Dodaj do ulubionych

Historia wprost niewiarygodna

IP: *.dynamic.mm.pl 17.11.13, 10:56
HISTORIA WPROST NIEWIARYGODNA
Październik 2009r. Podejrzewam, że coś jest nie tak z wątrobą. Badania ogólne - podwyższone ALT i ASP. Trochę. Może być wiele przyczyn.
Styczeń 2010r. Badanie anty HCV - wynik dodatni… Kilka tysięcy razy przekroczona norma. Jakieś wizyty gdzieś w Olsztynie. Zmarnowany czas. Nawet nie pobrano mi krwi.
Maj 2011r. Koleżanka, która ma syna JUŻ ZDROWEGO, pyta mnie, jak moje zdrowie i czy zaczęłam leczenie. Nie? Jak to? Dzwoń natychmiast do Giżycka!
Maj 2011r. Telefon do szpitala w Giżycku na Oddział Chorób Zakaźnych. Pani ordynator proponuje, abym przyjechała na badania. Nawet jutro. To nie trzeba czekać miesiącami?
Czerwiec 2011r. Szpital, badania, potem wynik. Niestety, mam wirusa, genotyp 4, wiremia ponad 200 tysięcy. Decyzja lekarzy - trzeba zacząć leczenie interferonem i rybawiryną. Straszne, boję się. To przecież chemia, 48 tygodni trucia, skutki uboczne mogą być bardzo poważne, wielu pacjentom nie udaje się, a cierpią okropnie. Z drugiej strony – samo się nie wyleczy, a umrzeć można szybciej i to w męczarniach. Pomyślę.
Marzec 2012r. Wyjazd do sanatorium (kręgosłup). Do Polańczyka. Pierwszy raz w życiu w Bieszczady. Mój nieżyjący od ponad 30 lat ojciec urodził się niedaleko Przemyśla (tubylcy mówią, że to już Bieszczady), i podczas Akcji „Wisła” wysiedlono moich dziadków, ojca oraz jego rodzeństwo na Mazury. Zatem mam w sobie trochę krwi z gór – i dlatego całe życie coś mnie do nich ciągnie, i dlatego czuję się tam cudownie, i dlatego jestem wrażliwa na muzykę, taniec i piękne widoki…
Bieszczady. Cudne. Moje. Kochane. Miłość od pierwszego wejrzenia. Polańczyk – magiczny, pełen niezwykłych miejsc i ludzi. Przemek (Chmielu) – gra i śpiewa o Bieszczadach, a moja miłość do gór rośnie z każdym dniem. To Przemek właśnie kazał nam (znajomym z sanatorium i mnie) jechać do Łopienki i do lipy rosnącej obok cerkwi. To podobno miejsce ezoteryczne, a według podania wiele lat temu niewidoma dziewczynka znalazła w dziupli ikonę i odzyskała wzrok. Ciekawe, trochę niewiarygodne. Jedziemy.
Łopienka. Zostawiamy samochód na parkingu, dalej pieszo. Po drodze szum wody, gęsty las, pełno zakrętów i … w końcu ONA. Samotna biała cerkiew (obecnie kośćiółek), przy niej starutka lipa i to wszystko. Ani jednej chaty. Akcja „Wisła” niczego nie oszczędziła. Przytulam się do lipy z całej siły i szepczę, że jest mi tu bardzo dobrze, obiecuję też wracać w Bieszczady i do Łopienki tak często jak się tylko da. Nagle, w drodze powrotnej na parking, czuję niezwykłe zimno w obu dłoniach. Są białe i wyglądają tak, jakby za chwilę miały odpaść. Sople lodu, a nie dłonie. Nie pomaga chuchanie, rozcieranie, dopiero w samochodzie trochę lepiej. Nazajutrz rano widzę na wewnętrznej stronie lewej dłoni dwa brązowe koła. Jedno duże, drugie malutkie. Nie mogę ich zmyć. Nawet pumeks nie pomaga. Dopada mnie też wtedy myśl, że jestem ZDROWA. Ja, jedna z tysięcy chorujących na WZW C mam być nagle zdrowa? Ta dziwna myśl i koła na dłoni nie opuszczają mnie przez trzy dni. Potem wszystko nagle znika. Dodam, że nie jestem oszołomem wierzącym w cuda. Mam świadka – moja koleżanka z pokoju jest pielęgniarką i te niezwykłe koła też ją dziwią. Turnus się kończy. Wracam na Mazury. Pomimo wszystko decyduję się na walkę z wirusem.
Koniec sierpnia 2012r. Szpital, pierwszy zastrzyk i tabletki. Noc koszmarna – przerażające zimno, dreszcze, temperatura. Rano – tylko osłabienie. Typowe objawy pierwszej dawki interferonu. Potem to już co tydzień zastrzyk ( jestem „piątkowa” ) i codziennie tabletki. Dużo tabletek. Obserwuję siebie. O dziwo, czuję się doskonale, a po zastrzyku mogę przenosić góry – tyle energii we mnie wstępuje. Nietypowe. W soboty gorzej, jakby powietrze ze mnie spuszczono. To nic. Chodzę do pracy. Po miesiącu robią mi wyniki – niezwykła rzecz: wiremia spada do 15 tysięcy, lekarze się dziwią. Ja nadal czuję się dobrze. Jedynie „salamandra plamista” na brzuchu i łuszczenie się skóry mi dokucza. Na szczęście wszystko szybko przechodzi. Po trzech miesiącach – wynik NEGATYWNY!!! Czy to już koniec terapii? Wszystko we mnie krzyczy, że dość, że nie trzeba, że za dużo. Niestety, koniec może być dopiero po półrocznym leczeniu, nie wcześniej. Takie przepisy.
Grudzień 2012r. No i zaczyna się złe. Często jestem osłabiona, rozdrażniona – tu przepraszam moje koleżanki z pracy… Włosy wypadają mi w błyskawicznym tempie. Nigdy nie było ich za dużo, więc pojawia się wizja peruki. Jeszcze poczekam. Dalej jeżdżę do Giżycka po następne zastrzyki i tabletki. Dużo tabletek. Nadal pracuję, rzadko chodzę na zwolnienia. Wytrzymam. Muszę. Mam też wsparcie rodziny i przyjaciół.
Styczeń 2013r.Nagle, kompletnie bez ostrzeżenia, w nocy zaczynają mnie swędzieć oczy. Strasznie, nie mogę spać, staram się nie drapać i nie rozumiem. Co to? Rano w lustrze – to nie ja! Bordowe powieki (górne i dolne), spuchnięte, prawie nic nie widzę. Już nie swędzą. Lekarz rodzinny podejrzewa uczulenie, każe iść do okulisty i dermatologa. Ja mówię, że to przez nadmiar trucizny we krwi - nie wierzy. Znowu zwolnienie. Wszystko przechodzi na drugi dzień. Z powiek sypie się naskórek jak łupież. Diagnoza okulisty - słabszy wzrok, potrzebne nowe okulary, dermatolog – w testach nic nie ma, żadnego uczulenia. Za tydzień czy dwa - znowu oczy. Zwątpienie. Nie wytrzymam! Tak się nie da żyć! A przecież czuję, że to mój organizm krzyczy i błaga, aby skończyć trucie. Nie wolno mi. Lekarze z Giżycka są zdziwieni reakcją organizmu – nigdy nie spotkali się z takim skutkiem ubocznym.
Luty 2013r. Pół roku leczenia. Ferie zimowe. Jadę w Bieszczady. Po zdrowe powietrze, po wsparcie, po siłę. Nie mogę jednak iść do Łopienki (gołoledź), a poza tym chyba nie starczy mi sił, aby tam dojść…
Wracam. Prosto do Giżycka. Proszę o zakończenie kuracji. Lekarze się wahają. Bardzo rzadko bywa (nawet na skalę światową), aby przerwano terapię już po 6 miesiącach. Jednak zapada decyzja: jeżeli mój wynik ponownie będzie negatywny, to koniec kuracji. Na wynik trzeba jednak czekać prawie miesiąc i … nadal brać leki. Znowu zwątpienie. Nie wiem, czy wytrzymam, czy coś złego się nie stanie. Najdłuższe 4 tygodnie w moim życiu!
Marzec 2013r. Nadal czekam na wynik. Kolejny rzut bordowych powiek. Najgorszy. Rano nie mogę otworzyć oczu, potworne swędzenie i gorąco, powieki wprost parzą. Co robić? Wezwać pogotowie? Idę po omacku do kuchni, otwieram zamrażarkę i wyjmuję dwie kości. Przykładam je do oczu. Wprost słyszę syczenie… Kości aż lekko odmarzły… Trochę lepiej. Zakładam ciemne okulary na nos, choć leje deszcz, i idę do lekarza. Zwolnienie. Płaczę w gabinecie z bezsilności. Lekarz każe jednak wziąć się w garść czekać na wynik. Dam radę!
20 marca 2013r., rano. Dzwonię do Giżycka. Pytam o wynik. Serce wali mi jak młot. Pani ordynator sprawdza – JEST! Jaki??? NEGATYWNY !!! Koniec trucia! Płaczę. Ze szczęścia. Dziękuję Wam, moje Bieszczady! Dziękuję Tobie, Łopienko! Dziękuję Tobie, moja Lipo! Ja jedynie mocno wierzyłam w to, że mi się uda. Nie załamywałam się, choć bywało bardzo trudno. Najważniejsza jest bowiem wiara w SIEBIE. A w moje ukochane góry jeżdżę kilka razy w roku, nawet na jeden dzień, bo warto.
PS nr 1. Badanie kontrolne za pół roku – wynik ponownie NEGATYWNY. Włosy już odrosły, zgęstniały, nawet znowu zaczynają się kręcić, są tylko nieco jaśniejsze i jeszcze trochę nie moje. Zdecydowanie jasna blondynka.
PS nr 2. Jeszcze w 2012 roku, w lipcu, tuż przed rozpoczęciem leczenia, pojechałam pod Przemyśl znaleźć swoje korzenie. Znaleźć wioseczkę, w której urodził się mój ojciec. Znalazłam. Żył nawet sąsiad dziadków, pan Jan. Pamiętał ich. Powiedział, że mój dziadek stawiał u niego piec. Przypomniałam sobie - tak, mój dziadek Dymitr był przecież zdunem…
Ku pokrzepieniu serc i dodaniu wiary przede wszystkim w siebie,
Ania z Mazur (cho
Obserwuj wątek
    • clean1 Re: Historia wprost niewiarygodna 17.11.13, 22:46
      Witaj...
      Jak to nie problem, bardzo proszę odezwij sie do mnie na forumc@o2.pl. Mam kilka "malutkich" pytań.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka