pijaw 10.07.03, 08:43 Do lek-tury zapraszam :-) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=6884513 A tutaj prosze pomysły na dalsze ciągi zgłaszać :-) Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
szprota Ocalam 09.07.04, 15:51 Prolog Szproty: Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik. Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję i niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał zaufanie i otuchę w sercach wędrowców. • Eyemakk z przeróbkami pijawa Jak każdy alchemik, także i ten poszukiwał możliwości uzyskania złota bez inwestowania złota. Był jednak filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy próbują uzyskać złoto z ołowiu, on więc spróbuje z czegoś innego (całe szczęście - gdyby babrał się jednocześnie w ołowiu i jedzeniu dla gości zajazdu, tym ostatnim nie wyszłoby to na zdrowie. A na pewno ich zębom). Do produkcji złota postanowił użyć tego czego miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, które upadły na ziemię. Jedynie elfy i część ludzi gardzą czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki czy hobgobliny zżerają to ze smakiem - łącznie z tym co na podłogę nie spadło, lecz sobie tam spokojnie żyło. Ponieważ próby uzyskania złota kończyły się jak na razie niepowodzeniem, Alchemik próbował również uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny", uznał bowiem, że jako filozof kamieni filozoficznych to on ma pod dostatkiem. Półki w jego sypialni uginały się od kolekcji kamieni nerkowych, żółciowych i wszelkich innych, które można wyciągnąć z ofiar napadów z użyciem procy. Jednak żaden z okazów nie przybliżał eksperymentatora do rozwązania kwestii tego jedynego, właściwego, uniwersalnego kamienia. Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na konikach dwie piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi... Stajenny, mały i nieznośny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako gospodarz, również wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał gości (tzn. nie miał nowych gości. W każdym zajeździe są starzy bywalcy, którzy ostatni raz byli na zewnątrz gdy formowały się pobliskie góry. Są jednak takie kontynenty, na których poprzednie stwierdzenie oznacza gości, którzy wpadli do baru przed chwilą) i wykorzystywał ten czas na próby zamiany ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to ważny etap na drodze osiągnięcia złota). Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny i jeszcze jeden. Już kiedyś odwiedziła go półelfka i wiedział, co się potem stało. Ale ona była tylko przez chwilę, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były dwie... Były w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu, ani o tym, co może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami. Teraz jednak cel został osiągnięty. • Szprota przedstawia Cordonę Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowniczo i dekadencko (inna rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i niechlujność). Obiecująco pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wygodnej szaty robiły na reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli kojarzyła się z jakimś uczuciem, to był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną. Była zatem podręcznikowym przykładem osoby niepogodzonej ze swoją prozaiczną cielesnością. Dunhillka była dużo bardziej niepozorna i niemal wtapiała się w tło. Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od strony sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru wnosząc – mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypominało skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad stolikiem kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutejszym żargonie – „mocz wieloryba”. • Nieporozumienie Wtem ciszę przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają usta, pół tuzina hemogoblinów. Dźwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie 147 zwrotki i zastąpił je ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru. Pięciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części tułowia wychynął długi rząd spróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech. ((((*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej części gór Czci Onki (nazwa regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji. Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.)))) - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia... CHLAST! Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla. Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach. - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AKWIZYTORZE!!! Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze. Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. Nie słyszał on tego przekleństwa od czasu upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296 kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli Odpowiedz Link
szprota Re: Ocalam 09.07.04, 15:54 Uklękli oni zgarniając przy tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia opalonych owadów które na miejsce swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u powały olbrzymi żyrandol zrobiony z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie wszyskie 16 skrzydlatych łuków z ości kabałamarnicy obrzyna**. W powietrzu zawisło napięcie nie do wytrzymania. A ponieważ nie wytrzymało, opuściło salę w postaci widowiskowego wyładowania atmosferycznego, które powaliło przy okazji pielgrzymkę Dębów Kukara, które spieszyły na doroczny festiwal cza-czy "La Kukara cza" do krainy La. <<<<** Kabałamarnica Obrzyna powstaje z fusów lawowych używanych do wróżenia przez Obrzyna Olbrzymiego - tajemniczą istotę zamieszkującą martwą wulkaniczną wyspę Rev-voll-verr na Morzu Środkowym. O samym Obrzynie niewiele wiadomo. Mag Roob Nicnie podczas swych wielu podróży w głąb wyobraźni i odmienne stany świadomości zanotował tylko, że jest to istota o kształcie bliżej nieokreślonym, której jedyną strawą są ogromne ilości naparu z lawy wypływającej w pobliżu jego pieczary. Powoduje ona różowe zabarwienie na cielsku Obrzyna. Dlatego też czynność pochłaniania naparu - jakże odmienną od ogólnie przyjętego spożywania pokarmu, jeśli wierzyć magowi Roobowi - późniejsi skrybi nazwali wróżeniem.>>>> Odpowiedz Link
szprota Re: Ocalam 09.07.04, 15:56 • Zbliżenie Gnoma pijaw 09.07.2003 11:30 zarchiwizowany Z wychłodzonych zliszczy zajazdu poczęły uciekać zwęglone resztki zastawy i zastawione resztki fantów, które zostawili zwęgleni miłośnicy tostowego pokera. Obserwujący całe zdarzenie draptak umknął z ulgą, gdy przekonał się, że ruchy zgliszcz wywołane były bynajmniej nie ich nagłym ożywieniem, lecz walczącą o dostęp do słońca bojową machiną - depilatorem. Wiele osób twierdzi, że czterdziestu chochlików, to rozrzutność Batterych, skoro można z powodzeniem zastosować w depilatorach ten sam mechanizm z chomikiem i kołowrotkiem, co w tarczach piłowych, lecz praktyka wykazała, że w warunkach bojowych chomiki często zdychają na zawał. Natomiast nawet utrata w boju trzydziestu dziewięciu chochlików pozwala na utrzymanie pozycji, a zabić chochlika Battery jest niezwykle trudno. Chochliki z tego słynnego rodu, ze względu na swe niewielkie rozmiary muszą pozostawać w ciągłym ruchu, przeciwnie ustają w nich procesy życiowe. Dlatego też chłodne poranki i zimowe wieczory są dla nich zabójcze. Bezruch na tyle zagraża ciągłości rodu, że chochliki nigdy nie śpią poza okresem niemowlęctwa, kiedy to szukają ciepła w brodach hemogoblinów, którym odwdzięczają się za opiekę nad młodymi pracując w ich bojowych machinach. Dużym zagrożeniem jest zaklinowanie się depilatora w ciele ofiary, gdyż