Dodaj do ulubionych

SF: Granice człowieczeństwa

03.11.05, 16:20
Rozprawialiśmy już tutaj o świadomości i przyszłości gatunku ludzkiego.
O nieśmiertelności jednostki w skali jej życia i nieśmiertelności ludzkiego mrowiska w skali Wszechświata. O przyszłości. Kim byliśmy, kim jesteśmy, kim będziemy...
Czy, jeśli będziemy inni, to też będziemy "my"? Co to znaczy "my"?

Ondřej Neff - "Twarz człowieka" (przekład Joanna Czaplińska)
Obserwuj wątek
    • grgkh Twarz człowieka (1) 03.11.05, 16:22
      - Uczeń-cyborg numer dwadzieścia jeden melduje ukończenie egzaminów - szczeknął Thomas, głośno, energicznie, tak jak to lubi inspektor Bevilaque. Był niewymownie szczęśliwy, że egzaminy ma już za sobą. W czterech z dziesięciu dyscyplin osiągnął rekordowe wyniki: w próbach siłowych, szybkości, zręczności i reakcjach (notorycznych. W pozostałych sześciu uplasował się wysoko ponad przeciętną. Szkolne męki należały do przeszłości. Teraz Bevilaqua mu pogratuluje, a przede wszystkim - przekaże twarz.

      Dwudziestka jedynka, jak każdy uczeń cyboszkoły, nie miał do tej pory twarzy. Jego karbonitowa głowa była owalna, zupełnie gładka, bez jakichkolwiek nieregularności. Wyglądała jak wielkie jajko z otworami na nozdrza i przewody słuchowe. Usta również były bezwargie, więc tylko wilgotne oczy przypominały, że ta dziwna bryła geometryczna przybierze ludzkie kształty.

      Twarze, jak Thomas dobrze wiedział, były schowane w biurze Bevilaquii. Tam z tyłu, w wielkim freezboxie, tuż za plecami inspektora.

      Bevilaqua zaplótł ręce w wielki kudłaty węzeł. Jego tłusta łysa czaszka była spocona.

      - Już dostałem raport, dwadzieścia jeden - powiedział inspektor. - Wyniki macie wspaniałe, ale, niestety egzaminów nie zdaliście.

      - Jak mam to rozumieć? - spokojnie spytał Thomas. Zresztą nie potrafiłby spytać inaczej niż spokojnie. Z byłego mechanika grawimetrycznego Thomasa pozostał tylko mózg i kawałek miednicy. Wszystko pozostałe było bioplastem i karbonitem. Również pod tym względem Thomas był wyjątkowy. Jeszcze nigdy nie udało się wyprodukować cyborga, który miałby tak mało oryginalnych części organicznych.

      - Nie musicie tego rozumieć - powiedział Bevilaqua i powoli rozplótł węzeł z palców. Rozparł się w fotelu, westchnął i omiótł wzrokiem pomieszczenie.
      Nie było tam niczego, co zasługiwałoby na spojrzenie - gołe ściany poklejone oświatowymi plakatami. PAMIĘTAJ, ŻE JESTEŚ BOMBĄ - to był slogan pojawiający się w różnych wersjach na każdym z nich.

      Thomas stał przy drzwiach z rękoma na szwach sztruksowych spodni, z wypiętym torsem, i w osłupieniu patrzył na inspektora.

      Ten lewą dłonią przejechał po wilgotnej łysinie, prawą podrapał się w piersi, potem zjechał niżej, chyba zaswędziało go udo, ale raptem jego ręka wynurzyła się nad blatem biurka dzierżąc jakiś przedmiot. Thomas zdążył zauważyć, że jest to pistolet wojskowy typu LX-2012, rakieta z sykiem wyślizgnęła się z prowadnicy i niemal równocześnie wbiła w jego pierś, gdzie eksplodowała, nie za słabo, nie za mocno, dokładnie tak, jak wyliczyły to bystre umysły inżynierów.

      I tak byś tego nie zrozmiał, pomyślał Bevilaqua. Wyniki masz, chłopcze, wprawdzie, wspaniałe, ale co z tego, nasze maszyny wiedzą o tobie więcej, niż sam sobie uświadamiasz. Jesteś inny niż wszyscy. Nie masz zahamowań, które musi mieć cyborg, żeby nie był niebezpieczny. Tworzenie zahamowań - to sens naszej szkoły. Cyborg nie może być zdolny do skrzywdzenia człowieka. Ty chyba też byś go nie skrzywdził, ale tylko dlatego, że byś nie chciał. A na tym nie możemy polegać. Dlatego musimy cię zlikwidować.

      W myśl przepisów Bevilaqua powinien wezwać patrol likwidacyjny, który zająłby się dwudziestką jedynką. Ale inspektor bardzo lubił likwidować cyborgów osobiście. Była to jego jedyna słabostka, na którą pozwalał sobie w nieprzytulnych murach szkoły.

      Trafił dwudziestkę jedynkę dokładnie, wiedział o tym aż zbyt dobrze. W jego piersi ziała wielka dziura, tuż obok akumulatora energetycznego. Czekaj, chłopie, mawiali koledzy, kiedyś trafisz takiego cyborga w akumulator! Dopiero zobaczysz, co to znaczy bomba! Bevilaqua śmiał się z tego. Bez obaw, odpowiadał. Umiem strzelać. To jedyne, co porządnie potrafię.

      Trafił dokładnie, ale dwudziestka jedynka jakoś nie ciążył ku ziemi.

      Cyborg wirował po pokoju jak nakręcony bąk. Bezbarwna syntetyczna krew i odłamki bioplastu wylatywały z otwartej rany pryskając na plakaty z napisem NIE ZAPOMINAJ,ŻE JESTEŚ BOMBĄ, kilka kropli spadło również na Bevilaque, a nawet na stalową ścianę freezboxu, gdzie przechowuje się twarze.

      Powinienem go poczęstować jeszcze raz, rozmyślał inspektor. Ale jak? Cholera, nie chce się zatrzymać. W przyszłości będę celował w głowę. Ale - w głowę... Tam jest ludzki mózg, a to człowieka jakoś odrzuca, czuje się głupio, kiedy celuje w drugiego człowieka. Te cyborgi są jednak wbrew naturze!

      Cyborg zbliżał się, nie było więc innego wyjścia. Bevilaqua wyprostował rękę, wycelował w białą jajowatą głowę, nowa rakieta już wjechała na szyny, ale cyborg już był tuż tuż, jednym uderzeniem ręki odtrącił ciężkie biurko, chwycił pistolet za lufę i gwałtownie szarpnął.

      Bevilaqua poczuł tylko, że coś pociągnęło go za rękę, ból dotarł do niego później, dopiero gdy ujrzał ten przedziwny zbrązowiały przedmiot wpleciony w kabłąk pistoletu i zrozumiał, że to jego własny palec.

      Dwudziestka jedynka zatrzymał się.

      Rana w piersi cyborga była potworna. Ciekło z niej jednak coraz mniej krwi, a na postrzępionych brzegach już matowo połyskiwała błona kryjąca.

      Bevilaqui żołądek podszedł do gardła, przed oczyma mu pociemniało, ale zaraz opanował go sprawiedliwy gniew.

      - Bekniecie za to, dwudziestka jedynka! Natychmiast oddajcie mi broń!
    • grgkh Twarz człowieka (2) 03.11.05, 16:22
      Cyborg bez najmniejszego wysiłku złamał pistolet i rzucił inspektorowi pod nogi. Palec wyślizgnął się z kabłąka i leżał na ziemi, biedny, opuszczony. Ile kawałków mojego ciała zostało tam, w szczątkach Koriolanu, myślał Thomas. Został ze mnie tylko mózg. Nie mam nawet twarzy!

      Twarz! Tam, w środku freezboxu, było kilkaset twarzy, kobiecych i męskich. Na kobiecej mi nie zależy, chcę męską, jakąkolwiek, choćby trędowatego czy syfilityka, byleby miała ludzkie rysy!

      Thomas nienawidził geometrycznej jajowatości swojej czaszki, nienawidził swojej doskonałości maszyny, nienawidził swojej siły i refleksu. Jak pragnąłby się znaleźć w skórze inspektora, grubego, łysego faceta, teraz na dodatek okaleczonego. Ale to jest facet, to jest człowiek!

      - Rozkażę was zlikwidować, dwa dzieścia jeden - wysyczał Bevilaqua.

      - Już pan próbował - spokojnie odpowiedział Thomas. - I proszę do mnie nie mówić dwadzieścia jeden. Nazywam się. Thomas. Lodovic Thomas.

      - Skąd wiecie? - wystraszył się Bevilaqua.

      - Pamiętam.

      Czyli to jednak tandeta, sfuszerowany cyborg. Prawdziwy cyborg nie pamięta swojej ludzkiej przeszłości. Ten skurwysyn. Bóg jeden wie jakim cudem, przeszedł przez kontrolę. Dlatego jest inny, dlatego zauważyły go sensory, dlatego nie ma zahamowań.

      Bevilaqua zatrząsł się w nagłym ataku wściekłości. I ja mam cierpieć za to, że jakiś skurwiel w fabryce nie wywiązał się z obowiązków i spuścił z pasa bubel. Ale ja temu nie popuszczę. Ja to zaciągnę cholernie wysoko. Tak im nawtykam, że pozapominają, jak mają na imię.

      Cyborg podszedł do niego.

      - Czego jeszcze chcesz? - ryknął na niego inspektor.

      - Twarz.

      - Co?

      - Niech pan otworzy freezbox i da mi twarz.

      Bevilaqua histerycznie się roześmiał.

      - Ty kretynie, co sobie wyobrażasz! Myślałeś, że włożysz twarz na tę swoją
      bańkę jak czapkę, powiesz mi pa pa i pójdziesz swoją drogą?

      - Otwórz freezbox - powtórzył Thomas i chwycił inspektora za ramię.

      Inspektor ramiona miał silne, muskularne, ale Thomas czuł, że swoimi palcami potrafiłby rozkruszyć wszystkie te mięśnie i kości jak grudkę twarogu. Nie chciał tego robić, ale mógłby.

      Nie uzmysławiał sobie, że to właśnie różni go od innych cyborgów. Oni po prostu czegoś takiego nie mogliby zrobić. Nie przyszłoby im to do głowy.

      - Twarz może panu implantować tylko specjalista w odpowiednim laboratorium. Dobrze pan wie, że ze względów bezpieczeństwa w szkole takich specjalistów ani laboratoriów nie mamy. Mogę panu wydać twarz. Jak się pan wydostanie? Ledwo wytknie pan czubek nosa, przyczepi się policja, a może nawet wojsko!

      Zatrząsł nim śmiech i mimo woli zaczął Thomasa tytułować panem.

      Cyborg nic nie powiedział, tylko nieznacznie ścisnął mu ramię. Przerażony inspektor odwrócił się do freezboxu i wyjęczał:

      - Otwieram zamek, kod BX, dwanaście piędziesiąt trzy.

      Ani cyborg, ani Bevilaqua nie pomyśleli, że zamki bezpieczeństwa liczą się również z możliwością, iż ktoś przemocą mógłby zmusić autoryzowaną osobę, by je otworzyła. W takim przypadku nerwy odbijają się na ludzkim głosie. W tym przypadku właśnie tak się stało.

      - Pański głos nie odpowiada normie - odezwało się z ukrytego głośnika. - Zawiadamiam służbę bezpieczeństwa.

      - No widzisz, kretynie - zaskowyczał Bevilaqua. - Puść mnie! To nie ma najmniejszego sensu. W ciągu minuty będą tu komandosi.

      Thomas rozluźnił uścisk.

      - Z chęcią bym ci otworzył - paplał Bevilaqua. - Ale sam widzisz, że nie mogę. Wy wszyscy myślicie, że inspektor to coś na kształt Boga i może wszystko.
      Ale tak nie jest. Jestem tylko kółkiem w maszynie i muszę słuchać...

      - Cicho - rozkazał mu cyborg.

      W oddali odezwało się wibrujące buczenie syreny alarmowej. Thomas znał je dobrze. Jedenastki bezpieczeństwa szkoły często ćwiczyły. Tematem ćwiczeń zazwyczaj była "likwidacja cyborga o nie dającym się opanować aspołecznym zachowaniu". To pokazowe ćwiczenie również było częścią nauki. Przypominało uczniom-cyborgom, co by się stało, gdyby przekroczyli granice przepisów i reguł.

      Kiedy przyjdą Żołnierze? Za minutę? Za dziewięćdziesiąt sekund? Oficer nadzorujący starannie mierzył i notował czasy. Jakby chodziło o jakiś egzamin. Mnie również mierzyli. Miałem wspaniałe wyniki. Egzaminy zdałem celująco.

      Ale teraz nie chcą wydać mi twarzy.
    • grgkh Twarz człowieka (3) 03.11.05, 16:23
      Przypomniał sobie ranę ziejącą w piersi. Położył na niej rękę. Pod opuszkami palców wyczuł delikatny opór błony kryjącej. Rana goi się dobrze. Jestem świetną maszyną.

      Jestem maszyną.

      Żałość i złość ścisnęły mu gardło. Usłyszał daleki tupot ludzkich nóg. Już nadbiegają, cała banda z rozpylaczami w rękach, skryci w kuloodpornych pancerzach, podobni do robotów, by - sami bez twarzy - zabić istotę bez twarzy.

      Podszedł do freezboxu. Objął go ramionami, w pierwszej chwili chyba nawet nie chciał zrobić tego, co faktycznie zrobił - ugiął kolana i dwutonową szafę podniósł o dobre pół metra!

      Podłoga jęknęła, gdy szedł po niej z freezboxem w objęciach, ciężko i głośno ciągnąc swój olbrzymi ładunek do drzwi. W pewnej chwili Bevilaqua pomyślał, że wygrał. Thomas mocniej stąpnął
      i podłoga się pod nim załamała. Noga utknęła w otworze aż po staw kolanowy, a freezbox napierał na nią całym ciężarem. Cyborg szarpnął się jak drapieżnik w pułapce. Z uporem, w milczeniu walczył z zagrożeniem.

      Bevilaqua obserwował go jak urzeczony. Chciał uciec, ale nogi miał ciężkie jak sztaby. Skoncentrował całą swoją wolę, by strząsnąć z siebie brzemię odrętwienia, przywołał nawet na pomoc dokuczliwy ból, ale kiedy doszedł do siebie, było już za późno. Thomasowi udało się przesunąć stalową szafę na bok, jednym ruchem wyszarpnąć nogę z pułapki razem z metrem kwadratowym podłogi, a gdy Bevilaqua pobiegł do drzwi, sięgnął po niego lewą ręką, chwycił i odrzucił do tyłu jakby to był nadmuchany balonik. Bevilaqui nie było dane zobaczyć, co się działo w ciągu następnych minut. Opierał się plecami o przewrócone biurko, kaszlał, charczał, a z oczu ciekły mu łzy. Kiedy przejrzał, freezbox tarasował przejście.

      - Niech pan go otworzy i wyda mi twarz - spokojnie powtórzył cyborg.
      Nawet po tak nadludzkim wyczynie nie miał zadyszki.

      Bevilaqui nagle wszystko zobojętniało. Ciało bolało go w stu miejscach a wszystkie te bóle i dolegliwości zlewały się w uczucie tępego ćmienia gdzieś w potylicy. W oddali słyszał buczenie syren alarmowych. Komputer freezboxu zdążył powiadomić organa bezpieczeństwa o napadzie na biuro inspektora szkoły. Wokół budynku zacieśnia się krąg trzystu ludzi wyposażonych w najnowocześniejsze środki techniki bojowej. Za dużo ich na ciebie, chłopcze. Tak, jesteś dobry, nikt by nie podejrzewał, że cyborg jest zdolny do takiego wysiłku. Ale gdzie ci do bomb implozyjnych, zamrażaczy i wibratorów.

