kriss67
08.05.07, 08:32
"Ostatnie takie zakupy
Do końca czerwca "Jarmark Europa" na Stadionie Dziesięciolecia zostanie
zamknięty
W samym środku europejskiej stolicy wschodni bazar i współczesna wieża Babel.
Na stadionie (nazwa oficjalna "Jarmark Europa") zaopatruje się pół Warszawy.
Pełno tu wietnamskich handlarzy i zachodnich turystów. Czas na zakupy
ekstremalne. Ostatnie...
Aby zrobić materiał o stadionie, należy: napisać podanie do
kierownictwa "Jarmarku" i uzasadnić, dlaczego właśnie o "Jarmarku". Trzeba
zdobyć zgodę na robienie zdjęć. Otrzymujemy bez problemu. Rutynowo
otrzymujemy też ochroniarza. Bez zezwolenia i bodyguarda, wchodzisz ze
sprzętem na własną odpowiedzialność.
Nasz ochroniarz ma dwa metry wzrostu i na ochroniarski sposób jest miły. Co
prawda do "takiej" roboty się nie kwapi, bo on tu już niejedną akcję ma za
sobą, ale skoro teraz "takich jednych" musi pilnować, to trudno. Mamy iść,
gdzie chcemy i "robić, co uważamy". On będzie szedł za nami. Jest wczesny
ranek, środek tygodnia. Handel się rozkręca.
Wszystko na sprzedaż?
– Pogada pan z nami o stadionie? Ile tu w ogóle nacji pracuje? – pytamy
handlarza papierosów (kwestię akcyzy ostentacyjnie przemilczmy...). Handlarz
zastanawia się chwilę, woła pomocnika. Ustalają dane liczbowe. – Oj, to być
musi nawet z 17 narodów, a może i ze 25? No bo same państwa byłego
wschodniego bloku to już kupa ludzi. A dodać tych wszystkich ciemnoskórych,
skośnookich. Pani, przecież tego się ani policzyć, ani zapamiętać nie da.
Drugie pytanie: o bezpieczeństwo. Czy policja i dwie firmy ochroniarskie dają
sobie radę? (Na obliczu ochroniarza pojawia się nikły grymas ironicznego
uśmiechu). Pan handlarz krótko: – A ile dajecie za informację? Informacja
kosztuje, tak jak i wszystko!
– Wszystko jest na sprzedaż?
– No może nie, ale upoważniony nie jestem do takich informacji – mówi
handlarz dość wyniośle. – Proszę się zgłosić do oficjalnych władz stadionu.
Oni powiedzą.
Może i powiedzą. Ale oficjalnej wersji nie jesteśmy ciekawi.
Umar i Krystyna
Wdrapujemy się na samą koronę. Tu jest najbarwniej i, jak twierdzi nasz
ochroniarz, najniebezpieczniej. Egzotyczny miszmasz. Wkoło pachnie dziwnym
jedzeniem, słychać dziwne języki.
Mijamy szeregi matrioszek, co są podobno z samego centrum Rosji przywiezione
(nasz bodyguard mruży porozumiewawczo oko) i kilka mosiężnych Leninów
nieznanego pochodzenia. Na prowizorycznych ladach piętrzą się stosy bielizny.
Firmy rodzime, made in China i firmy – krzaki. Przyzwoicie wyglądają
dziecięce czapeczki (kupuję jedną, bo kosztuje dwa razy mniej niż w Centrum).
Na stosy perfum, pomadek i kremów, co w palącym słońcu nabierają mocy, jakoś
się nie łaszę.
– Pani, kup pani bluzka. Tanio pani. Najka prawdziwa. W sklepie takiej nie
ma, pani – zachwala swój towar ciemnoskóry chłopak z dredami.
Kilka kroków dalej sprzedawca (też ciemnoskóry, choć na pierwszy rzut oka z
zupełnie innego kontynentu), w zielonej bejsbolówce prezentuje dresy i
sportowe buty.
– Skąd jesteś?
– Z Pakistanu. Mam na imię Umar. Kupuję od Turków, spsiedaję, kupuję,
spsiedaję. Trzeba jakoś zić. Tylko nie roziumiem: dlaciego Polacy zabiorą
Polakom ten stadion? My, obciokrajowci się nie licimy, to roziumiem, ale żeby
Polakom takie świństwo robić?
– Umar, jak długo jesteś w Polsce? Świetnie po polsku mówisz…
– Dziesięć miesięcy.
Umar nie poda nazwiska, zdjęć też nie chce. Długo za to przeprasza.
– Nie ma sprawy Umar, to wolny kraj. Powodzenia w handlu.
Podchodzimy do starszego pana handlującego jeszcze starszymi książkami. Pan
rozmawiać nie będzie, bo "co tu mówić", a do tego on "niewygadany jest", ale
chętnie pomoże. Podprowadza nas do pani Krysi. Krysia handluje starociami i
słynie z ciętego języka. Zrazu mówić nie chce, tylko krzyczy. Krzyczy, że
władza ludźmi pomiata, że oszukuje, i że jest zupełnie inaczej, niż miało być!
– Przecież my ludźmi jesteśmy, nie zwierzętami – pani Krysia powoli cichnie. –
Co my teraz zrobimy, jak stadionu nie będzie? No co? Piętnaście lat tu
pracuję, dzięki stadionowi moje dziecko dwa fakultety skończyło, dzięki
stadionowi jakoś się przeżyło.
Pani Krysia jest inżynierem lądowym. Przez trzydzieści lat pracowała jako
inspektor nadzoru. Jej mąż za dobrych czasów to nawet w "Totus Tuus" był i na
Mszy papieskiej, właśnie tu, na stadionie, służył. Krysia wzięła się za
handel i jakoś daje radę. Żal jej, że córka po UKSW i Sorbonie (tej w
Paryżu!) trochę ponad 1000 złotych zarabia.".........
A tu cały tekst:
wiadomosci.onet.pl/1408581,2677,kioskart.html
Pozdro
Krzysztof