niemożność poruszania nożami prowadzi do bezruchu chochlika. Aby temu zaradzić, chochliki zaczynają się bić z myślami, co z braku miejsca przeradza się szybko w bratobójczą walkę sąsiadujących Batterych. Jest to właściwie jedyną przyczyną śmierci Battery'ego na polu walki, poza zatruciem pokarmowym i śmiercią ze starości. Śmierć ze starości następuje zwykle wtedy, gdy nigdy nie scinana broda chochlika zostaje zaplątana w tryby maszyny co prowadzi do uduszenia. Jest to naturalne u tego rodu i nie uchodzi za wypadek, dlatego też wdowom nie przysługuje dodatek wojenny do emerytury. Pnący się ku powierzchni zgliszcz depilator Gnoma przebił zapieczoną wierzchnią skorupę, obrócił się kilka razy, aby wybrać kierunek i ruszył ile tylko sił w ostrzach w kierunku bliżej nieokreślonym, ale wyczuwalnym przez chochliki jako najbliższy domowi, którego nie posiadały, ciągnąc za sobą bezwładne ciało Gnoma z pięścią wciąż zaciśniętą na swej rękojeści. Widok ten jest dość częsty na polach walki, na które hemogobliny przychodzą dla rozrywki, jak inne ludy na mecze piramidy odnóżnej. Warto tu wtrącić, że istnieje wiele odmnian tego popularnego sportu, ale wszystkie polegają zgrubsza na umieszczeniu jak największej liczby faraonów w piramidzie jedynie za pomocą specjalnie zaprojektowanych odnóży. Gracze zakładają specjalne skafandry (każda rasa ma swój krój, gdyż uniwersalne, dobre dla człekokształtnych, powodowały wiele skarg, szczególnie ze strony mątew) do których doczepianych jest komisyjnie sześć odnóży. Następnie wypuszczane są specjalnie do tego celu chodowane faraony pustynne (ptaki drapieżne z rodziny strusiowatych). Zdarzały się wypadki, że niektórzy zawodnicy jak i kibice zostali porwani w ich potężne szpony i wynoszeni poza boisko, co było punktowane na korzyść faraonów. Gra dość niebezpieczna, ale bardzo widowiskowa. Niestety wysokie koszty boiska - ze względu na konieczność budowy piramidy - przyczyniły się ostatnio do spadku jej popularności. Wróćmy jednak do hemogoblinów na polu bitwy, a w zasadzie do krajobrazu po bitwie. Pola bitewne hemogoblinów są o tyle unikalne, że nie ma na nich wszechobecnych na innych pobojowiskach padlinożerców. To znaczy są, ale głównie martwe. Co jakiś czas zdarza się jeszcze, że jakiś mniej rozgarnięty sęp tępogłów lub chichiena próbują nieopatrznie skosztować hemogoblina. reszta starszych osobników przygląda się temu z politowaniem, gdyż czterdzieści zmarzniętych chochlików potrafi zrobić w kilka sekund pasztet nawet z trolla. Instynkt podpowiada im, że aby przeżyć należy wykonać dwie rzeczy - ruszać się i ciąć nie-hemogobliny. Ta wierność innej rasie nieraz uratowała życie Gnoma. Choć w większości przypadków, podobnie jak i teraz nie był on tego świadomy. Brak zewnętrznych oznak świadomości nie oznaczał jednak oddalenia się jego duszy do krainy wiecznych wykopów. Pożar pod czaszką nadal tlił się i wywoływał coraz to starsze pokłady podświadomości. Przypomniał sobie swoje narodziny na polu walki podczas odbywającej się co każde trzysta lat świętej wojny z nie- hemogoblinami. Ostatnia trwała już sześćset siedemdziesiąty trzeci rok i hemogobliny zgubiły się w rachunkach z kim toczą sto siedemdziesiątą siódmą, a z kim sto siedemdziesiątą ósmą świętą wojnę i cała starszyzna rodu głowiła się nad tym, aby nikogo nie pominąć, gdyż niektóre inne rasy, na przykład polielfy czy genomy (gnomy z wadą wymowy) mogły się poczuć urażone. w trakcie jednego z ostatnich walnych starć kilkunastu ras (wiele z nich wykorzystywało świętą wojnę hemogoblinów do załatwiania przy okazji własnych porachunków z innymi rasami, lub po prostu dla rozrywki) narodził się wyjątkowo czerwony hemogoblin. Pierwsze słowa jakie usłyszał pochodziły od jego matki, która zirytowanym basem, nie pozbawionym jednak czułości, wrzasnęła: - Właśnie rodzę przekrętny gnomie!!! Mam tylko