      Wyszczerzył zęby. Chyba miał być to uśmiech.

      - Nie mogę otworzyć. Przerwałeś zasilanie.

      Bevilaqua leniwym gestem wskazał kabel sterczący ze ściany w miejscach, gdzie jeszcze kilka minut temu stał freezbox. Pokręcił głową.

      - Nigdy nie będziesz miał swojej twarzy, dwadzieścia jeden. N igdy się stąd nie wydostaniesz. Możesz mnie zabić, ale to nie zmieni postaci rzeczy. W czym ci to pomoże? Nasi chłopcy już są na miejscu.

      Za drzwiami rozległ się dudniący głos głośnika:

      - Cofnijcie się do przeciwległej ściany. Kiedy doliczę do dziesięciu, odblokujemy wejście.

      - Freezbox jest ciężki, ale wibrator sobie z nim poradzi. Chodź lepiej tu do mnie, albę jeszcze coś ci się stanie.

      - Wzrusza mnie pańska troskliwość - zauważył Thomas. Głos za drzwiami beznamiętnie odliczał:

      - Osiem... dziewięć... dziesięć...

      Wibrator zawył, zatrzęsła się cała ściana i wielkie płaty tynku z hałasem zaczęły spadać na ziemię. Freezbox podskakiwał na podłodze jak zwierzę torturowane elektrowstrząsami, ale ramiona cyborga niemiłosiernie przyciskały go do framugi drzwi.

      Potem nastąpiła cisza. Obłoki białego pyłu unosiły się nad podłogą. Thomas rozluźnił uścisk.

      - Przyniosą nowy wibrator. Przyniosą dziesięć czy nawet sto wibratorów,
      jeśli będzie trzeba - szczerzył się do niego Bevilaqua. Chciał jeszcze dodać coś uszczypliwego, kiedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

      Drzwi freezboxu się otworzyły.

      Zapewne wibrator tak dokładnie wstrząsnął wewnętrznymi mechanizmem szafy, że uszkodził zamek i ciężkie, izolowane nadprzewodnikami drzwi cicho otworzyły swe podwoje przed Thomasem.
      W tumanach wapiennego kurzu błysnęły płaskie pudła z twarzami.

      Cyborg na chwilę zamarł a potem powolutku podniósł ręce, jakby wszystkie te kasety chciał chwycić w objęcia. Szybko się jednak opanował, sięgnął do środka i na chybił trafił wybrał jedną.

      Była to metalowa kaseta bez widocznego zamknięcia czy zawiasów, tak precyzyjnie wyszlifowana, że gdyby człowiek przejechał po jej kancie opuszkiem palca, mógłby się skaleczyć. Nigdzie nie było żadnego napisu, tylko na jednej ze ścian wytrawiono trójwymiarowy portret twarzy, która była w środku.

      Thomas wpatrzył się w nią. Powoli się odwracając podchodził do Bevilaqui, nie spuszczając zdobyczy z oczu.
    • grgkh Twarz człowieka (4) 03.11.05, 16:24
      - Przystojniaczek, co? - zauważył inspektor. - Wszystkie cyborgi są przystojne... oczywiście o ile mają zdane egzaminy. Potem specjalista implantuje im twarz... Natomiast ty, kolego, możesz na nią tylko patrzeć.

      - Powtarzam operację odblokowania - odezwał się głos za drzwiami.
      - Uwaga, powtarzamy operację odblokowania.

      - Kto mi może implantować twarz? - spytał Thomas.

      - Którykolwiek z autoryzowanych biochirurgów.

      - Nazwisko i adres... szybko!

      Stał nad Bevilaquą w niewielkim rozkroku, z połyskującym pudłem z twarzą pod prawą pachą. Lewą dłoń wolno zaciskał w pięść. Inspektor uświadomił sobie, że nie wyczerpał chyba wszystkich rodzajów tortur, że ten potwór mógłby...

      - Cofnijcie się pod przeciwległą ścianę - ostrzegł głośnik. - Rozpoczynam odliczanie. Raz... dwa...

      - W szufladzie... żółta teczka - wyszeptał Bevilaqua.

      Cyborg podszedł do biurka, bez najmniejszego wysiłku postawił je na nogi i otworzył szufladę. Teczka z żółtego plastiku leżała na samym wierzchu. Była nieźle przybrudzona. Brama do raju, pomyślał Thomas, jest niesamowicie brudna. Ale to zapewne należy do stylu działania tej naszej firmy.

      - Dagmar Sakade... - czytał półgłosem. - Dziwne nazwisko, jak pan myśli, Bevilaqua?

      - Jako biochirurg ma niezłą opinię. Nazwisko jest chyba nieistotne.

      Mówił spokojnie, bez pośpiechu, jakby siedzieli przy filiżance kawy. Cyborg nie potrafił być niespokojny. A Bevilaqua? Jemu już było wszystko jedna. Głos spotęgowany przez wzmacniacze monotonnie odliczał sekundy.

      - Cztery... pięć...

      Thomas zamknął teczkę i wrzucił ją z powrotem do szuflady. Nie musiał zapisywać adresu pani doktor Sakade. Pamiętał wszystko, co chciał pamiętać. No a niczego nie chciał pamiętać tak dobrze i niewymazalnie, jak adresu pani doktor Sakade.

      - Wkrótce tu będą - obojętnie zauważył.

      - Sześć... siedem...

      Podszedł do Bevilaqui i szeroko rozcapierzył palce prawej dłoni.

      - Tylko pan wie, którą twarz wybrałem - powiedział niemal przepraszająco. Złapał inspektora za szyję i mocno ścisnął.

      Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył Bevilaqua, było białe jajko obrzydliwie ozdobione żywymi ludzkimi oczyma, okrągłymi nozdrzami i szparą ust, w której lśniły nienaturalnie równe, białe zęby.

      - Osiem... dziwięć...

      Ostatnią cyfrę zagłuszył huk bomby wibracyjnej.

      Freezbox gwałtownie upadł jak kopnięte kartonowe pudełko a metalowa framuga drzwi wyleciała z sypiącego się muru. Pięciu mężczyzn w kuloodpornych kombinezonach wpadło do pomieszczenia z karabinami gotowymi do strzału. Żołnierze wyglądali prawie śmiesznie, jak jakieś powiększone zabawki dla dzieci czy jarmarczne maszkary. Tylko ich broń nie wywoływała uśmiechu.

      Była to zgrana piątka. Ich ruchy były precyzyjne jak ruchy automatu. Każdy wiedział, dokąd ma iść i co robić, aby kryć wyznaczony sektor strzelniczy nie zagrażając zarazem swoim towarzyszom. Szło im jak po maśle, dwóch obsadziło kąty a następnych dwóch ubezpieczało dowódcę grupy, który stał niedaleko drzwi. Szkoda tylko, że w pokoju nie było nikogo, kto mógłby docenić ten kunszt. Bevilaqua wprawdzie jeszcze nie był martwy, nawet z ciała człowieka ze zmiażdżonymi kręgami życie nie odchodzi z nieuprzejmym pośpiechem, lecz oczy miał wbite w sufit.

      Dowódca podejrzliwie popatrzył na biurko i skinął na lewego skrzydłowca, by podszedł do przodu. Po chwili żołnierz pokręcił głową. Nie, tutaj cyborga niema.

      - Tajemnica zamkniętego pokoju,
      poruczniku - zauważył, chlubiąc się znajomością literatury pięknej.

      Porucznik przez chwilę dumał, a potem lufą karabinu pokazał freezbox.

      - Jest tutaj. Nigdzie indziej być nie może.

      Tak, to było jedyne prawdopodobne wyjaśnienie. Padający freezbox mógł przewrócić cyborga i wprasować go w podłogę jak bezbronnego robaka.

      Dopiero po kilku minutach pojawiły się dwa wieloczynnościowe roboty i podniosły freezbox. Lecz na miejscu, gdzie leżała dwutonowa szafa, nie było placka z bioplastu i karbonitowych włókien, jak spodziewali się żołnierze. Nie było tam niczego.

      Właściwie coś jednak było: dziura, nieregularna wyrwa w podłodze.

      - Cholera - westchnął porucznik. - Czyżby nam ten skurwysyn wyślizgnął się przez tę dziurę? Co to za dziura? Dokąd prowadzi, może mi to ktoś powiedzieć?
    • grgkh Twarz człowieka (5) 03.11.05, 16:26
      Przeklinał tylko po to, żeby rozładować napięcie, ale jego palce już biegały po klawiaturze terminalu, odartego od częstego używania.

      - Bank danych gotowy - ćwierknął terminal.

      - Blok dwunasty, parter, plan sieci inżynieryjnej.

      Niemal natychmiast na miniaturowym ekranie komputer wyświetlił żądany schemat.

      - Widzicie? - tryumfalnie mruknął porucznik. - Tędy prowadzi kanalizacja.
      Bank danych? Krytyczny punkt kanalizacji ze szczególnym uwzględnieniem okolic bloku dwunastego.

      - Zbiornik pożarowy numer siedem. W przypadku blokady zaworów obwodu zewnętrznego i równoczesnym otwarciu wentyli numer osiemdziesiąt sześć i sto dwadzieścia w podanym rejonie nastąpi zalanie kanałów.

      - Wykonać - warknął porucznik wystukując swój indeks identyfikacyjny, uprawniający go do wydawania rozkazów za pośrednictwem komputera wszystkim systemom szkoły.

      Prawie natychmiast odezwał się głuchy huk. Ze zbiornika pożarowego chlusnęły setki ton wody. Komputer otwierał i zamykał ciężkie zawory i wentyle dyrygując potopem w miejsca, którędy uciekał dwudziestka jedynka.

      - Jaką ma szansę? - spytał porucznik terminalu. - Jaką szansę ma cyborg, który wszedł do kanału w punkcie B1234/6 w czasie sekunda zero minus trzysta sekund do sześciuset sekund?

      - Woda doścignie go najpóźniej w punkcie B 1234/16 - odpowiedział terminal.

      - Czyli jednak mamy go, sukinsyna - odetchnął porucznik i zmęczonym ruchem zdjął hełm ochraniający całą głowę. - Teraz musimy się zaopiekować panem Bevilaquą.

      Wydał robotom kilka krótkich poleceń. Ze swoich teleskopowo wysuwanych ramion zrobiły prowizoryczne nosze i drobnymi kroczkami odniosły go do karetki reanimacyjnej, która już czekała przed budynkiem. Żołnierze patrzyli na to myśląc, z jakimi uczuciami wróci Bevilaqua tutaj, do cyboszkoły, kiedy wyjmą jego mózg i razem z innymi użytecznymi organami wpakują do bioplastowego ciała. Samo życie, pomyślał porucznik. Z Bevilaqui będzie cyborg, a ja, jeśli Bóg da i ześle na mnie odrobinę szczęścia, zostanę inspektorem.

      Doktor Sakade o incydencie w cytoszkole dowiedziała się jeszcze tego samego dnia, kiedy cyborg numer dwadzieścia jeden się zbuntował i odmówił poddania się likwidacji. Nie była tą informacją przejęta ani trochę bardziej niż którykolwiek z jej dwustu kolegów w zielonym dystrykcie, których również powiadomiono. Mechanicznie uszkodzony cyborg ukrył się w kanalizacji i zginął w wodzie. Wraka jeszcze nie odnaleziono, ale intensywne poszukiwania są w toku. Prawdopodobnie uszkodzony uczeń - cyborg próbował ukraść twarz, jednak nie zostało to udowodnione, ponieważ funkcje życiowe jedynego ludzkiego świadka wypadku zostały przerwane właśnie przez zbuntowanego ucznia-cyborga.

      Tak jakoś brzmiała informacja, jedna z setek podobnych, jakie tego wieczora przewinęły się na ekranie dziennika. Doktor pomyślała tylko o tym, że w tej ósmej cyboszkole mają niezły burdel, skoro może tam dojść do podobnego zdarzenia, i że w ogóle całe cyboszkolnictwo znajduje się w rękach głupców, których powinno się wyrzucić i przesunąć do zarządu kanalizacji i stacji oczyszczania ścieków. Również w ciągu kilku następnych dni w wieczornym dzienniku pojawiały się krótkie notki o bezowocnych poszukiwaniach wraka cyborga, ale doktor Sakade nie poświęciła im nawet krzty uwagi. I stało się, że kiedy pod wieczór szóstego dnia od wypadku doktor Dagmar Sakade stanęła ze zbuntowanym uczniem-cyborgiem numer dwadzieścia jeden twarzą w twarz, nie przyszło jej na myśl, że chodzi o tego cyborga, który zabił inspektora ósemki i przebił się do kanalizacji.

      Kiedy wieczorem tego dnia wróciła do domu, poczuła dziwny odór, jakby wilgotnej pleśni czy nawet smród fekalii. Pomyślała, że zepsuła się klimatyzacja. Gniewnie otworzyła szafkę pulpitu sterowniczego i z zaskoczeniem spostrzegła, że klimatyzacja działa bez zarzutu, a o ile można wierzyć zielonkawym cyfrom monitora, oczyszcza powietrze pełną parą. Jej czujniki zapewne też wyczuły odór i centrum sterowania ze wszystkich sił stara się zlikwidować lub chociaż załagodzić jej skutki. Lekarka ze złością zacisnęła wargi i poszła do toalety. Na pewno zapchał się odpływ. Też mi przyjemność.

      Energicznie otworzyła drzwi.

      Tam, gdzie jeszcze rano była porcelanowa muszla i różowy puszysty dywanik na gładkich płytkach, w posadzce ział wilgotny otwór, dyszący obrzydliwie smrodem. Rozbite kafelki i szczątki muszli piętrzyły się przy ścianie. Wyglądało, jakby w kanalizacji wybuchła bomba.

      - Proszę się nie odwracać i zachować spokój - za jej plecami rozległ się cichy głos.

      Ale pani doktor Dagmar Sakade należała do tego rodzaju kobiet, które odwracają się natychmiast, jak tylko ktoś im poleci, by tego nie robiły, i nie odwróciłaby się tylko wtedy, gdyby jej rozkazano, że ma się odwrócić. Zapewne nie mogła być inna. Z piękną i robiącą zawodową karierę kobietą zawsze są kłopoty.

      Odwróciła się więc i ujrzała ucznia-cyborga numer dwadzieścia jeden.

      Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z kanału i faktycznie z kanału wyszedł. Jego jajowata głowa już nie była biała, pokrywała ją bowiem nieregularna warstwa zielonkawego śluzu, tworząc na niej plastyczną mapę jakiejś nieznanej planety z morzami i kontynentami. W ręku kurczowo ściskał błyszczącą metalową kasetę. Uporczywie wbijał w lekarkę niebieskie oczy. Nie mrugał. Zresztą nawet nie mógł mrugać, ponieważ powieki, tak jak i pozostałe części imponderabiliów ludzkiej twarzy, spoczywały wewnątrz tej metalowej kasetki i czekały, aż jakiś zręczny biochirurg połączy je z podkładem sztucznej czaszki.
    • grgkh Twarz człowieka (6) 03.11.05, 16:27
      - Pacjenci z zasady wchodzą do mnie drzwiami - chłodno zauważyła Dagmar. - W ciągu dwunastu lat praktyki jest pan jedynym, który wylazł z muszli klozetowej. W cyboszkole wpoili wam dziwne maniery. Gdzie pańska akredytacja, absolwencie?

      - Nie jestem absolwentem - powiedział Thomas.- Jestem uczniem-cyborgiem numer dwadzieścia jeden.

      Dopiero teraz doktor zakontaktowała.

      - Pan uciekł i... zabił inspektora...

      - Nie chciał mi wydać twarzy.

      Szybko omiotła spojrzeniem jego postać. Nigdzie nie dostrzegła broni, ani za paskiem, ani w fałdach przemoczonej bluzy. Trochę ją to uspokoiło, ale naprawdę tylko trochę. Dobrze wiedziała, że potwór, który potrafi utorować sobie drogę przez rury kanalizacyjne nie potrzebuje żadnej broni. Nie na darmo uczniom-cyborgom wszczepiano zasadę "pamiętaj, że jesteś bombą". Jest im wpajana łagodność i szkoła robi wszystko, aby w nich umocnić i pogłębić skomplikowaną sieć zahamowań. Ale ten uczeń-cyborg nie wygląda na łagodnego i pełnego zahamowań.

      A na dodatek strasznie śmierdzi.

      - Idź do łazienki. Nie, najpierw się rozbierz. Zaraz, tutaj, na miejscu. Te swoje szmaty wrzuć do tej dziury - wskazała otwarte drzwi toalety.

      Zawahał się.

      - Na co czekasz? Wstydzisz się rozebrać przed obcą kobietą? Nie zapominaj, że jestem lekarzem, a ty... ty jesteś kiepskim uczniem-cyborgiem numer dwadzieścia jeden w ósemce.

      - Nazywam się Thomas - powiedział cyborg. Lewą ręką rozpinał guziki bluzy.
      Kasety nie wypuszczał z rąk. Dagmar to spostrzegła i uśmiechnęła się.

      - Boisz się, że ci zabiorę ten skarb, co, Thomas? Jesteś głupi. Nigdy bym się na to nie odważyła. Wiem, że mógłbyś mnie zabić, zanim zdążyłabym mrugnąć. A ty byś to zrobił, prawda, Thomas? Ty nie masz zahamowań. Czemu mówisz na siebie Thomas?

      - Bo nazywam się Thomas. Zawsze się tak nazywałem.

      Zdjął bluzę i jednym ruchem wrzucił ją do otworu. Oczywiście trafił. Cyborg zawsze trafia.

      Patrzyła na jego ciało bez zbytniego zainteresowania. Gdyby to był mężczyzna, może podnieciłby ją tors porośnięty rzadką jasną sierścią, może doceniłaby jego muskularne ramiona, może zainteresowałyby ją sznurki żył rysujące się pod skórą na przedramieniu. Ale Thomas nie był mężczyzną. Był cyborgiem.

      Rozpiął sprzączkę pasa i ściągnął spodnie. Po raz pierwszy miał niezgrabne, chłopięco zabawne ruchy, kiedy wyciągał swoje długie gnaty z mokrych nogawek.

      - Powinieneś wpierw zdjąć buty - zauważyła. Kopnął plastikowe trampki i stanął przed nią nagi, jak go w fabryce stworzyli, z metalowym pudłem pod prawą pachą. Obejrzała go od stóp do głów.

      - Nieźle cię zrobili, postarali się - stwierdziła. - Tylko przesadzili trochę z przyrodzeniem. Wystarczyłoby o połowę mniejsze.

      - Przecież jestem mężczyzną, nie? - ostro ją zaatakował.

      - Jesteś cyborgiem, Thomas, a nie żadnym mężczyzną. Jakim cudem wiesz, jak się wcześniej nazywałeś? No, ale siup, marsz do łazienki, śmierdziuchu, odpowiedzieć mi możesz spod prysznica.

      Posłusznie się odwrócił i poczłapał po grubym dywanie naprawdę jak chłopczyk, który właśnie wrócił z jakiegoś letniego obozu, gdzie się przez dwa tygodnie nie mył i nie przebierał i właśnie jest przez mamę zmuszony do starannych zabiegów higienicznych. Ale chłopczyk nie brałby ze sobą kasety. Thomas nie wypuścił jej z rąk nawet podczas kąpieli.

      Długo trwało, nim kaskady ciepłej wody, szamponów, balsamów i perfum zmyły z ciała cyborga ostatnie ślady tygodniowego pobytu w kanałach. Doktor Sakade była wścibska i chciała wiedzieć o Thomasie wszystko. Chaotycznie jej opowiadał, co przeżył w ciągu ostatnich dni. Jak go oszukali na egzaminach, które zdał celująco, ale ostatecznie mu powiedzieli, że nie ma jakichś zahamowań czy czegoś takiego i nie chcieli mu dać absolutorium i twarzy. No a potem w ostatniej chwili udało mu się wejść do kanału. Chcieli go, łajdaki, utopić, ale on, Thomas, ma na szczęście tak mocny akumulator, że bez kłopotów wytrzymał pod wodą pięć dni.

      - Jaki zbieg okoliczności sprowadził cię do mnie? - zdziwiła się lekarka.

      - Zbieg okoliczności? Znalazłem pani adres w spisie biochirurgów w biurze inspektora!

      - A więc tak to wygada! Chcę otrzymać jeszcze jedną odpowiedź. Czemu nazywasz siebie Thomasem?

      - Przecież już raz pani mówiłem. Ja jestem Thomasem. Byłem mechanikiem na Koriolanie, mieliśmy awarię, przecięło mnie na dwa kawałki...

      - Dobra, dobra... Każdy cyborg kiedyś był człowiekiem. Ale cyborg nie może pamiętać swojej ludzkiej przeszłości, rozumiesz?

      - Nie rozumiem. Dlaczego nie miałbym jej pamiętać? Z przyjemnością ją wspominam.
    • grgkh Twarz człowieka (7) 03.11.05, 16:28
      - Masz szczęście, że ci idioci w cyboszkole nie wpadli na to wcześniej. Zlikwidowaliby cię raz, dwa. Cyborg z ludzką pamięcią nie jest ani cyborgiem, ani człowiekiem. Ma fizyczne cechy cyborga. Jest silny, szybki, sprawny. Ale nie potrafi podporządkować się autorytetowi. Ma swoje ja, własną wolę. Potrafi być egoistyczny i agresywny.

      Podała mu wielki ręcznik frotte. Owinął się w niego cały, tylko owalna głowa, teraz już ponownie biała, błyszczała pod luminescencyjnym sufitem. Była przy nim maleńka - sięgała mu ledwie do ramion. Drobna, ciemnowłosa, o wielkich, ciemnych oczach, tylko odrobinę skośnych. Mówiąc żywo gestykulowała, jakby zakładała, że za wszelką cenę musi interlokutora przekonać. Miał kiedyś podobną dziewczynę. Wymykała mu się, wyśmiewała. Przeklęte życie - tym bardziej ją kochał!

      Przy drzwiach zadźwięczał dzwonek.

      - Co to? Spodziewa się pani jakiejś wizyty?

      Doktor Sakade pokręciła głową. Chwycił ją za rękę.

      - Niech pani nie otwiera!

      Położyła palec na ustach.

      - Jeśli to oni - wyszeptała - otworzą sobie sami.

      - Powiem im, że panią zabiję! Nie odważą się rozbić drzwi!

      - Ty mnie nie zabijesz - powiedziała cicho. Patrzyła mu prosto w oczy. Były bez wyrazu, okrągłe jak guziki, zwierzęco rozbiegane. Ale jego spojrzenie nie budziło w niej wstrętu. Zresztą, była specjalistą, biochirurgiem.

      Puścił jej rękę, którą cały czas trzymał. Na przedramieniu miała czerwony odcisk. Delikatnie pogładziła go palcami lewej ręki.

      Niewesoło się uśmiechnęła i szybko poszła do przedpokoju. Słuchał z napięciem i równocześnie kalkulował: z łazienki do toalety osiem kroków... Jeśli zacznę lewą nogą, prawą trafię na brzeg dziury, czyli... Będą strzelać. Dosięgną mnie? Ale gdybym porwał lekarkę i wziął ją jako zakładnika... Bzdura, nie mogę jej wziąć do kanału.

      Usłyszał trzask drzwi.

      - Pani doktor Sakade?

      - Sądząc po tym, że nie umiecie przeczytać wizytówki na drzwiach, panowie chyba z policji?

      - Służba bezpieczeństwa - sprostował pan z policji. - Możemy wejść?

      - Nie możecie. Chyba żebyście mieli nakaz aresztowania podpisany przez prokuratora.

      - Pani nas nie rozumie, pani doktor. Przychodzimy w pani interesie. Stwierdziliśmy, że uczeń-cyborg numer dwadzieścia jeden działa. Wiemy też, że przywłaszczył sobie twarz. Na pewno spróbuje zmusić jakiegoś biochirurga...

      - W zielonym dystrykcie jest nas dwustu.

      - W tej chwili nasi ludzie są u każdego z pani kolegów.

      - Czyli ryzyko, że przyjdzie właśnie do mnie, wynosi jeden do dwustu?

      - Dokładnie tak, pani doktor.

      - Takie ryzyko zniosę zupełnie spokojnie.

      - Ale naszym obowiązkiem...

      - Waszym obowiązkiem jest iść do cholery, skoro wam to rozkazuję.

      - Proszę tak z nami nie rozmawiać - męski głos zlodowaciał.

      - Ja z wami w ogóle nie będę rozmawiać. Od razu zadzwonię do pułkownika Fobassy.

      Thomas usłyszał, jak młoda kobieta zdejmuje słuchawkę ze ściany i stuka w klawisze.

      - Richard? Tu Dagmar. Słuchaj, kochanie, w drzwiach mi się tłoczy siedmiu facetów, są spoceni pod pachami i mają płaskostopie. Oprócz tego dźwigają ze sobą jakąś armatę czy miotacz ognia i boję się, że mi rozbiją lustro w przedpokoju. Nie mógłbyś załatwić, żeby się stąd wynieśli? Co? Oczywiście, że wszystko w porządku, sielanka, jak zwykle...
      Dobra, dam ci go.

      Potem Thomas usłyszał już tylko:

      - Tak jest. Tak jest. Tak jest, panie pułkowniku. Tak jest. Rozkaz, panie pułkowniku.

      Zniknęli tak szybko, jak się pojawili, ci mężczyźni spoceni pod pachami i z płaskostopiem, wzięli tę swoją armatę czy miotacz ognia, którym poważnie zagrażali integralności lustra w przedpokoju pani doktor Dagmar Sakade. Zatrzasnęła za nimi drzwi i zawór bezpieczeństwa zasyczał, kiedy hydraulicznie sterowane cięgno wsunęło metalowe języki zapór w karbonitowe łoża.

      Thomas wyszedł z łazienki.

      Dagmar plecami opierała się o drzwi. Szybko oddychała.

      - Myślałam, że umrę ze strachu - powiedziała.

      - Dlaczego się ich bałaś?

      - Bałam się o ciebie, głuptasie.
    • grgkh Twarz człowieka (8) 03.11.05, 16:29
      Zazdrość ścisnęła mu serce. Serce? Nie miał żadnego serca, tylko wyjątkową silną baterię energetyczną. Ale był zazdrosny jak operetkowy amant.

      - Kim jest ten pułkownik?

      - Pożyteczna znajomość. Czasami pracuję dla wojska, rozumiesz? Dla jednostek specjalnych.

      - Czemu mówiłaś do niego kochanie?

      - Miałam mówić gnojku? A teraz skończ to głupie gadanie i chodź do mnie. Chcę się przekonać, czy naprawdę nie masz żadnych zahamowań. Chcę zobaczyć, czy tego twojego sportowca zrobili ci tylko na pokaz. Pokochaj mnie. Teraz, zaraz, tutaj na miejscu.

      Kombinezon rozpadł się na niej i z szelestem zsunął do stóp. Puścił ręcznik. W szarówce przedpokoju błysnął jego tors z kontrastującą ciemną plamą w miejscu, którędy przed tygodniem wniknęła rakieta pistoletu Bevilaqui. Kiedy do niej podszedł, uzmysłowił sobie, że do tego, co ma zamiar zrobić, i czego pragnie, potrzebuje obu rąk. Po raz pierwszy od siedmiu dni położył metalową kasetę z twarzą na ziemię i wypuścił ją z ręki. Dopiero teraz poczuł się nagi i strasznie zagrożony. Zapragnął gdzieś się schować, zapragnął kogoś zabić, zapragnął z kimś się kochać.

      Chwycił ją w pasie gorącymi, suchymi dłońmi, bez wysiłku ją uniósł i nasadził na siebie.

      Nie szło to łatwo, zdecydowanie nie szło to łatwo. Mówiąc językiem technicznym, oba systemy, które weszły w interakcję, były rozmiarowo niekompatybilne, zresztą pierwsze okrzyki, które wydała Dagmar, nie były okrzykami rozkoszy. Ale wszystko dobrze się skończyło i specjalista biochirurgii wkrótce się przekonała, tu, w przedpokoju, a później kilkakrotnie w łóżku, że zbiegły cyborg naprawdę nie ma tylko na pokaz tej części swojego bioplastowego ciała, którą ona, Dagmar, kpiarsko, choć z sympatią, nazwała sportowcem.

      =

      Czy cyborg odczuwa potrzebę snu? Tak i nie. Jego bioplastowe ciało nie potrzebuje odpoczynku. Ludzki mózg zamknięty w karbonitowej skrzynce ma jednak takie same wymagania, jak jakikolwiek inny mózg w skrzynce z kości, tym bardziej, jeśli jest zmęczony po silnych wrażeniach. I tak na granicy nocy i dnia zasnął również Thomas.

      Kiedy się obudził, słońce stało wysoko nad horyzontem a jego promienie pracowicie przedzierały się przez przyciemnione szyby.

      Rozkosznie wciągnął w nozdrza zapach sypialni, zapach perfum, kosmetyków, delikatnej bielizny.

      I zapach metalu.

      Raptownie usiadł. Pięciu mężczyzn w kuloodpornych pancerzach celowało w niego ze swoich karabinów. Thomas uświadomił sobie, że należą do innego ugrupowania zbrojnego niż szkolni komandosi. Mają żółte pancerze, a szkolni komandosi byli pomarańczowi.

      Rozejrzał się wokół siebie, ale Dagmar tu nie było. Nigdzie też nie widział metalowej kasety z twarzą.

      Naciągnął kołdrę, by przkryć swoją nagość. Jeden z żołnierzy roześmiał się, ale Thomas nie potrafił określić, który. Hełmy zakrywały głowy i twarze.

      W drzwiach stanęła Dagmar, kusząca, świeża, uśmiechnięta. Przez ramię zaglądał jej mężczyzna w niebieskim mundurze. Miał piękną, męską twarz, jak z nienawiścią zauważył Thomas.

      - Mój kochaś już się obudził - zaszczebiotała Dagmar. - Richard, czyż on nie jest piękny? A jaki wydajny! Pod każdym względem, możesz mi wierzyć, wypróbowałam.

      - Ty wstrętna dziwko, zakablowałaś mnie! - powiedział Thomas.

      - Kochaś się gniewa - rzeczowo skonstatowała Dagmar. Chciała wejść do pokoju, ale pułkownik ją powstrzymał.

      - Nie dotykaj jej, bo ci poprzetrącam łapy - huknął na niego Thomas.

      - Interesujące - stwierdził pułkownik.-Zazdrosny cyborg. Ztakim przypadkiem jeszcze się nie spotkałem.

      - Lodovic jest przypadkiem wyjątkowym pod każdym względem - oświadczyła Dagmar. - Będziesz mi za niego wdzięczny. I ty też, ty nadęta trąbo, będziesz mi dziękował, że cię ocaliłam przed policją i jeszcze załatwiłam pracę.

      - Ocaliła przed policją? - nie pojmując powtórzył cyborg. - A co ci...

      - Ugrupowania zbrojne obrony zewnętrznej, panie Thomas. Ponieważ jeszcze jest pan cywilem, przedstawię się: pułkownik Richard Fobassa. Będę zaszczycony, jeśli zaciągnie się pan do mojej jednostki, panie Thomas. Jestem szczegółowo poinformowany o pańskim przypadku. Pańska przeszłość... jako człowieka mi imponuje, a tym bardziej zainteresowały mnie pańskie wyczyny w ciągu ostatnich siedmiu dni...

      - To ten człowiek, z którym rozmawiałaś...

      - Oczywiście - roześmiała się kobieta. - Kiedy tylko usłyszał umówione hasło sielanka, od razu tu przygalopował. Zachowywał się dyskretnie, inaczej nawet nie potrafi. Poczekał, aż się obudzisz zupełnie z własnej woli.

      Thomas obwiązał się kołdrą wokół pasa i zszedł z łóżka.

      - Nie zabijecie mnie?
    • grgkh Twarz człowieka (9) 03.11.05, 16:30
      Pułkownik Fobassa się roześmiał.

      - Ależ, panie Thomas! Jest pan przede wszystkim cyborgiem. Już pan umarł, czyli nikt pana zabić nie może, jedynie zlikwidować, to po pierwsze. A po drugie - dla mnie jest pan cenny tylko w stanie zdolnym do działania. Czy myśli pan, że fatygowałbym się tu osobiście, gdyby mi zależało na pańskiej likwidacji?

      - A ci... - Thomas wskazał głową żołnierzy.

      - To moja ochrona osobista. Chłopcy, możecie odejść. Pan Thomas będzie rozsądny, prawda?

      Żołnierze wytrenowanymi ruchami wsunęli karabiny w uchwyty na tylnych płatach pancerzy i wymaszerowali z pokoju.

      - Gdzie jest moja twarz? - przypomniał sobie Thomas.

      Teraz zauważył, że kaseta leży przy drzwiach.

      Dagmar ją podniosła i przytuliła do piersi.

      - Wyobraź sobie, że kochaś Lodovic przez cały tydzień nie wypuścił tego z ręki. Trzymał ją jako dziecko zabawkę.

      - To potrafi tylko cyborg - zauważył pułkownik.

      - Kiedy mi ją założycie?

      Pułkownik wymienił z lekarką krótkie spojrzenia. Czy już jest spokojny, pytał pułkownik bez słów. Jak owieczka, odpowiedziała lekarka.

      - Żołnierz nie potrzebuje twarzy, Thomas.

      Po raz pierwszy nie użył słów "panie Thomas".

      - Zresztą będzie pan służył na posterunkach obrony zewnętrznej. Tam doskonale się pan obejdzie bez twarzy. Jest tam wielu takich jak pan. Każdy z nich zbiegł z cyboszkoły, każdy z nich ma za sobą ciekawe przeżycia. Nie będzie się pan z nimi nudził. To wartościowe sztuki.

      Sztuka o nazwisku Lodovic Thomas wbiła w Dagmar swoje wilgotne spojrzenie. Kobieta nerwowo się roześmiała.

      - Richard ma wobec ciebie dobre zamiary, kochanie. Zaufaj mu. Twarz tylko by ci przeszkadzała. Zresztą popatrz, jaka jest brzydka.

      Jednym ruchem otworzyła zamek bezpieczeństwa kasety i wytrząsnęła zawartość na ziemię.

      Bezkształtna galareta upadła na podłogę, plasnęła i powoli się rozpłynęła. Jej różowy odcień szybko szarzał, wkrótce stał się brunatny. Lekarka obojętnie obserwowała tę przemianę. Ta twarz i tak już była do niczego, skoro cyborg przez tydzień targał ją po kanałach. Myślała, jak on się może czuć. Chyba nie najlepiej. Ale to na pewno zdrowa lekcja. Musi sobie uprzytomnić, w jakiej sytuacji się znajduje i im wcześniej ta prawda do niego dotrze, tym lepiej. Takie już jest życie. Niełatwe ani dla człowieka, ani dla cyborga.

      - No widzisz - powiedział cicho cyborg patrząc na zniszczoną twarz. - No widzisz, moja miłości. Ja tak wierzyłem, że dostanę od ciebie twarz. Dałbym ci za nią serce.

      Lekarce drgnęły kąciki ust, ale opanowała się. Kosztowało ją to jednak niemało wysiłku. Cyborg powiedział coś wielce zabawnego. Przecież on nie ma żadnego serca.

      Spojrzał na nią i porywczo powiedział:

      - A jednak dam ci swoje serce.

      Pułkownik krzyknął i chwycił lekarkę za ramię. Gdyby był cyborgiem, zdążyłby ją pociągnąć do tyłu. Ale pułkownik nie był cyborgiem. Był człowiekiem.

      Lodovic Thomas chwycił się za pierś, wcisnął palce między karbonitowe żebra i jednym szarpnięciem je wyrwał. Potem włożył do rany dłonie aż po nadgarstki, wymacał akumulator i wyciągnął go.

      - Ja... - krzyknął i to było jego ostanie słowo.
      Cyborg nie powinien mówić "ja", tym bardziej żołnierz-cyborg, pomyślał pułkownik i to była jego ostatnia myśl. A Dagmar Sakade, biochirurg na etacie sił obrony zewnętrznej? Ona nie pomyślała w ogóle nic, tylko przed oczyma niewyraźnie zamigotał jej obraz plakatu, który widziała na jakiejś inspekcji w cyboszkole. "PAMIĘTAJ, ŻE JESTEŚ BOMBĄ", widniało na nim.

      Akumulator upadł na podłogę i wybuchł z gwałtownością, której można się było po nim spodziewać.
    • serhamesar Re: SF: Granice człowieczeństwa 03.11.05, 22:00
      Ondřej Neff - "Twarz człowieka" (przekład Joanna Czaplińska)

      Super. Chyba musze poszukać tego autora.
      • chelseaa Re: SF: Granice człowieczeństwa 03.11.05, 22:28
        Rzeczywiście , wciąga jak chodzenie po bagnach . Nie ma to jak krótkie formy
        literackie .Qurde , wzruszyłam się .
        ''''
        Czy, jeśli będziemy inni, to też będziemy "my"? Co to znaczy "my"?
        ,,,
        To zależy , ile będziemy chcieli pamiętać .
        • grgkh Granice człowieczeństwa 03.11.05, 23:02
          chelseaa napisała:

          > Rzeczywiście,
          > wciąga jak chodzenie po bagnach.
          > Nie ma to jak krótkie formy
          > literackie. Qurde, wzruszyłam się.

          > > Czy, jeśli będziemy inni,
          > > to też będziemy "my"?
          > > Co to znaczy "my"?

          > To zależy,
          > ile będziemy chcieli pamiętać.

          Chcieli?
          Będziemy chcieli wiedzieć "jacy" oni byli, czy będziemy chcieli być "jak" oni?
          Jak kto?
          Jaskiniowiec?
          Czy autorytet moralny, który dziś nim jeszcze jest, a jutro może być wyklęty?

          Musimy szukać i wiedzieć. Musimy szanować inne istnienia, jakie by one nie były, ale... musimy pamiętać, że ponosimy odpowiedzialność za kształtowanie ich, choć nam się może wydawać, że nie mamy na to wpływu.

          Musimy wierzyć w ten wpływ, czuć się częścią świata złożonego z tych istot.
          Tu i teraz.
          Drugiego razu nie będzie.
          I nie liczy się nasz pobyt w zaświatach.
          • chelseaa Re: Granice człowieczeństwa 03.11.05, 23:28
            > Musimy szukać i wiedzieć. Musimy szanować inne istnienia, jakie by one nie
            były
            > , ale... musimy pamiętać, że ponosimy odpowiedzialność za kształtowanie ich,
            ch
            > oć nam się może wydawać, że nie mamy na to wpływu.
            >
            > Musimy wierzyć w ten wpływ, czuć się częścią świata złożonego z tych istot.
            > Tu i teraz.

            '''''''
            Musimy ?
            ''''''''

            • grgkh Tak. 03.11.05, 23:39
              Musimy, bo jesteśmy ludźmi. To są granice człowieczeństwa.
              • chelseaa Re: Tak. 04.11.05, 10:33
                > Musimy, bo jesteśmy ludźmi. To są granice człowieczeństwa.


                Ty musisz
                On musi
                Ja nie muszę , ja chcę
                • grgkh Re: Tak. 04.11.05, 12:13
                  Każdy to nazywa po swojemu, najważniejsze, że idziemy w tę samą stronę.
                  smile))
                  • chelseaa Re: Tak. 04.11.05, 14:52
                    > Każdy to nazywa po swojemu, najważniejsze, że idziemy w tę samą stronę.
                    ,,
                    po wydeptanej ścieżce idzie sie najłatwiej
                    • grgkh Re: Tak. 04.11.05, 14:59
                      chelseaa napisała:

                      > > Każdy to nazywa po swojemu, najważniejsze,
                      > > że idziemy w tę samą stronę.

                      > po wydeptanej ścieżce idzie sie najłatwiej

                      Ale mniej ciekawie.
                      Ja zawsze lubiłem nowe "wertepy" (oprócz tego, co znane i polubione wcześniej).
                      wink
    • crax Świetne 04.11.05, 10:24
      grgkh, masz może jakieś linki do e-booków z jego opowiadaniami?
      • grgkh Re: Świetne 04.11.05, 12:11
        Niestety, nie mam...
        Nie szukałem specjalnie fantastyki w sieci.

        Czytałem i kupowałem jej kiedyś bardzo dużo. Teraz wracam do tego gatunku sporadycznie. To opowiadanie pochodzi ze zbiorów, które likwiduję, z miesięcznika "Problemy" (1992, nr. 4 i 5). Przeglądam stare roczniki i ciekawsze rzeczy sobie skanuję.

        Przypadek zdecydował... może jeszcze kiedyś... wink

        Inne linki...
        www.wiki.maksiu.pl/wiki/Fantastyka_naukowa
        A czy Ty masz może coś ciekawego?
        • crax Re: Świetne 04.11.05, 12:36
          No ja raczej linków nie mam, niestety.
          Też kupowałem kiedyś bardzo dużo SF (O. Neffa znam na przykład z "Fantastyki").
          Teraz przeszedłem na fantasy (A. Sapkowski).

          Ale za opowiadanko wielkie THANKS!!
    • ghost25 Re:do grgkh 04.11.05, 14:11
      Przegladasz czasami pocztę e -mailową ?
      • grgkh Już odpisałem 04.11.05, 15:00
    • sliwka1977 Re: SF: Granice człowieczeństwa 04.11.05, 17:20
      Fajna opowiastka smile Ale czym jest człowieczeństwo?
      • tessa18 Re: SF: Granice człowieczeństwa 05.11.05, 14:06
        Ktoś kształtuje nasz świat na swoje podobieństwo.
        Ten świat jest okrutny,pełen przemocy,bez ludzkich uczuć.Nawet człowiek nie ma
        twarzy.Jest pionkiem w grze ,nikim ,nic nie znaczy.Życie straciło wartość.Liczy
        się gra.
        To świat fantastyki,ale ktoś chce aby stał się rzeczywistością.Ja mocno opieram
        się tej SILE>
        Pragnę innego świata ,bez przemocy,korupcji,niesprawiedliwości,obłudy.
        Świata gdzie panuje prawda i sprawiedliwość.Gdzie każdy człowiek ma równe sznse
        i może żyć godnie.
        Dlatego te opowiadania są dla mnie bełkotem.
        • tessa18 Re: SF: Granice człowieczeństwa 05.11.05, 15:36
          Oglądałam film fantastyczny o dwóch mężczyznach poddanych hibernacji.Obudzili
          się w świecie rządzonym przez kobiety.Świayt ten był pod ziemią,nie było
          światła słonecznego,drzew,kwiatów,trawy.Smutny świat:{
          Inny film "Planeta małp"opisuje świat rządzony przez małpy.Ludzie są
          niewolnikami.sad
          Ogólnie rzecz biorąc wizja świata SF jest dla mnie nie do przyjęcia.W pogoni za
          sensacją pisarze takich opowiadań tworzą coraz dziwniejsze wizje świata
          przyszłości.Zapominając o naturalnych ludzkich potrzebach:bezpieczeństwa,piękna
          miłości.
          Świat SF jest odczłowieczony.
          • serhamesar Re: SF: Granice człowieczeństwa 05.11.05, 15:43
            tessa18 napisała:
            "Ogólnie rzecz biorąc wizja świata SF jest dla mnie nie do przyjęcia.W pogoni za
            sensacją pisarze takich opowiadań tworzą coraz dziwniejsze wizje świata
            przyszłości.Zapominając o naturalnych ludzkich potrzebach:bezpieczeństwa,piękna
            miłości."

            A może bys poczytała ksiazke jakąś ?
            Ale dobrego autora, np: Philip K. Dick uznawanego za klasyke nie tylko gatunku
            SF. Dziwnych światów tam raczej nie ma ale za to sa kapitalne opowiadania
            czesto zmuszajace do myślenia. No i kilkadziesiat powieści.
        • grgkh Re: SF: Granice człowieczeństwa 05.11.05, 17:40
          > Ktoś kształtuje nasz świat
          > na swoje podobieństwo.
          Kto? Czy nie Rydzyki i inne grzybki?

          > Ten świat jest okrutny,pełen przemocy,
          > bez ludzkich uczuć.
          Nigdy nie był inny. Cała Biblia to jeden wielki ciąg przemocy i okrucieństwa. Jednym z większych okrutników jest bóstwo, które topi całą ludzkość w potopie.

          > Nawet człowiek nie ma twarzy.
          To przenośnia. Odczłowiecza wiara, która robi ludzi zniewolonymi automatami do czczenia samolubnego bożka. Ci ludzie nie mają swojej indywidualności, swojej twarzy.

          > Jest pionkiem w grze, nikim ,
          > nic nie znaczy.
          Są pionkami w rozgrywce wyznawców, któzy rozgrywają własne interesy.

          > Życie straciło wartość
          Dla mnie nie straciło. Ja chcę żyć i chcę walczyć ze złem.

          > Liczy się gra.
          Taka jest polityka. Istnieje tak długo, jak długo istnieją stada ludzkie. Tylko powwzechna mądrośc może nas ochronić przed manipulowaniem. Również przez religię.

          > To świat fantastyki,ale ktoś chce
          > aby stał się rzeczywistością.
          To świat alegorii. Wyciągajmy wnioski...

          > Ja mocno opieram się tej SILE
          Ale tylko jednej. Drugiej beznadziejnie uległaś.

          > Pragnę innego świata ,bez przemocy,
          > korupcji,niesprawiedliwości,obłudy.
          To utopia. Tylko racjonalnośc, rozsądek i mądrość dla wszystkich posunie nas w tym kierunku, ale nie da gwarancji dojścia do idealnego świata.

          > Dlatego te opowiadania są dla
          > mnie bełkotem.
          To sztuka, to sposób uświadamiania ludziom czegoś, co lepiej trafia...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka