Jak to się stało, że stałyście się Pańciami pierwszgo w życiu kota? Czy był to efekt przypadku, czy przemyślanej decyzji, czy też dobre serduszka pierwszego futrzaka przygarnęły i wyprowadziły z niedoli do krainy miłości?
Może sobie powspominamy w te zimowe wieczory?
U mnie było tak.
Miałam może z siedem lat. Było lato. U sąsiadów w piwnicy okociła się koteczka. Razem z moją przyjaciółką od serca

postanowiłyśmy zaadoptować po jednym kociątku. Nie mówiąc o tym nikomu obmyśliłyśmy plan. I do dzieła

Wyczekałyśmy moment, w którym kocia mama otwartym oknem wyszła z piwnicy (pewnie po jedzonko), a kociaki zostały same. Jedna z nas została na czatach, coby kociej mamy nie wpuścić (na wypadek szybkiego powrotu), druga natomiast pobiegła do sąsiadów z wymyślona wiadomością, że piłka wpadła nam do ich piwnicy.
W ten sposób zdobyłyśmy klucze. Jedna nadal na czatach, druga w tejże piwnicy wybierała kocięta, to znaczy szybko ukradła kociej mamie dwa śliczne kocurki.
Nie będę opisywała co działo się dalej i co na to rodzice jednej i drugiej, zważywszy, że kocurki były jeszcze bardzo maleńkie i powinny być jeszcze długo z mamą.
Jednak zostały z nami, bo po długich rozmowach dorośli doszli do wniosku, że kocia mama może nie zaakceptowac już porwanych dzieci i postanowili nie ryzykować.
Nazwałam kocurka Mruczek – zawsze odprowadzał mnie do szkoły, dożył z nami późnej starości