Dodaj do ulubionych

Alchemiczny comeback (sprzężenie zwrotne)

10.07.03, 08:43
Do lek-tury zapraszam :-)

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=6884513
A tutaj prosze pomysły na dalsze ciągi zgłaszać :-)
Obserwuj wątek
    • szprota1 Miodzio! 10.07.03, 15:41
      Będzie czas i naprawiony monitor, to się przyłączę!
    • szprota Ocalam 09.07.04, 15:51
      Prolog Szproty:
      Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik.
      Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
      chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję i
      niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał
      zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.

      • Eyemakk z przeróbkami pijawa
      Jak każdy alchemik, także i ten poszukiwał możliwości uzyskania złota bez
      inwestowania złota. Był jednak filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń
      doszedł do wniosku, że wszyscy próbują uzyskać złoto z ołowiu, on więc spróbuje
      z czegoś innego (całe szczęście - gdyby babrał się jednocześnie w ołowiu i
      jedzeniu dla gości zajazdu, tym ostatnim nie wyszłoby to na zdrowie. A na pewno
      ich zębom). Do produkcji złota postanowił użyć tego czego miał pod dostatkiem,
      a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, które upadły na ziemię. Jedynie elfy
      i część ludzi gardzą czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki czy hobgobliny
      zżerają to ze smakiem - łącznie z tym co na podłogę nie spadło, lecz sobie tam
      spokojnie żyło. Ponieważ próby uzyskania złota kończyły się jak na razie
      niepowodzeniem, Alchemik próbował również uzyskać niejaki "kamień
      fizjologiczny", uznał bowiem, że jako filozof kamieni filozoficznych to on ma
      pod dostatkiem. Półki w jego sypialni uginały się od kolekcji kamieni
      nerkowych, żółciowych i wszelkich innych, które można wyciągnąć z ofiar napadów
      z użyciem procy. Jednak żaden z okazów nie przybliżał eksperymentatora do
      rozwązania kwestii tego jedynego, właściwego, uniwersalnego kamienia.
      Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
      konikach dwie piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do końca. Były
      od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi... Stajenny, mały i
      nieznośny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako gospodarz, również
      wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał gości (tzn. nie miał
      nowych gości. W każdym zajeździe są starzy bywalcy, którzy ostatni raz byli na
      zewnątrz gdy formowały się pobliskie góry. Są jednak takie kontynenty, na
      których poprzednie stwierdzenie oznacza gości, którzy wpadli do baru przed
      chwilą) i wykorzystywał ten czas na próby zamiany ziemniaka w buraka (wg jego
      teorii był to ważny etap na drodze osiągnięcia złota).
      Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny i jeszcze jeden. Już kiedyś
      odwiedziła go półelfka i wiedział, co się potem stało. Ale ona była tylko przez
      chwilę, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były dwie... Były
      w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu, ani o tym, co
      może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami. Teraz jednak cel
      został osiągnięty.
      • Szprota przedstawia Cordonę
      Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu
      takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający
      wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień
      sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowniczo i dekadencko (inna
      rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast
      malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i niechlujność). Obiecująco
      pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wygodnej szaty robiły na
      reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku
      skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną
      niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli kojarzyła się z jakimś uczuciem, to
      był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z
      bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną.
      Była zatem podręcznikowym przykładem osoby niepogodzonej ze swoją prozaiczną
      cielesnością. Dunhillka była dużo bardziej niepozorna i niemal wtapiała się w
      tło.
      Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od strony
      sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru wnosząc –
      mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypominało
      skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu
      najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad stolikiem
      kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutejszym żargonie – „mocz
      wieloryba”.
      • Nieporozumienie
      Wtem ciszę przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do
      środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają
      usta, pół tuzina hemogoblinów. Dźwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z
      EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie
      147 zwrotki i zastąpił je ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru.
      Pięciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając
      łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli
      muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego
      gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą
      masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się
      powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części
      tułowia wychynął długi rząd spróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech.

      ((((*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej części gór Czci Onki (nazwa
      regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę
      opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji.
      Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny
      kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie
      nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.))))

      - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej
      brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia...

      CHLAST!
      Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna
      znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla.
      Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim
      piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach
      powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy
      wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach.

      - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AKWIZYTORZE!!!

      Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała
      wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję
      gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły
      zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze.
      Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. Nie słyszał on tego przekleństwa od czasu
      upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni
      Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej
      wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo
      powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń
      naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze
      piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296
      kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych
      Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z
      miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie
      zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie
      głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez
      zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły
      się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli
      • szprota Re: Ocalam 09.07.04, 15:54
        Uklękli oni zgarniając przy tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia
        opalonych owadów które na miejsce swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u
        powały olbrzymi żyrandol zrobiony
        z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały
        wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie
        wszyskie 16 skrzydlatych łuków z ości kabałamarnicy obrzyna**. W powietrzu
        zawisło napięcie nie do wytrzymania. A ponieważ nie wytrzymało, opuściło salę w
        postaci widowiskowego wyładowania atmosferycznego, które powaliło przy okazji
        pielgrzymkę Dębów Kukara, które spieszyły na doroczny festiwal cza-czy "La
        Kukara cza" do krainy La.

        <<<<** Kabałamarnica Obrzyna powstaje z fusów lawowych używanych do wróżenia
        przez Obrzyna Olbrzymiego - tajemniczą istotę zamieszkującą martwą wulkaniczną
        wyspę Rev-voll-verr na Morzu Środkowym. O samym Obrzynie niewiele wiadomo. Mag
        Roob Nicnie podczas swych wielu podróży w głąb wyobraźni i odmienne stany
        świadomości zanotował tylko, że jest to istota o kształcie bliżej
        nieokreślonym, której jedyną strawą są ogromne ilości naparu z lawy
        wypływającej w pobliżu jego pieczary. Powoduje ona różowe zabarwienie na
        cielsku Obrzyna. Dlatego też czynność pochłaniania naparu - jakże odmienną od
        ogólnie przyjętego spożywania pokarmu, jeśli wierzyć magowi Roobowi - późniejsi
        skrybi nazwali wróżeniem.>>>>
        • szprota Re: Ocalam 09.07.04, 15:56
          • Zbliżenie Gnoma
          pijaw 09.07.2003 11:30 zarchiwizowany


          Z wychłodzonych zliszczy zajazdu poczęły uciekać zwęglone resztki zastawy i
          zastawione resztki fantów, które zostawili zwęgleni miłośnicy tostowego pokera.
          Obserwujący całe zdarzenie draptak umknął z ulgą, gdy przekonał się, że ruchy
          zgliszcz wywołane były bynajmniej nie ich nagłym ożywieniem, lecz walczącą o
          dostęp do słońca bojową machiną - depilatorem. Wiele osób twierdzi, że
          czterdziestu chochlików, to rozrzutność Batterych, skoro można z powodzeniem
          zastosować w depilatorach ten sam mechanizm z chomikiem i kołowrotkiem, co w
          tarczach piłowych, lecz praktyka wykazała, że w warunkach bojowych chomiki
          często zdychają na zawał. Natomiast nawet utrata w boju trzydziestu dziewięciu
          chochlików pozwala na utrzymanie pozycji, a zabić chochlika Battery jest
          niezwykle trudno.
          Chochliki z tego słynnego rodu, ze względu na swe niewielkie rozmiary muszą
          pozostawać w ciągłym ruchu, przeciwnie ustają w nich procesy życiowe. Dlatego
          też chłodne poranki i zimowe wieczory są dla nich zabójcze. Bezruch na tyle
          zagraża ciągłości rodu, że chochliki nigdy nie śpią poza okresem niemowlęctwa,
          kiedy to szukają ciepła w brodach hemogoblinów, którym odwdzięczają się za
          opiekę nad młodymi pracując w ich bojowych machinach. Dużym zagrożeniem jest
          zaklinowanie się depilatora w ciele ofiary, gdyż niemożność poruszania nożami
          prowadzi do bezruchu chochlika. Aby temu zaradzić, chochliki zaczynają się bić
          z myślami, co z braku miejsca przeradza się szybko w bratobójczą walkę
          sąsiadujących Batterych. Jest to właściwie jedyną przyczyną śmierci Battery'ego
          na polu walki, poza zatruciem pokarmowym i śmiercią ze starości. Śmierć ze
          starości następuje zwykle wtedy, gdy nigdy nie scinana broda chochlika zostaje
          zaplątana w tryby maszyny co prowadzi do uduszenia. Jest to naturalne u tego
          rodu i nie uchodzi za wypadek, dlatego też wdowom nie przysługuje dodatek
          wojenny do emerytury.
          Pnący się ku powierzchni zgliszcz depilator Gnoma przebił zapieczoną wierzchnią
          skorupę, obrócił się kilka razy, aby wybrać kierunek i ruszył ile tylko sił w
          ostrzach w kierunku bliżej nieokreślonym, ale wyczuwalnym przez chochliki jako
          najbliższy domowi, którego nie posiadały, ciągnąc za sobą bezwładne ciało Gnoma
          z pięścią wciąż zaciśniętą na swej rękojeści. Widok ten jest dość częsty na
          polach walki, na które hemogobliny przychodzą dla rozrywki, jak inne ludy na
          mecze piramidy odnóżnej.
          Warto tu wtrącić, że istnieje wiele odmnian tego popularnego sportu, ale
          wszystkie polegają zgrubsza na umieszczeniu jak największej liczby faraonów w
          piramidzie jedynie za pomocą specjalnie zaprojektowanych odnóży. Gracze
          zakładają specjalne skafandry (każda rasa ma swój krój, gdyż uniwersalne, dobre
          dla człekokształtnych, powodowały wiele skarg, szczególnie ze strony mątew) do
          których doczepianych jest komisyjnie sześć odnóży. Następnie wypuszczane są
          specjalnie do tego celu chodowane faraony pustynne (ptaki drapieżne z rodziny
          strusiowatych). Zdarzały się wypadki, że niektórzy zawodnicy jak i kibice
          zostali porwani w ich potężne szpony i wynoszeni poza boisko, co było
          punktowane na korzyść faraonów. Gra dość niebezpieczna, ale bardzo widowiskowa.
          Niestety wysokie koszty boiska - ze względu na konieczność budowy piramidy -
          przyczyniły się ostatnio do spadku jej popularności.
          Wróćmy jednak do hemogoblinów na polu bitwy, a w zasadzie do krajobrazu po
          bitwie. Pola bitewne hemogoblinów są o tyle unikalne, że nie ma na nich
          wszechobecnych na innych pobojowiskach padlinożerców. To znaczy są, ale głównie
          martwe. Co jakiś czas zdarza się jeszcze, że jakiś mniej rozgarnięty sęp
          tępogłów lub chichiena próbują nieopatrznie skosztować hemogoblina. reszta
          starszych osobników przygląda się temu z politowaniem, gdyż czterdzieści
          zmarzniętych chochlików potrafi zrobić w kilka sekund pasztet nawet z trolla.
          Instynkt podpowiada im, że aby przeżyć należy wykonać dwie rzeczy - ruszać się
          i ciąć nie-hemogobliny. Ta wierność innej rasie nieraz uratowała życie Gnoma.
          Choć w większości przypadków, podobnie jak i teraz nie był on tego świadomy.
          Brak zewnętrznych oznak świadomości nie oznaczał jednak oddalenia się jego
          duszy do krainy wiecznych wykopów. Pożar pod czaszką nadal tlił się i wywoływał
          coraz to starsze pokłady podświadomości. Przypomniał sobie swoje narodziny na
          polu walki podczas odbywającej się co każde trzysta lat świętej wojny z nie-
          hemogoblinami. Ostatnia trwała już sześćset siedemdziesiąty trzeci rok i
          hemogobliny zgubiły się w rachunkach z kim toczą sto siedemdziesiątą siódmą, a
          z kim sto siedemdziesiątą ósmą świętą wojnę i cała starszyzna rodu głowiła się
          nad tym, aby nikogo nie pominąć, gdyż niektóre inne rasy, na przykład polielfy
          czy genomy (gnomy z wadą wymowy) mogły się poczuć urażone. w trakcie jednego z
          ostatnich walnych starć kilkunastu ras (wiele z nich wykorzystywało świętą
          wojnę hemogoblinów do załatwiania przy okazji własnych porachunków z innymi
          rasami, lub po prostu dla rozrywki) narodził się wyjątkowo czerwony hemogoblin.
          Pierwsze słowa jakie usłyszał pochodziły od jego matki, która zirytowanym
          basem, nie pozbawionym jednak czułości, wrzasnęła:

          - Właśnie rodzę przekrętny gnomie!!! Mam tylko jedną wolną rękę!! Poczekaj, aż
          odgryzę uchowinę, to ci pokażę!!

          Tak więc pierwszym słowem, które natychmiast po narodzinach wymówił nowy
          goblin, było słowo "Gnom". Pozostałe były dla niego na razie zbyt
          skomplikowane. Szczęśliwa matka położyła swym grzebieniem trzynastu gnomów aby
          uczcić to wydarzenie, a na jego pamiątkę nadała swemu dwieście osiemdziesiąt
          drugiemu synowi imię Gnom. I natychmiast o nim zapomniała, wybiegając na
          spotkanie czterem trójidom (są to byli druidzi, którzy osiągnęli wyższy poziom
          rozwoju emocjonalnego - przynajmniej w ich mniemaniu - i za pomocą nanogenetyki
          i wywaru z kości z serca nietoperza dorobili sobie kolejne członki, tak aby ich
          ilość zawsze była podzielna przez trzy).
          Małego hemogoblina Gnoma znalazła inna samica i została jego piastunką. Imię
          przylgnęło do niego na stałe, mimo że wywoływało nieraz wiele nieprozumień,
          często dosyć krwawych. Od dzieciństwa Gnom uczęszczał na zajęcia z
          metaloplastyki i sztuki pierdnięć z zaskoczenia do Miejskiego Koedukacyjnego
          Gimnazjum Wielorasowego. Po zajęciach chodził do pobliskiej tawerny razem z
          kolegami - goblinami, gnomami i trollami. Gdy zbyt długo nie wracał do domu
          troskliwa piastunka zaplatała brodę i wychodziła mu naprzeciw otwierając drzwi
          tawerny toporem i wrzeszcząc:

          - Natychmiast do domu zapijaczony, paskudny, nieletni Gnomie!!!

          Większość obecnych gnomów nie znała jeszcze młodzieniaszka z imienia, więc
          biorąc do siebie te impertynencje jako przejaw ksenofobii u hemogoblina, z
          ochotą stawała w obronie równouprawnienia ras do pobytu w lokalu po zmroku. W
          podobnych okolicznościach hemogoblin Gnom starcił swą piastunkę wraz z trzystu
          krewnymi podczas pożaru miasteczka akademickiego, który wybuchł gdy dyskusje na
          temat równouprawnienia tudzież wyższości którejkolwiek z ras doprowadziły do
          przewrócenia ulicznego lichtarza na skład bimbru gnojnego. Gnom uśmiechnął się
          w myślach na wspomnienie przymusowych czterech miesięcy wakacji dopóki nie
          odbudowano Gimnazjum sto dwadzieścia mil dalej.
          • W drodze do L.A.
          Słońce wspinało się z mozołem coraz wyżej w swym ogromnym upale przeklinając
          tego, kto wymyślił reakcje termojądrowe jako sposób na istnienie gwiazd. Tuż
          nad drzewami przystanęło by złapać oddech i spojrzałoby pod nogi gdyby tylko je
          miało. Z braku nóg musiało zadowolić się spojrzeniem w bliżej nieokreśloną
          bliższą dal. Widok ruin zajazdu i losy niedobitków wieczornej jatki zaparły mu
          dech w bąblach wodoru gnanych ku powierzchni rozpalonego cielska. Południe
          widząc słoneczny postój nad lasem stwierdziło,że jeszcze z godzinkę w takim
          razie może pospać i w ten
          • szprota Re: Ocalam 09.07.04, 15:59
            sposób słoneczny ranek zawładnął doliną na czas
            wystarczający do opowiedzenia kolejnej historii.

            Gdy tylko promienie słoneczne zaczęły ciekawsko przygrzewać w opończę
            Alchemika, ten zrzucił ją jednym ruchem ramion. Obudzona nagłym szarpnieciem
            opończa zaskrzeczała obrażona, odbiła się od ziemi i unosząc się zaczęła
            zataczać kręgi nad wędrowcami w poszukiwaniu padliny, którą mogłaby się
            pożywić. Rumor ten wybił ze snu Cordonę. Wyprostowała się w siodle, nastawiła
            wybitą przez rumor szczękę i ziewnęła potężnie płosząc wciąż zagniewaną
            opończę. Rozejrzała się wokół powoli, ujrzała Alchemika i natychmiast wróciła
            pamięć ostatnich godzin w zajeździe. To znaczy ostatnich przed utratą
            przytomności.
            Ponieważ półelfy nie rozpatrują tego co minęło, bo zbyt je pochłaniają
            możliwości tego co będzie, Cordona poprawiła suknię i spojrzała z
            zainteresowaniem przed siebie na drogę.

            - Daleko jescze do La?

            Alchemik wytrącony ze swoich myśli spojrzał na nią spode łba. Szybko jednak się
            opanował i przywdział na twarz ironiczny uśmiech.

            - Witam Panią, jakże się spało? Czy aby nie za twarde łoże? Głodnaś Pani?

            Tym razem Cordona popatrzyła spode łba.

            - Na mózg Ci padło? Wyciągnąłeś mnie nieprzytomną, więc jestem Ci bardzo
            wdzięczna, ale zadałam konkretne pytanie. Po obranym kierunku mniemam, że
            zmierzamy do krainy La. Bardzo miło bo mam tam nigdy nie widzianą ciotkę
            Cremonę. Kiedy będziemy na miejscu?

            Alchemik westchnął. Z Półelfkami było gorzej niż z ludzkimi rozwydrzonymi
            księżniczkami. Musiał to jakoś odreagować. Sięgnął w juki i wyciągnął
            pochrapującego nizioła Huba. Potrząsnął nim, a potem rzucił o drzewo. Nizioł
            zabełkotał, wstał, otrzepał się i hyłkiem ruszył w kierunku widocznej na
            horyzoncie termitiery. Dochodził z niej odległy dźwięk kuchennego gongu. Jeśli
            się pospieszy, może się załapie na resztki z obiadu.
            Alchemik popatrzył za nim ponuro, następnie spojrzał kątem oka na zawisłe w
            powietrzu pytanie, odchrząknął i stwierdził:

            - Jeśli słońce się nie ruszy jeszcze przez godzinę to na kolację w sam raz. A
            jeśli się ocknie, to przenocujemy w osadzie dębów Kukara dziesięć mil od
            granicy.

            - Byłeś kiedyś w La? To podobno przepiękna, śpiewająca kraina...

            - Byłem. Ale do twojej wiadomości: nazwa La nie pochodzi od nut. Właściwie jest
            to L.A. Nazwa pochodzi od Lewitujących A-monitów - pierwotnych mieszkańców tej
            krainy.

            - A-monitów? Co to za stworzenia?

            - To skorupiaki unoszące się nad ziemią dzięki tchawkom wypełnionym wodorem.
            Porozumiewają się za pomocą monitów wyświetlanych na monitorach wyrastających
            powyżej otworu gębowego. wszystkie wyrazy monitów zaczynają się na "A". Stąd
            nazwa: A-monity.

            - No to świetnie... Moja ciotka jest telewizyjnym ślimakiem z tendencją do
            samozapłonu...

            - Nikt nie jest doskonały.

            To rzekłszy Alchemik popędził wierzchowca.
            • szprota Re: Ocalam 09.07.04, 16:01
              • Hiszpańska telewizja - pierwsze pytanie
              Echo okrzyku spłoszyło konie, które stanęły dęba wzbudzając zazdrość dwóch
              rachitycznych dębów Kukara usychających u stóp skalnego usypiska.

              Alchemik i Cordona próbując okiełznać konie nawet nie spostrzegli, gdy otoczyły
              ich trzy kamieniste kształty.

              - NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!! - wrzasnął powtórnie
              najwyższy troll.

              - Taaak... Wiemy... wrzeszczałeś już. Można prosić trochę ciszej? Mam wrażenie
              że słuch będzie mi jeszcze potrzebny. - Odparł Alchemik przetykając uszy. - O
              co chodzi z tą telewizją?

              - Macie jakieś wizje? - zainteresowała się Cordona. - czy oni jedli te termicie
              grzybki? - zwróciła się do Huba.

              - Czy to coś w stylu hiszpańskiej muchy? - rozmarzył się Hub ignorując pytanie
              półelfki.

              - No co? To taki wywar ze zgniłych korzeni dębów Kukara. - Zaczął się tłumaczyć
              widząc zdumione spojrzenia całej reszty towarzystwa - Zbiera się je, gdy dęby
              pójdą szukać sobie partnerów. Kiedyś próbowałem, nieźle potrafi sponiewierać...
              Na to wspomnienie coś w rodzaju uśmiechu zakwitło mu pod nosem, aby czym
              prędzej zwiędnąć w oparach gazów wydobywających się z zepsutych zębów.

              - NIE!! NIE!! NIE!! To nie tak... Powinniście omdlewać ze strachu! - najwyższy
              trol zaczął wykazywać oznaki zdezorientowania. - Zaczniemy jeszcze raz! Za
              mną! - Syknął do swoich towarzyszy.

              Trójka trolli wtoczyła się z mozołem za skalny ustęp, by po chwili wyturlać się
              błyskawicznie zza niego i przybierając postawy mniej więcej bojowe (na jakie
              pozwalały zawroty głów po turlaniu) wrzasnęła:

              - NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!!

              Nizioł, człowiek i półelfka spojrzeli po sobie. Cordona ziewnęła.

              - Co z nimi? To deżawu? - Spytała swoich towarzyszy.

              - Dzień Świstaka? - Wyraził swoje przypuszczenie Hub. Przypuszczenie zaraz po
              wyrażeniu przypuściło atak na resztki liści jednego z rachitycznych dębów
              Kukara, który zaklął cicho i zaczął opędzać się konarami.

              - Dzień Świstaka był w zeszłym miesiącu. A deżawu rośnie tylko na odchodach
              lodowych trolli. Nie występuje w tych okolicach. - Alchemik znowu błysnął
              wiedzą ze scenariusza. - Sprawdźmy...

              To mówiąc zaczął grzebać w sakwach, by po chwili wyciągnąć opasły tom w
              łuskowatej oprawie.

              - Hmm... okrzyki... rządza władzy... hmm... chyba mam. Tak! To POLITYKA. Jednym
              z objawów choroby jest uporczywe powtarzanie jednej frazy w nadziei, że
              słuchacze uwierzą w jej prawdziwość. Poza tym ta rządza władzy, czerwone
              wypieki na twarzach... Wszystko się zgadza... "Tezaurus Dwuznaczny"
              jednoznacznie to definiuje.

              - Zaraz zaraz... Czerwone wypieki? U trolli? Macie w sobie dużo żelaza, co? -
              Zagadnął Alchemik przyjaźnie.

              - Jemy dużo szpinaku... - zaczął jeden z mniejszych trolli wypinając dumnie
              rudą skorupę.

              - Zamknij się! - Największy troll trzepnął swego pobratymca obuchem topora aż
              poleciały skry opalając pnie dwóch rachitycznych dębów Kukara.

              - To nie do zniesienia moja Duszko. - Zaczął żalić się jeden z dębów. -
              najpierw ta trąba powietrza, która nas tu wyrzuciła, potem żwirowe korniki, to
              przebrzydłe przypuszczenie, a teraz iskry... nigdy więcej nie dam się namówić
              na wakacje za granicą!

              - To wszystko twoja wina! Gdybyś wykupił bilety w pierwszej klasie, to byśmy
              nie mieli miejsc tak blisko krawędzi wiru i pewnie teraz wygrzewalibyśmy konary
              w Dąb Springs! A w biurze podróży ostrzegali nas, że Nadęty Wiolin, bóg trąb
              powietrznych i gwiżdżących wiatrów, niech mu nuty dopisują, nie bierze
              odpowiedzialności za podróżujących w klasie turystycznej! Ale do ciebie to
              można mówić! Stary, głupi, pusty żołądź! - Miotał się drugi dąb zwany Duszką.

              - Ekhem... - Chrząknął Alchemik, gdy umilkło dźwięczenie wszystkich kryształów
              porastających głowę mniejszego trolla. - Przepraszamy, że nie wykazalismy się
              należytym respektem i refleksem i wasz przerażający okrzyk nie spowodował
              naszego omdlenia, ale musicie zrozumieć, że według "Słownika wyrazów plugawych
              ze skorowidzem miejsc wszelakich" Trolle Żelazne nie występują w tych
              okolicach. Nie mogliśmy się przestraszyć czegoś, czego tutaj nie ma...

              - Wszyscy się boją Czaka z Ulu! - Krzyknął oburzony najwyższy troll uderzając
              przy tym obuchem topora we własny tors, co spowodowało chwilowe i niezamierzone
              osunięcie się trolla z powodu braku tchu.

              - Czaka Zulu? To nie ta wąsata tancerka z baru "Różowy Konar" w Dąb Springs? -
              Ożywiła się Cordona.

              - Nie! To moja niecna siostra, która uciekła z domu, bo chciała zostać
              piosenkarką! Niech ją pustynia pochłonie! - Pośpieszył z wyjaśnieniem
              najwiekszy troll podtrzymywany przez swych kompanów.

              -Tfu! Tfu! Zgiń! Przepadnij! - Zawtórowały pozostałe trolle plując przez lewe
              ramię Huba i opluwając przy tym piaskiem dwa rachityczne dęby Kukara.

              - Nazywam się Czak! Otto Czak!! - Rzekł prostując się na całą swoją wysokość,
              co trudno było zauważyć u kogoś, kto ma z natury formę kulistą. - Ul, to nasza
              osada dwadzieścia mil stąd.

              - I toczyliście się dwadzieścia mil, żeby nas o tym poinformować? - Zapytała
              zdziwiona Cordona.

              - Niezupełnie. - Całkiem już zrezygnowany Otto usiadł ciężko wzbijając chmurę
              pyłu, która niesiona podmuchem jego oddechu spowiła dwa rachityczne deby Kukara.

              - Do tej pory wystarczało, że wypadliśmy zza skały z naszym doskonale
              opracowanym bojowym okrzykiem, nad którym pracowały pokolenia najlepszych psy-
              horrorlogów, aby można było obłowić się w porzucone w przerażeniu sakwy, torby,
              kufry i kosmetyczki. - Wyjaśnił już spokojniej. - Ech... Teraz będziemy musieli
              opracować nową taktykę... może z wykorzystaniem tego? - Spojrzał pytająco na
              przybyszów wskazujac swój oburęczny topór.

              - Eee.. ten... tego... Raczej nie rezygnowałbym z raz obranej taktyki, skoro
              jak mówisz, do tej pory się ona sprawdzała. - Alchemik gorączkowo szukał w
              głowie argumentu, który odciągnął by myśli Otto Czaka od walorów użytkowych
              topora.

              - Myślę, że po prostu wasze hasło utraciło z biegiem czasu swą moc. Żyjecie
              tutaj na skraju cywilizacji, a świat biegnie naprzód. (Wiatr w skałach począł
              gwizdać melodię jaką mozna usłyszeć zawsze podczas wielkich moralizatorskich
              przemówień w filmach klasy B) Musicie za nim nadążyć. Trzeba wiedzieć co
              aktualnie wzbudza strach wśród cywilizowanych, bogatych społeczeństw. Wtedy, po
              jednym odpowiednio dobranym zdaniu, sukces macie zapewniony. Dlatego
              proponuję... (Muzyka wzmogła się, jeden z trolli zaczął rozgrzebywać piasek w
              poszukiwaniu słyszanej orkiestry dętej i organów) Proponuję zamienić wasz
              piękny, acz już nieskuteczny okrzyk na nowy: NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ POBORCÓW
              PODATKOWYCH! (Muzyka umilkła nagle z dźwiękiem przypominającym wciąganą taśmę
              magnetofonową) - Alchemik powiódł wzrokiem po osłupiałych trollach.

              - I to tylko tyle? Myślisz, że to wystarczy? - Spytał z powątpiewaniem Otto.

              - Na pewno! Sam bym się przestraszył i w panice porzucił wszelkie dobra gdyby
              nie fakt, że tu między wami stoję i wiem, że wśród was nie ma poborców
              podatkowych. - Zarzekał się Alchemik - Ale wyglądacie na najprawdziwszych
              poborców. - Dodał szybko, by rozwiać wszelkie wątpliwości trolli.

              - Skoro tak mówisz... Coś w tym jest... POBORCA PODATKOWY... Hmm.. Brzmi
              groźnie... - Otto rozważał przez chwilę usłyszaną propozycję. - Będziemy
              musieli to poćwiczyć.

              - No cóż, więc na nas już czas - Cordona pierwsza otrząsnęła się z atmosfery
              filmu klasy B i popędziła konia.

              - Zaczekajcie! - Krzyknął za nimi Otto. - A czy nie zostawilibyście nam jakiejś
              sakwy? - Zapytał Otto wbijając wzrok w ziemię i grzebiąc nogą w piasku. - A
              może chociaż pohandlujemy?

              - Możemy wymienić worek grzybków termitów na coś wartościowego - W oku
              Alchemika błysnęła żądza łatwego zysku. - Dawka zaledwie kilku grzybów wzmocni
              wasze wizje, a wasze okrzyki staną się niepokonane!
              • szprota Kuncufka 09.07.04, 16:02
                - Hmm... Brzmi zachęcająco... To może wymienimy na to? - Otto wyciągnął z
                czeluści swych pęknięć mechate czerwone serduszko. - Nie wiem wprawdzie co to,
                ale ładne i mechate w sam raz! - Dodał stanowczo.

                - Umowa stoi! - Uśmiechnął się Alchemik i podął worek w zamian za rzecz z łap
                trolla. - No to powodzenia! - Krzyknął w kierunku grupy niedoszłych napastników
                i popędził konia za oddalającymi się towarzyszami.

                - Ech, głupie trolle... to przecież pudełko na pierścionki! Nawet coś w środku
                grzechocze... - Myśli Alchemika o dobrym interesie wprawiły go w radosny
                nastrój. Niecierpliwie próbował podważyć zardzewiały zamek pudełka, aż w końcu
                udało mu się. Po odchyleniu wieczka słońce z radości zaczęło strzelać
                zajączkami na widok pięknego brylantu osadzonego w paszczy misternie zwiniętego
                ze złotych nitek węża morskiego. Alchemik przyjrzał się poważnie znalezisku,
                sprawdził coś w podręcznym "Almanachu biżuterii dziwnych" i z zamyśloną miną
                dołączył do swojej grupy.

                - Ekhem... - Alchemik w sposób nam już znany spróbował zwrócić uwagę Cordony na
                swoją osobę.

                - Taak? - Półelfka oderwała się od wymiany zdań z Hubem na temat zalet i wad
                teorii hiperstrun, którą Hub obmyślił w wolnym czasie celem zunifikowania
                wszystkich zjawisk magicznych. Nadęty Wiolin, bóg trąb powietrznych i
                gwiżdżących wiatrów, niech mu nuty dopisują, przysłuchiwał się z
                zainteresowaniem i postanowił mieć na oku małego nizioła.

                - A więc... ten... tego... Zbliżamy się już do granicy, a w krainie La moga nas
                czekać różne niespodzianki, przy których grupa krzykaczy Otto Czaka to grahamka
                z margaryną, tak więc... Czy nie zechciałabyś przyjąć ode mnie pewnego
                drobiazgu? - Spytał wyciągając przed siebie otwarte pudełeczko w kształcie
                serca, w którym pysznił się niesamowity pierścień.

                - Czy to aby nie zaręczyny? - Fuknęła zalotnie zaskoczona Cordona.

                ***************************************************************
                Co dalej?

                1) Alchemik zaręcza.
                2) Wprowadzamy Deus Ex Machina
                3) Jadą w lewo
    • szprota POdbijam dla Meteora 30.07.04, 13:26
      Mam wrazenie, ze jest WLASCIWA osoba do pociagniecia tego watku :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka