Jestem po 3 tygodniowej kuracji Ryska lekami homeopatycznymi, wczoraj rozmawialam z Szamanem.... niestety, leczenie nie przynioslo spodziewanych efektow

Jest lepiej, Rysiek jest spokojniejszy, wchodzi sam na kolana, przychodzi do nas do lozka na miziaki, ale sika

Wczoraj mialam niespodziewany najazd gosci, wiec na szmacie ostro szalalam, doprowadzilam dom do porzadku, dzis nasikane w trzech miejscach. Rada Szamana: wypuscic kota z domu na noc...

a ja umre ze strachu, a potem z rozpaczy jak cos mu stanie. Mieszkam tuz przy jezdni, bardzo ruchliwej, kazdy tu pedzi tak, ze w sezonie letnim, nie puszczam corki samej (12 lat) do Lidla naprzeciwko, bo nikt nie zwalnia przed pasami. Dwa "moje" koty zostaly tam zabite, kilka obcych osobiscie zbieralam z jezdni. Ale Pi.asia mowi tak: noca masz mniejszy ruch, moze sie udac...mysle ze Pi.asia moze miec racje, ale mam kolejne"ale": psy. Rysiek atakuje wszystkie psy, bez wyjatku... zawsze dzieje sie na moim podworku, na moich oczach i zawsze interweniuje, choc psy uciekaja przed nim. A jak trafi na takiego co nie ucieknie? I znowu Pi.asia mi dobrze mowi: w nocy kot ma wieksze szanse. Blagam powiedzcie co robic? Zyc w zasikanym, z kotem w stresie, czy wypuscici do konca zycia zycia nie darowac sobie, gdy kotu cos sie stanie....mozna mnie opieprzyc, jesli gdzies tu zle mysle, ale ja naprawde nie mam zadnego wyjscia. Nie mam go gdzie oddac, z reszta on nie nadaje sie do adopcji...pomozcie, bo jestem klebkiem nerwow i on tez. Prosze o pomoc kazdego, komu sie jeszcze chce czytac moje marudzenie, kazdego kto ma kota wychodzacego, ale i tez tego co ma koty domowe.