      Siedząc na murku w pewnym momencie zauważam na drodze jakiegoś sporego
      chrabąszcza. Okazuje się, że to nie żaden chrabąszcz lecz skarabeusz. Kurczę,
      że też się ten gatunek uchował w nie zmienionej formie od kilku tysięcy lat.
      Oczywiście łapię za aparat i próbuję zrobić mu fotkę. Niestety to model
      wyścigowy i kiedy już mam ustawioną ostrość ten skubaniec nie przejawia chęci
      do współpracy i drałuje ile pary w odnóżach w innym kierunku niż ja na to
      liczyłem. Mordowałem się z nim chyba z 15 minut. Moje starania zostały
      docenione nawet przez tubylców, bo zaczeli jak na prawdziwym rodeo zapędzać
      skubańca w moją stronę. Zrobiłem kilka zdjęć temu dzikiemu przedstawicielowi
      fauny egipskiej. Niestety na statku, po podłączeniu aparatu do laptopa p. Radka
      okazało się, że fotki ze względu na ostrość pozostawiają wiele do życzenia.
      No może jedno po pomniejszeniu nadaje się do publikacji, reszta to porażka.
      Gdy dzięki Nasserowi i jego tamie Asuańskiej nie mam co liczyć na seksowną
      fotkę z krokodylem nilowym, to chociaż na pocieszenie mam zdjęcie egipskiego
      robala ;o) i to żywego, a nie jakiegoś tam wypchanego, czy zmumifikowanego.
      Zawsze to jakieś osiągnięcie :o/

      OK. Przychodzi nasza kolej na ostatni etap powrotu na "łajbę". Ruszamy w
      kierunku trapu... i kicha, jakaś hiszpańska wycieczka pomyliła statki i zanim
      zorientowali się, że znajdują się nie na tym co potrzeba, już wszyscy tam
      wleźli. Teraz zaś próbują się z niego wydostać zasuwając ślamazarnie pod prąd.
      Rzuciłem hasło, że jeśli nei ma w Nilu krokodyli, to może by ich zrzucić z tego
      trapu, a oni orzeźwiwszy się nieco w Nilu wpław dopłyną sobie do swojego
      stateczku?! Niestety nie osiągneliśmy konsensusu wśród naszej grupy co do
      rozwiązania tego problemu i musieliśmy przyglądać się na dość nieporadne próby
      Hiszpanów wydostania się na nabrzeże. Kto mówił, że Hiszpanie mają gorącą krew,
      to po ich zmaganiach zmienili by o nich zdanie.
      Ufff, ciamajdy już odblokowały trap i ruszyliśmy nieco zmęczeni skwarem i
      prawie godzinnym oczekiwaniem na pokład.
      Tu oczywiście obsługa wita nas zimnymi napojami i gorącymi, fajnie pachnącymi
      ręcznikami. Wleczemy się do kabin, tam szybki prysznic i na kolację.
      Nie będę opowiadał o kolacji, po co mam Wam psuć humor (może właśnie czytacie
      to przy posiłku i zaczęło by Was skręcać z zazdrości?!).

      Po kolacji zaczynają nas dobiegać jakieś perkusyjne wprawki. Czyżby Pink Floyd
      przyjechał na gościnne występy z utworem Kashmir? Nie, to zbliża się czas na
      Galabija Party!
      Czas się przebrać w te ich "nocne koszule". Ciekawe czy Egipcjanie pod tymi
      galabijami noszą slipy? Nie sprawdzaliśmy, jeszcze by nam kazali płynąć do
      Asuanu wpław!! A i parę rekinów by z jakiegoś zoo wynajeli!

      Towarzystwo zaczyna się schodzić w sali dyskotekowej, gdzie obsługa statku
      przebrana w stroje ludowe młóciła już we wszystkei rodzaje ich ludowych bębnów.
      Jednego z nich chyba zęby bolały bo zawodził niemiłosiernie ;o) Żeby wzmóc
      atmosferę jego rozpaczy ktoś podstawił mu mikrofon. Biedaczek, chciałem mu
      przynieść coś przeciwbólowego, ale żona wytłumaczyła mi, że życie w Egipcie
      jest tak ciężkie, że muszą sobie od czasu do czasu pozawodzić z tęsknoty za
      śniegiem i bardziej rozsądnymi temperaturami. A może to ich pieśń pochwalna o
      rządzącym o.ż.w. Hosni Mubaraku?? Nie było pod ręką przewodnika.

      Jak będziecie w Egipcie zapytajcie się któregoś, czemu w ich "piosenkach" :oP
      tyle rozpaczy?

      Galabija party zaczyna się rozkręcać, polscy turyści bratają się z naszymi
      hiszpańskimi towarzyszami (to nie ci z nabrzeża, nasi nie byli tacy
      fajtłapowaci), muzykanci (wyjce) robią atmosferę, przewodnicy organizują
      konkursy i zabawy, a ja biegam z aparatem i pstrykam. Niech rodzina w Polsce
      wie jak się ich pociechy bawią w Egipcie.

      Po wyśmienitej zabawie (nie uwierzycie ale bez kropli alkoholu!!!) zmęczeni ale
      w szampańskich (ciekawe jak przetłumaczyć na egipski słowo szampański?!)
      humorach idziemy spać.

      c.d.n. (jeśli będziecie chcieli dalej czytać te moje wypociny)
      • shaa Re: Podróż z Luksoru do Asuanu. cz.9 19.09.03, 09:25
        czytamy z wielką przyjemnością
        i bardzo chcemy czytać dalej

        pozdrowionka
    • Gość: madzia Re: Pytania o prom z Hurghady do Sharm el Sheikh IP: *.acn.pl 18.09.03, 23:27
      Witam! Piszę pracę licencjacką o Polakach w Egipcie. Jeżeli możesz
      odpowiedzieć na kilka pytań ankietowych to wyślij mi maila. W temacie
      wpisz "Egipt". Bardzo mi pomożesz! :) mój mail to: mada.yogi@wp.pl
    • Gość: Kaja Podróż z Luksoru do Asuanu - DZIĘKI IP: *.mil.net.pl / 192.168.10.* 19.09.03, 09:52
      Minius wielkie dzięki za Twoje opowiadania !
      Koniecznie pisz dalej.
      Jesteś świetny !!!!!!!!! Czekamy z niecirpliwością na każdą kolejną część.

      Pozdrowionka
      Kaja

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka