joasia33
18.05.09, 14:43
Długo się zastanawiałam, czy napisać, ale potrzebuję fachowej porady.
Mam 37 lat, od 5 lat w małżeństwie, z dwójką dzieci. Małżeństwie wyjątkowo udanym.
Mój mąż od zawsze był właścicielem firmy (nie lubi, jak mówi, pracować dla
kogoś). A z własną firmą, jak wiadomo, różnie bywa - akurat jego branżę
dotknął kryzys i niestety, jesteśmy obecnie w dość poważnym dołku finansowym,
z którego szukamy intensywnie wyjścia. I wiem, że w końcu wyjdziemy. Teściowie
na ile mogą, służą nam wsparciem, choćby radą. Natomiast moi rodzice, matka
szczególnie...zerwali z nami stosunki.
Moja mama zawsze uważała mnie za to bardziej nieudane dziecko: zawsze byłam
gruba, nieatrakcyjna, a zatem skazana na porażkę w życiu. Skończyłam z bardzo
dobrym wynikiem studia (nie te odpowiednie, oczywiście, bo ona chciała
medycynę), zaczęłam pracować jeszcze podczas studiów w szkole: cały czas
wrzeszczała na mnie przez telefon (wyprowadziłam się do innego miasta), że mam
rzucić pracę w szkole, bo będę całe życie dziadować. Jak jednak (niesamowite!)
poznałam jakiegoś faceta, to też był beznadziejny i do odstrzału. Krótko
mówiąc, co nie zrobiłam, było źle. Zawsze. Wszystkie moje koleżanki "lepiej
potrafiły się ustawić w życiu, są atrakcyjniejsze, mają domy/mieszkania itp."
W końcu poznałam mego męża. Na początku super - ktoś mnie zechciał, fajny
jest, ma firmę, dom, kasę. (To, że jest super człowiekiem miało chyba mniejsze
znaczenie.)
W momencie, gdy zaczęły się kłopoty finansowe, wyszło szydło z worka. Od kilku
miesięcy ciągłe krytykowanie naszego życia, wszystkiego. W Wielkanoc
pojechaliśmy do nich, także po to, by się poradzić. Skończyło się to
dramatycznie. Moi rodzice nie chcieli z mężem rozmawiać, na rozmowę zostałam
wezwana (sic!) ja. I mama powiedziała, że jedynym akceptowalnym rozwiązaniem
jest rozwód!!! Mam wziąć rozwód, bo mój mąż jest do niczego. Mam
wziąć dzieci, wrócić do rodziców i iść pracować do szkoły (obecnie wykonuję
wolny zawód). Inne rady czy rozwiązania są nie do przyjęcia. Mój mąż został
zdyskwalifikowany, bo powinęła mu się noga w interesach!:/
(Nawiasem mówiąc, mój ojciec sprzeniewierzył cały majątek odziedziczony po
swoich rodzicach i jakoś to im umyka.)
Wyjechaliśmy w ciągu 15 minut po tym dictum, bo poczuliśmy się strasznie. Po 4
tygodniach milczenia otrzymałam maila od ojca zatytułowanego "Pożegnanie", w
którym stwierdził, że może mama przegięła z tym rozwodem, ale chciała dobrze,
a tak to przez nasze zachowanie rozpadła się rodzina...
Parę dni matka nagle zadzwoniła. Odebrałam telefon, myśląc, że może sobie
przemyślała, że przeprosi... A ona na moje "halo" powiedziała "I co?",
imputując, że czeka na przeprosiny z mojej strony, powiedziała też, że zdanie
podtrzymuje, to nie było żadne "chlapnięcie", mam się rozwieść i koniec.
Odłozyłam słuchawkę.
Przepraszam za epistołę, chciałam nakreślić sytuację.
Moje pytanie brzmi: czy szukać kontaktu z rodzicami? Z matką szczególnie. Tyle
razy usiłowałam jej wyjaśnić, że bądź co bądź to moje życie, że jestem
bardziej, niż dorosła, że jestem szczęśliwa...
Nie chce mi się z nią teraz rozmawiać. Mam żal. Z drugiej strony mój mąż i
dzieci stanowią dla mnie najbliższą i najważniejszą rodzinę, więc jakoś nie
odczuwam palącej potrzeby kontaktu z rodzicami, ale niesmak pozostaje.