Dodaj do ulubionych

Wątek surrealistyczny

    • eyemakk Zwierzątka eyemakka - cz.1 'Jenot' 28.09.02, 20:15
      JENOT - ssak z rodziny surrealnych, zamieszkujący Europę od wschodnich terenów
      Polski aż po środkową Anglię; jego nazwa ma swoje zrodlo wlasnie w języku
      polskim i angielskim, a jest zbitką polskiego słowa "je" oraz angielskiego
      słowa "NOT", czyli "nie". Swą nazwę zawdzięcza temu, iż jest zwierzęciem
      nocnym, przyrodnicy podglądający go doszli do wniosku, że prawie nigdy nie je
      (sami bowiem w nocy spali, nie mogąc dostrzec jego polowań; historia tych
      dzielnych, acz nieudolnych naukowców to temat na osobny wykład). Ulubioną
      rozrywką Jenotów jest układanie szyszek w stożki, na szczycie leży zawsze
      zdechła wiewiórka (zdechła z przyczyn naturalnych). Wyszukiwanie zdechłych
      wiewiórek to podstawowe zajęcie jenotów. Nie jest dla nich przyjemnoscią, lecz
      jedynie obowiązkiem poprzedzającym przyjemność.
      Jenoty żywią się korzeniami dębu, motylami bielinkami oraz młodymi kuropatwami
      i kogutopatwami (samcami kuropatw). Zyją około 5-6 lat, z tym, że jak do
      ukończenia 1 roku życia jenotowi nie uda się zbudować piramidy z szyszek ze
      zdechłą wiewiurką na szczycie - umiera nagle z niewyjasnionej dotąd przyczyny.
      • icharyd Re: Zwierzątka eyemakka - cz.1 'Jenot' 28.09.02, 23:04
        Mam w dupie jenoty
        • Gość: eyemakk grzeczna odpowiedz IP: *.toya.net.pl 29.09.02, 19:08
          a ja mam w dupie zniewiescialych gdanszczan :P
      • Gość: Dos Mollendos Re: Zwierzątka eyemakka - cz.1 'Jenot' IP: 212.191.74.* 30.09.02, 11:02
        Za dużo skromnem mem zdaniem języków Ci się drogi kolego Cuzamen do Kupy
        Zamenhof. Skromnem mem zdaniem przynajmniej suka jenota (bo z psowatych on
        jest!) ma na imię Anoreksja (je?not!!!) a wielki w związku z tem ma bul-imia
        swego. I bulwary, gdy się młode rodzą czyli defekuje potomkiem, a dla kuzynki
        owej pociotkiem. Pizdrawiam - Huan M.
    • eyemakk Zwierzątka eyemakka - cz.2 'Borsuk' 29.09.02, 22:13
      BORSUK - ssak z rodziny surrealnych, zamieszkujący bory i lasy Europy a
      właściwie tylko bory, i te lasy, w których występują bory. Mam na myśli
      oczywiście termin oznaczający zbiorowisko leśne z udziałem sosny, świerka i
      jodły, rosnące najczęściej na kwaśnych, ubogich glebach bielicowych. Dziad
      Borowy powinien wiedzieć o czym mówię. Jego nazwa (borsuka, nie Dziada Borowego)
      oznacza po prostu "Suka mieszkającego w borze". Suk to rodzaj męski suki. Suki
      to samochody policyjne. Samochód policyjny marki VW "Bora" jest
      równiez "Borsukiem" a raczej "Borsuką", czyli samica borsuka.
      Niestety, częśc borsuków preferuje mechaniczne partnerki, w postaci suk "Bora",
      co jest dla nich zgubne, gdyż większość borsuków robiacych wypad na łowy w
      pobliże komisariatów policji ginie w miłosnym amoku, czasem pod kołami
      samochodów, a czasem od kul policyjnych.

      Borsuki żywią się wszystkim co popadnie. Żywia i bronią. Pistoletami zabranymi
      policjantom.
      • Gość: Dos Mollendos Re: Zwierzątka eyemakka - cz.2 'Borsuk' IP: 212.191.74.* 30.09.02, 11:08
        Co do Borsuka to polecam monografię Pana Piotra Sumińskiego pod nośnym
        tytułem "Borsuk". Jest tam n.p. wyjaśnione, że zbitka Bor-suk oznacza także
        zaangażowanie owego w za przeproszeniem organa Biura Ochrony Rządu. Tu jest
        Pies pogrzebany (too, yess, pajs graveyaard tobstone). Jarek, może byś poszedł
        do lekarza? (Jarosław-Przemyśl-Medyka). Haha - Guanito
      • Gość: Dos Mollendos Re: Zwierzątka eyemakka - cz.2 'Borsuk' IP: 212.191.74.* 02.10.02, 10:18
        Drogi Eyemakku!
        Z niecierpliwością oczekuję kolejnych Odcinków z Cyklu. Pisz-EyeMakku
        oPiż-Makku, o Gronostajach na dróg rozstajach, o łasicy w przyłbicy, o kunie na
        diunie...
        CZYTELNIK
        • Gość: eyemakk potrzebuje weny IP: *.toya.net.pl 02.10.02, 17:15
          a wena jest czyms nieuchwytnym. jak nieuchwytny cel, nieuchwytny cwel i
          nieuchwytna jest mgła. a wena jest kobietą, tak poza tym
          • aard Re: potrzebuje weny 02.10.02, 17:22
            Gość portalu: eyemakk napisał(a):

            nieuchwytny cwel a wena jest kobietą, tak poza tym

            "Ona jest pedałem, parararararam,
            właśnie się dowiedziałem..."
            • Gość: eyemakk to sie nazywa zdanie wyjęte z kontekstu/no txt IP: 212.191.66.* 03.10.02, 10:29
        • aard A ja bym, Eyemakku, chciał przeczytać... 04.10.02, 09:36
          Gość portalu: Dos Mollendos napisał(a):

          > Drogi Eyemakku!
          > Z niecierpliwością oczekuję kolejnych Odcinków z Cyklu. Pisz-EyeMakku
          > oPiż-Makku, o Gronostajach na dróg rozstajach, o łasicy w przyłbicy, o kunie
          na
          >
          > diunie...

          Opis oposa.
    • cruach C52 30.09.02, 09:58
      OMNIA MEA MECUM PUNCTO

      Nie zdawałem sobie sprawy, że tyle punktów wokół.

      Punkt A - w umowie prawniczej
      Punkt A - patrz: Punkt B
      Punkt AK - inaczej punkt-ak, do trasowania (a działacze z AK mieli swoje punkty)
      Punkt AKU punkt URA
      Punkt B - do którego zmierza pociąg, co wyruszył z ww. Punktu A
      Punkt CO2 - kompensacyjny
      Punkt D - pojemny nad podziw. W D można mieć jenota albo zniewieściałego gdańszczanina.
      Punkt G? - w niewieście (niekoniecznie z Gdańska).
      Punkt G - w kobiecie.
      Punkt J - w elektrokardiografii (medtech.eti.pg.gda.pl/pakiet10/pkt_10_7.html
      Punkt K - gdzie indziej niż punkt G, ale też na ciele. (W zdrowym ciele zdrowy punkt.)
      Punkt K - skoczni narciarskiej, czyli punkt K jak wyżej, tylko niżej, przy zeskoku
      Punkt O sobliwy w matematyce
      Punkt O sowiały w sowie (jeśli ktoś jest osowiały, najczęściej zamyka się w sowie)
      Punkt Omega - zawłaszczony przez Tiplera
      Punkt P - czyli typograficzny (podejrzewa się, że drukiem o niewielu punktach typograficznych, czyli tzw. drobnym
      drukiem pisuje się umowy prawnicze [patrz Punkt A], punktczas gdy chwytliwe powieści prawnicze drukuje się co
      najmniej nonparelem)

      Punkt ma Baran. Punkt ma rosa. Punkt ma Arosa Seat wtryskowy.
      Punkt czai się w każdym teutońskim adresie emailowym
      Punkt ośmiela się bywać niepełny! Na ten przykład w judo: waza ari (bo pełny to ippunkt)
      Punkt nąć można się w głowę.
      Punkt nąć można się też o leżące na ziemi grabie i punkść jak długi na ryj.

      Zanim będzie za późno zarezerwuję dla siebie punkt C. Punktualnie teraz. A potem zdam sobie sprawę, że przecież
      punkt de facto nie istnieje. Nie ma więc kobiet, nie ma prawników, nie ma skoczni, nie ma pociągów. (Nie ma mnie.)
      • aard Punkt Zet 30.09.02, 10:52
        Zed's dead, baby, Zed's dead...
        • Gość: Dos Mollendos Re: Punkt Zet IP: 212.191.74.* 30.09.02, 11:16
          Karateka=akta sprawy
          Karnawał=polskie sądy przez rok cały
          Lokata=trwała
          Kontakt=naga prawda o naszych oszczędnościach zdeponowanych
          Kontrakt=całkiem ubrana. W TV oznaczona niebieskim kółeczkiem


          Największą radością dla Surrealisty jest stracić wątek wypowiedzi :-)))
          Żułan (=Ułan z Żuław)
        • cruach C53 30.09.02, 11:54
          aard napisał:
          > Zed's dead, baby, Zed's dead...

          W związku z licznymi wątpliwościami naszych aardiosłuchaczy zwracamy się do Raardia Zet o powtórkę
          słuchowiska zed tytułem Punkt Fiction.
    • aric Początek życia we mgle 30.09.02, 12:09
      Jak codzień rano podnoszę się z łóżka i już wiem. Znów nie bedę widział
      normalnie. Bedzie biało, bedzie dziwnie. Ale powoli sie przyzwyczajam do
      ogólnego zobojetnienia. Mgła przed oczami a ja żyje w mgle. Ale czy tylko ja?
      Jestem przekonany, że podobnych mi ludzi jest miliony, a może wszyscy żyjemy we
      mgle. I kiedy znajdziemy oświecenie? Nic za darmo. Bódzimy sie i zdążamy,
      zdążamy i nie osiągamy celu. Co nam przeszkadza? Mgła, nie widzimy wszystkiego.
      Ale przecież gdyby jej nie było to moglibysmy się przestraszyć otaczającego nas
      świata. Ja się czasem zatrzymuję, macham rekami i próbuje rozproszyć te opary
      unuszące się wokół mnie. Czasm pomaga, ale męczę sie przy tym okropnie. Czy
      jest sposób na przejrzenie na oczy?
      Jest, ale nikt nie chce go stosować.
      • Gość: Dos Mollendos Re: Początek życia we mgle IP: 212.191.74.* 30.09.02, 16:58
        Arik, ty leniu, wstań, powiedz nie jezdem sam, to są Opary Absurdu!
        Lub pozostałości z Piór-Nonsensu tych co latały Ci za oknem kiedy czytałem. Gdy
        sprzątam nie lubię żartować. Gdy wycieram Kurze - nie znoszę jaj.
        Zaś życzenia dla Wszystkich Jajarzy mogą się won czas ułożyć w następujący
        Czterowiersz:

        Niech Jądra do stóp Waszych sięgną i padną!
        Niech stopy sięgną Jądra Ziemi!!
        A niech Ziemia się spod tych stóp nie usunie!!!
        Bo stać w próżni na jajkach kurwa niewygodnie
    • eyemakk Re: Wątek surrealistyczny 30.09.02, 16:15
      Gdy uruchamiamy na kolejowej makiecie więcej niż jedną lokomotywę, pojawia się
      problem jednoczesnego sterowania kilkoma pociągami. Zabawa jest atrakcyjna przy
      ruchu wielu pojazdów, ale jedna osoba może kierować tylko jedną lokomotywą. W
      sterowaniu pozostałymi lokomotywami pomogą urządzenia automatyczne. Naszym
      zadaniem będzie więc tylko programowanie przejazdów przez stacje oraz
      kierowanie lokomotywami manewrującymi, a ruch na liniach i mijankach będzie się
      odbywał samoczynnie. Podstawowymi układami takich auto matów są tzw. odcinki
      izolowane. Mają one za zadanie dostarczenie informacji o położeniu pociągów
      (inaczej : o zajmowaniu poszczególnych fragmentów toru). Układy sterujące na
      podstawie tych informacji wyświetlą odpowiednie światła na semaforach oraz
      ustawią zwrotnice. Dlatego budowę urządzeń samoczynnych należy rozpocząć od
      dokładnego poznania układów opisanych w dalszej części artykułu. W układach
      tych zastosujemy przekaźniki elektromagnetyczne, w które można zaopatrzyć się w
      sklepach: przekaźnik dla kolejki TTwr 8410 lub S617/545/119 , a stosowany
      zastępczo przekaźnik dla kolejki HO Piko" nr 5617/5/1. Przekaźnik 8410 będzie
      wygodniejszy, ze względu na większą liczbę zestyków. Przy zakupie przekaźników
      należy zwrócić uwagę na to, czy dołączone są do nich instrukcje obsługi i
      połączeń wewnętrznych. Układy zależnościowe i sterujące zbudujemy z
      przekaźników neutralnych dowolnego typu przystosowanych do zasilania napięciem
      6-20 V, np. MT6, MTl2 lub z przekaźników kontaktronowych z samodzielnie
      nawiniętymi cewkami. Dla blokady liniowej będzie można użyć gotowych zestawów
      semafor-przekaźnik "Piko" nr 5270/5/19, po niewielkiej przeróbce. Ze względów
      ekonomicznych i plastycznych (na powierzchni makiety nie ma przekaźników) można
      samodzielnie wykonać zestawy dla blokady z własnoręcznie zbudowanego semafora
      (wzór jak dla PKP) oraz przekaźnika 8410. Jeżeli ilość zestyków, które powinny
      być w jednym przekaźniku, przekracza liczbę zestyków w posiadanych
      przekaźnikach, wtedy stosujemy równoległe podłączanie odpowiedniej liczby
      przekaźników.

      1. Sygnalizacja kolejowa

      Ruch pociągów rządzi się nieco innymi prawami niż na przykład ruch drogowy. Te
      inne prawa wynikają z warunków technicznych działania kolei. Szybkość osiągana
      przez pociągi dochodzi do 140 km/h, ciężar składu do 2,5 ' 10 % N (ok. 2500 t),
      długość składu do 800 m i droga hamowania do 1000 m. Dlatego człowiek kierujący
      lokomotywą nie jest w stanie zatrzymać pociągu w czasie od spostrzeżenia
      sygnału do minięcia semafora, lecz musi być odpowiednio wcześniej ostrzeżony o
      wskazaniu ograniczającym szybkość. Każdy semafor swoimi światłami wskazuje
      dopuszczalną prędkość jazdy na odcinku położonym bezpośrednio za nim oraz na od
      cinku za następnym semaforem. W ten sposób maszynista otrzymuje na każdym
      semaforze dwie informacje. Każda z tych informacji pojawia się na dwóch
      kolejnych semaforach - pierwszy raz jako ostrzeżenie, drugi raz jako nakaz
      ograniczenia prędkości.



      Rys. 1 przedstawia powiązanie wskazań semaforów i prędkości jazdy dla kolejnych
      odcinków. Jako ograniczenia prędkości przyjęto na PKP następujące wielkości : 0
      km/h, 40 km/h, 60 km/h, 100 km/h i Vmax.
      Kiedy stosuje się takie ograniczenia?
      0 km/h - "stój", jazda zabroniona,
      40 km/h - jazda po rozjeździe na od gałęzienie lub z odgałęzienia.
      60 km/h - jazda na lub z odgałęzienia po rozjeździe nowej konstrukcji,
      100 km/h - jazda na wprost po rozjeździe krzyżowym, skrzyżowaniu lub po łuku
      zewnętrznym rozjazdu łukowego,
      Vmax- jazda z największą prędkością dla danego odcinka określoną przepisami (od
      40 do 140 km/h). Odpowiadające tym prędkościom wskazania na semaforze pokazane
      są na rys. 2.



      Każdy z sygnałów b1 - b4 może wystąpić z dowolnym sygnałem spośród a1 - a4;
      natomiast sygnał c występuje zawsze samodzielnie. Semafor stacyjny składa się z
      2-5 komór i ewentualnie wskaźnika, tzw. pasa zielonego lub żółtego.
      Rozmieszczenie komór pokazuje rys. 3a.



      Sygnał zezwalający na jazdę składa się zawsze z jednego z górnych świateł
      (wskazania b1 - b4) i zależnie od ustawionej drogi jazdy pociągu ze świateł
      dolnych (wskazania a1 - a4). Sygnał "stój" jest podawany jako jedno czerwone
      światło (wskazanie c). Ilość możliwych kombinacji wskazań jest następująca :
      (b1
      • Gość: Dos Mollendos Re: Wątek surrealistyczny IP: 212.191.74.* 30.09.02, 16:46
        A co to jest zwrotnica? Ano jest to miejsce, gdzie wszystkim kolejarzom już
        niedobrze i przepadła kolejka...
      • zygfryd_ Do eyemakka 11.10.02, 10:26
        Widze, ze wyciagnales z szafy makiete kolejki, ktora ci tatus kupil na piate
        urodziny. Nie majac weny TFUrczej postanowiles sie posilkowac instrukcja do
        niej. Gratuluje i czekam na ciag dalszy
      • szprota Re: Wątek surrealistyczny 16.12.04, 13:15
        sprzężenie zwrotne?
    • cruach C54 01.10.02, 10:23
      Skoro może Mann tłumaczyć teksty, to i ja mogę. Mam pod ręką Derridę i słowniczek. Starczy. Uwiąd.
      Pierwszą transzeją pójdzie piosenka Georga Jerzego Harrisona GOT MY MIND SET ON YOU
      Błyskotliwe swe tłumaczenie podaję w nawiasach kwadratowych szczęk. Komentarz pod asteriksem *.

      I GOT MY MIND SET ON YOU
      I GOT MY MIND SET ON YOU
      I GOT MY MIND SET ON YOU
      I GOT MY MIND SET ON YOU
      [JA DOSTAŁEM SWOJE SŁUCHAWKI NA CIEBIE.]
      * Czasownik "to set" ma w angielskim tyle znaczeń, że można go sobie darować. Pieśniarz ma pewnie na
      myśli "head set" czyli słuchawki ("head" oraz "mind" są w idiomatyce angielskiej bardzo bliskoznaczne).
      Podmiot nazbyt liryczny to szpieg, co dostał rozkaz z Centrali, żeby podsłuchiwać swoją kochankę. Więc
      daje jej słuchawki. Agent ma problem z koncentracją albo się jaka, skoro czterokrotnie powtarza zdanie. A
      może kochanka jest przygłupia? przygłucha? A może to kochanek? A nie uprzedzajmy faktów. Tym
      bardziej, że�Nie wykluczam alternatywnego tłumaczenia:
      [JA ZAŁOŻYŁEM SWOJE SŁUCHAWKI NA TOBIE]
      * To wersja mniej cenzuralna. Agent siedzi na kochance ale nie przestaje słuchać komunikatów Centrali.
      W tej wersji agent się nie jąka, tylko ma słabe pasmo nadawania i odbioru.

      BUT IT'S GONNA TAKE MONEY
      [ALE TO IDZIE ZABRAĆ PIENIĄDZE]
      * Nie wiadomo na razie, co to jest TO, jak z tytułu wiadomego horroru. Ale idzie po pieniądze. Stawiam na
      innego szpiega, który szantażuje naszego bohatera.

      A WHOLE LOTTA SPENDING MONEY
      [CAŁE PIENIĄDZE LOTTY SPENDING]
      * Czy Lotta Spending to kochanka naszego agenta? Może szantażysta ma zdjęcia bohatera w koicji z
      Lottą? Może Lotta to "kret" ze Stasi? (niemieckie imię!! por.: Lotta Rosie). Atmosfera się zagęszcza.

      IT'S GONNA TAKE PLENTY OF MONEY
      [TO IDZIE ZABRAĆ DUŻO PIENIĘDZY]
      * Albo zdjęcia są wyjątkowo świńskie, albo Lotta na pewno jest ze Stasi.

      TO DO IT RIGHT CHILD
      [ŻEBY ZROBIĆ TEMU PRAWE DZIECKO]
      * Wyjaśnia się. TO czyli szantażystka jest żoną agenta. Nie życzy sobie rywalki Lotty. Cyka jej zegar i
      domaga się dziecka. Prawego czyli ślubnego.

      IT'S GONNA TAKE TIME
      [TO ZABIERZE CZAS]
      * Odpowiada agent. (Teraz przyszło mi do głowy, że może agent rozmawia z żoną szantażystką przez ww.
      słuchawki). A żeby nie to "prawe dziecko", to "dużo pieniędzy" oznaczałoby zapewne alimenty takie że się
      męska szowinistyczna świnia nie pozbiera(łaby).

      A WHOLE LOT OF PRECIOUS TIME
      [CAŁĄ DZIAŁKĘ CENNEGO CZASU]
      * Wers jasny. Dziecko robi się długo. Możliwe podteksty narkomańskie ("działka").

      IT'S GONNA TAKE PATIENCE AND TIME, UMMM
      [TO ZABIERZE CIERPLIWOŚĆ I CZAS, UMMM]
      * Szantażowany agent jeszcze się opiera, że niby nie ma cierpliwości, że nie ma czasu - lecz końcówka
      ("ummm") dobitnie wskazuje, że zabrał się do roboty. Robienia dziecka. Nie wiadomo na razie komu.

      TO DO IT, TO DO IT, TO DO IT, TO DO IT, TO DO IT,
      [onomatopeiczne synkopowanie frykcji prorodzinnych]

      TO DO IT RIGHT CHILD
      I GOT MY MIND SET ON YOU [x4]

      AND THIS TIME I KNOW IT'S FOR REAL
      [I TYM RAZEM JA WIEM ŻE TO JEST NAPRAWDĘ =W REALU]
      * Albo agent robił to tylko wirtualnie (wtedy słuchawki są zestawem Nintendo), albo pierwszy raz robi to w
      sklepie Real (co dodaje obrazkowi pikanterii), albo pierwszy raz nie udaje seksu małżeńskiego.

      THE FEELINGS THAT I FEEL
      [UCZUCIA CO JA CZUJĘ]
      * Jakieś truizmy nasz agent bełkoce. Pewno w ekstazie.
      UWAGA! Od tego miejsca będzie coraz sprośniej. Dzieci uprasza się o przerwę w lekturze.

      I KNOW IF I PUT MY MIND TO IT
      [JA WIEM ŻE JEŻELI JA WŁOŻĘ GŁOWĘ DO TEGO]
      * Bez ochyby seks oralny z żoną szantażystką.

      I KNOW THAT I REALLY CAN DO IT
      [JA WIEM, ŻE JA NAPRAWDĘ MOGĘ TO ZROBIĆ]
      * Agent stosuje tzw. pozytywne myślenie. Rozumiem go: środek sklepu Real, wokół pełno ludzi, nad nim
      lub pod nim kochanka ze Stasi, gdzieś w tym wszystkim słuchawki, żona szantażystka domaga się
      zrobienia dziecka oralnie. Surrealizm pełną, excusez le mot, gębą. Agent musi myśleć pozytywnie.
      Zamknij oczy, myśl o ojczyźnie, skup się na czymś, ten cały seks musi się przecież skończyć! Skup się!

      I GOT MY MIND SET ON YOU
      [SKUPIŁEM SWÓJ UMYSŁ ZE SŁUCHAWKAMI NA TOBIE.]
      * Błąd! Błąd! Za dużo obiektów! Skup się dokładniej! Na pojedynczym obiekcie!!

      SET ON YOU
      [SKUPIŁEM NA TOBIE]
      * Dalej źle! Agent niby a taki niekumaty! Nie można się koncentrować na wrogu, ehem, na żonie
      szantażystce. Wybierz inny obiekt!

      I GOT MY MIND SET ON YOU
      [JA DAŁEM SWOJE SŁUCHAWKI NA CIEBIE]
      * No pięknie. Nie dość, że szantażystka chce dziecka, alimentów, wygnania Lotty, to jeszcze słuchawki jej
      oddaj. Cepie ty.

      SET ON YOU
      [SKUPIŁEM NA TOBIE]
      * Na mnie się nie skupiaj. Ja mam ciebie dość.

      BUT IT'S GONNA TAKE MONEY
      �itd.�itd.�da capo al fine
      ====================================

      Tłumaczenie to twardy kawałek chleba.

      TRUACHLASTING SERVICES spółka niejawna
      Cruach
      Kreator Dyrektywny
    • aard Z cyklu roślinaarda - KAKTUS 01.10.02, 10:53
      Kaktus (gr. káktos ) roślina z rodziny surrealistycznych (Surrealeae), której
      2000 gatunków (co stawia je nawet przed wódką) pochodzi ze strefy tropikalnej i
      subtropikalnej obu Ameryk, sucholubna; niektóre mają piękne duże kwiaty lub
      jadalne owoce; drobne odmiany są stosowane jako doniczkowe rośliny ozdobne.
      Jeszcze drobniejsze bywają zasadzane na małych trzonkach i stosowane w
      niektórych krajach (np. Boliwia) jako szczoteczki do zębów. Najdrobniejsze
      używane są przez agentów w czerni (organizacja KKF - Kościół Katolicki Forever)
      do sabotowania fabryk prezerwatyw. Z kolei kolce odmian ogromnych, np. Cactus
      Wielgus, znajdują zastosowanie w przemyśle zbrojeniowym krajów rozwiających się.
      Kaktusy to prawdziwe magazyny mody. Stroją się w miejscach, gdzie podczas pory
      pokazów odbywa się ich miesięcznie ok. 3000. Przymierzają najnowsze kolekcje na
      swoich grubych łodygach. Ich liście zamieniły się w kolce, żeby było na czym
      ciuszki udrapować. Kaktusy wiele razy ratowały życie wędrowcom, zagubionym na
      pustyniach machając do nich swoimi sukienkami i przemawiając czule słowami
      otuchy i nadziei.
      • Gość: Dos Mollendos Re: Z cyklu roślinaarda - KAKTUS IP: 212.191.74.* 02.10.02, 10:22
        A czy są brera?
    • aard Kamieniec Podolski z serca 01.10.02, 16:00
      Że Eyemakk ma jednak dostęp do kompa na którym można coś zrobić. To znaczy -
      jeden służy mu do ściągania poczty, drugi do jej odczytywania, trzeci do gg, a
      czwarty do drapania się po głowie. Z kolei piąty i szósty myją mu zęby.
      Nie napisał, czy ma jakiś do myślenia. A może chociaż to robi sam...?
    • aard Z cyklu roślinaarda - TYTOŃ 02.10.02, 09:24
      Tytoń (Nicotiana), roślina z rodziny psiankowatych (Aardae), ponad 100 gatunków
      i ok. 1000 pod(łych)gatunków, głównie z Nowego Świata i Nowego Targu (New
      Market). Tytoń szlachetny (Nicotiana tabacum) jest ważną ekonomicznie i
      ekumenicznie (używaną w wielu obrządkach religijnych) rośliną uprawną, używkową
      i jak najbardziej użytkową, zawierającą w liściach alkaloid nikotynę, o
      działaniu pobudzającym system nerwowy, w większych dawkach trujący. Nazwa TYTOŃ
      została wywiedziona właśnie od tej jej cechy. Pierwsi użytkownicy korzystali
      bowiem bez opamiętania i po przedawkowaniu padali bez życia, co kojarzyło się z
      tonięciem. Jak widać geneza nazwy nawiązuje do znacznie późniejszego
      chronologicznie, acz wcześniejszego nomenklaturowo (co jest możliwe dzięki
      zjawisku surrealistycznego zakręcenia przestrzeni) narodzenia Tytusa de Zoo.

      Uprawa tytoniu szlachetnego

      Tytoń używany był od dawna przez Indian, zwyczaj palenia tytoniu został
      wprowadzony w Europie w XVI w. (murarz J. Nicot), zwany też Jasiem Nicotynkiem
      od jego zwyczaju palienia podczas tynkowania. Obecnie tytoń uprawiany jest w
      wielu odmianach i uszlachetniany przy pomocy prądu odmiennnego. Tytoń bakun,
      służacy do bakania, czyli machorka (Nicotiana rustica - jak sama nazwa wskazuje
      pochodzi z Rosji) jest rzadszy w uprawie (co oznacza, że krzaki rosną w
      większych wzajemnie odległościach) , stosowany głównie do produkcji
      insektycydów i kaktusocydów. Warto bowiem dodać, że największym szkodnikiem
      upraw tytoniu jest kaktus, który złośliwie dziurawi kolcami jego liście i
      nasącza je zgromadzoną w swych łodygach wodą tak, że stają się niepalne (o
      kaktusach czytaj tu:
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=63&w=1397610&a=3132917 ).

      Powiązania:
      Tabaka, jest to sproszkowany tytoń - ulubiona potrawa proszkaków (zwykle z
      odmiany Kentucky lub z machorki, radziej muchomorki), przeznaczony do wciągania
      przez nos. Jest to czynność niezwykle wciągająca, jako że wywołuje kichanie.
      Dla zainteresowanych tematem, o związach tytoniu z edukacją:
      www.wiedzaizycie.pl/98062300.htm
      Hasło powstało na podstawie:
      wiem.onet.pl/wiem/00e947.html
      Uprzystępnił i spłycił
      • Gość: Dos Mollendos Re: Z cyklu roślinaarda - TYTOŃ IP: 212.191.74.* 02.10.02, 10:26
        A pal ma?
    • aard Coś o markizach i kotletach 02.10.02, 09:46
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=63&w=3141690
      • Gość: Dos Mollendos Re: Coś o markizach i kotletach IP: 212.191.74.* 02.10.02, 11:01
        Jestem
        Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
        Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.
        Podpisano: Andym Warholem Literek.
    • aric John Matrix 02.10.02, 10:12
      John Matrix (ur 1984) na potrzeby filmu Commando. Bohater nietuzinkowy, który
      zasłynął tym, że nie kończyła mu się amunicja.
      Kim własciwie dla mnie jest John Matrix. Jest inspiracją i natchnieniem,
      prowadzącym do kultu jednostki. Bez przyporządkowania, bez szuflatkowania. Jest
      jeden jedyny. Poteżny, bez skrupółów, bez obiekcji, prostolinijny. Zabija bez
      mrógniecia okiem, ale nie bez powodu. 190 wzrostu i masa miesniowa
      przekraczająca 100 kg pozwala mu na bezpieczne stworzenie wokół siebie aury
      niebezpieczeństwa. Unikają i boją się go ludzie zwykli, a on tylko z miłosci do
      swojej córki pragnie rozpierduchy.
      Zastanawiając się nad fenomenem tego bohatera dochodzę do wniosku, że jego
      nazwisko stało się punktem wyjścia do dalszego postrzegania swiata przez
      zarówno ludzi ze swer twórczych jak i ludzi zwykłych, szukajacych oderwania od
      rzeczywistości w innej rzeczywistości. Matrix. Nic dodać nic ująć. I gdy
      zapytany pod koniec jego przecudownej akcji na wyspie Val Verde, trzymając
      córke na ręce, choć postrzelony w nią okrutnie, o to czy wróci jeszcze do
      akcji, odpowiada, żeby na to nie liczyć, łezka się w oku kreci. Po czym
      odchodzi w kierunku czekojącego na nich hydroplanu z dreptajacą w pobliżu
      maszyny stewardesą o czekoladowym kolorze skóry. Twradość bije z ekranu niczym
      młot kowala napierdalajacego w kowadło.
      • aard Jon Markiz 02.10.02, 11:09
        aric napisał:

        > Jon Markiz de Sadek von Kotleciński (ur. 2084) na potrzeby firmy Copulando.
        Bohater nietuzinkowy, bo ponadtrzytuzinkowy (dokładnie 371 mm w pełnym stanie
        gotowości bojowej), który
        > zasłynął tym, że nie kończyła mu się amunicja ani animusz.
        > Kim własciwie dla mnie jest Jon Markiz. Jest inspiracją i natchnieniem,
        > prowadzącym do kultu jednostki w wielu połówkowych osóbkach. A dokladnie
        wielu milionach osóbek o połowicznym materiale genetycznym. Bez
        przyporządkowania, bez szufladkowania, za to z pełnym okresem ochronnnnym (ang.
        preservative period). Jest
        > jeden z jodyny. Poteżny, bez skrupułów, bez obiekcji, bez ablucji, bez
        abolicji i polucji. Zabija bez
        > mrugniecia okiem, po prostu zakładając odpowiedni przyrząd na odpowiedni
        narząd. Dochodzi w kierunku czekającego na nich hydroplanu z dreptajacą w
        pobliżu
        > maszyny stewardessą o czekoladowym kolorze skóry, gotową nieść pomac w każdej
        postaci, jak również bezpostaciowo, tj. amorfologicznie (z łac. bezzewnętrznie,
        a zatem przy pomocy samego wnętrza). Twradość bije z ekranu niczym
        > młot kowala napierdalajacego w kowadło i jest to twardość ponadtrzytuzinkowa.

        Ochman chciał seksu.
    • aard Do całego brokerstwa Rzeczypospolitej! 02.10.02, 15:03
      Dziś w pracy (a pracuję w firmie ubezpieczeniowej) miałem m.in. za zadanie
      spłodzić pewien tekst. Oto, co z tego wyszło i przez Prezesa podpisane zostało!


      "Do całego Brokerstwa Rzeczypospolitej!

      My, [nazwa firmy] ogłaszamy piórem herolda naszego, iż zaniedługo odbędzie się
      wielki Zjazd Braci Brokerskiej na Zamku Wielkiego Mistrza Zakonu Najświętszej
      Marii Panny w dumnym mieście Malbork. Cuda niezwykłe będą Zjazdowi owemu
      towarzyszyć, a najpierwszym z spośród nich Prześwietne Zapasy Rycerskie będą.
      Każden z przybyłych będzie mógł sprawdzić się w zadaniach rozlicznych, a gdy mu
      Bóg i szczęście sprzyjać będą, wówczas przed nim widoki na morze korzyści
      ścielić się będą. Najlepszym przypadnie bowiem w udziale wielki a ogromny
      krzyżacki skarb, a wszyscy na biesiadę do Wielkiego Mistrza zaproszonymi będą.

      Przybywajcie przeto, Braci Brokerska na Malborski Zamek w dniu [...] miesiąca
      października roku Pańskiego 2002, by uciechom ducha i ciała się oddawać, a
      obecnością swą oczy wielkiego Mistrza, a takoż i nasze wielce ucieszyć."

      Życie jest makrelą, co?
    • aard Wata w uszach i co z tego wynikło... 02.10.02, 15:14
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=63&w=3145707&a=3145707
    • aard Ciekawe, czy kiedyś znudzi mi się... 02.10.02, 16:42
      ... pisanie samemu całe dnie na WS. I tylko zmienianie sygnaturek.
    • aard 1100 jest moje 02.10.02, 17:19
      Ciekawe, ktoustrzeli 1111...
    • aard My name is Marion, Pig Marion 03.10.02, 08:55
      W aktach operacyjnych przez wiele lat figurował wyłącznie pod pseudonimem:
      krzaklewski, pisane specjalnie z małej litery, żeby wtajemniczeni w zasady
      wiedzieli, że nie jest to prawdziwe nazwisko. Ono samo brzmiało natomiast Pig
      Marion.
      Jego rodzice byli ortodoksyjnymi Żydami zamieszującymi południową część
      Virginii, a on był nieplanowanym (a ojciec podejrzewał nawet że nie jego
      własnym) dzieckiem. Jednak religia zabraniała im aborcji, więc żeby choć w ten
      sposób wyłądować swój gniew i podkreślić jego "niekoszerność" dali mu na imię
      Pig.
      Wychował się od trzeciego roku życia w domu dziecka (matka zmarła, a ojciec nie
      chciał w domu trzymać bękarta, jak go nazywał). Tam oczywiście wszystkie dzieci
      strasznie się nad nim znęcały z powodu jego imienia. Kiedy opuścił sierociniec
      w wieku 17 lat miał tylko dwie rzeczy: złamaną osobowość i dołek na brodzie.
      c.d.n.


      Pomóżcie mi napisać dalszą część tej historii...
    • aard Prezent od Iana Usha 03.10.02, 09:07
      UTWÓR P.T. SOCIALISMO O SALVADORE!!!

      choć to niezwykłe
      a jednak - dali! :
      górnikom dali
      hutnikom dali
      spawaczom dali
      skrawaczom dali
      dekarzom
      tokarzom
      stolarzom
      murarzom
      zaprawdę wszystkim
      salwador dali

      Do użytku dowolnego - pozdrawiam - G.T.
    • aric Snake Plisken 03.10.02, 10:40
      Snake Plisken (ur. 1981) zasłynął mając tylko jedno oko i węża na brzuchu.
      Człowiek o twardosci skały i zwinności grzchotnika. Ciagle ucieka. Uciekł juz
      dwa razy i planuje trzecią ucieczkę.
      Wszyscy myslą że umiera a on życje dalej. Szybuje, serfuje, gra w koszykówke i
      walczy na ringu. Jego wyczyny, umiejętnośc wychodzenia z opresji i pomysłowość
      są znane w kregach jako jedyne w swoim rodzaju. Ciągle kiwa swoich
      zleceniodawców, a ostatnio zgasił świat, sprowadzając wszystkich do
      sredniowiecza. Zapalając papierosa powiedział: Witaj raso ludzka.
      Mój sentyment co do jego osoby polega na tym, że jest on bohaterem mojego
      dzieciństwa i stanowił inspiracje dla mojej wczesnej prozy.
      • cruach C55 03.10.02, 11:31
        UCIECZKA Z NOWEGO ARICU

        Can Pilsner (ur. w starym browarze) zasłynął, że wyciąga z pijącego trzecie oko a węża z kieszeni. Chmiel o
        twardości wody i pienności Wełtawy. Czasem zasyczy. Uciekł mi dwa razy, uciekiem na kimono. Wszyscy myślą, że
        nigdy brewerii dość a tu sięgamy dna. Mój sentyment do piwa nie polega. Bo poległ dawno temu. Pilsner dla mnie
        umarł. Dead Can't Dance. Dziś nie Can ale kanka, nie Pilsner ale pyza. Pyza na polskich dróżkach nie była heroiną
        mego dzieciństwa, nie inspirowała. Za szybko szwendała się po ekranie. Heroiną bywał za to papieros, PaParis mon
        amour. Raz, zapalając papierosa (heroinę moją) powiedziałem: witaj, smutku. Był to papieros Manhattan King Size, syf
        tak straszliwy, że oddałem całą paczkę bezdomnemu. (Nadal nie wiem, czy to był dobry czy zły uczynek.) Z syfem
        miałem też okoliczność na policzkach. Kto popalił papierochy z Wietnamu, temu żadne Gitanesy nie były straszne, i
        bez ustnika. Ratowaliśmy się w klubie wesołego pilsnera metodą ustnik-ustnik: a gdy bez ustnika, to lufka parzyła łapy
        i przyklejała się do warg. Dziewczyny się nie kleiły chociaż też parzyły. Cóż, towaru zawsze mało. Skręty robiło się z
        najdziwniejszych bibuł. Można ich było szukać w kibelku. Leżał na przykład numer Cat, tak już uwalany śluzem i tym
        co to wiecie pochodzenia organicznego, że człowiekowi źle się robiło w metempsychorze. Nic to, nałóg silniejszy. No
        a potem kawałek cycka puszczał się z dymem - a skwierczał, to jasne, bo ludzkie ciało skwierczy płonąc, nagie a
        sprofanowane. Ależ odyseja samicy ze skandynawskiego świerszcza!: poddasze, fotoreporter, rozkracz, prom,
        ponury kiosk w Polsce, poszukujący inspiracji studencik, który z naukowej stypy porno nabywa, wąchanie i kalanie
        przez pół akademika płci jednej, nie licząc waletek z rzadka poczwarkujących w damy, (s)krętactwo na głodzie,
        wreszcie ten oczyszczający płomień. Katharsis pełną gębą, pełną parą, pełną męską wargą, do której przylepiała się
        obrzmiała warga damska. Albo damski cycek. Powtarzam się. A cóż, nikt nam, przepraszam ja, nie obiecywał, że
        studia to sielan kał. Kał siał defetysta eklogik Wergiliusz jeden z drugim, a reszta jest milczeniem. I w tym milczeniu
        skręcaniu nałogu. Dziś już nie biorę skrętów do ust. W ogóle mało co biorę. Czasem, jak co ładne i warte i kształtne, to
        biorę do ust. Ale z zasady, co to, to nie.
        Rozmarzyłem się niepotrzebnie. Czas uciec do nowego dzionku. Za się precz: stare czasy, stare kobiety, i morze.
        Morze jakoś będzie.
      • aard Re: Snake Plisken 03.10.02, 15:24
        Któż twórcą owego bogadyra, Aricu? Z jakiej książki, jakiego filmu pochodzi?
        • aric Re: Snake Plisken 03.10.02, 15:41
          Toć to postać kultowa. Praca domowa. Poszukać, znaleźć obejrzeć filmy.
          • cruach C56 04.10.02, 09:20
            aric napisał:
            > Toć to postać kultowa. Praca domowa. Poszukać, znaleźć obejrzeć filmy.

            Podpowiedź jest w tytule C55.
    • eyemakk Zwierzątka eyemakka - cz.3 'Norka' 03.10.02, 10:44
      NORKA - ssak z rodziny surrealnych, zamieszkujący nory i norki Europy i
      Ameryki, jednak w Ameryce jest zdziczała i bardziej agresywna, podobnie jak
      ludzie. Norki są bardzo zamożne, gdyż każdą z nich stać na futro z norek. Norki
      chodzą więc w norkach i mieszkają w norkach, całe ich życie obraca się wokół
      norek. Norka zasiedla brzegi rzek, stawów i urwisk. Gatunek o ziemnowodnym
      trybie życia, podobnie jak płetwal błękitny dawno temu, bo w karbonie i permie.
      Norka doskonale pływa i nurkuje, a nawet norkuje. Odżywia się drobnymi rybami,
      rakami, płazami i wszystkim tym, co ludzie wywalają do rzek. Tryb życia nocny,
      dzień spędza w norkach. Jest altruistą, gdyż sprzedaje swoje futro latem, gdy
      jest ciepło, by zimą odkupić je po wyższej cenie, dając zarobić pośrednikom.
      Oprócz wspomagania przemysłu lekkiego, pomaga też górnikom i stoczniowcom -
      udostępnia im swoją norkę, by mniej płacili za mieszkanie w ciężkiej sytuacji
      recesji i bezrobocia. A żony takiego górnika, hutnika czy stoczniowca cieszą
      sie, że mają własną norke, a w środku norke na dodatek.

      -tekst powstał przy współpracy aarda-
      • aard Dzięki za wspomnienie mnie, Eyemakku 03.10.02, 15:55
        Drugi łotr, alias
        • aard Suplement 03.10.02, 15:57
          Zapomniałem dodać, że Eyemakk najdalej za dwa tygodnie będzie ze mną zasiadał
          po prawicu Wyborczego Ojca. A ja już od jutra...
          1111
          • szprota1 Cały dzień czytałam... 03.10.02, 19:22
            .. ale przeczytałam. Aard, pogratuluj. Twarz mi przecisnęło na drugą stronę
            głowy, a z oczu wystrzeliły dwie szypułki. Ciekawe co mi sie przyśni. Jeśli
            nic, to jutro to opiszę.
            A kontrolnie wątek podbiję przy okazji, a co!
            • aard Hurra, hurrrra!! 04.10.02, 09:06
              Witaj Szprotko (o wdzięcznym imieniu na K) z oczami z drugiej strony u nas! Tak
              się cieszę, że tu zajrzałaś! Pisuj jak najczęściej - z takim przenikliwym
              (przez czaszkę się przebił) organem wzroku będziesz tu pasować :-))
          • szprota1 ...A potem napisałam! 03.10.02, 20:52
            Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik.
            Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
            chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anorek-sję i
            niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli.
            Jednym słowem, wzbudzał zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.

            (FRAGMENT POMYSŁU NA WIĘCEJ A PÓKI CO ZEBY PODBIĆ)
            • aard Re: ...A potem napisałam! 04.10.02, 09:10
              szprota1 napisała:

              >
              > (FRAGMENT POMYSŁU NA WIĘCEJ A PÓKI CO ZEBY PODBIĆ)
              Podoba mi się zarówno pomysł, jak i filozofia stojąca za umieszczeniem teraz i
              tutaj jego fragmentu :-)

              Jak długo Ci się wątek ładuje? Nie zniechęca Cię to?
              • szprota1 wątek mi się. 04.10.02, 15:24
                wątek mi się ładuje idealnie na wypalenie jednego papierosa, trzech dziur w
                dywanie i miotnięcie ośmiu przekleństw pod adresem tego binarnego debila. Ale
                nic to, dzielnam i twardam!
                LiveLong&Prosper
                • Gość: eyemakk złota myśl IP: 157.25.164.* 04.10.02, 15:42
                  NIE MA BYTU BEZ ODBYTU.

                  ps. ulubiona moja złota myśl okresu liceum, zaczerpnięta z pewnego opowiadanka
                  s-f.
                  • zygfryd_ Re: złota myśl 11.10.02, 10:19
                    gratuluje ci takiej zlotej mysli. jesli to twoje motto zyciowe, to proponuje ci
                    wsadzic sobie tam stodole i stonoge.
            • eyemakk ciąg dalszy...? jeden z możliwych 04.10.02, 14:51
              szprota1 napisała:

              > Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik.
              Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
              chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję i
              niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał
              zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.

              ... jak każdy alchemik, alchemik próbował przemienić coś w złoto. Był jednak
              filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy
              próbuja osiagnąć złoto z ołowiu, to on spróbuje z czegoś innego (na całe
              szczęście, gdyby babrał sie jednoczesnie w ołowiu i jedzeniu dla gości zajazdu,
              tym ostatnim nie wyszłoby na zdrowie). Do produkcji złota postanowił użyć tego
              co miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, co upadły na
              ziemię (elfy i część ludzi gardziły czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki
              czy hobgobliny zżerały to ze smakiem).

              Żył więc sobie Alchemik w spokoju i próbował stworzyć złoto z jedzenia jednak
              nie udawało mu się. Próbował też uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny",
              również na opak wszystkim alchemikom. Uznał bowiem, że jako filozof, kamieni
              filozoficznych to on ma pod dostatkiem.

              Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
              konikach dwie smukłe i piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do
              końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi...

              Stajenny, mały i nieznosny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako
              gospodarz, równiez wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał gości,
              pracował więc nad zamianą ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to wazny etap
              na drodze osiągnięcia złota).

              Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny ijeszcze jeden. Już kiedyś
              odwiedziła go półelfka i wiedział, co sie potem stało. Ale ona była tylko przez
              chwile, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były dwie...





              c.d.n.?
              • szprota1 eyemakku, glapiszon ze mnie nieziemski 10.10.02, 15:26
                eyemakk napisał:

                > szprota1 napisała:
                >
                > > Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny A
                > lchemik.
                > Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
                > chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję
                i
                > niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał
                > zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.
                >
                > ... jak każdy alchemik, alchemik próbował przemienić coś w złoto. Był jednak
                > filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy
                > próbuja osiagnąć złoto z ołowiu, to on spróbuje z czegoś innego (na całe
                > szczęście, gdyby babrał sie jednoczesnie w ołowiu i jedzeniu dla gości
                zajazdu,
                >
                > tym ostatnim nie wyszłoby na zdrowie). Do produkcji złota postanowił użyć
                tego
                > co miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, co upadły
                na
                >
                > ziemię (elfy i część ludzi gardziły czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki
                > czy hobgobliny zżerały to ze smakiem).
                >
                > Żył więc sobie Alchemik w spokoju i próbował stworzyć złoto z jedzenia jednak
                > nie udawało mu się. Próbował też uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny",
                > również na opak wszystkim alchemikom. Uznał bowiem, że jako filozof, kamieni
                > filozoficznych to on ma pod dostatkiem.
                >
                > Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
                > konikach dwie smukłe i piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do
                > końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi...
                >
                > Stajenny, mały i nieznosny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako
                > gospodarz, równiez wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał
                gości
                > ,
                > pracował więc nad zamianą ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to wazny
                etap
                > na drodze osiągnięcia złota).
                >
                > Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny ijeszcze jeden. Już kiedyś
                > odwiedziła go półelfka i wiedział, co sie potem stało. Ale ona była tylko
                przez
                >
                > chwile, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były
                dwie...Były w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu, ani
                o tym, co może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami.
                Teraz jednak cel został osiągnięty.
                Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu
                takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający
                wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień
                sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowni-czo i dekadencko (inna
                rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast
                malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i nie-chlujność). Obiecująco
                pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wy-godnej szaty robiły na
                reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku
                skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną
                niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli ko-jarzyła się z jakimś uczuciem,
                to był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z
                bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną.
                Była zatem podręcznikowym przykładem oso-by niepogodzonej ze swoją prozaiczną
                cielesnością. Dunhillka była dużo bar-dziej niepozorna i niemal wtapiała się w
                tło.
                Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od stro-ny
                sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru wnosząc –
                mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypominało
                skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu
                najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad stolikiem
                kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutej-szym żargonie – „mocz
                wieloryba”.


