Dodaj do ulubionych

Turcja i Syria

27.05.05, 12:10
Czesc,

od dawna juz tu nie zagladalam, ale myslami bylam z Wami:-)

We wrzesniu wybieramy sie z kolezanka na wyprawe do Turcji i Syrii i
bylybysmy b.wdzieczne za wszelkie informacje (jak na razie mamy Lonely Planet
Syria) - glownie noclegi i przejazdy.

Pozdrawiam,
Monachijka
Obserwuj wątek
    • gajasirocco Re: Turcja i Syria 27.05.05, 13:17
      Zastanawiałyśmy się, co się z Tobą dzieje! Miło, że wróciłaś i cudownie, że
      wybierasz się w tak uroczy zakątek świata.
      Poczytaj moją relację z podróży po tych krajach- może przydadzą Ci się jakieś
      informacje, o szczegóły pytaj na forum.

      www.travelbit.pl/glowna.htm
      • gajasirocco Re: Turcja i Syria-moja relacja z podróży 27.05.05, 13:30
        Kronika podróży Turcja-Syria

        Termin
        20 sierpnia • 3 września 2002

        Moją samotną podróż rozpoczynam 20 sierpnia 2002 roku w godzinach
        dopołudniowych na lotnisku Dalaman w Turcji, mając w kieszeni 100 USD i
        miesięczny bilet kolejowy EUR Domino na Turcję (zakupiony w Polsce za 87,00
        PLN). Poza tym posiadam wiele zapału, chęci, by zrealizować swoje marzenie i
        dotrzeć do najstarszego nieprzerwanie zamieszkanego miasta świata – Damaszku.
        Moimi ograniczeniami jest przede wszystkim czas, bowiem dokładnie za dwa
        tygodnie muszę znaleźć się w tym samym miejscu, by wsiąść do czarterowego
        samolotu.
        Jestem w miejscowości Fethie – starożytne Telmessos, położonej nad piękną
        zatoką otoczoną od strony lądu pasmem gór. Po dwóch trzęsieniach ziemi
        odbudowana została jako nowoczesne miasto portowe. I właśnie stąd już na własną
        rękę i samodzielnie ruszam w daleki świat. Wymieniam 20 USD na 32 600 000
        tureckich lirów i na dworcu próbuję zdobyć bilet do Adany. Niestety na dzień
        dzisiejszy nie ma wolnych miejsc, więc lokalnym autobusem ruszam za 7 000 000
        lirów do Antalii (14:20–18:50). Droga prowadzi przez góry (wieje chłodny wiatr,
        pada deszcz), mijamy maleńkie wioski, urokliwe wąwozy, zielone doliny, miasto
        Korkuteli, liczne meczety... Prawie pięciogodzinna podróż mija bardzo
        sympatycznie, podawana jest woda, pachnidełka. I wkrótce przed nami Antalia, a
        raczej imponujący dworzec – ogromny, nowoczesny, z licznymi
        przedstawicielstwami firm transportowych, sklepikami, biurami podróży, meczetem
        i herbaciarniami. Herbata roznoszona jest na specjalnych tacach zawieszonych na
        dłoni i podawana w maleńkich szklaneczkach – banieczkach. Kupuję za 15 000 000
        lirów bilet na nocny autobus do Mersin i w firmie autokarowej opowiadam o
        swoich marzeniach, związanych z tą podróżą i o chęci kąpieli w morzu. Otrzymuję
        propozycję darmowego noclegu w służbowym pensjonacie, zawożą mnie nad morze,
        zakładam moje ukochane płetwy, okulary i pływam, pływam... chociaż ciemno już i
        tylko wzdłuż plaży migocą światełka hoteli, restauracji, sklepików.


        21 sierpnia • Antalia
        Starożytna Attaleia założona została w 158 r p.n.e. przez króla Pergamonu i
        uważana jest za najpiękniejsze miasto na całej kuli ziemskiej. Te słowa
        wypowiedział w 1930 roku założyciel nowoczesnego państwa tureckiego Mustafa
        Kemal, zwany Ataturkiem, czyli ojcem wszystkich Turków. Jest on nadal
        podziwiany i uwielbiany przez wszystkich mieszkańców tego kraju, stworzył
        bowiem prężnie rozwijające się państwo, w miejsce rozsypującego się imperium
        ottomańskiego.
        Postanawiam zwiedzić Genclik Park i oddalone o 7 km wodospady Duden spadające
        aż z 40 m do morza. Po południu znów kąpiel w morzu i wizyta w uroczym parku
        Karaalioglu położonym na wschód od portu, gdzie rosną egzotyczne kwiaty oraz
        palmy daktylowe i skąd rozciąga się przepiękny widok na góry Bey Dagi. W
        mieście tym warto zatrzymać się na dłużej, ja niestety musiałam poznać atrakcje
        w ciągu dwóch dni i znów ruszyć dalej na wschód.
        Przede mną prawie 500 km odcinek drogi wzdłuż wybrzeża śródziemnomorskiego.
