nie daje sobie rady z kocurem. pocieszcie mnie, ze cos sie zmieni...
mieszkamy sobie na b. malej powierzchni( niecale 30m kw) i na wysokim
pietrze. dawno temu pytalam na forum czy jest sens trzymac kociaka, czy go
nie skrzywdze, itp. ale zachecona komentarzami sie zdecydowalam na te malpe..
od paru tygodni( wakacje spedzil w wiekszym domu) nie daje sobie z nim rady.
praktycznie CALY swoj wolny czas przeznaczam kocurowi i to tylko po to, zeby
miec zapewnione mniej wiecej 7 godzin snu. nie wyobrazam sobie co bedzie np.
podczas sesji. niedlugo dojdzie do tego, ze przez niego rozpadnie sie moj
zwiazek

bo naprawde nie daje nam spac, wyje, drapie sciany, rzuca sie na
okna, halasuje...moj facet chce go zamykac na noc w lazience, co tez mi sie
wydaje fatalnym rozwiazaniem, ale z drugiej strony nie spac przez te kocie
halasy...zreszta takie akcje dzieja sie tez w dzien)
jak tylko znajde -od razu kupie ten wskaznik laserowy, zeby chociaz tym go
wymeczyc. CALY swoj wolny czas trace na wymeczenie kota.
i mam wrazenie, ze ta bestia regeneruje sie(w blyskawicznym tempie) tylko po
to, zeby mnie maltretowac

juz nawet sasiadka powiedziala, ze slyszala jego
wycie!! co sobie ci ludzie musza myslec
i nie moge go wypuscic na klatke( zeby sobie pochodzil troche wiecej), bo
sasiedzi maja labradora. kocur co prawda jest przyjaznie nastawiony do psow,
ale ten jest zdecydowanie za duzy...poza tym wiezowiec, w ktorm mieszkam jest
tak zbudowany, ze przy oknie klatkowym jst 'dziura'20cm do samego parteru( 8
pieter w dol). macie jakies rady? kocur mnie napawde terroryzuje. myslalam,
ze to kwestia kastracji, ale nic sie nie zmienilo( zabieg byl pare tyg temu).
drugi kot nie wchodzi w gre.
jakies rady?