                >
                >
                >
                > c.d.n.?
                • pijaw zsunmy maga i to cós na dalszy plan, bo oto... 20.10.02, 00:39
                  szprota1 napisała:

                  ) eyemakk napisał:
                  )
                  ) ) szprota1 napisała:
                  ) )
                  ) ) ) Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomó
                  ) wny A
                  ) ) lchemik.
                  ) ) Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
                  )
                  ) ) chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anorek
                  ) sję
                  ) i
                  ) ) niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbud
                  ) zał
                  ) ) zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.
                  ) )
                  ) ) ... jak każdy alchemik, alchemik próbował przemienić coś w złoto. Był jedn
                  ) ak
                  ) ) filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy
                  ) ) próbuja osiagnąć złoto z ołowiu, to on spróbuje z czegoś innego (na całe
                  ) ) szczęście, gdyby babrał sie jednoczesnie w ołowiu i jedzeniu dla gości
                  ) zajazdu,
                  ) )
                  ) ) tym ostatnim nie wyszłoby na zdrowie). Do produkcji złota postanowił użyć
                  ) tego
                  ) ) co miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, co upad
                  ) ły
                  ) na
                  ) )
                  ) ) ziemię (elfy i część ludzi gardziły czymś co upadło na podłogę, lecz np. o
                  ) rki
                  ) ) czy hobgobliny zżerały to ze smakiem).
                  ) )
                  ) ) Żył więc sobie Alchemik w spokoju i próbował stworzyć złoto z jedzenia jed
                  ) nak
                  ) ) nie udawało mu się. Próbował też uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny",
                  ) ) również na opak wszystkim alchemikom. Uznał bowiem, że jako filozof, kamie
                  ) ni
                  ) ) filozoficznych to on ma pod dostatkiem.
                  ) )
                  ) ) Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
                  )
                  ) ) konikach dwie smukłe i piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie d
                  ) o
                  ) ) końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi...
                  ) )
                  ) ) Stajenny, mały i nieznosny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako
                  ) ) gospodarz, równiez wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał
                  ) gości
                  ) ) ,
                  ) ) pracował więc nad zamianą ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to wazny
                  ) etap
                  ) ) na drodze osiągnięcia złota).
                  ) )
                  ) ) Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny ijeszcze jeden. Już kiedyś
                  ) ) odwiedziła go półelfka i wiedział, co sie potem stało. Ale ona była tylko
                  ) przez
                  ) )
                  ) ) chwile, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były
                  ) dwie...Były w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu,
                  ani
                  ) o tym, co może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami.
                  ) Teraz jednak cel został osiągnięty.
                  ) Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu
                  ) takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający
                  ) wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień
                  ) sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowni-czo i dekadencko (inna
                  ) rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast
                  ) malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i nie-chlujność). Obiecująco
                  ) pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wy-godnej szaty robiły na
                  ) reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku
                  ) skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną
                  ) niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli ko-jarzyła się z jakimś uczuciem,
                  ) to był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z
                  ) bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną.
                  ) Była zatem podręcznikowym przykładem oso-by niepogodzonej ze swoją prozaiczną
                  ) cielesnością. Dunhillka była dużo bar-dziej niepozorna i niemal wtapiała się
                  w
                  ) tło.
                  ) Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od stro-ny
                  ) sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru
                  wnosząc
                  ) –
                  ) mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypomina
                  ) ło
                  ) skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu
                  ) najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad
                  stolikiem
                  )
                  ) kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutej-szym żargon
                  ) ie – „mocz
                  ) wieloryba”.
                  )
                  Wtem cisze przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do
                  środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają
                  usta, pół tuzina hemogoblinów. Dzwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z
                  EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie
                  147 zwrotki i zastąpił ją ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru.
                  Pieciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając
                  łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli
                  muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego
                  gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą
                  masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się
                  powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części
                  tułowia wychynął długi rząd zpróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech.

                  ((((*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej częsci gór Czci Onki (nazwa
                  regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę
                  opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji.
                  Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny
                  kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie
                  nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.))))

                  - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej
                  brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia...

                  CHLAST!
                  Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna
                  znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla.
                  Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim
                  piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach
                  powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy
                  wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach.

                  - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AWIZYTORZE!!!

                  Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała
                  wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję
                  gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły
                  zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze.
                  Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. nie słyszał on tego przekleństwa od czasu
                  upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni
                  Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej
                  wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo
                  powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń
                  naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze
                  piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296
                  kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych
                  Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z
                  miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie
                  zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie
                  głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez
                  zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły
                  się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli oni zgarniając przy
                  tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia opalonych owadów które na miejsce
                  swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u powały olbrzymi żyrandol zrobiony
                  z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały
                  wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie
                  wszyskie 16
                  • pijaw jeszcze raz, bo cosik się urywa txt.. :( 20.10.02, 01:52
                    Wtem ciszę przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do
                    środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają
                    usta, pół tuzina hemogoblinów. Dźwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z
                    EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie
                    147 zwrotki i zastąpił ją ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru.
                    Pięciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając
                    łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli
                    muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego
                    gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą
                    masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się
                    powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części
                    tułowia wychynął długi rząd zpróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech.

                    ((((*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej częsci gór Czci Onki (nazwa
                    regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę
                    opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji.
                    Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny
                    kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie
                    nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.))))

                    - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej
                    brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia...

                    CHLAST!
                    Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna
                    znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla.
                    Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim
                    piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach
                    powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy
                    wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach.

                    - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AKWIZYTORZE!!!

                    Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała
                    wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję
                    gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły
                    zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze.
                    Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. nie słyszał on tego przekleństwa od czasu
                    upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni
                    Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej
                    wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo
                    powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń
                    naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze
                    piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296
                    kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych
                    Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z
                    miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie
                    zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie
                    głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez
                    zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły
                    się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli oni zgarniając przy
                    tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia opalonych owadów które na miejsce
                    swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u powały olbrzymi żyrandol zrobiony
                    z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały
                    wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie
                    wszyskie 16 skrzydlatych łuków z ości kabałamarnicy obrzyna**. W powietrzu
                    zawisło napięcie nie do wytrzymania. I ponieważ nie wytrzymało, opusciło salę w
                    postaci widowiskowego wyładowania atmosferycznego, które powaliło przy okazji
                    pielgrzymkę Dębów Kukara, które spieszyły na doroczny festiwal cza-czy "La
                    Kukara cza" do krainy La.

                    ((((** Kabałamarnica Obrzyna powstaje z fusów lawowych używanych do wróżenia
                    przez Obrzyna Olbrzymiego - tajemniczą istotę zamieszkującą martwą wulkaniczną
                    wyspę Rev-voll-verr na Morzu Środkowym. O samym Obrzynie niewiele wiadomo. Mag
                    Roob Nicnie podczas swych wielu podróży w głąb wyobraźni i odmienne stany
                    świadomości zanotował tylko, że jest to istota o kształcie blizej
                    nieokreślonym, której jedyną strawą są ogromne ilości naparu z lawy
                    wypływajęcej w pobliżu jego pieczary. Powoduje ona różowe zabarwienie na
                    cielsku Obrzyna. Dlatego też czynność pochłaniania naparu - jakże odmienną od
                    ogólnie przyjętego spożywania pokarmu, jeśli wierzyć magowi Roobowi - późniejsi
                    skrybi nazwali wróżeniem.))))

                    Gnom, bo tak zwał się spoliczkowany hemogoblin, wciągnął z pasją woń napastnika
                    w swe nozdrza zaciskając równocześnie sękatą ośmiopalczastą dłoń na
                    automatycznym depilatorze - najbardziej śmiercionośnje broni ręcznej jaka
                    powstała w kuźniach hemogoblinów (zaciśnięcie pięści powoduje szarpnięcie pętli
                    na czułkach czterdziestu chochlikowych osiłków z rodu Battery, które szybko
                    pedałując wprawiają w ruch posuwisto-zwrotno-obrotowy czterdzieści
                    dziesięciocalowych noży przypominających do złudzenia piły łańcuchowe. Broń
                    przeznaczona jedynie dla herosów o nadgoblinowych siłach, zważywszy, że średnia
                    wielkość hemogoblina to około szesnaście cali). niezwykła woń przedarła się
                    przez wiekowe pokłady flegmy i zaczęła drażnić dogorywajace resztki zszarzałych
                    od kurzu komórek pod czaszką Gnoma. Przez pokłady brudu przedarła się iskra
                    pamieci, która wychamowała unoszony depilator. Druga dłoń wyciągnęła z
                    przepastnych otchłani zbroi dwa wypolerowane kryształy górskie przywiązane
                    stalową nicią do szczypiec od węgla, które zacisnęła na nozdrzach hemogoblina.

                    - CORDONA?? To TY??

                    iskra pamięci wywołała pod czaszką pożar w zapuszczonej krainie zdominowanej
                    przez kurz i brud. To z kolei wywołało burze wspomnień u Gnoma. Jak wicher
                    wróciły rozkoszne miesiące spędzone na statku trędowatych, który, wygnany ze
                    wszystkich portów świata, błąkał się po Morzu Środkowym do czasu, aż wymarła
                    cała załoga i zostali tylko oni: Gnom i Cordona, połączeni miłosny musciskiem
                    od początku podróży trwali nierozerwalnie dopóki ich koja nie rozleciała się
                    wraz z okrętem, gdy ten uderzył w rafę u brzegów EERevanijja. Cordona z
                    rumieńcem wspominała potem, że koja uderzenie przetrwała, a pękła dopiero pod
                    wpływem miłosnego spełnienia jej gorącego, choć niskiego kochanka.

                    - Przez wzgląd na dawne czasy i mą wielką miłośc do Ciebie wybaczę Ci obelgę,
                    lecz muszę również dbac o swój honor. Od tej pory bedziesz zmuszona podróżować
                    samotnie, co pewnie będzie dla Ciebie dotkliwą stratą.

                    To mówiąc wyrzucił do przodu dłoń uzbrojoną w depilator i ugodził nim w pierś
                    Dunhillkę.

                    - Zginęła szybko i prawie bezbolesnie...

                    Rzekł przepraszająco, ale bez przekonania patrząc na porozrywane szczątki tego
                    co jescze przed chwilą było piekną półelfką.
                    Potężny wstrząs targnął ławami, gdy ciało omdlałej Cordony bezwładnie osunęło
                    się na podłogę.

                    -AAAARRGHHHHH!!!!!

                    Wrzasnęły polielfy i puściły cięciwy. Świst strzał zgasił świece na stołach i
                    żyrandolu, ale ciemnóść nie trwała długo, gdyż kilka z nich wybiło potężne
                    dziury w murach zajazdu zabierając po drodze dwa hemoglobiny, trolla, dwunastu
                    gnomów, elfa i człowieka.

                    - CZESZ ICH!!

                    Wrzasnęły pozostałe hemogobliny i rzuciły się w wir walki...

                    Alchemik z niemałym trudem pociągnął za nogi Cordonę do kuchni, gdzie stał
                    zawsze osiodłany wierzchowiec, tak na wszelki wypadek. Potężny ogier z
                    niedowierzaniem spojrzał na półelfkę, ale natychmiast odetchnął widząc
                    Alchemika prowadzącego wierzchowca Cordony.

                    W chwili gdy potężny wybuch targnął okolicą, a zajazd „Pod Zaśmierdłym
                    • pijaw i końcófka, bo jej ciągle nie widzę :( 20.10.02, 01:55

                      W chwili gdy potężny wybuch targnął okolicą, a zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem”
                      dołączył do bogatej kolekcji księżyców, nieliczni świadkowie, którzy przeżyli
                      opowiadali, że widzieli dwa obładowane wierzchowce oddalające się drogą w
                      kierunku krainy La.

                      C.D.N.
                      • pijaw przeciąg dalszy nastąpił :) 20.10.02, 15:26
                        Nadchodzący chłodny ranek przystanął na skraju drogi zafascynowany olbrzymim
                        grzybem pyłu i cząstek magicznych unoszącym się nad zgliszczami zajazdu i nawet
                        nie zauważył z przerażeniem, że chłód jego w rozgrzane popioły wnikł i padł
                        ofiarą spragnionych rosy porannej żarów rozochoconych gorącą atmosferą jak
                        zapanowała wieczorem. Krzyk wchłanianego chłodu poranka ponósł się głębokim
                        echem, w które zapadła się okoliczna dolina i miała się z niego nie wydostać
                        jeszcze przez tydzień. fala czasoprzestrzeni poruszona zapadającym się echem
                        poranka obudziła nowy dzień. A ten nastał spodziewanie.

                        Z wychłodzonych zliszczy zajazdu poczęły uciekać zwęglone resztki zastawy i
                        zastawione resztki fantów, które zostawili zwęgleni miłośnicy tostowego pokera.
                        Obserwujący całe zdarzenie draptak umknął z ulgą, gdy przekonał się, że ruchy
                        zgliszcz wywołane były bynajmniej nie ich nagłym ożywieniem, lecz walczącą i
                        dostęp do słońca bojową machiną - depilatorem. Wiele osób tweirdzi, ze
                        czterdziestu chochlików, to rozrzutność Batterych, skoro można z powodzeniem
                        zastosować w depilatorach ten sam mechanizm z chomikiem i kołowrotkiem, co w
                        tarczach piłowych, lecz praktyka wykazała, że w warunkach bojowych chomiki
                        często zdychają na zawał. Natomiast nawet utrata w boju trzydziestu dziewięciu
                        chochlików pozwala na utrzymanie pozycji, a zabić chochlika Battery jest
                        niezwykle trudno.
                        Chochliki z tego słynnego rodu, ze względu na swe niewielkie rozmiary muszą
                        pozostawać w ciągłym ruchu, przeciwnie ustają w nich procesy życiowe. Dlatego
                        też chłodne poranki i zimowe wieczory są dla nich zabójcze. Bezruch na tyle
                        zagraża ciągłości rodu, że chochliki nigdy nie śpią poza okresem niemowlęctwa,
                        kiedy to szukają ciepła w brodach hemogoblinów, którym odwdzięczają się za
                        opiekę nad młodymi pracując w ich bojowych machinach. Dużym zagrożeniem jest
                        zaklinowanie się depilatora w ciele ofiary, gdyż niemożność poruszania nożami
                        prowadzi do bezruchu chochlika. Aby temu zaradzić, chochliki zaczynają się bić
                        z myślami, co z braku miejsca przeradza się szybko w bratobójczą walkę
                        sąsiadujących Batterych. Jest to właściwie jedyną przyczyną śmierci Battery'ego
                        na polu walki, poza zatruciem pokarmowym i smiercią ze starości. Śmierć ze
                        starości następuje zwykle wtedy, gdy nigdy nie scinana broda chochlika zostaje
                        zaplątana w tryby maszyny co prowadzi do uduszenia. Jest to naturalne u tego
                        rodu i nie uchodzi za wypadek, dlatego też wdowom nie przysługuje dodatek
                        wojenny do emerytury.
                        Pnący się ku powierzchni zgliszcz depilator Gnoma przebił zapieczoną wierzchnią
                        skorupę, obbrócił się kilka razy, aby wybrać kierunek i ruszył ile tylko sił w
                        ostrzach w kierunku bliżej nieokreślonym, ale wyczuwalnym przez chochliki jako
                        najbliższy domowi, którego nie posiadały, ciągnąc za sobą bezwładne ciało Gnoma
                        z pięścią wciąż zaciśniętą na swej rękojeści.

                        C.D.N.
                        • pijaw i znuf pociąg dalszy :) 20.10.02, 23:24
                          Widok ten jest dość częsty na polach walki, na które hemogobliny przychodzą dla
                          rozrywki, jak inne ludy na mecze piramidy odnóżnej.
                          Warto tu wtrącić, że istnieje wiele odmnian tego popularnego sportu, ale
                          wszystkie polegają zgrubsza na umieszczeniu jak największej liczby faraonów w
                          piramidzie jedynie za pomocą specjalnie zaprojektowanych odnóży. Gracze
                          zakładają specjalne skafandry (każda rasa ma swój krój, gdyż uniewsalne, dobre
                          dla człekokształtnych, powodowały wiele skarg, szczególnie ze strony mątew) do
                          których doczepianych jest komisyjnie sześć odnóży. Następnie wypuszczane są
                          specjalnie do tego celu chodowane faraony pustynne (ptaki drapieżne z rodziny
                          strusiowatych). Zdarzały się wypadki, że niektórzy zawodnicy jak i kibice
                          zostali porwani w ich potężne szpony i wynoszeni poza boisko, co było
                          punktowane na korzyść faraonów. Gra dość niebezpieczna, ale bardzo widowiskowa.
                          Niestety wysokie koszty boiska - ze zwględu na konieczność budowy piramidy -
                          przyczyniiła się ostatnio do spadku jej popularności.

                          Wrócmy jednak do hemogoblinów na polu bitwy, a w zasadzie do krajobrazu po
                          bitwie. Pola bitewne hemogoblinów są o tyle unikalne, że nie ma na nich
                          wszechobecnych na innych pobojowiskach padlinożerców. To znaczy są, ale głównie
                          martwe. Co jakiś czas zdarza się jeszcze, że jakiś mnije rozgarnięty sęp
                          tępogłów lub chichiena prubóją nieopatrznie skosztować hemogoblina. reszta
                          starszych osobników przygląda się temu z politowaniem, gdyż czterdzieści
                          zmarzniętych chochlików potrafi zrobić w kilka sekund pasztet nawet z trolla.
                          Instynkt podpowiada im, ze aby przeżyć nalezy wykonać dwie rzeczy - ruszać się
                          i ciąć nie-hemogobliny. Ta wierność innej rasie nieraz uratowała życie Gnoma.
                          Choć w większości przypadków, podobnie jak i teraz nie był on tego świadomy.
                          Brak zewnętrznych oznak świadomości nie oznaczał jednak oddalenia się jego
                          duszy do krainy wiecznych wykopów. Pożar pod czaszką nadal tlił się i wywoływał
                          coraz to starsze pokłady podświadomości. Przypomniał sobie swoje narodziny na
                          polu walki podczas odbywającej się co każde trzysta lat świętej wojny z nie-
                          hemogoblinami. Ostatnia trwała już sześćset siedemdziesiąty trzeci rok i
                          hemogobliny zgubiły się w rachunkach z kim toczą sto siedemdziesiątą siódmą, a
                          z kim sto siedemdziesiątą ósmą świętą wojnę i cała starszyzna rodu głowiła się
                          nad tym, aby nikogo nie pominąć, gdyż niektóre inne rasy, na przykład polielfy
                          czy genomy (gnomy z wadą wymowy) mogły się poczuć urażone. w trekcie jednogo z
                          ostatnich walnych starć kilkunastu ras (wiele z nich wykorzystywało świętą
                          wojnę hemogoblinów do załatwiania przy okazji własnych porachunków z innymi
                          rasami, lub po prostu dla rozrywki) narodził się wyjątkowo czerwony hemogoblin.
                          Pierwsze słowa jakie usłyszał pochodziły od jego matki, która zirytowanym
                          basem, nie pozbawionym jednak czułości, wrzasnęła:

                          - Właśnie rodzę przekrętny gnomie!!! Mam tylko jedną wolną rękę!! Poczekaj, aż
                          odgryzę uchowinę, to ci pokażę!!

                          Tak więc pierwszym słowem, które natychmiast po narodzinach wymówił nowy
                          goblin, było słowo "Gnom". Pozostałe były dla niego na razie zbyt
                          skomplikowane. Szczęśliwa matka położyła swym grzebieniem trzynastu gnomów aby
                          uczcić to wydarzenie, a na jego pamiątkę nadała swemu dwieście osiemdziesiąt
                          drugiemu synowi imię Gnom. I natychmiast o nim zapomniała, wybiegając na
                          spotkanie czterem trójidom (są to byli druidzi, którzy osiągnęli wyższy poziom
                          rozwoju emocjonalnego - przynajmniej w ich mniemaniu - i za pomocą nanogenetyki
                          i wywaru z kości z serca nietoperza dorobili sobie kolejne członki, tak aby ich
                          ilość zawsze była podzielna przez trzy).
                          Małego hemogoblina Gnoma znalazła inna samica i została jego piastunką. Imie
                          przylgnęło do niego na stałe, mimo że wywoływało nieraz wiele nieprozumień,
                          często dosyć krwawych. Od dzieciństwa Gnom uczęszczał na zajęcia z
                          metaloplastyki i sztuki pierdnięć z zaskoczenia do Miejskiego Koedukacyjnego
                          Gimnazjum Wielorasowego. Po zajęciach chodził do pobliskiej tawerny razem z
                          kolegami - goblinami, gnomami i trollami. Gdy zbyt długo nie wracał do domu
                          troskliwa piastunka zaplatała brodę i wychodziła mu naprzeciw otwierając drzwi
                          tawerny toporem i wrzeszcząc:

                          - Natychmiast do domu zapijaczony, paskudny, nieletni Gnomie!!!

                          Większość obecnych gnomów nie znała jeszcze młodzieniaszka z imienia, więc
                          biorąc do siebie te impertynencje jako przejaw ksenofobii u hemogoblina, z
                          ochotą stawała w obronie równouprawnienia ras do pobytu w lokalu po zmroku. W
                          podobnych okolicznościach hemogoblin Gnom starcił swą piastunkę wraz z trzystu
                          krewnymi podczas pożaru miasteczka akademickiego, który wybuchł gdy dyskusje na
                          temat równouprawnienia tudzież wyższości którejkolwiek z ras doprowadziły do
                          przewrócenia ulicznego lichtarza na skład bimbru gnojnego. Gnom uśmiechnął się
                          w myślach na wspomnienie przymusowych czterech miesięcy wakacji dokóki nie
                          odbudowano Gimnazjum sto dwadzieścia mil dalej.

                          C.D.N.
                          • pijaw kolejna stacja :) 23.10.02, 01:12
                            Słońce wspinało się z mozołem coraz wyżej w swym ogromnym upale przeklinając
                            tego, kto wymyślił reakcje termojądrowe jako sposób na istnienie gwiazd. Tuż
                            nad drzewami przystanęło by złapać oddech i spojrzałoby pod nogi gdyby tylko je
                            miało. Z braku nóg musiało zadowolić się spojrzeniem w bliżej nieokreśloną
                            bliższą dal. Widok ruin zajazdu i losy niedobitków wieczornej jatki zaparły mu
                            dech w bąblach wodoru gnanych ku powierzchni rozpalonego cielska. Południe
                            widząc słoneczny postój nad lasem stwierdziło,ze jescze z godzinke w takim
                            razie może pospać i wen sposób słoneczny ranek zawładnął doliną na czas
                            wystarczający do opowiedzenia kolejnej historii.

                            Gdy tylko promienie słoneczne zaczęły ciekawsko przygrzewać w opończę
                            Alchemika, ten zrzucił ją jednym ruchem ramion. Obudzona nagłym szarpnieciem
                            opończa zaskrzeczała obrażona, odbiła się od ziemi i unosząc się zaczęła
                            zataczać kręgi nad wędrowcami w poszukiwaniu padliny, którą mogłaby się
                            pożywić. Rumor ten wybił ze snu Cordonę. Wyprostowała się w siodle, nastawiła
                            wybitą przez rumor szczękę i ziewnęła potężnie płosząc wciąż zagniewaną
                            opończę. Rozejrzała się wokół powoli, ujrzała Alchemika i natychmiast wróciła
                            pamięć ostatnich godzin w zajeździe. To znaczy ostatnich przed utratą
                            przytomności.
                            Ponieważ półelfy nie rozpatrują tego co minęło, bo zbyt je pochłaniają
                            możliwości tego co będzie, Cordona poprawiła suknię i spojrzałą z
                            zainteresowaniem przed siebie na drogę.

                            - Daleko jescze do La?

                            Alchemik wytrącony ze swoich myśli spojrzał na nią spode łba. Szybko jednak się
                            opanował i przywdział na twarz ironiczny uśmiech.

                            - Witam Panią, jakże się spało? Czy aby nie za twarde łoże? Głodnaś Pani?

                            Tym razem Cordona popatrzyła spode łba.

                            - Na mózg Ci padło? Wyciągnąłeś mnie nieprzytomną, więc jestem Ci bardzo
                            wdzięczna, ale zadałam konkretne pytanie. Po obranym kierunku mniemam, że
                            zmierzamy do krainy La. Bardzo miło bo mam tam ciotkę Cremonę. Kiedy będziemy
                            na miejscu?

                            Alchemik westchnął. Z Półelfkami było gorzej niż z ludzkimi rozwydrzonymi
                            księżniczkami. Musiał to jakoś odreagować. Sięgnął w juki i wyciągnął
                            pochrapującego nizioła Huba. Potrząsnął nim, a potem rzucił o drzewo. Nizioł
                            zabełkotał, wstał, otrzepał się i hyłkiem ruszył w kierunku widocznej na
                            horyzoncie termitiery. Z termitiery dochodził odległy dźwięk kuchennego gongu.
                            Jeśli się pospieszy, załapie się może na resztki z obiadu.
                            Alchemik popatrzył za nim ponuro, następnie spojrzał kątem oka na zawisłe w
                            powietrzu pytanie, odchrząknął i stwierdził:

                            - Jeśli słońce się nie ruszy jeszcze przez godzinę to na kolację w sam raz. A
                            jeśli się ocknie, to przenocujemy w osadzie dębów Kukara dziesięć mil od
                            granicy.

                            - Byłeś kiedyś w La? To podobno przepiękna, śpiewająca kraina...

                            - Byłem. Ale do twojej wiadomości: nazwa La nie pochodzi od nut. Właściwie jest
                            to L.A. Nazwa pochodzi od Lewitujących A-monitów - pierwotnych mieszkańców tej
                            krainy.

                            - A-monitów? Co to za stworzenia?

                            - To skorupiaki unoszące się nad ziemią dzięki tchawkom wypełnionym wodorem.
                            Porozumiewają się za pomocą monitów wyświetlanych na monitorach wyrastających
                            powyżej otworu gębowego. wszystkie wyrazy monitów zaczynają się na "A". Stąd
                            nazwa: A-monity.

                            - No to świetnie... Moja ciotka jest telewizyjnym ślimakiem z tendencją do
                            samozapłonu...

                            - Nikt nie jest doskonały.

                            To rzekłszy Alchemik popędził wierzchowca.

                            C.D.N.
      • Gość: Dos Mollendos Re: Zwierzątka eyemakka - cz.3 'Norka' IP: 212.191.74.* 04.10.02, 12:16
        ...i o łasicy w grasicy i o wyderce w lewej nerce i o lisku-syfilisku (to
        gdzieś, (Niczem szczeżuja) przyznam szczerze ja widziałem owo źwierze...) i o
        mewie w zlewie i o amebie w potrzebie i o okapi co się gapi i o antylopie w
        klopie i o jeżu w pancerzu (Aric, hehe) i o pancerniku w nocniku i o io io io
        io io io io io io io i oośle (doniośle!)...
    • aric 4x1 03.10.02, 15:58

      <pusto>
      • eyemakk 4x2 03.10.02, 20:50
        '
        • aard 4x3 04.10.02, 09:13
          Wiadomość została usunięta ze względu na naruszenie prawa lub regulaminu.
    • aard ======= pUbLiKuJeMy w "wYbOrCzEj" !!! ======== 04.10.02, 09:17
      HURRA, HURRA!!!
      Dziś ukazał się w "Fabryce" na str. 22 pierwszy surretonik (nie mogę oprzeć się
      używaniu tej nazwy, choć oficjalny nadtytuł brzmi "Wątek surrealistyczny" -
      znajomo prawda?) mojego autorstwa!
      Od dziś co tydzień można nas czytać w łódzkiej GW! Za tydzień Aric, potem
      Eyemakk i Yavorius, a potem znów ja, itd...

      Poczynajmy w imię Światacze!!!
    • aard Jeszcze o naszej PUBlikacji 04.10.02, 09:30
      Tutaj jest link do wątku na ten temat oraz do samego tekstu z GW.
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=63&w=3164298
    • aric John McClan 04.10.02, 09:35
      John McClan (ur. 1988 - zdaje się) policjant który załynął tym, że zawsze
      znajdował się w niewłasciwym miejscu we własciwym czasie. Uwielbia obrywać po
      mordzie i wyjmować szkło ze swoich stóp.
      Wspina się, przewraca, spada, wysadzają go w powietrze, tłuką a on wciąż
      działa, połykając tony aspiryny. Wyciąga sobie druty stalowe z barku i otwiera
      nimi kajdanki. Surrealistyczny człowiek dostarczajacy rozrywki milionom.
      I na koniec jedno podsumowanie: jupi jajej fotherfucker (po naszemu wydymańcu).
      • aard Re: John McClan 04.10.02, 09:53
        aric napisał:

        > I na koniec jedno podsumowanie: jupi jajej fotherfucker (po naszemu
        wydymańcu).

        To przynajmniej kojarzę - "Taxi Driver". A John McClan to skąd?
    • aard Surreal po zgiersku 04.10.02, 11:45
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=445&w=1583828&a=1583828
    • aard Z cyklu roślinaarda - Sparmania (lipka pokojowa) 04.10.02, 12:26
      Sparmania (Sparmannia aardiana), zwana też jeżatką afrykańską (hedgehogia
      ariciana), krzew z rodziny lipowatych (yavoriae), tj. istniejących tylko w
      nadrzeczywistoći (franc. surrealisme), pochodzący z płd. Afryki, o dużych,
      jasnozielonych, miękkoowłosionych liściach, kosmatych myślach i dużych, białych
      kwiatach zebranych w podbaldachy (są to specjalne baldachimy umieszczone pod
      pachami - charakteryzują się silnymi walorami estetycznymi i niezwykle
      intensywnym aromatem); w Polsce hodowana jako roślina do-niczkowa (używana do
      tworzenia nicków) i cieplarniana (zastępuje doskonale cieplar-nianię); inna
      nazwa, lipka pokojowa, uzasadnia się jej pozorną, acz chętnie manifestowaną
      niechęcią do wojny. W rzeczywistości nie jest to prawda (doskonale rośnie na
      glebach nawożonych ludzką krwią) i stąd pierwszy człon nazwy.


      Hasło opracowano na podst.: wiem.onet.pl/wiem/01be6c.html
      • Gość: Dos Mollendos Re: Z cyklu roślinaarda - Sparmania (lipka pokojo IP: 212.191.74.* 04.10.02, 15:45
        Ja nie wiem, no ja po prostu nie wiem, czy przypadkiem to wszystko nie jest
        lipa?... Odpowiedz Aardzie - nie miej mnie w pogardzie. Jean Mollendieu
        • aard wszystko jest lipą (oprócz moczu) 04.10.02, 15:49
          Niestety, Yannicku Mollendashu...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka