lejdimarmolada
15.05.14, 11:27
Wątek trochę z przymrużeniem oka, może to kwestia 'gorszego dnia'..
Powoli dobiegam 30tki. Właściwie to już bliżej niż dalej. Nigdy nie jawiło mi się to jako żaden dramat, ot kolejna cyferka do odfajkowania. Szczególnie kobiety wydają się mieć z tym problem. 30tka ponoć zobowiązuje. Od lat słyszę, że 'po 30tce to już z górki', wszystko się zmienia, organizm nie ten sam (seriously?), wszelkie stłuczenia/urazy gorzej się znosi, już nie mówiąc o dbaniu o siebie - nic tylko żelazny reżim żywieniowo-fitnessowy, inaczej szansa na młody, zdrowy - i szczupły - wygląd marna. Zawsze traktowałam to wszystko z przymrużeniem oka, ostatnio jednak stwierdzam, że coś w tym jest. Szczególnie zauważyłam to przy okazji starania się o zrzucenie kilku kg. Wiadomo, 20latce zrzucić 5kg jest znacznie łatwiej niż 30latce...ale właściwie dlaczego? Przecież różnica wiekowa nie jest aż taka duża. Zauważyłam jednak, że chociaż może nie przybyłam na wadze jakoś strasznie, to właśnie teraz 'osiągnęłam' niestety swoją najgorszą wagę (do 7 kg na plusie porównując do zwyczajowej wagi). Odkąd pamiętam utrzymywałam się w granicach max 60kg, od lat dietę mam raczej sensowną i bez większych zmian (mało słodyczy, sporo warzyw, trochę mięsa, dużo wody etc)...ale to właśnie teraz zrzucenie słynnego zimowego tłuszczyku zajmuje dużo więcej czasu oraz wyrzeczeń. Kiedyś przestawałam jeść słodycze, nie jadłam na 2 godz przed snem, trochę poćwiczyłam...i od razu ubywało. Teraz robię podobnie, a waga stoi. Fakt, rozleniwiłam się, ciężko mi zacząć ćwiczyć (nie mówiąc o tym, że w związku z pracą nie mam na to czasu, ale to ponoć tylko świetna wymówka). Moje pytanie brzmi: czy dietę (w sensie szerokopojętego sposobu odżywiania, żadne głodówki ani inne krótkotrwałe reżimy nie wchodzą w grę) należy więc jednak dostosować do wieku organizmu? Bo jeśli tak, to czarno to widzę: do tej pory nie byłam fanatykiem ćwiczeń (i nie widzę siebie w roli zwariowanej fitnessówki, która nie może doczekać się kolejnego treningu), jakoś nie wyobrażam sobie nagle przejścia na wegetarianizm/weganizm (ponoć pomaga utrzymać szczupłą sylwetkę), nie sądzę też, abym nagle zaczęła jeść magiczne 5 posiłków dziennie (zwyczajnie nie mam na to czasu).
Czyli co? skazana na porażkę?:) Na porzucenie swoich długoletnich upodobań, które najwyraźniej - już - mi nie służą? Zostaje mi przewartościować swoje życie i dostrzec, że ten kawałek mięsa łatwo zastąpić kotletem sojowym a piwo pod chmurką sokiem z aloesu? :S