        Turecka Riviera to błękitne morze otoczone plażami z białym piaskiem i
        wznoszące się pogórze Taurus. Mijamy Aspendos, jedno z głównych miast na
        południu wybrzeża Azji Mniejszej założone w 1000 r. p.n.e., gdzie znajduje się
        wspaniały teatr z czasów Marka Aureliusza, który przetrwał nienaruszony prawie
        2000 lat. Autokar mknie dalej i w oddali wyrasta następny ośrodek turystyczny
        Side, gdzie połączono elementy nowoczesne z antycznymi. Zbliżamy się teraz do
        miasteczka Manavgat, dokąd turystów przyciągają przede wszystkim lodowate,
        turkusowe wody rzeki o tej samej nazwie. Po pewnym czasie wyłania się wśród
        pagórków potężna forteca. To już Alanya (Choracesion = Kalanaris), ze
        wspaniałymi meczetami i latarnią morską. Przy nabrzeżu cumują barwne łodzie
        rybackie, a wzdłuż głównej ulicy, którą przejeżdżamy, widać liczne hotele,
        restauracje, sklepiki…
        Za miastem Gazipas mijamy plantacje bananów i owoców cytrusowych. Autostrada
        wciśnięta jest między strome urwiska i morze, a z okien autokaru podziwiać
        można niesamowity widok fal rozbijających się o skalisty brzeg. Pierwszym dużym
        miastem na tym dzikim wybrzeżu jest Anamur z cudowną fortecą krzyżowców i
        oczywiście meczetem zbudowanym w obrębie jej murów. Droga nadmorska pnie się w
        górę i opada na Nizinę Cylicyjską. Moje powieki też opadają i zasypiam w
        wygodnych fotelach autokaru. Rano dojeżdżamy do nowoczesnego miasta Mersin, z
        którego prowadzą tory kolejowe na południe do Iskenderun. Kursują tam tylko dwa
        pociągi dziennie – o 7:45 i o 17:45.
        22 sierpnia • Mersin
        Prężnie rozwijające się miasto z najwyższym budynkiem w Turcji – hotelem
        Hilton. Spaceruję, zaglądam do kafejki komputerowej, żeby sprawdzić pocztę i
        wysłać listy do rodziny, że podróż przebiega bez kłopotu i że zbliżam się do
        granicy syryjskiej.
        Na każdym kroku jestem zapraszana na poczęstunek, wszyscy pytają, czy
        potrzebuję pomocy i są tacy gościnni, bezinteresowni, mili, pogodni…
        Przestrzegano mnie przed transportem kolejowym w Turcji, ja jednak się decyduję
        i nie żałuję. Wagony są w miarę czyste, podróż przebiega spokojnie, konduktor
        co pewien czas sprawdza, czy czegoś nie potrzebuję. Bardzo przejmuje się tym,
        że pociąg jest opóźniony, nie dojedziemy planowo o 21:32 i mam nikłą szansę, by
        zdążyć na autokar jadący z Ankary do Antakii. Z dworca zawozi mnie własnym
        samochodem do centrum i zmartwiony tym, że nie mam teraz żadnego środka
        lokomocji, zabiera mnie do swojego domu. Po drodze zwiedzamy jeszcze miasto
        portowe, w którym dominuje ogromna, zbudowana przez Rosjan, fabryka aluminium i
        wracamy nadmorską drogą w stronę miejscowości Denisciler Kasabasi, w której
        mieszka ta muzułmańska rodzina. Czekają już na nas żona, trzy córki i
        siedmioletni syn. Częstują mnie kolacją, rozmawiamy do późnej nocy, chociaż ja
        nie znam tureckiego, a oni żadnego innego języka.
        23 sierpnia • Iskenderun
        Wcześnie rano pobudka i rodzinna wycieczka nad morze w stronę Yakacika oraz
        kąpiel w lodowatej rzece. Wracamy na typowo tureckie śniadanie (owczy ser,
        oliwki, ogórki, pomidory, herbata i wspaniały turecki chleb) a później wszyscy
        odprowadzają mnie do autobusu. Po godzinnej jeździe za 2 000 000 lirów przez
        wysoko położone górskie miasteczka Belen i Serinyol docieram do Antakii,
        stolicy prowincji Hatay, która kiedyś przyćmiewała blask samego Rzymu. Jednak
        wojny i trzęsienia ziemi bardzo zniszczyły miasto i dziś trudno wyobrazić sobie
        jego dawną potęgę. Mam bezpośredni autokar do Syrii, kupuję więc bilet za 5 000
        000 lirów i o 13:00 ruszamy w stronę przejścia granicznego w Yenisehir, by po
        20 minutowej odprawie paszportowej pożegnać Turcję. W ciągu trzech dni
        przejechałam około 1200 km wydając zgodnie z planem 32 000 000=20 USD (tylko na
        przejazdy; noclegi miałam gratisowe, jadłam tylko to, czym mnie częstowano,
        wody pitnej wszędzie pod dostatkiem!).
        Dwugodzinna kontrola na przejściu granicznym. Hala paszportowa podzielona na
        oddziały dla Syryjczyków, innych Arabów i pozostałych. Otrzymuję do wypełnienia
        deklarację paszportową, niestety tylko w języku arabskim, więc chętnie
        korzystam z pomocy Palestyńczyków znających angielski. Teraz czeka nas jeszcze
        odprawa celna i wreszcie opuszczamy przejście graniczne. O 14:00 jestem w
        Syrii. Pierwszy postój na ziemi syryjskiej – znajomi Palestyńczycy Hassan i
        Zijad częstują mnie lodami, napojami, kierowca mówiący po rosyjsku herbatą.
