cicha, leniwa niedziela. Koty, oczywista, śpią jak pozabijane. Nagle wleciał motylek. Ledwo go zauważyłam kątem oka, a Szatan z szybkością błyskawicy dopadł biedaka, nie wiem, gdzie, co i jak się zadziało. I jak on go w ogóle zauważył, przecież spał!!! I siedział z biedakiem w mordzie. Wyniosłam Szata na balkon, rozdziawiłam kocią mordę, uwolniłam biedaka, rzuciłam (no, bez przesady

) kotem w salon, żeby zyskać na czasie, ale nie zdążyłam do biedaka a już siedział pod Szatańską łapą. W końcu go odbiłam, i z poniewieranym skrzydłem rzuciłam za okno, niech umiera w spokoju, a nie będąc ofiarą znęcania się i tortur kocich. I wiecie co? Leciał.
A całe kocie towarzystwo zebrało się na balkonie rozważać, co ta głupia matka kocia zrobiła z taką zajefajną zabawką. Pokminiły, pokminiły, i poszły spać dalej.