jedną wolną rękę!! Poczekaj, aż odgryzę uchowinę, to ci pokażę!! Tak więc pierwszym słowem, które natychmiast po narodzinach wymówił nowy goblin, było słowo "Gnom". Pozostałe były dla niego na razie zbyt skomplikowane. Szczęśliwa matka położyła swym grzebieniem trzynastu gnomów aby uczcić to wydarzenie, a na jego pamiątkę nadała swemu dwieście osiemdziesiąt drugiemu synowi imię Gnom. I natychmiast o nim zapomniała, wybiegając na spotkanie czterem trójidom (są to byli druidzi, którzy osiągnęli wyższy poziom rozwoju emocjonalnego - przynajmniej w ich mniemaniu - i za pomocą nanogenetyki i wywaru z kości z serca nietoperza dorobili sobie kolejne członki, tak aby ich ilość zawsze była podzielna przez trzy). Małego hemogoblina Gnoma znalazła inna samica i została jego piastunką. Imię przylgnęło do niego na stałe, mimo że wywoływało nieraz wiele nieprozumień, często dosyć krwawych. Od dzieciństwa Gnom uczęszczał na zajęcia z metaloplastyki i sztuki pierdnięć z zaskoczenia do Miejskiego Koedukacyjnego Gimnazjum Wielorasowego. Po zajęciach chodził do pobliskiej tawerny razem z kolegami - goblinami, gnomami i trollami. Gdy zbyt długo nie wracał do domu troskliwa piastunka zaplatała brodę i wychodziła mu naprzeciw otwierając drzwi tawerny toporem i wrzeszcząc: - Natychmiast do domu zapijaczony, paskudny, nieletni Gnomie!!! Większość obecnych gnomów nie znała jeszcze młodzieniaszka z imienia, więc biorąc do siebie te impertynencje jako przejaw ksenofobii u hemogoblina, z ochotą stawała w obronie równouprawnienia ras do pobytu w lokalu po zmroku. W podobnych okolicznościach hemogoblin Gnom starcił swą piastunkę wraz z trzystu krewnymi podczas pożaru miasteczka akademickiego, który wybuchł gdy dyskusje na temat równouprawnienia tudzież wyższości którejkolwiek z ras doprowadziły do przewrócenia ulicznego lichtarza na skład bimbru gnojnego. Gnom uśmiechnął się w myślach na wspomnienie przymusowych czterech miesięcy wakacji dopóki nie odbudowano Gimnazjum sto dwadzieścia mil dalej. • W drodze do L.A. Słońce wspinało się z mozołem coraz wyżej w swym ogromnym upale przeklinając tego, kto wymyślił reakcje termojądrowe jako sposób na istnienie gwiazd. Tuż nad drzewami przystanęło by złapać oddech i spojrzałoby pod nogi gdyby tylko je miało. Z braku nóg musiało zadowolić się spojrzeniem w bliżej nieokreśloną bliższą dal. Widok ruin zajazdu i losy niedobitków wieczornej jatki zaparły mu dech w bąblach wodoru gnanych ku powierzchni rozpalonego cielska. Południe widząc słoneczny postój nad lasem stwierdziło,że jeszcze z godzinkę w takim razie może pospać i w ten Odpowiedz Link
szprota Re: Ocalam 09.07.04, 15:59 sposób słoneczny ranek zawładnął doliną na czas wystarczający do opowiedzenia kolejnej historii. Gdy tylko promienie słoneczne zaczęły ciekawsko przygrzewać w opończę Alchemika, ten zrzucił ją jednym ruchem ramion. Obudzona nagłym szarpnieciem opończa zaskrzeczała obrażona, odbiła się od ziemi i unosząc się zaczęła zataczać kręgi nad wędrowcami w poszukiwaniu padliny, którą mogłaby się pożywić. Rumor ten wybił ze snu Cordonę. Wyprostowała się w siodle, nastawiła wybitą przez rumor szczękę i ziewnęła potężnie płosząc wciąż zagniewaną opończę. Rozejrzała się wokół powoli, ujrzała Alchemika i natychmiast wróciła pamięć ostatnich godzin w zajeździe. To znaczy ostatnich przed utratą przytomności. Ponieważ półelfy nie rozpatrują tego co minęło, bo zbyt je pochłaniają możliwości tego co będzie, Cordona poprawiła suknię i spojrzała z zainteresowaniem przed siebie na drogę. - Daleko jescze do La? Alchemik wytrącony ze swoich myśli spojrzał na nią spode łba. Szybko jednak się opanował i przywdział na twarz ironiczny uśmiech. - Witam Panią, jakże się spało? Czy aby nie za twarde łoże? Głodnaś Pani? Tym razem Cordona popatrzyła spode łba. - Na mózg Ci padło? Wyciągnąłeś mnie nieprzytomną, więc jestem Ci bardzo wdzięczna, ale zadałam konkretne pytanie. Po obranym kierunku mniemam, że zmierzamy do krainy La. Bardzo miło bo mam tam nigdy nie widzianą ciotkę Cremonę. Kiedy będziemy na miejscu? Alchemik westchnął. Z Półelfkami było gorzej niż z ludzkimi rozwydrzonymi księżniczkami. Musiał to jakoś odreagować. Sięgnął w juki i wyciągnął pochrapującego nizioła Huba. Potrząsnął nim, a potem rzucił o drzewo. Nizioł zabełkotał, wstał, otrzepał się i hyłkiem ruszył w kierunku widocznej na horyzoncie termitiery. Dochodził z niej odległy dźwięk kuchennego gongu. Jeśli się pospieszy, może się załapie na resztki z obiadu. Alchemik popatrzył za nim ponuro, następnie spojrzał kątem oka na zawisłe w powietrzu pytanie, odchrząknął i stwierdził: - Jeśli słońce się nie ruszy jeszcze przez godzinę to na kolację w sam raz. A jeśli się ocknie, to przenocujemy w osadzie dębów Kukara dziesięć mil od granicy. - Byłeś kiedyś w La? To podobno przepiękna, śpiewająca kraina... - Byłem. Ale do twojej wiadomości: nazwa La nie pochodzi od nut. Właściwie jest to L.A. Nazwa pochodzi od Lewitujących A-monitów - pierwotnych mieszkańców tej krainy. - A-monitów? Co to za stworzenia? - To skorupiaki unoszące się nad ziemią dzięki tchawkom wypełnionym wodorem. Porozumiewają się za pomocą monitów wyświetlanych na monitorach wyrastających powyżej otworu gębowego. wszystkie wyrazy monitów zaczynają się na "A". Stąd nazwa: A-monity. - No to świetnie... Moja ciotka jest telewizyjnym ślimakiem z tendencją do samozapłonu... - Nikt nie jest doskonały. To rzekłszy Alchemik popędził wierzchowca. Odpowiedz Link
szprota Re: Ocalam 09.07.04, 16:01 • Hiszpańska telewizja - pierwsze pytanie Echo okrzyku spłoszyło konie, które stanęły dęba wzbudzając zazdrość dwóch rachitycznych dębów Kukara usychających u stóp skalnego usypiska. Alchemik i Cordona próbując okiełznać konie nawet nie spostrzegli, gdy otoczyły ich trzy kamieniste kształty. - NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!! - wrzasnął powtórnie najwyższy troll. - Taaak... Wiemy... wrzeszczałeś już. Można prosić trochę ciszej? Mam wrażenie że słuch będzie mi jeszcze potrzebny. - Odparł Alchemik przetykając uszy. - O co chodzi z tą telewizją? - Macie jakieś wizje? - zainteresowała się Cordona. - czy oni jedli te termicie grzybki? - zwróciła się do Huba. - Czy to coś w stylu hiszpańskiej muchy? - rozmarzył się Hub ignorując pytanie półelfki. - No co? To taki wywar ze zgniłych korzeni dębów Kukara. - Zaczął się tłumaczyć widząc zdumione spojrzenia całej reszty towarzystwa - Zbiera się je, gdy dęby pójdą szukać sobie partnerów. Kiedyś próbowałem, nieźle potrafi sponiewierać... Na to wspomnienie coś w rodzaju uśmiechu zakwitło mu pod nosem, aby czym prędzej zwiędnąć w oparach gazów wydobywających się z zepsutych zębów. - NIE!! NIE!! NIE!! To nie tak... Powinniście omdlewać ze strachu! - najwyższy trol zaczął wykazywać oznaki zdezorientowania. - Zaczniemy jeszcze raz! Za mną! - Syknął do swoich towarzyszy. Trójka trolli wtoczyła się z mozołem za skalny ustęp, by po chwili wyturlać się błyskawicznie zza niego i przybierając postawy mniej więcej bojowe (na jakie pozwalały zawroty głów po turlaniu) wrzasnęła: - NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!! Nizioł, człowiek i półelfka spojrzeli po sobie. Cordona ziewnęła. - Co z nimi? To deżawu? - Spytała swoich towarzyszy. - Dzień Świstaka? - Wyraził swoje przypuszczenie Hub. Przypuszczenie zaraz po wyrażeniu przypuściło atak na resztki liści jednego z rachitycznych dębów Kukara, który zaklął cicho i zaczął opędzać się konarami. - Dzień Świstaka był w zeszłym miesiącu. A deżawu rośnie tylko na odchodach lodowych trolli. Nie występuje w tych okolicach. - Alchemik znowu błysnął wiedzą ze scenariusza. - Sprawdźmy... To mówiąc zaczął grzebać w sakwach, by po chwili wyciągnąć opasły tom w łuskowatej oprawie. - Hmm... okrzyki... rządza władzy... hmm... chyba mam. Tak! To POLITYKA. Jednym z objawów choroby jest uporczywe powtarzanie jednej frazy w nadziei, że słuchacze uwierzą w jej prawdziwość. Poza tym ta rządza władzy, czerwone wypieki na twarzach... Wszystko się zgadza... "Tezaurus Dwuznaczny" jednoznacznie to definiuje. - Zaraz zaraz... Czerwone wypieki? U trolli? Macie w sobie dużo żelaza, co? - Zagadnął Alchemik przyjaźnie. - Jemy dużo szpinaku... - zaczął jeden z mniejszych trolli wypinając dumnie rudą skorupę. - Zamknij się! - Największy troll trzepnął swego pobratymca obuchem topora aż poleciały skry opalając pnie dwóch rachitycznych dębów Kukara. - To nie do zniesienia moja Duszko. - Zaczął żalić się jeden z dębów. - najpierw ta trąba powietrza, która nas tu wyrzuciła, potem żwirowe korniki, to przebrzydłe przypuszczenie, a teraz iskry... nigdy więcej nie dam się namówić na wakacje za granicą! - To wszystko twoja wina! Gdybyś wykupił bilety w pierwszej klasie, to byśmy nie mieli miejsc tak blisko krawędzi wiru i pewnie teraz wygrzewalibyśmy konary w Dąb Springs! A w biurze podróży ostrzegali nas, że Nadęty Wiolin, bóg trąb powietrznych i gwiżdżących wiatrów, niech mu nuty dopisują, nie bierze odpowiedzialności za podróżujących w klasie turystycznej! Ale do ciebie to można mówić! Stary, głupi, pusty żołądź! - Miotał się drugi dąb zwany Duszką. - Ekhem... - Chrząknął Alchemik, gdy umilkło dźwięczenie wszystkich kryształów porastających głowę mniejszego trolla. - Przepraszamy, że nie wykazalismy się należytym respektem i refleksem i wasz przerażający okrzyk nie spowodował naszego omdlenia, ale musicie zrozumieć, że według "Słownika wyrazów plugawych ze skorowidzem miejsc wszelakich" Trolle Żelazne nie występują w tych okolicach. Nie mogliśmy się przestraszyć czegoś, czego tutaj nie ma... - Wszyscy się boją Czaka z Ulu! - Krzyknął oburzony najwyższy troll uderzając przy tym obuchem topora we własny tors, co spowodowało chwilowe i niezamierzone osunięcie się trolla z powodu braku tchu. - Czaka Zulu? To nie ta wąsata tancerka z baru "Różowy Konar" w Dąb Springs? - Ożywiła się Cordona. - Nie! To moja niecna siostra, która uciekła z domu, bo chciała zostać piosenkarką! Niech ją pustynia pochłonie! - Pośpieszył z wyjaśnieniem najwiekszy troll podtrzymywany przez swych kompanów. -Tfu! Tfu! Zgiń! Przepadnij! - Zawtórowały pozostałe trolle plując przez lewe ramię Huba i opluwając przy tym piaskiem dwa rachityczne dęby Kukara. - Nazywam się Czak! Otto Czak!! - Rzekł prostując się na całą swoją wysokość, co trudno było zauważyć u kogoś, kto ma z natury formę kulistą. - Ul, to nasza osada dwadzieścia mil stąd. - I toczyliście się dwadzieścia mil, żeby nas o tym poinformować? - Zapytała zdziwiona Cordona. - Niezupełnie. - Całkiem już zrezygnowany Otto usiadł ciężko wzbijając chmurę pyłu, która niesiona podmuchem jego oddechu spowiła dwa rachityczne deby Kukara. - Do tej pory wystarczało, że wypadliśmy zza skały z naszym doskonale opracowanym bojowym okrzykiem, nad którym pracowały pokolenia najlepszych psy- horrorlogów, aby można było obłowić się w porzucone w przerażeniu sakwy, torby, kufry i kosmetyczki. - Wyjaśnił już spokojniej. - Ech... Teraz będziemy musieli opracować nową taktykę... może z wykorzystaniem tego? - Spojrzał pytająco na przybyszów wskazujac swój oburęczny topór. - Eee.. ten... tego... Raczej nie rezygnowałbym z raz obranej taktyki, skoro jak mówisz, do tej pory się ona sprawdzała. - Alchemik gorączkowo szukał w głowie argumentu, który odciągnął by myśli Otto Czaka od walorów użytkowych topora. - Myślę, że po prostu wasze hasło utraciło z biegiem czasu swą moc. Żyjecie tutaj na skraju cywilizacji, a świat biegnie naprzód. (Wiatr w skałach począł gwizdać melodię jaką mozna usłyszeć zawsze podczas wielkich moralizatorskich przemówień w filmach klasy B) Musicie za nim nadążyć. Trzeba wiedzieć co aktualnie wzbudza strach wśród cywilizowanych, bogatych społeczeństw. Wtedy, po jednym odpowiednio dobranym zdaniu, sukces macie zapewniony. Dlatego proponuję... (Muzyka wzmogła się, jeden z trolli zaczął rozgrzebywać piasek w poszukiwaniu słyszanej orkiestry dętej i organów) Proponuję zamienić wasz piękny, acz już nieskuteczny okrzyk na nowy: NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ POBORCÓW PODATKOWYCH! (Muzyka umilkła nagle z dźwiękiem przypominającym wciąganą taśmę magnetofonową) - Alchemik powiódł wzrokiem po osłupiałych trollach. - I to tylko tyle? Myślisz, że to wystarczy? - Spytał z powątpiewaniem Otto. - Na pewno! Sam bym się przestraszył i w panice porzucił wszelkie dobra gdyby nie fakt, że tu między wami stoję i wiem, że wśród was nie ma poborców podatkowych. - Zarzekał się Alchemik - Ale wyglądacie na najprawdziwszych poborców. - Dodał szybko, by rozwiać wszelkie wątpliwości trolli. - Skoro tak mówisz... Coś w tym jest... POBORCA PODATKOWY... Hmm.. Brzmi groźnie... - Otto rozważał przez chwilę usłyszaną propozycję. - Będziemy musieli to poćwiczyć. - No cóż, więc na nas już czas - Cordona pierwsza otrząsnęła się z atmosfery filmu klasy B i popędziła konia. - Zaczekajcie! - Krzyknął za nimi Otto. - A czy nie zostawilibyście nam jakiejś sakwy? - Zapytał Otto wbijając wzrok w ziemię i grzebiąc nogą w piasku. - A może chociaż pohandlujemy? - Możemy wymienić worek grzybków termitów na coś wartościowego - W oku Alchemika błysnęła żądza łatwego zysku. - Dawka zaledwie kilku grzybów wzmocni wasze wizje, a wasze okrzyki staną się niepokonane! Odpowiedz Link
szprota Kuncufka 09.07.04, 16:02 - Hmm... Brzmi zachęcająco... To może wymienimy na to? - Otto wyciągnął z czeluści swych pęknięć mechate czerwone serduszko. - Nie wiem wprawdzie co to, ale ładne i mechate w sam raz! - Dodał stanowczo. - Umowa stoi! - Uśmiechnął się Alchemik i podął worek w zamian za rzecz z łap trolla. - No to powodzenia! - Krzyknął w kierunku grupy niedoszłych napastników i popędził konia za oddalającymi się towarzyszami. - Ech, głupie trolle... to przecież pudełko na pierścionki! Nawet coś w środku grzechocze... - Myśli Alchemika o dobrym interesie wprawiły go w radosny nastrój. Niecierpliwie próbował podważyć zardzewiały zamek pudełka, aż w końcu udało mu się. Po odchyleniu wieczka słońce z radości zaczęło strzelać zajączkami na widok pięknego brylantu osadzonego w paszczy misternie zwiniętego ze złotych nitek węża morskiego. Alchemik przyjrzał się poważnie znalezisku, sprawdził coś w podręcznym "Almanachu biżuterii dziwnych" i z zamyśloną miną dołączył do swojej grupy. - Ekhem... - Alchemik w sposób nam już znany spróbował zwrócić uwagę Cordony na swoją osobę. - Taak? - Półelfka oderwała się od wymiany zdań z Hubem na temat zalet i wad teorii hiperstrun, którą Hub obmyślił w wolnym czasie celem zunifikowania wszystkich zjawisk magicznych. Nadęty Wiolin, bóg trąb powietrznych i gwiżdżących wiatrów, niech mu nuty dopisują, przysłuchiwał się z zainteresowaniem i postanowił mieć na oku małego nizioła. - A więc... ten... tego... Zbliżamy się już do granicy, a w krainie La moga nas czekać różne niespodzianki, przy których grupa krzykaczy Otto Czaka to grahamka z margaryną, tak więc... Czy nie zechciałabyś przyjąć ode mnie pewnego drobiazgu? - Spytał wyciągając przed siebie otwarte pudełeczko w kształcie serca, w którym pysznił się niesamowity pierścień. - Czy to aby nie zaręczyny? - Fuknęła zalotnie zaskoczona Cordona. *************************************************************** Co dalej? 1) Alchemik zaręcza. 2) Wprowadzamy Deus Ex Machina 3) Jadą w lewo Odpowiedz Link
szprota POdbijam dla Meteora 30.07.04, 13:26 Mam wrazenie, ze jest WLASCIWA osoba do pociagniecia tego watku :) Odpowiedz Link