        Wszyscy troszczą się o moje samopoczucie. Jestem przecież jedyną Europejką i
        kobietą, podróżującą tym autokarem. Około 18:00 dojeżdżamy do Aleppo (Halab),
        miasta z przepiękną cytadelą, wielkim meczetem Dżamil al-Kabir, krytymi
        bazarami, karawanserajami (to połączenie motelu, magazynu i sklepów dla karawan
        z Indii, Chin i Europy). Palest
        • gajasirocco Re: Turcja i Syria-moja relacja z podróży 27.05.05, 13:39
          Palestyńczycy z Jordanii zapraszają mnie na kolację, bym poznała smak
          arabskich dań. Jesteśmy w typowo orientalnej restauracji i moi znajomi
          zamawiają prawie wszystkie dania. Wygląda to wyśmienicie, kolorowo, również
          smakuje wybornie. Są to najróżniejsze smażone i duszone kotleciki, kebaby,
          pierożki, paszteciki z baraniny (kibby), naleśniki, felafele, sery, sałatki
          tattusz (z grzankami), przepyszne sosy (hummus – pasta z ciecierzycy z
          czosnkiem, labna – pasta jogurtowa), najróżniejsze warzywa (machsz), napoje
          oraz chleb, którego używano zamiast sztućców do nabierania sosów. Ponieważ
          podczas podróży jadam jak wróbelek, tylko symbolicznie kosztuję wnoszone
          smakołyki. Mam również zapewniony nocleg u przyjaciół Palestyńczyków. Trochę
          dziwi mnie ta gościnność, bo wszyscy starają się za wszelką cenę pomagać,
          troszczą się o mnie, karmią, zapewniają noclegi, a nawet kupują bilety, nie
          oczekując niczego w zamian.
          24 sierpnia • Aleppo – Damaszek
          Po trzech godzinach docieramy do stolicy (2 USD) i razem z Palestyńczykami
          zabieram się taksówką w stronę dworca jordańskiego (Baranke), skąd znajomi
          wyruszają do Ammanu (koszt taxi – 8 USD), a ja kontynuuję jazdę opłaconą
          taksówką do dzielnicy Mezzeh, gdzie znajduje się miasteczko studenckie
          Damasceńskiego Uniwersytetu, na którym studiuje moja córka, która wcale mnie
          się nie spodziewa.
          W Damaszku panują niesamowite upały, jestem bardzo zmęczona, lecz dzielnie
          maszeruję z moim ciężkim plecakiem w stronę akademika, w którym mam nadzieję
          (lecz nie pewność), że zastanę córkę. Jeszcze wspinaczka na czwarte piętro i
          już jestem w pokoju, w którym siedzi Chinka nie znająca żadnego innego języka
          poza chińskim. Domyśla się, że jestem matką jej koleżanki i pozwala poczekać.
          Powoli przyzwyczajam się do życia studenckiego, a przede wszystkim do brudu,
          gromady śmieci na korytarzu, schodach, łażących karaluchów... Lecz cóż to w
          porównaniu z tym, że dotarłam do celu. Spełniło się moje marzenie – jestem w
          DAMASZKU, mieście istniejącym ponad 7000 lat (uff, robi wrażenie!).
          Zbliża się wieczór, akademik zapełnia się młodzieżą z całego świata
          azjatyckiego, bo europejczyków wcale nie widać. I wreszcie jedyna blondynka,
          moja córka, która patrzy zdziwiona, że widzi mnie właśnie w tym miejscu. Cieszy
          się, opowiada o studiach, podróżach, nowych znajomościach. Jest zadowolona i
          duże wrażenie robi na niej możliwość studiowania w tak pięknym miejscu.
          25 sierpnia • Damaszek
          W nocy nie mogłam spać, nie tylko z powodu upału, lecz przede wszystkim nie
          mogłam doczekać się chwili, kiedy wyruszę w stronę starego miasta. Wyjeżdżamy
          bus-serwisem za 5 SYP (40 gr) w stronę starówki otoczonej murem rzymskim.
          Wchodzimy od bramy Bab as-Salama, zbliżamy się do Suk al-Hamidija, gdzie na
          samym końcu wynurza się prawdziwa perła islamskiej architektury – meczet
          Umajjadów z 705 roku. I już jesteśmy zapraszane do sklepików z biżuterią,
          dywanami, ubraniami – wszędzie częstowane kawą, herbatą, placuszkami...
          Wymieniam 20 USD = ponad 1000 SYP, robię pierwsze zakupy w sklepie
          perfumeryjnym. Dochodzimy do Meczetu Sajjidy Rugajja, zbudowanego przez
          Irańczyków i poświęconego córce Husajna, syna Alego. Przed wejściem zakładamy
          czadory i szczelnie zasłonięte wchodzimy na bosaka do środka. Lecz cóż to?
          Główna sala modlitewna przypomina plac zabaw. Rodziny siedzą na dywanach,
          konsumują posiłki, dzieci biegają, skaczą, grają w piłkę między modlącymi się
          muzułmanami. Czuję atmosferę radości, spokoju. Przechodzę w stronę grobu 8-
          letniej prawnuczki Mahometa i tutaj radość zamienia się w smutek. Sale już są
          oddzielone, osobno modlą się mężczyźni, osobno kobiety. Słychać płacz, szlochy,
          zawodzenie. Podziwiam cudowne zdobienia w stylu perskim, złoto i błękit.
          Niesamowite wrażenie wywiera na mnie pobyt w tym miejscu zadumy i radości,
          płaczu i śmiechu, modlitwy i zabawy. Ludzie są do nas życzliwie nastawieni,
          żadnej wrogości, raczej zdziwienie, ciekawość. Pytają, zapraszają, częstują,
          dotykają, pozwalają się fotografować, opowiadają o swoim życiu, słuchają o
          Polsce i tak odległym dla nich świecie. W meczecie tym osoby innych wyznań są
          mile widziane, trzeba tylko założyć odpowiedni strój, najlepiej owinąć całe
          ciało i oczywiście zdjąć obuwie!
          Po chwilach refleksji w meczecie ruszamy dalej uliczkami starego miasta.
          Przechodzimy sukami pełnych przypraw, złota, perfum, słodyczy. Ciągle jesteśmy
          częstowane, sklepikarze wręczają nam najróżniejsze prezenty: sukienki,
          pierścionki, chusty... Zbliżamy się do dzielnicy chrześcijańskiej i teraz
          atmosfera diametralnie się zmienia. Już nie ma tej typowo arabskiej
          gościnności, zapraszania, częstowania. Słynną biblijną ulicą Via Recta
          dochodzimy do kaplicy św. Pawła i dalej do bramy wschodniej – Bab Szargi i po
          13 godzinach zwiedzania zmęczone, lecz pełne wrażeń wsiadamy do bus-serwisu i
          za 5 SYP wracamy do akademika.
          26 sierpnia • Damaszek
          Dzisiaj już samodzielnie zwiedzam stolicę, ponieważ córka odbiera dyplom
          ukończenia letniej szkoły języka arabskiego i nie ma czasu, by się mną
          zajmować. Zbliżam się do najpiękniejszego zabytku Damaszku – meczetu Umajjadów,
          zbudowanego na miejscu starożytnych świątyń i chrześcijańskiej katedry, gdzie
          znajduje się grób Saladyna, bohatera arabskiej historii. Przed wejściem do
          meczetu widoczne są ogromne korynckie kolumny, pozostałość po zachodniej bramie
          rzymskiej świątyni Jowisza z II wieku n.e. Przechodzę w stronę suku Madhat
          Pasha z ogromną plątaniną uliczek i najróżniejszymi sklepikami. Zaglądam pod
          pałac Azima, gdzie mieści się Muzeum Syryjskiej Sztuki i Tradycji (czynne
          codziennie od 9:00 do 18:00, z wyjątkiem wtorków, cena 300 SYP/25 studenci) i
          znów kroki niosą mnie do Meczetu Sajjidy Rugajja. Tu spotykam się z córką,
          wybieram się do hammamu, by zażyć kąpieli wraz z masażem w typowo tureckiej
          łaźni (200 SYP = 4 USD, łaźnie dla kobiet czynne są do 17:00 i na starym
          mieście jest ich kilka). Następnie maszerujemy w stronę Muzeum Armii (czynne
          codziennie od 8:00–14:00, oprócz wtorków), gdzie mieszczą się bogate zbiory
          broni, dział, samolotów oraz wszelkich militariów od najdawniejszych czasów do
          współczesności. Obok muzeum znajduje się biało-czarny meczet Takiyyeh
          Sulaymaniyego, arkadowy dziedziniec oraz uliczka Artisanat Handicraft Market z
          ciekawymi sklepikami: palestyńskim, materiałowym prowadzonym przez Kurda
          studiującego w Moskwie, z pamiątkami i srebrem prowadzonym przez Syryjczyka
          mającego żonę z Sosnowca. Zaglądamy jeszcze do Biura Informacji Turystycznej
          przy Sharia 29 Mai, gdzie otrzymujemy bezpłatnie plany różnych miast
          syryjskich.
          27 sierpnia • Damaszek – Assayiadah Zeinab
          Spacer przez stare miasto i wyjazd poza Damaszek (20 km = 5 SYP za bus-serwis).
          Zwiedzamy meczet Sajjidy Zeinab – wnuczki Mahometa wraz z ciekawą, lecz mocno
          propagandową wystawą na temat ziem palestyńskich oraz konfliktu izraelsko-
          palestyńskiego. Spotykamy sympatycznych inżynierów z Arabii Saudyjskiej, którzy
          zapraszają nas do swych apartamentów. Poznajemy żony, gromadę dzieci, kuzynów,
          znajomych. Zjadamy przepyszny posiłek, pijemy jasną jemeńską kawę, ponoć bardzo
          drogą i długo rozmawiamy na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, poruszamy
          tematy podróżnicze, kulinarne, językowe... Wymieniamy się adresami i na
          pożegnanie słyszymy: Do zobaczenia w Zatoce Perskiej! Oby nam wojna nie
          przeszkodziła w realizacji tych planów!
          28 sierpnia • Damaszek
          Dzisiaj rozpoczynają się Międzynarodowe Targi Rzemiosła i Przemysłu, zwiedzamy
          więc cały teren wystawowy, lecz znów ciągnie nas na starówkę, by jeszcze raz
          pooddychać atmosferą Orientu i pożegnać znajomych sklepikarzy przed wyjazdem z
          tego uroczego miasta.
