Witam.
Zajrzałam tu ponieważ zaczynam swoją przygodę z leczeniem tarczycy. Zacznę więc od początku. Rok temu urodziłam pierwsze dziecko, dwa miesiące po porodzie robiłam TSH, było w normie. od ok 3 miesięcy czuję się fatalnie, pomijam zmęczenie, które przy małym dziecku jest jakby normą. Do tego jednak doszedł brak koncentracji (do tego stopnia, że boję się prowadzić auto), jakieś nieuzasadnione lęki, nerwowość, wogóle byłam jakaś otępiała i jakby oderwana od rzeczywistości, gdzieś pomiędzy snem a jawą. Doszło do tego że w nocy wyłam w poduchę, bo nie wiedziałam co się ze mną dzieje, a kiedy już miałam dość postanowiłam się wybrać do lekarza, bo dłużej tak nie wydolę. Po badaniach wyszło: TSH 58,8 (!) przy normie do 4,2. Nie czekając długo pokierowana przez mamę, która leczy się od 15 lat, poszłam szybciutko na USG tarczycy (zapalenie wskazujące na głęboką niedoczynność) i na prywatną wizytę do endokrynologa ( w przychodni zapisy na kwiecień

A tam dostałam jedynie Euthyrox N50.
I w końcu przechodzę do sedna sprawy: czy dawka nie jest za mała przy takim fatalnym wyniku? W sumie lekarz napewno wie co robi, ale ja biorę już 2 tydzień i nie czuję się lepiej nic a nic

Wręcz mam wrażenie że jest gorzej, pierwsze trzy dni miałam mdłości i wymioty a spać chciało mi się jeszcze bardziej niż wcześniej, co jest najgorsze, bo przecież mam małe dziecko, które wymaga opieki. jak wy miałyście na początku leczenia?? Kiedy mogę spodziewać się jakiejś poprawy?? Pomocy, po prostu nie chce mi się wstawać rano, każdy dzień żyję jak w jakimś amoku, byle do wieczora i spać...

czy po lekach moje życie wróci kiedyś do normy??