mrumru81
29.09.08, 15:10
W sobotę, w południe znalazłam martwego kocura, z naszych
podwórkowych. Leżał na jezdni. Był ciepły. Pewnie potrącił go
samochód na rogu Brzozowej i Celnej. Położyłam go na murku.
Zadzwoniłam do Straży Miejskiej, pani obiecała przysłać patrol.
chyba nie przysłała, ale akurat jechał wóz Straży z Jezuickiej.
Zatrzymałam i poprosiłam o pomoc. Sądziłam, że przyjedzie staż
zajmująca się zwierzakami i kocurka zabierze. Okazuje się, że w
weekendy ta staż nie pracuje. Zatrzymany Strażnik zadzwonił do
przełożonego (nazywał go dyżurnym),słyszeliśmy jak radzi
podwładnemu, żeby wrzucił kota do śmietnika. Chciałam poprosić kogoś
o zakopanie kota, ale kiedy już przyszła dozorczyni z drugiego końca
ulicy z łopatą, panowie strażnicy nie chcieli pomóc zakopać kota,
sugerując, że można mieć z tego powodu kłopoty. Po półtorej godziny
wykłócania się nad kocurkiem zaczęłam grozić artykułem w prasie.
Pomogło. Zadzwonili do Zakładu oczyszczanie Miasta. Tu znowu
wiadomość, że w weekend nie zabierają zwłok zwierząt. Czyli gdyby
zwierzak był krwawą plamą, to musiałby leżeć do poniedziałku.
Wreszcie włożyłyśmy kocurka w poszewkę i położyłyśmy go w zamykanej
bramie. Musiałam odejść i po moim powrocie już go nie było.
Strasznie przykro. Podobno na Starym Mieście nie ma ruchu
samochodowego, a ciągle zdarzają się wypadki śmiertelne koło nas.
Panowie ze Straż byli okropni.