          29 sierpnia • Damaszek – Palmira
          Wczesnym rankiem opuszczamy osiedle studenckie i z dworca autobusowego Harasta
          • gajasirocco Turcja i Syria-moja relacja z podróży-Palmira-3cz. 27.05.05, 13:50
            29 sierpnia • Damaszek – Palmira
            Wczesnym rankiem opuszczamy osiedle studenckie i z dworca autobusowego Harasta
            o godzinie 7:00 wyjeżdżamy w stronę Palmiry (bilet za 115 SYP = 2,5 USD). Przed
            10:00 jesteśmy na miejscu, zostawiamy bagaż w hotelu Faris (bezpłatnie), gdzie
            pokój dwuosobowy kosztuje 350 SYP (to cena wyjściowa, można się targować,
            ponieważ wszędzie pusto, w ogóle nie widać turystów). Najpierw zwiedzamy nową
            Palmirę, oglądamy posągi koło muzeum archeologicznego i już ciągnie nas w
            stronę pustyni, gdzie na 50 ha rozciąga się jeden z największych na świecie
            kompleksów wykopalisk miasta z II w n. e. Dawne miasto daktyli – Tadmur,
            Rzymianie zmienili na miasto palm, Palmirę. Już w XIX wieku p. n. e. było to
            ważne ogniwo szlaku łączącego Chiny z Europą. W 267 roku władzę przejęła Arabo-
            Greczynka Zenobia, ogłosiła suwerenność i rozpoczęła podboje na Bliskim
            Wschodzie. Ta samozwańcza Augusta nie utrzymała Palmiry, jednak pamięć o niej
            przetrwała i widoczna jest na każdym kroku.
            W ogóle ruiny Palmiry, arabski zamek Qalaat ibn Maan oraz świątynia Baala, w
            której od 1959 roku prace prowadzi polska misja archeologiczna, robią
            niesamowite wrażenie. Wstęp do wszystkich zabytków jest bezpłatny z wyjątkiem
            świątyni Baala oraz muzeum archeologicznego, znajdującego się przy centralnym
            rondzie. W całkowitej samotności przechodzę przez monumentalny łuk, dochodzę do
            amfiteatru, mijam tetrapylon, idę w stronę agory oraz obozu Dioklecjana, który
            prawdopodobnie leży w miejscu Pałacu Zenobii. Ponieważ jestem trochę zmęczona,
            słońce bezlitośnie grzeje, postanawiam wynająć na jakiś czas wielbłąda. Zbijam
            cenę z 250 do 50 SYP = 1 USD i pozostałe zabytki zwiedzam już na grzbiecie tego
            uroczego zwierzęcia. Zaskakuje mnie to, że w tak pięknym, zapierającym dech w
            piersiach miejscu, nie ma w ogóle turystów. Jestem tak zauroczona, że
            postanawiam zostać dłużej. Otrzymuję propozycję noclegu w ogrodzie palmowym pod
            gołym niebem. Przez przepiękną oazę płynie rzeczka, w której można po
            całodziennym zwiedzaniu zażyć kąpieli. Niedaleko wykopalisk znajduje się
            kemping (znów puściusieńki) z prawdziwym basenem. Wyciągam płetwy (znajomi
            śmiali się ze mnie, po co mi na pustyni płetwy!) i do wieczora pływam,
            podziwiając przy okazji zachód słońca nad ruinami Palmiry. W ogrodzie, wśród
            drzew z granatami i daktylami, czekają już na mnie przygotowane materace i
            wieczorny posiłek. Zasypiam, a nade mną tysiące gwiazd, więc czuję się jak w
            najdroższym hotelu świata.
            30 sierpnia • Palmira
            Pobudka przed szóstą, by zdążyć na teren wykopalisk. Już czeka na mnie mój
            ukochany wielbłąd, szybciutko opuszczamy oazę i wśród ruin czekam, kiedy ukaże
            się słońce. Wreszcie wschodzi – piorunujące wrażenie: ja w Pałacu Zenobii, obok
            wierny wielbłąd i cisza, spokój, znów nie ma nikogo. W całej Palmirze tylko ja,
            samiuteńka. Gdzie turyści? Dlaczego nikt tego nie widzi, nie podziwia? Już
            dawno niczego tak głęboko nie przeżywałam, dlatego wszystkim polecam – spędźcie
            noc w oazie i czekajcie wśród ruin na wschodzące słońce!!! Dla tej jednej
            niezapomnianej chwili warto było zrobić tysiące kilometrów!!!
            Wracam do oazy po bagaż i maszeruję w stronę dworca autobusowego, by najtańszym
            środkiem lokomocji dotrzeć do Hamy. Koło muzeum jest również biuro Karnaka,
            lecz ja decyduję się na lokalny transport. Za 50 SYP kupuję bilet do Homs i
            naprawdę paskudnym autobusem o 10:40 opuszczam to urocze miejsce. Pasażerowie
            palą papierosy, objadają się pestkami słonecznika i oczywiście wszystko rzucają
            na podłogę. Po dwugodzinnej jeździe jesteśmy w Homs, a raczej na dosyć
            obskurnym dworcu. Homs jest trzecim największym miastem Syrii i ważnym węzłem
            komunikacyjnym. Decyduję się na bezpośredni autokar do Aleppo za 45 SYP.
            (14:00 – 16:30), gdzie u znajomych mam zapewniony nocleg. Nie zdążę już
            zwiedzić Hamy, chociaż wiem, że to jedno z sympatyczniejszych miast syryjskich
            ze starymi kołami wodnymi Norie (och, te ograniczenia czasowe!).
            31 sierpnia • Aleppo
            Jest dużym, ruchliwym i bardzo męczącym miastem. Postanawiam zwiedzić je
            najpierw minibusem za 5 SYP, robiąc sobie objazdówkę do najdalszych zakątków
            miasta. Następnie zwiedzam kryty bazar, największy na Bliskim Wschodzie,
            spaceruję po mieście, docieram do dzielnicy chrześcijańskiej z XIV-wieczną
            ormiańską Katedrą Czterdziestu Męczenników. W mieście tym żyją potomkowie
            ormiańskich uciekinierów z Turcji w 1915 roku i widoczne jest to na każdym
            kroku, gdyż często sklepiki mają napisy w ormiańskim języku. Kieruję się w
            stronę dworca Bhron, skąd wyjeżdżają autokary do Turcji. Już o 12:00 opuszczam
            miasto i za 200 SYP = 4 USD ruszam w stronę Antakii. Kontrola na przejściu
            granicznym przebiega sprawnie, kupuję wizę za 10 USD i koło 16:00 jestem znów w
            Turcji.
            W Syrii spędziłam 9 dni wydając 20 USD: na przejazdy 520 SYP = 10 USD, 200 SYP
            = 4 USD na pobyt w łaźni i prawie 300 SYP = 6 USD na skromne posiłki i drobne
            prezenty. Znów zmieściłam się w zaplanowanych kosztach, wiele zwiedziłam,
            poznałam cudownych ludzi z różnych krajów. Lecz to jeszcze nie koniec podróży,
            teraz muszę zrobić w ciągu trzech dni ponad 1300 km i dotrzeć na czas na
            lotnisko w Dalaman.
            31 sierpnia • Antakia – Harbiya
            W autokarze poznaję Libańczyków (równie miłych, choć jeden był komunistą, a
            drugi policjantem), którzy zapraszają mnie do Harbiyi. Jest to popularna
            miejscowość wypoczynkowa i miejsce piknikowe zbudowane nad antycznym gajem
            Dafne. Zgodnie z planem wymieniam następnych 20 USD = 32.600 000 lirów.
            1 września • Antakia – Iskenderun
            Opuszczamy Antakię i znów po 9 dniach podziwiam te same widoki. Droga prowadzi
            górskimi serpentynami, chociaż świeci słońce, to wysoko w górach pada deszcz. I
            już wyłania się morze i mam niesamowitą ochotę na kąpiel. Przed Iskenderun
            zmieniam plany, wsiadam w lokalny autobus i za 1 000 000 lirów dojeżdżam do
            pięknej miejscowości wypoczynkowej Arzus. Całe popołudnie spędzam na plaży i
            znów w pośpiechu wracam do Iskenderun (1 mln LT), żeby zdążyć o 17:15 na pociąg
            do Mersin. W pociągu panuje przyjemna atmosfera, jest czysto, spokojnie i z
            niewielkim opóźnieniem dojeżdżamy o 21:00 do Mersin. Na dworcu witają mnie jak
            dobrą znajomą, pytają o wrażenia z podróży, pomagają kupić bilet (za 15 mln LT
            = 9,3 USD) na najbliższy autokar, niestety dopiero następnego dnia o 7:30. Po
            raz pierwszy w tej podróży decyduję się na pokój hotelowy (5 USD), jestem
            bowiem niesamowicie zmęczona i nie chcę spędzać nocy na dworcu. W hotelu
            dworcowym panują znośne warunki, pokoje są czyste, klimatyzowane, rano czeka na
            mnie śniadanie i autokar do Antalii.
            2 września • Mersin – Antalia
            Przed 8:00 opuszczamy Mersin, nowoczesne, ponadmilionowe miasto i przed nami
            prawie 500 km trasa wzdłuż wybrzeża. W autokarze częstują kawą, herbatą,
            zimnymi napojami. Mijamy następne nowoczesne miasto Erdemli, z którego można
            wybrać się w przepiękne góry Taurus w okolicach Gozeloluk. Przejeżdżamy przez
            miejscowości wypoczynkowe Limonlu (Lamos), Ayas (Sebaste), Kanytelis
            (Kanlidivane) – z cudownymi plażami, licznymi hotelami, sklepikami... Mijamy
            ruiny zamków w Korykos i Kizkalesi (Zamek Panny). Zbliżamy się do Narlikuyu,
            czyli zatoki granatów, gdzie znajdują się znane jaskinie Nieba i Piekła,
            Cehennem Deresi i Cennet Deresi, wokół których dawniej pobożni pielgrzymi
            zażywali kąpieli błotnych w grocie Tyfona. Ćwierć wieku wcześniej jaskinie te
            penetrował jako speleolog mój mąż. Droga znów wije się wzdłuż skalistego
            odcinka wybrzeża, morze zostaje w oddali, a my ruszamy w głąb lądu w stronę
            Atayurt (Olukbasi), miasteczka z jaskrawo zielonym meczetem i Silifke (Kalesi),
            leżącym na rzeką Goksu. Mijamy interesujący most z okresu osmańskiego, w oddali
            widać ruiny Aya Tekla (klasztoru pod wezwaniem św. Tekli) oraz pozostałości
            zamku. Za
            • gajasirocco Turcja i Syria-moja relacja z podróży-powrót-4cz. 27.05.05, 13:57
              Za nami pozostaje święte miasto Olbia, założone przez Hetytów, gdzie
              zwiedzić można świątynię poświęconą Tyche, teatr oraz dobrze zachowaną
              świątynię Zeusa Olbiusa z 295 r p.n.e. ze wspaniałymi korynckimi kolumnami. I
              znów zbliżamy się w stronę morza, do miejscowości Tasucu, skąd wypływają
              wodoloty i promy do Girne (Kyrenia) na Cyprze. Autokar serpentynami wspina się
              w górę i ukazuje się niesamowity widok – wysokie góry, urzekające swą
              wielkością i w oddali morze, gęste lasy. Fascynuje mnie ta możliwość odwrócenia
              głowy od plaży, wody i zobaczenia gór pnących się pod samo niebo. Znów
              zjeżdżamy w dół i robimy postój w motelu nad morzem. Kiedy inni spożywają
              posiłki, ja wbiegam po kolana do wody, by tylko częściowo zrekompensować sobie
              brak kąpieli.
              Do Antalii pozostało jeszcze 340 km, droga nadmorska po raz kolejny pnie się w
              gorę i przed nami zatoka i miasteczko Sipahili (Babadil). W ogóle każdy zakręt
              odsłania coś niesamowitego, wiele ukrytego piękna – skały, stare domki, małe
              cmentarze, meczety i cudowne drzewa, krzewy... Przed nami kilka krótkich
              postojów w Aydincik, Tekeli, Bozyazi i Anamur, skąd już tylko 260 km do
              Antalii. Podróż mija przyjemnie, ciągle jesteśmy częstowani różnymi napojami,
              polewani pachnidełkami i o 18:00 wjeżdżamy na dworzec w Antalii. I znów jestem
              serdecznie witana, pytana o pobyt w Syrii, zaskakuje mnie to, że po 10 dniach
              wszyscy mnie pamiętają i znów chcą pomagać. Najwcześniejszy bilet do Dalaman
              mam o 23:00, kupuję bilet za 10 000 000 LT do Gocek, ostatniej nadmorskiej
              miejscowości przed lotniskiem i korzystam z propozycji podwiezienia mnie
              jeszcze dzisiaj wieczorem nad morze. Pływam do późnej nocy i o 23:00 opuszczam
              to urocze, przyjazne mi miasto.
              3 września • Gocek – Dalaman
              O 3:00 w nocy autokar zatrzymuje się na pustkowiu, wysiadam w wymarłym
              miasteczku i w ciemnościach próbuję dotrzeć do plaży. Po raz pierwszy odczuwam
              lekki strach, lecz czuję, że nic złego mnie nie spotka. Maszeruję już ponad pół
              godziny z ciężkim plecakiem, wszędzie pusto, tylko psy ujadają. Słyszę warkot
              motocykla i niebawem sympatyczny Turek proponuje mi podwiezienie. Do morza jest
              już bliziutko, zaskoczony patrzy, jak rozkładam na plaży śpiwór i kładę się do
              snu. Mój nowy znajomy jest właścicielem małej knajpki, rano częstuje mnie
              śniadaniem i proponuje podwiezienie na lotnisko. Chętnie się zgadzam, bo do
              samego końca będę mogła zażywać kąpieli i podziwiać przepiękną zatoczkę. Prawie
              dwie godziny spędzam w wodzie, w pośpiechu zwiedzam urocze, senne miasteczko.
              Panuje tu idealna cisza, tylko z minaretu górującego nad małymi domkami zawodzi
              muezzin. W cieniu drzewa – jak wszędzie w Turcji – herbaciarnia, a w środku
              portret Ataturka, mężczyźni palą fajki, grają w oki (odmiana domina). Obok małe
              sklepiki, więc wydaję resztę pieniędzy na prezenty dla najbliższych, wskakuję
              na motocykl, by pokonać ostatni 20 km odcinek na lotnisko. Pędzimy
              serpentynami, wspinamy się w górę, mijamy miasteczko Dalaman i przed 12:00
              docieramy na lotnisko. Szybka odprawa i już widzę pierwszych europejczyków,
              słyszę mowę polską i wiem, że znów będę musiała powrócić do normalnego życia.
              Jeszcze w myślach robię podsumowanie mojej podróży, cieszę się, że udało mi się
              zrealizować wszystkie zamierzenia, że zmieściłam się w wydatkach.
              W sumie podczas tej dwutygodniowej wyprawy z lotniska Dalaman w Turcji do
              Syrii, przez Damaszek i Palmirę, zrobiłam ponad 4000 km najróżniejszymi
              środkami lokomocji – autobusami, pociągami, taksówkami, mini-busami, na
              wielbłądzie, osiołku, motocyklu – wydając na przejazdy w Turcji 20 USD w jedną
              stronę, 16 USD w powrotną (miałam bilet kolejowy kupiony w Polsce za 21 USD na
              całą Turcję), w Syrii 20 USD na przejazdy oraz inne wydatki, raz opłaciłam
              nocleg w hotelu w Mersin za 5 USD i wydałam 20 USD na wizy tureckie. W sumie na
              całą podróż wydałam 85 USD, w kraju wykupiłam bilet na samolot czarterowy za
              240 USD oraz wizę syryjską za 28 USD. Całkowity koszt dwutygodniowej eskapady
              wzdłuż południowego wybrzeża Turcji, ze zwiedzaniem miast syryjskich – Aleppo,
              Damaszku i Palmiry zamknął się w kwocie 374 USD. Podczas całej podróży starałam
              się respektować lokalne obyczaje, nie spotkałam się z żadną wrogością ani
              nachalnością. Dziękuję wszystkim muzułmanom, którzy bezinteresownie mi
              pomagali. Chylę czoło przed Waszą gościnnością, przyjaźnią, gorącym sercem.
              Chociaż zwiedziłam całą Europę, część krajów afrykańskich, azjatyckich, nigdzie
              nie spotkałam się z taką życzliwością, jak w krajach muzułmańskich. Największą
              przeszkodą dla mnie nadal jest nieznajomość języka tureckiego i arabskiego oraz
              brak funduszy na dotarcie do tak odległych krajów, lecz nawet z tym można sobie
              poradzić. Wszystkich zachęcam do podróży, nawet w pojedynkę, bo wszędzie można
              spotkać przyjaciół i dobrych ludzi niezależnie od wyznania, koloru skóry,
              kultury, języka...


              Rady praktyczne
              Wiza
              Wizy tureckie kupujemy bezpośrednio na przejściach granicznych za 10 EUR lub
              USD. Wizę syryjską trzeba załatwić w Polsce w Ambasadzie Republiki Syrii w
              Warszawie ul. Narbutta 19a. Wydział konsularny czynny jest od poniedziałku do
              piątku w godz. 9:00–12:00, wizę można otrzymać w ciągu 1-2 dni za 28 USD
              (bezpłatnie wyjazdy naukowe lub grupowe). Uwaga – w paszporcie żadnych stempli
              izraelskich!
              Transport
              Do Turcji można dostać się drogą lotniczą, najtaniej wychodzi lotem czarterowym
              (200–250 USD). Początkowo planowałam przejazd koleją. Pociąg wyjeżdża z
              Warszawy do Budapesztu o 7:25 i jest na dworcu Nyugati o 17:58, o 19:10 z
              dworca Keleti wyjeżdża do Istambułu i jest tam o 8:27. Pociągi kursują
              codziennie, podróż trwa 48 godzin. Bilet normalny do granicy tureckiej kosztuje
              300 PLN i 87 PLN za miesięczny bilet EUR Domino na całą Turcję. Chociaż pociągi
              tureckie nie cieszą się dobrą sławą, to jednak sprawdziłam i polecam, bo wcale
              nie są gorsze od naszych, a na pewno jest ciekawiej!
              Autokary dalekobieżne są klimatyzowane, obsługa fantastyczna (stewardzi podają
              napoje zimne, kawę, herbatę, pachnidełka). Nie trzeba się obawiać podróży
              lokalnymi autobusami, jest o wiele taniej i można przy okazji poznać koloryt
              kraju oraz nawiązać ciekawe znajomości. Transport syryjski jest bardzo tani,
              duży wybór firm komunikacyjnych. Najwygodniejsze, lecz najdroższe to autobusy
              firmy Karnak, następnie duży wybór tańszych, lecz również ekskluzywnych
              Pulmannów oraz zwykłe autokary, brzydkie, brudne, lecz taniutkie i sympatycznie
              można nimi podróżować. W miastach kursują tzw. bus-serwisy (stała opłata 5 SYP
              = ok. 40 groszy) i można nimi dojechać w prawie każde miejsce.
              Wszystkich gorąco zachęcam do odwiedzenia tych dwóch krajów. Zobaczyłam wiele
              zabytków, zachwycałam się cudowną przyrodą, lecz najmilej wspominam kontakt ze
              zwykłymi, prostymi ludźmi – Palestyńczykami, którzy odnosili się do mnie z
              wielką sympatią, zawsze pomocnymi Syryjczykami, Irakijczykami, Jordańczykami,
              Saudyjczykami, Libańczykami i oczywiście Turkami. Chylę czoło przed tymi
              bezinteresownymi ludźmi, którzy umilali mi pobyt w obydwu krajach i pomagali za
              wszelką cenę. To właśnie dzięki nim, tak mało wydałam podczas tej pięknej
              podróży, bowiem fundowali mi bilety, zapraszali na noclegi, posiłki, dawali
              prezenty i – co najważniejsze – przyjaźń i serce.
              Mam duszę podróżnika, wszystkiego jestem ciekawa, staram się poznać mentalność
              ludzi z innych krajów, szybko zawieram przyjaźnie i zawsze respektuję zwyczaje
              panujące w danym kraju. Skłonna jestem żyć na walizkach, by w każdej chwili móc
              zrealizować tę jedyną, cudowną podróż życia. A przede mną jeszcze tyle nie
              odkrytych miejsc!
    • beduinka Re: Turcja i Syria 27.05.05, 13:43
      ja próbuję zpisywać moją relację z Libanu i Syrii i umieszczam ją tutaj
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=19465433
      lecz nadal nie doszłam z nią do Syrii, ale będę się starała ją pociągnąć dalej
    • survey06 Re: Turcja i Syria 28.05.05, 07:36
      Znajdz rowniez watek "z Istanbulu do Petry" na tym forum; strona 3; ostatni
      wpis 5/05/2005. Pozdrowienia
    • marzenik22 Re: Turcja i Syria 31.05.05, 13:24
      ja bylam w tym roku(3tyg)na przelomie lutego i stycznie w turcji od istambulu
      po urfe do syri niestety nie dotarlysmy.Jesli masz pytania mail
      : marzenas82@o2.pl
    • kuchcik77 Turcja max. czas pobytu na wize 14.06.05, 07:14
      czy jest jakikowiek sposob na to by przebywac na terytorium Turcji dłuzej nioz
      30 dni na jednej wizie? (jakies przedłuzenie, konsekwencje opłaty?!) Jak to
      robia rezydenci lub inni pracownicy? Czy trzeba wyjechac do Bułgarii albo
      Syrii an chwile i 'kupic' nowa wize?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka